poniedziałek, 20 marca 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Tyle wiemy o sobie... Stefan Zweig, "24 godziny z życia kobiety"


Stefan Zweig to klasyk nieco zakurzony. W latach 20. i 30. XX w. był jednym z wielkich. Po śmierci (w 1942) mam wrażenie, że stał się jednym z tych nobliwych autorów o których się słyszało i których kulturalny snobizm nakazywałby znać, ale których książki stoją sobie spokojnie na bibliotecznych półkach nie niepokojone zbyt często przez ręce czytelników. (Choć w ostatnich latach nastąpiło chyba pewne ożywienie, jeśli chodzi zainteresowanie jego twórczością). Zweig, z wykształcenia filozof, w swojej twórczości literackiej uchodzi za wytrawnego psychologa. Zawiłości ludzkiej psychiki i motywy kierujące postępowaniem ludzi są głównym obiektem jego zainteresowania. Tak jest też w przypadku noweli "24 godziny z życia kobiety", opublikowanej po raz pierwszy w 1927 r., jednej z najbardziej znanych w jego dorobku.


poniedziałek, 20 lutego 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Miasteczko jak Alice Springs", Nevil Shute



Nie mogłam się zdecydować, jak zatytułować dzisiejszy wpis (dlatego mało oryginalnie poprzestałam na tytule książki i autorze. Za to Pyza na pewno wymyśliła coś błyskotliwego, jej dzisiejszą piknikową notkę znajdziecie TUTAJ), ale mam wrażenie, że podobnie niezdecydowany był Nevil Shute, kiedy pisał "Miasteczko jak Alice Springs". O tym, co zainspirowało go do napisania tej powieści, pisze w zamieszczonej w książce notce "Od autora". "Miasteczko..." jest hołdem dla "najdzielniejszej kobiety, jaką dane mu było spotkać". Była nią pewna Holenderka, którą Shute spotkał na Sumatrze w 1949 r. W 1942 r. po zajęciu Sumatry przez Japończyków została internowana wraz z grupą około osiemdziesięciu kobiet.

piątek, 20 stycznia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O początkach polskiej powieści obyczajowej


Odkąd przeczytałam powieści Jane Austen, intrygowało mnie, jak wypada jej pisarstwo na tle tego, co w ogóle pisywały kobiety w jej czasach, a szczególnie co wówczas pisały (i czytały) kobiety w Polsce? I czy w ogóle istniały polskie powieściopisarki na początku XIX w.? Cóż, była przynajmniej jedna: Maria Wirtemberska, a właściwie Maria Anna z Czartoryskich, księżna von Württemberg-Montbéliard, urodzona w 1768 r. (czyli kilka lat przed Austen) jako córka Adama Kazimierza Czartoryskiego, pisarza, działacza politycznego, mecenasa nauki i sztuki oraz Izabeli z Flemmingów, twórczyni ośrodka życia intelektualnego i kulturalnego w Puławach. Powieść Marii Wirtemberskiej "Malwina, czyli domyślność serca", wydaną w roku 1816, czytają dzisiaj studenci polonistyki, bo była to pierwsza powieść obyczajowa napisana w naszym języku. Ja nie jestem polonistką i moje uwagi na temat "Malwiny" wygłoszę z pozycji dzisiejszego "zwykłego czytelnika".



wtorek, 10 stycznia 2017

"Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaitė. Jak się wędruje po tym lesie?


"Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaitė to książka, o której głośno było u nas pod koniec 2015 roku. Opowieść o losach szlacheckiej rodziny Narwojszów i XVII-wiecznym Wilnie była szeroko komentowana, autorka gościła na Festiwalu Conrada w Krakowie, a jej dzieło wzbudziło jednogłośny zachwyt krytyków i czytelników - jeśli zachwyt czytelników można mierzyć liczbą entuzjastycznych recenzji na blogach. Dlatego pozwalam sobie pominąć część opisującą powieść i przejdę od razu do moich wrażeń z jej lektury.




niedziela, 8 stycznia 2017

Klub Podróżniczy Craigh na Dun, czyli spotkajmy się w XVIII stuleciu!




Jeszcze pół roku temu nazwisko Diany Gabaldon było mi całkowicie obce i ten stan pewnie trwałby nadal (bo jej książki są zaszufladkowane w takiej szufladce, do której ja nigdy nie zaglądam), gdyby nie to, że zupełnie nieoczekiwanie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a serialem  „Outlander”, będącym telewizyjną adaptacją jej bestsellerowego cyklu powieściowego. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo opis tej produkcji  nie wydawał mi się szczególnie zachęcający. Motyw podróży w czasie – na którym książki i serial są oparte – po pierwsze jest bardzo wyświechtany, a po drugie zawiera w sobie niemożliwy do obejścia błąd logiczny (typu: cofnę się w czasie i zrobię coś, co uniemożliwi moje przyjście na świat). A jeśli na to ma być jeszcze nałożona miłość silniejsza niż wszystko, wszechogarniająca namiętność, dramat, wojna i przygoda, to.... ehm, chyba nie moja bajka. Tak myślałam, ale – jak się okazało – byłam w wielkim błędzie. Serial obejrzałam jednym ciągiem, a potem postanowiłam sprawdzić, jak to było napisane.

piątek, 6 stycznia 2017

365 dni z książką...


...czyli Czytam to i owo... na Instagramie. Mam szczerą nadzieję, że 2017 będzie dla mnie blogowo bardziej udany niż rok miniony, kiedy prawie nic nie pisałam (co oczywiście nie oznacza, że nic nie czytałam. Czytałam, z moich statystyk wynika, że przeczytałam 47 książek, co może nie jest szczególnie imponującym osiągnięciem, ale nie o ilość przecież chodzi, a o to, co nam te książki dają. Mnie w tym roku: przede wszystkim dużo przyjemności, która trwa i trwa - bo prawie jedną czwartą z tej liczby stanowiły tysiącstronicowe powieści). Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: upłynął już prawie tydzień nowego roku, a ja nie zamieściłam jeszcze ani jednego porządnego wpisu. Na wypadek, gdyby to miał być prognostyk na cały rok, postanowiłam się zabezpieczyć. Jeśli nie uda mi się regularnie pisać o książkach, to przynajmniej będę promować czytelnictwo za pomocą obrazu.


wtorek, 3 stycznia 2017

Wyzwanie czytelnicze ZIELONA SUKIENKA - podsumowanie







Wyzwanie zostało rzucone, trzeba się z niego rozliczyć. Cóż, w tym roku bardzo się zaniedbałam blogowo i to być może wpłynęło na losy wyzwania. Albo zielone sukienki się gdzieś pochowały. Zmierzam do tego, że statystyki nie wyglądają imponująco ;) Oto one:

piątek, 30 grudnia 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Straszny dwór. "Jalna" Mazo de la Roche



  

Czytanie „Jalny” to była dla mnie swego rodzaju podróż sentymentalna. Bo ja tę powieść (a także większość cyklu o rodzinie Whiteoaków) już kiedyś czytałam. Złamałam więc tutaj zasadę, którą kierujemy się z Pyzą, że tematem naszych Pikników mają być książki, których dotychczas nie przeczytałyśmy. Było to – czytanie „Jalny” – jednak na tyle dawno, że uznałam, że powrót do tej lektury jest usprawiedliwiony. Rzut oka na datę wydania uświadomił mi, że musiałam się zapoznać z „Jalną” jako jedenastolatka, co mnie samą nieco zaskoczyło, bo to nie jest najbardziej oczywisty wybór czytelniczy dla jedenastolatki. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest proza young adult (jak się obecnie mówi) w stylu innej słynnej Kanadyjki, L.M. Montgomery. (Chociaż, jak się teraz nad tym zastanawiam, to właśnie to skojarzenie musiało mnie do tych książek przyciągnąć: tu Kanada, tam Kanada, a pamiętam też, że wówczas marzyłam o zamieszkaniu w Kanadzie (zresztą dziś też, gdyby nadarzyła się taka okazja, zapewne chętnie bym z niej skorzystała)). Mazo de la Roche zdecydowanie celowała w dorosłego odbiorcę, czy też raczej odbiorczynię, bo przecież czytelnikami powieści obyczajowych są w większości kobiety (w ogóle czytelnikami są w większości kobiety). Tak, „Jalna” to obyczajówka, a nie romans, gdyby ktoś – patrząc na okładki większości edycji, choć akurat nie tej, o której piszę, ta ma okładkę bardzo przyzwoitą – miał wątpliwości. 

wtorek, 6 grudnia 2016

Kobieta w zielonej sukni. Kobieta? – Diana Gabaldon, „Lord John and the Private Matter”( „Lord John i sprawa osobista”)




Ponieważ w tym roku mój blog bardzo podupadł (mam jednak wielką nadzieję, że podźwignie się w 2017), nie dziwi mnie wcale, że w wyzwaniu „Zielona sukienka” również panuje zastój. Ale wyzwanie jednak trwa i wciąż można przesyłać swoje zgłoszenia, do czego gorąco zachęcam.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że wśród moich tegorocznych lektur również panowała posucha na zielone sukienki, dopiero niedawno natknęłam się na zieloną suknię, która nie tylko się w książce pojawia, ale w dodatku odgrywa istotną rolę w fabule.

Londyn, rok 1757. Pewnego przyjemnego czerwcowego dnia angielski arystokrata major John Grey dokonuje bardzo nieprzyjemnego odkrycia. Natury osobistej. Nie chodzi o jego sobę, ale sprawa dotyczy kogoś, kto niedługo ma wejść do rodziny majora. To znaczy ożenić się z jego kuzynką. A na to w zaistniałych okolicznościach, jeśli to rzeczywiście prawda, a nie pomyłka, Grey nie może pozwolić. Jakby tego było mało, spada na niego jeszcze jeden niemiły obowiązek: major Grey zostaje wyznaczony do przeprowadzenia śledztwa w sprawie brutalnego morderstwa popełnionego na żołnierzu z jego pułku. Sprawa jest delikatna i nagląca, bo zaginęły również poufne dokumenty wojskowe, które byłyby łakomym kąskiem dla walczących z Anglikami Francuzów, a zamordowany żołnierz był podejrzewany o szpiegostwo. I tak wkraczamy w świat angielskiej armii i arystokracji, i tajnych służb, by razem z lordem Johnem przemierzać londyńskie zaułki i zaglądać do przybytków uciech i domów schadzek... dla specyficznej klienteli. Podążamy śladem tajemniczej kobiety w zielonej aksamitnej sukni, która może być kluczem do rozwiązania obu zagadek. Albo zaprowadzić Greya w ślepy zaułek.

niedziela, 20 listopada 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Gotycki romans w scenografii międzywojnia. "Rebeka" Daphne du Maurier

"Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley." Oniryczny początek powieści, opis ni to marzenia sennego, ni to koszmaru śnionego przez bohaterkę-narratorkę zapowiada historię mroczną i tajemniczą, w dodatku nieuchronnie zmierzającą do tragedii, bo czytelnik od razu dowiaduje się, że Manderley już nie istnieje. Opublikowana w 1938 roku "Rebeka", zanim weszła do kanonu klasyki literatury popularnej, stała się kanwą filmu Alferda Hitchcocka (1940) z Laurence'em Olivierem w roli chmurnego Maxima de Wintera i Joan Fontaine wcielającą się w rolę jego młodej drugiej żony. Właśnie w tej wersji znałam "Rebekę" do tej pory i choć sporo czasu już minęło, od kiedy ten film obejrzałam, pamiętałam główne punkty fabuły, a przede wszystkim, kim była tytułowa "Rebeka". Z tego powodu, czytając powieść, nie czekałam w gorączkowym napięciu (które przyznać trzeba, autorka buduje umiejętnie) co też się wydarzy. Moją uwagę przykuła głównie konstrukcja psychiczna bohaterów i ich wzajemna relacja. I... cóż mogę powiedzieć, Manderley i "Rebeka" to nie moja bajka.

czwartek, 20 października 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Słodki dom irytującej neurotyczki


Okładka pierwszego wydania (Źr. Wikipedia)




Witam na październikowym Pikniku z klasyką! Dziś w programie „Pat ze Srebrnego Gaju” („Pat of Silver Bush” Lucy Maud Montgomery. „Pat...” jest dziewiętnastą książką w dorobku autorki, wydaną po raz pierwszy w 1933 r. Poprzedziła ją powieść „Dzban ciotki Becky” (inny tytuł „W pajęczynie życia”). Jeżeli przypominacie sobie nasz poprzedni Piknik z L.M.M. na którym właśnie o „Dzbanie...” była mowa, to wiecie, że nie znajdujemy się w złotym okresie jej twórczości. Niestety, „Pat...” jest chyba książką jeszcze mniej udaną, a Pat – prawdopodobnie najbardziej irytującą bohaterką, jaka wyszła spod pióra L.M.M.

piątek, 30 września 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Porzućcie wszelką nadzieję... o "Dziewczętach z Nowolipek" Poli Gojawiczyńskiej



Z cukierni Jackowskiego dobiegły pierwsze przyciszone tony walca. Kobiety, które siedzą za ogrodzeniem, przy stolikach, zostały wprowadzone tam rzez mężczyzn. A te samotne włóczą się melancholijnie po alejce literackiej. To mężczyzna sprawia, że się jednym susem przebywa ten skok do wnętrza, do cukierni, do teatru. Rozdawca wszelkiego dobra, dostatku, spokoju.  On odsuwa krzesła stojące na drodze, podaje ramię przy niziutkim stopniu schodów, wybiera stolik, przywołuje służbę i troskliwie pochyla się z zapytaniem nad swą towarzyszką. Jak to błogo, gdy się ktoś o człowieka troszczy!...

(...)

Ogarnęła je tęsknota za czemś pięknem, za czemś niedoścignionem, co się winno jednak w człowieku urzeczywistnić, inaczej chyba życie nie miałoby sensu? Trwa to chwile takie uniesienie nadziei, przez miłość dla życia. A potem przychodzi uczucie rozpaczliwej bezsilności, instynktownie czują, iż stoją w miejscu, gdzie się nie walczy, a poddaje, skąd się wiecznie wyciąga ramiona do gwiazd. Jest takie miejsce, przeklęte, niedowierzenia, czarne miejsce życia. Myślą ze smutkiem, że jeśli przyjdzie miłość, to nie one będą wybierać, przyjmą to, co spotkają, jakiekolwiek, tak jak Amelka przyjęła pana Michałowskiego, a Franie pana z pod teatru, choć jest stary, gruby, niemiły. Uczuły swoją szczególną bierność.


Warszawa, początek XX w. Ta gorsza warszawa, gdzie nawet w prestiżowych mieszkaniach na pierwszym piętrze od frontu jest duszno i czuć, że prawdziwe życie, które ma smak i powab, płynie gdzieś tam, daleko . A cóż dopiero, gdy się mieszka w zatęchłej, wilgotnej suterenie albo w oficynie w podwórzu! Gdy się jest młodym, to człowieka ogarnia tęsknota za tym lepszym życiem i nadzieja, że kiedyś uda się do niego wyrwać z ponurych podwórek Nowolipek. Potem już chyba nie. Urodzić się w takiej suterenie albo oficynie, to bagaż, który przytłacza nieznośnym ciężarem, ale najgorzej jest urodzić się tam dziewczynką. Gojawiczyńska nie napisała powieści o biedzie, zawiedzionych nadziejach i braku perspektyw. Napisała powieść o piekle kobiet.