środa, 29 sierpnia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: wakacjez horrorem albo wczasy na zamku. Udolpho.

Tak. W końcu musiało do tego dojść. Musiałyśmy się w końcu zmierzyć z klasyczną powieścią gotycką, a że tradycją naszych piknikowych spotkań są wakacje z horrorem, postanowiłyśmy z Pyzą w roli tegorocznego horroru obsadzić "Tajemnice zamku Udolpho" Ann Radcliffe. Powieść była prawdziwym hitem w połowie lat 90. XVIII stulecia, o czym wie każdy, kto czytał "Opactwo Northanger" Jane Austen. Dla fana twórczości Austen - a do nich zdecydowanie się zaliczam - "Tajemnice..." to wręcz lektura obowiązkowa.


(Jako ilustracje dzisiaj wykorzystałam kolejne zdjęcia szkockich zamków - nie wiem, czemu Ann Radcliffe musiała szukać scenerii do swojej powieści we Włoszech i Francji, a właściwie wiem, ale nie zmienia to faktu, że znacznie bliżej miała doskonałą scenografię, zarówno jeśli chodzi o zamki, jak przyrodę).

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wakacjez horrorem albo wczasy na zamku Udolpho chwilowo odroczone.


Z przykrością zawiadamiam, że zaplanowany na dzisiaj (a poprzednio na ubiegły poniedziałek) Piknik z klasyką i "Tajemnicami zamku Udolpho" znów zostaje przesunięty, z przyczyny choroby jednej z organizatorek. Nowym terminem - i mam nadzieję ostatecznym - jest środa. Zainteresowanych uczestnictwem za opóźnienia przepraszamy, a na osłodę zostawiam kilka ujęć zamków, co prawda szkockich, a nie francuskich ani włoskich, ale jeden z nich też ma nazwę na "U".



 


poniedziałek, 2 lipca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Kiedy zmysły wypełzają na usta... czyli o "Trędowatej" Heleny Mniszkówny




Oczywiście, można się śmiać. Ale czy na pewno trzeba? I czy aż tak głośno?

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Trędowata" to dobra powieść. Raczej to, że mnie przewrotnie rozczarowała, bo po tym symbolu romansowego kiczu spodziewałam się czegoś znacznie gorszego - lub lepszego, zależnie od kierunku patrzenia. Spodziewałam się, że będę od początku do końca boki zrywać, tymczasem, jeśli przymknie się oko na pewne (no dobrze: liczne) mankamenty warsztatu pisarskiego Mniszkówny, "Trędowatą" można przeczytać na poważnie (z wyjątkiem zakończenia, które jest, co tu dużo mówić, idiotyczne, ale którego nie zdradzę, choć zrobiło to Wydawnictwo MG na okładce wydania, którym dysponuję) i można nawet dopatrzeć się w niej wartości. W każdym razie mam wrażenie, że palma pierwszeństwa w dziedzinie kiczu niesłusznie została przyznana "Trędowatej", zdarzyło mi się czytać gorsze powieści współczesne, pozytywnie recenzowane przez blogerki, które na hasło:"Trędowata" pogardliwie wydymają swe różane usteczka, marszczą alabastrowe czoła, a spod kruczoczarnych, na wzór gotyckich łuków ukształtowanych brwi, ciskają gromy fiołkowymi oczyma. (Proszę mi wybaczyć to nieudolne naśladownictwo stylu Mniszkówny). Paradoksalnie, to właśnie te gromy, które posypały się na autorkę i jej dzieło po jego opublikowaniu w 1909 r. (i to z grona poważnych osób, które mogły były przecież wyrazić swą dezaprobatę milczeniem) i sypią się nadal, ocaliły Helenę Mniszkównę od zapomnienia, podczas gdy nazwiska tylu lepszych pisarzy już dawno pokrył kurz. Krytyka często bywa przeciwskuteczna, a w przypadku "Trędowatej" jej zajadłość wynikała chyba głównie z powodu ogromnej poczytności tej powieści o miłości skromnej szlachcianki Stefci Rudeckiej do magnata ordynata Waldemara Michorowskiego, która do wybuchu II wojny światowej doczekała się szesnastu wydań.

Czytać więc, czy nie czytać? Tej kwestii jednoznacznie nie rozstrzygnę, ograniczę się do przedstawienia moich refleksji z lektury. Zacznę od minusów, ale proszę się nie zrażać, myślę, że dotrzemy też do plusów.

środa, 23 maja 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O kobiecie w wieku balzakowskim


Dobrze znane zdanie Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” przywołuje się często w kontekście twórczości innego wielkiego pisarza francuskiego, Honoré de Balzaca. Jeśli Balzac naprawdę kierował się tą zasadą, to po lekturze „Kobiety trzydziestoletniej” mogłabym się zastanawiać, czy jego pojęcie o zwierciadłach nie było cokolwiek skrzywione, a także zachodzić w głowę, dlaczego uważa się go za wybitnego przedstawiciela realizmu. Czytając, momentami przecierałam oczy ze zdumienia, bo to, co początkowo brałam za wnikliwe studium obyczajowo-psychologiczne przerodziło się w pewnym momencie w wytwór doprawdy wybujałej fantazji.   

środa, 21 marca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem klasycznie o piratach, czyli "Wyspa skarbów"

W kwestii piratów bardziej klasycznie być nie może, bo choć marynarze na bakier z prawem pojawiali się w literaturze już wcześniej, to właśnie Robert Louis Stevenson stworzył wizerunek pirata, który zawładnął masową wyobraźnią jego współczesnych i króluje w popkulturze do dziś, będąc pożywką dla niezliczonych adaptacji, prequeli, sequeli itp. Na hasło: "pirat" wszyscy widzimy oczyma wyobraźni niezbyt świeżego osobnika w trójgraniastym kapeluszu, z drewnianą nogą i papugą na ramieniu, prawda? Możemy być za to "wdzięczni" właśnie Stevensonowi.
 
Logo wiosenne, Wiośnie na zachętę ;)

wtorek, 20 lutego 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Wiek niewinności" Edith Wharton



W Nowym Jorku lat tysiąc osiemset siedemdziesiątych przyszłość Newlanda Archera rysuje się prosto i jasno: o karierę zawodową nie musi się martwić, w biurach kancelarii prawnej pojawia się tylko w celu zachowania pozorów posiadania odpowiedniego dla dżentelmena zajęcia, a jego prawdziwą profesją jest bycie członkiem nowojorskiej wyższej sfery. Jakiś czas temu wykaraskał się z niefortunnego romansu z mężatką, a w chwili obecnej nic już nie stoi na przeszkodzie jego rychłego małżeństwa z uroczą May Welland, uosobieniem wszelkich cnót oczekiwanych od młodej żony. W dodatku w małżeństwie tym połączą się dwa z najświetniejszych rodów miasta, czegóż więcej młody mężczyzna mógłby oczekiwać od życia? Spokój przyjemnej egzystencji Newlanda zostaje zburzony pojawieniem się w kręgu nowojorskiej socjety – w atmosferze skandalu – kuzynki jego narzeczonej, hrabiny Ellen Olenskiej, która właśnie wróciła z Europy, opuściwszy wcześniej swojego męża, polskiego magnata. 
  
„Wiek niewinności” ukazał się po raz pierwszy w roku 1920. Edith Wharton opisuje w nim Amerykę swojego dzieciństwa. Maluje obraz nowojorskiej „arystokracji” z dużą dozą artyzmu, bogactwem szczegółów i trafnością ironicznych obserwacji. Jednak „Wiek niewinności” powieść o tytule mocno ironicznym, a może nawet szyderczym, jest przede wszystkim znakomitym studium hipokryzji i konformizmu i tragedią rozpisaną na trzech aktorów, banalne z pozoru postaci miłosnego trójkąta. Młodzieniec będący idealnym wytworem i przedstawicielem swojej sfery, jego równie idealna, niewinna narzeczona i tajemnicza i egzotyczna kusicielka. Jednak każda z tych postaci ma „drugie dno”, jest fascynująca w swojej niejednoznaczności. Archer jest z jednej strony beneficjentem systemu społecznego, przyznającego całą wolność mężczyźnie, a na kobiecie wymuszającym życie w ściśle określonych ramach, a z drugiej strony jego ofiarą. May Welland może być niewinnym, nieszczęśliwym dziewczęciem, ale również wprawną i bezwzględną manipulantką. I wreszcie hrabina Olenska jest czymś znacznie więcej, niż femme fatale, pojawiającą się, żeby zniszczyć szczęście swojej młodej kuzynki, i znacznie więcej, niż ofiarą bezduszności i obłudy społeczeństwa.

Muszę przyznać, że porównanie z piknikową lekturą z ubiegłego miesiąca, czyli "Bostończykami" Henry'ego Jamesa, które samo się nasuwa ze względu na tło społeczne i obecny w obu powieściach "trójkąt", a także motyw "feministyczny" wypada bardzo na niekorzyść Jamesa. Wydanie tych powieści dzieli około 35 lat, ale wydaje się to całą epoką. Wharton przedstawia swoich bohaterów, ich emocje i motywacje z całą ich głębią, podczas gdy Henry James raczy czytelnika pustym efekciarstwem. 
 
Zachęcam gorąco do dyskusji o książce, tym razem pod wpisem Pyzy, który znajdziecie TUTAJ.W tym miesiącu dołączyła do nas również Marta z bloga "Między sklejonymi kartkami", jej wpis znajdziecie TU.

wtorek, 23 stycznia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Emancypantki w Bostonie



Czytelnik sięgający po  „Bostończyków” Henry’ego Jamesa może doznać rozczarowania, jeśli spodziewa się szeroko zakrojonej fabuły ukazującej panoramę, co zdaje się sugerować tytuł, społeczności Bostonu drugiej połowy XIX w. Polskie tłumaczenie tytułu jest nieco mylące i powinno raczej brzmieć  „Bostonki” (nie dziwię się jednak, że tłumaczka/wydawca nie zdecydowali się na tę opcję), bo jest to właściwie kameralna – mimo pokaźnej objętości – powieść  o dwóch bostonkach oraz zamieszkałym w Nowym Jorku dżentelmenie z Południa. Basil Ransom, młody prawnik z Missisipi,  jest dalekim kuzynem Olive Chancellor, majętnej starej – choć młodej wiekiem – panny z Bostonu, zaangażowanej w ruch feministyczny. Na zaproszenie kuzynki Basil składa jej wizytę. Oboje nie przypadają sobie do gustu, łagodnie rzecz ujmując, jednak Basil towarzyszy Olive na spotkaniu „reformatorów” społecznych, gdzie oboje doznają objawienia, a tym samym poznają trzecią postać dramatu. Tym objawieniem jest Verena Tarrant, córka uzdrowiciela-mesmerysty, oczarowująca wszystkich zdolnością wygłaszania płomiennych przemówień. Pod urokiem Vereny są również Basil i Olive, przy czym w jego przypadku zauroczenie dziewczyną łączy się z równie silną dezaprobatą dla feministycznej treści wygłoszonej mowy; Ransom jest konserwatystą i gardzi emancypacyjnymi bzdurami. Powieść jest opisem walki stoczonej pomiędzy Olive Chancellor a Basilem Ransomem o względy Vereny i – pozwolę sobie ująć to w patetyczny sposób – rząd nad jej duszą.

środa, 20 grudnia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Ivanhoe" Waltera Scotta, czyli proszę nie sugerować się tytułem

Kiedy wybrałam się do biblioteki w poszukiwaniu tego klasycznego dzieła, okazało się, że jedyny egzemplarz znajduje się w dziale dziecięcym. Była to edycja Wydawnictwa Zielona Sowa, Kraków 2003, przekład i opracowanie Agnieszka Ślusarczyk i Marta Stęplewska, wydana w serii "Na szlaku wielkiej przygody". Przemknęła mi przez głowę myśl, że mogłabym przeczytać z Gutenberga w oryginale, ale szybko ją od siebie oddaliłam, więc moje uwagi będą dotyczyły właśnie tego wyżej wymienionego wydania. Zaznaczam na wszelki wypadek, bo choć nie znalazłam informacji, że zawiera ono skróty lub inne zmiany, jestem lekko nieufna. W każdym razie, na skutek kontaktu z tym właśnie wydaniem, pierwsze i powracające pytanie, które nasunęło mi się podczas lektury brzmi: czy "Ivanhoe" to powieść dla dzieci? Odpowiedź brzmi nie, nie, po trzykroć nie, a powodów jest kilka, o czym za chwilę. A tymczasem spróbuję pokrótce przedstawić, o czym rzecz traktuje.

Otóż nie o Ivanhoe. (I nie o Indianach, niestety ;). W dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że Walter Scott nie pisał o Indianach, sądziłam, że Ivanhoe to imię wodza indiańskiego). Wilfryd Ivanhoe, saksoński rycerz, który właśnie powrócił do Anglii z Palestyny, gdzie walczył u boku Ryszarda Lwie Serce (który również pojawia się w powieści), jest istotną postacią z punktu widzenie przebiegu fabuły, ale zadziwiająco mało rozwiniętą i zajmującą mało miejsca. Pojawia się tylko na krótkie chwile, żeby dokonać owych czynów, bez których akcja nie mogłaby się posunąć dalej, ale poza tym wydał mi się niemal nieistotny. Głównym tematem powieści są (tu zaskoczenie) relacje między Żydami a resztą społeczeństwa ówczesnej Anglii. Mam wrażenie, że Scott obrał za temat co innego, a mianowicie formowanie się narodu angielskiego przez zespolenie ludności saksońskiej z normandzkimi najeźdźcami, które w czasach, o których pisze, jeszcze nie nastąpiło. Jednak tarcia pomiędzy szlachtą saksońską a normandzką, plany przywrócenia na tron saksońskiego monarchy, którym oddaje się Cedryk, ojciec Ivanhoe (bohater znacznie "główniejszy" niż syn) moim zdaniem ustępują miejsca temu pierwszemu tematowi. Zresztą jedyną postacią, która została zarysowana z pewną głębią, jest Rebeka, córka żydowskiego lichwiarza, Izaaka z Yorku. Oprócz wyżej wymienionych postaci mamy jeszcze piękną lady Rowenę, obiekt uczuć Ivanhoe, Athelstana, ociężałego potomka saksońskich władców, templariusza Briana z Bois-Guilbert, złego księcia Jana, próbującego przejąć tron pod nieobecność brata, a nawet Robin Hooda i całą jego wesołą kompanię, a także dwóch poddanych Cedryka, błazna Wambę i pasterza Gurtha. Na akcję natomiast składają się: turniej rycerski, zasadzki, potyczki, oblężenie zamku, uprowadzenie, proces o czary z groźbą spalenia na stosie, próba zamachu stanu oraz, oczywiście, dzieje pewnej miłości. Wszystko składa się rzeczywiście na powieść przygodową, o której mogłabym napisać wartka, gdyby nie to, że Scott ma skłonność do nużących dłużyzn.

I to jest pierwszy powód, dla którego stanowczo odradzałabym lekturę "Ivanhoe" dzieciom. Te ciągnące się całymi stronami opisy i erudycyjne popisy autora mogą skutecznie zniechęcić młodego człowieka do czytania. Zresztą bardzo wątpię, czy takiego właśnie czytelnika wyobrażał sobie autor. Po drugie, choć powieść przygodowa to, zdawałoby się, gatunek wymarzony wręcz dla młodzieży, mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno powieść, w której przemoc jest głównym motorem akcji, a kobietom co chwilę grozi się gwałtem, należy podsuwać dzieciom. Po trzecie, nawet bohaterowie pozytywni prezentują postawy nieakceptowalne (na szczęście) w naszych czasach, mam tu na myśli owe relacje chrześcijańsko-żydowskie. Jest to zgodne z prawdą historyczną, ale dziecko nie powinno być z tą prawdą pozostawione bez komentarza. Po czwarte, no cóż, wydaje mi się, że wszystkie pozaprzygodowe aspekty tej książki po prostu będą niezrozumiałe dla młodego czytelnika.

Dzisiaj dyskutujemy na blogu Pyzy, jej wpis o "Ivanhoe" i miejsce na wymianę poglądów znajdziecie TUTAJ. Koniecznie zajrzyjcie. A za miesiąc bohaterem Pikniku będzie Henry James i "Bostończycy".

poniedziałek, 20 listopada 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: opis obyczajów za Augusta III - wersja Klementyny z Tańskich Hoffmanowej

Na listopadowym Pikniku z klasyką kontynuujemy przedzieranie się przez zamierzchłą historię polskiej powieści w ramach poszukiwania "polskiej Jane Austen", które to hasło należy traktować umownie i z pewnym dystansem, ponieważ nie liczymy, że uda się nam ją znaleźć. Innymi słowy: ciąg dalszy wykopalisk literackich. Naszą dzisiejszą lekturą jest "Dziennik Franciszki Krasińskiej", który nie jest dziennikiem, a powieścią historyczną autorstwa Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. Zanim przejdę do Franciszki, słów kilka o autorce jej fikcyjnego dziennika.

piątek, 20 października 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Pożegnania" Stanisława Dygata





   – Kto pan jest właściwie?
   – Ba! – odpowiedziałem – sam chciałbym to wiedzieć.
   – Jak to? Sam pan nie wie, kim pan jest?
   – A nie wiem.
   – Tak pan mówi czasem jak mój poeta. Bez sensu, ale ładnie. No, niech pan powie? Co pan robi w życiu? Czym pan się zajmuje?
   – Szukam pozytywnych wartości.
   – Czego?
   – Szukam pozytywnych wartości.
   – Co to znaczy?
   Nie potrafiłem wytłumaczyć jej, co to znaczy, i zastanawiając się nad sensem tego zdania doszedłem do wniosku, że to nic nie znaczy, że powtarzam zdanie zasłyszane, pod które kiedyś podłożyłem zapomnianą treść.

Bohater-narrator "Pożegnań" Dygata,  który w powieści pozostaje znacząco bezimienny, jest młodym buntownikiem, trochę w typie "Buszującego w zbożu" Salingera. Chłopak z "dobrego domu", szukający własnego "ja" w świecie, w którym obowiązującą religią jest konwenans i poza. Ten świat u schyłku międzywojnia bardzo go uwiera, jest mu niewygodnie pomiędzy uniwersytetem, gdzie "tęgi, rumiany korporant okładał laską małego, rudego Żydka" a czwartkowymi przyjęciami u rodziców na których stały zestaw gości wraz z gospodarzami cyklicznie odgrywa wyuczone role. Jego bunt wyraża się jednak dosyć jałowo usunięciem fotela spod pupy podstarzałej, nieznośnej damulki, "oficjalnie najlepszej przyjaciółki jego matki" w chwili gdy ta właśnie zamierzała na nim usiąść. W brzęku potłuczonej wskutek tego zastawy stołowej bohater wybiega z domu, w kieszeni mając niezapłacone pieniądze na czesne, które w kolejnym stadium swojego buntu zamierza roztrwonić. Trafia do nocnego klubu, gdzie poznaje młodą fordanserkę Lidkę (a może Genowefę?), dziewczynę równie równie zbuntowaną i nieprzystosowaną do świata jak on sam. Jednak spotkanie dwojga młodych szukających autentyczności przeradza się w kolejną pozę, specyficzną grę. Rankiem wychodzą z klubu, jadą na wycieczkę, spędzają razem kolejną noc w wynajętym pokoju w upiornej willi w Podkowie Leśnej (w osobnych łóżkach). Rankiem młody buntownik dzwoni do rodziców z informacją o swoim miejscu pobytu. Znajomość z Lidką kończy się interwencją ojca bohatera, który dziewczynie wyrabia "uczciwą" posadę, a syna wysyła na studia do Paryża.

W czasie, gdy bohater zamiast studiom oddaje się w Paryżu hulankom z piękną Dodo i jej przyjacielem, Hitler zajmuje Czechosłowację. Pobyt w Paryżu dobiega końca, czas wracać do Warszawy. Akurat wypada czwartek, dzień przyjęcia u rodziców, nieznośna Lola jak zwykle zanudza towarzystwo swoimi opowieściami. Jest 31 sierpnia 1939 r. Kończy się część pierwsza powieści.

W części drugiej mamy wrzesień, ale jest już pięć lat później, bohater jest w podwarszawskim Komorowie, a kilkanaście kilometrów dalej dogorywa w powstaniu stolica. Wkrótce znów spotka Lidkę, już mężatkę, która tymczasem z fordanserki awansowała na arystokratkę.

W "Pożegnaniach" odchodzi w przeszłość stary świat. Jego umieranie jest pełne cierpienia, ale samego świata nie ma co żałować, bo i tak nie dało się w nim żyć. To nowe, które właśnie nadchodzi jest niewiadome, czy lepsze, pokaże przyszłość.

Koniecznie zajrzyjcie do Pyzy, jej notkę o "Pożegnaniach" znajdziecie TUTAJ. Dyskusja dziś u Pyzy. Zapraszam!

środa, 27 września 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Katherine Mansfield - opowiadania


Na wrześniowym Pikniku czytamy opowiadania Katherine Mansfield. Spośród jej dorobku wybrałyśmy - raczej na chybił-trafił - trzy: "Prelude", "The Garden Party" i "At the Bay" (z powodu niewystępowania Katherine Mansfield w mojej lokalnej bibliotece sięgnęłam po teksty dostępne na Project Gutenberg). Wszystkie trzy opowiadania nawiązują do wspomnień autorki z dzieciństwa spędzonego w Nowej Zelandii na przełomie XIX i XX w. "Prelude": rodzina Burnellów przeprowadza się do nowego domu na dalekim przedmieściu. "The Garden Party": podczas przygotowań do wydawanego przyjęcia w ogrodzie Sheridanowie dowiadują się, że właśnie zginął w wypadku mieszkający w jednym z robotniczych domków nieopodal młody mężczyzna, osierocając gromadkę dzieci. "At the Bay": letni dzień z życia rodziny Burnellów.

Katherine Mansfield buduje fabuły tych opowiadań właściwie z niczego. Najbardziej "namacalne" jest "The Garden Party", bo jest osnute wokół istotnego wydarzenia - śmierci młodego woźnicy. Choć śmierć następuje "poza kadrem", nie ma żadnego wpływu na życie bohaterów i nie splata się właściwie z akcją, która składa się z przesuwania pianina, ćwiczenia piosenki, rozkładania namiotu w ogrodzie, przymierzania kapelusza, witania i żegnania gości, a wreszcie z krótkiej wizyty głównej bohaterki, Laury, w domu zmarłego, wysłanej tam przez matkę z koszykiem resztek z przyjęcia. To opowiadanie ma silny wydźwięk społeczny: w oazie luksusu zamieszkałej przez Sheridanów rozbrzmiewają dźwięki sprowadzonej na przyjęcie orkiestry, podczas gdy całkiem niedaleko, w "paskudnym" osiedlu biedoty żona opłakuje zmarłego męża. Czy brak wrażliwości Sheridanów - tylko Laura odczuwa niestosowność zabawy w tak bliskim sąsiedztwie tragedii, ale i ona w końcu odpycha od siebie tę myśl - jest uwarunkowany klasowo, czy jest ogólnoludzką cechą, która może ujawnić się zawsze i wszędzie?

Wielkich dramatów brak w "Prelude" i "At the Bay". Jest życie (choć gdzieś w zakamarkach czai się myśl o śmierci) utkane z rozczarowań, niespełnień, nudy, lęku przed przyszłością połączonego z niecierpliwym jej wyglądaniem, z monotonią poranków i wieczorów, śniadań i podwieczorków, wyjść na plażę i chwil w ogrodzie, uprzejmością rodzinnych interakcji podszytych irytacją i niechęcią. Atmosfera tych opowiadań jest duszna i przygnębiająca. Dominuje poczucie uwięzienia, zwłaszcza w portretach kobiet.

Proza Mansfield jest elegancka i stonowana. Pisarka pośrednio gościła już w naszym piknikowym cyklu, nie jako autorka, lecz bohaterka - została sportretowana przez D.H. Lawrence'a jako Gudrun w "Zakochanych kobietach", a w każdym razie tak twierdzą badacze literatury. O ile jednak styl Lawrence'a jest dyskusyjny, na szczęście nie można tego powiedzieć o pisarstwie Katherine Mansfield. Pomimo że jej teksty są bardzo naładowane emocjonalnie, nie ma żadnego "rozdzierania szat", żadnych ekstrawagancji. Pozornie ta proza wydaje się wręcz chłodna. Czy sięgnę po więcej? Być może, jeśli będę miała ochotę na coś przygnębiająco-dusznego.

Jak zwykle gorąco polecam piknikową notkę Pyzy, którą znajdziecie TUTAJ. Dyskusja tym razem u mnie. A za miesiąc czytamy "Pożegnania" Stanisława Dygata.

czwartek, 31 sierpnia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem z klasyką przed duże "K" - "Frankenstein"


Jeśli uwierzyć zapewnieniom Mary Shelley, wyrażonym w przedmowie do trzeciego wydania jej słynnej powieści, że starała się wymyślić "opowieść [...] taką, która przemawiałaby do tajemnych lęków naszej natury i budziła dreszcz grozy, taką, żeby czytelnik bał się spojrzeć przez ramię, żeby szybciej zabiło mu serce, a krew ścięła się w żyłach", to trzeba przyznać, że udało się jej to połowicznie. "Frankenstein" rzeczywiście przemawia do głębokich lęków ludzkości i w swojej warstwie filozoficznej nie zestarzał się ani trochę, a można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego główny motyw, odpowiedzialność stwórcy za stworzenie, czyli etyczna strona badań naukowych, ich zastosowań i potencjalnych konsekwencji dziś, w dobie gwałtownego rozwoju nauk przyrodniczych, przede wszystkim takich dziedzin biologii jak genetyka i biotechnologia, zyskuje jeszcze większe znaczenie. Jeśli natomiast chodzi o ów "dreszcz grozy", jakiego oczekiwalibyśmy od horroru, to wypada on bardzo blado. Krótko mówiąc, "Frankenstein" sprawdza się jako przypowieść, jako literatura grozy - według standardów XXI w. - już nie (choć oczywiście nie mogę wykluczyć, że współcześni Mary Shelley rzeczywiście bali się spojrzeć przez ramię, czy aby nie podąża ich śladem przerażający, odrażający wielkolud). Zapewne wynika to po części z faktu, że został przeżuty na papkę przez popkulturę tak gruntownie, że stał się swoją własną karykaturą. Równocześnie jednak ten proces doprowadził do jego unieśmiertelnienia, nawet jeśli w dosyć skrzywionej postaci. Jeśli więc Frankenstein kojarzy się wam z olbrzymem o kanciastej głowie udekorowanej wielkimi szwami i równie kanciastych ruchach, pobudzonym do życia w ponurym zamczysku przy błyskach piorunów i wyładowaniach w elektrycznej maszynerii, gorąco zachęcam do zapoznania się z jego literackim, bezimiennym pierwowzorem.