piątek, 7 lutego 2020

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa




Pyza: Ojej… Myślałam, że sobie przy okazji 208. urodzin Charlesa Dickensa przyjemnie porozmawiamy o jednej z jego najbardziej znanych powieści, “Olivierze Twiście”. Że porozczulamy się nad losem głównego bohatera, sieroty, za którym toczy się dziwna, poplątana historia rodzinna pełna cudem odnajdujących się krewnych, pozachwycamy tym, jak Dickens szeroko maluje panoramę społeczną, jak dobrze potrafi chwycić hipokryzję ludzi swojej epoki… A tymczasem, muszę Ci się od razu przyznać, dla mnie “Olivier…” jest książką bardzo problematyczną. Wypchnijmy zatem od razu słonia z pokoju: powiedz mi, jak Ci się czytało o jednym z głównych czarnych charakterów tej książki, czyli o Faginie?

Tarnina: Wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdzie, ale tak od razu? Nie chciałabym, żeby zagadnienia uprzedzeń i stereotypów narodowościowych czy religijnych zdominowały naszą dyskusję o „Oliverze Twiście”, bo jest to raczej w odniesieniu do powieści kwestia poboczna, choć owszem, współczesnemu czytelnikowi wyczulonemu na te problemy bardzo rzuca się w oczy. Fagina nazwałabym nawet głównym czarnym charakterem powieści, bo oprócz standardowych wykroczeń przeciwko prawu – jest hersztem szajki złodziei – ma na swoim sumieniu coś gorszego, wykorzystywanie nieszczęścia sierot i innych dzieci pozbawionych opieki rodziny i społeczeństwa. Fagin niby to obejmując opiekę nad nieszczęśnikami pokroju Olivera Twista wciągał ich w przestępczy proceder i brutalnie zmuszał do posłuszeństwa, odbierając im jakąkolwiek szansę na normalne życie. Ta właśnie najnikczemniejsza postać w powieści jest Żydem, co narrator bardzo często przypomina. Fakt ten wzbudził kontrowersje już w czasie publikacji powieści i Dickens tłumaczył się z tego i odpierał zarzuty o antysemityzm. Być może prawdą jest, że ta postać była wzorowana na rzeczywistym ówczesnym przestępcy o nazwisku Ikey Solomon, który był Żydem, być może w owym czasie wśród londyńskich kryminalistów wysoki odsetek naprawdę stanowili Żydzi (tego nie wiem), ale z samej lektury powieści wydaje się oczywiste, że Dickens dał tutaj wyraz swoim antysemickim uprzedzeniom, być może nieuświadomionym, ale z pewnością istniejącym. I niezbyt łagodzi to odczucie fakt, że inni nikczemni osobnicy, z którymi zetknął się biedny Oliver, byli angielskimi protestantami.

Pyza: Faktycznie, już współczesnych Dickensa raził ten antysemicki rys w powieści - narzekał na to chociażby autor “Targowiska próżności” (za które chętnie bym się zabrała w ramach któregoś z naszych spotkań!). Chociaż, jak wyczytałam w uprzejmym wprowadzeniu do mojego wydania “Oliviera…”, ponoć Dickens był takim “casualowym antysemitą”, co niby ma oznaczać, że nie był antysemitą bardziej niż pozostali ludzie swojej epoki. Czy mnie to przekonuje? Niespecjalnie. Tak jak piszesz, w powieści roi się od wytykania Faginowi, że jest Żydem (bądź w ogóle zamiennego nazywania go raz nazwiskiem, a raz, po prostu “the Jew”), podkreślaniu w jego wyglądzie haczykowatego nosa czy - och, co to jest za fragment! - zębów małych i szpiczastych jak u drapieżnika. Ale to prowadzi mnie z kolei do wątku głównego schwarzcharakteru. Zdaje się, że do tego zadania wydelegowany miał być przez Dickensa raczej Monks, tajemnicza postać w kapturze, której roli nie będziemy tutaj zdradzać… Ale jakoś się ta struktura tutaj - nie po raz pierwszy w tym przypadku - posypała i Fagin zgarnął to miejsce bez problemu. No właśnie, bo czy według Ciebie “Olivier Twist” to jest powieść dobrze skonstruowana? 
Tarnina: A mnie właśnie przekonuje stwierdzenie, że Dickens dał po prostu wyraz poglądom powszechnym w jego epoce i być może nie towarzyszyła temu nawet żadna refleksja. Jestem zdania, że nie należy nadmiernie potępiać autorów sprzed stuleci za to, że byli ludźmi swojej epoki i myśleli jak ludzie swojej epoki. Możemy się jedynie cieszyć, że ludzkość uczyniła krok naprzód. 
Pyza: Hm, mnie z tego argumentu zawsze wytrąca jednak to, że byli i wówczas ludzie, którzy widzieli, że to nic dobrego i umieli myśleć inaczej. Pytanie, kto zatem myślał jak “człowiek epoki”, a kto nie. 
Tarnina: Sądzę, że odpowiedź na to pytanie dają dane statystyczne. Ale przechodząc już do kolejnej poruszonej przez ciebie kwestii: wydaje mi się, że rolę głównego czarnego charakteru autor przydzielił raczej Billowi Sikesowi, choć jego postać wypada w powieści raczej blado, pomimo tego, że to jemu przypadło w udziale najbardziej dramatyczne zakończenie. „Olivera Twista” uznałabym w ogóle za najmniej udaną z powieści Dickensa, które przeczytałam do tej pory. Po pierwsze zbyt przewidywalną, po drugie zbyt sentymentalną, obliczoną na dosyć tanie wzruszanie czytelnika. Owszem, czyta się nieźle, czytelnik przewraca kartkę za kartką i ciekawi go, co będzie dalej, ale mam wrażenie, że bez niektórych wątków spokojnie można by się obyć, inne powinny być bardziej pogłębione. To nie jest ten sam poziom, który Dickens pokazał w „Samotni” czy „Opowieści o dwóch miastach”. A co konkretnie zarzucasz konstrukcji powieści? 
Pyza: Och, Sikes! No tak, może niezbyt udany, ale za to przypomnij sobie ten wątek z psem. Ciarki! Naprawdę zastanawiałam się wtedy, czy ja jeszcze aby czytam tę samą powieść, czy nie wskoczyłam do jakiejś upiornej kroniki kryminalnej…? Ale tak, też jestem zdania, że “Olivier…” to jedna z mniej udanych powieści Dickensa. No, ale cóż, była druga/trzecia (bo jednak one wychodziły częściowo równocześnie) w chronologii, więc autor miał się na czym uczyć i na czym trenować do świetnej “Samotni”. Co zaś zarzucam? Oliviera jako bohatera pretekstowego (który ciągle źle się czuje, mdleje, choruje albo jest nieprzytomny!), objawianie się ukrytych krewnych i znajomych na każdym kroku, niezdecydowanie, kto w końcu ma grać jaką rolę - nie jest to może poziom “The Old Curiosity Shop”, gdzie Dickens pozwala bohaterom na swobodną ewolucję, a tych, co do których zmienił zdanie, dość obcesowo “wypisuje” z fabuły, ale jednak. Ten mdlejący Olivier Ci nie przeszkadzał? 
Tarnina: Rzeczywiście te omdlenia po których następuje zazwyczaj stan otarcia się niemal o śmierć i długa rekonwalescencja zdarzają się Oliverowi trochę zbyt często, a jakby tego było mało Dickens wykorzystał “chwyt” fabularny w postaci nagłej zagrażającej życiu choroby nie tylko w odniesieniu do postaci Olivera. Stanowczo za dużo jak na jedną powieść. Jeśli chodzi o Olivera, to wydał mi się mało wiarygodny, nie tylko z powodu bycia idealnym dzieckiem, ale z bardziej prozaicznego: kiedy i od kogo nauczył się czytać? Czy w tym okropnym zakładzie dla sierot, którego wychowankowie niemal przymierali głodem, ktoś naprawdę zadawał sobie trud edukowania ich? Fabuła tego nie wyjaśnia.
Ale, ale.. wspomniałaś o psie. Nie muszę sobie tego wątku przypominać, bo przyznam się, że chyba najbardziej zapadł mi w pamięć (rzeczywiście ciarki!). Zastanawiam się, czy Dickens nie mógł dla niego wymyślić szczęśliwszego zakończenia. Bo o ile smutny koniec innych postaci miał funkcję przestrogi (uważaj czytelniku, uważaj czytelniczko, bo możesz skończyć tak samo), a myślę, że Dickens naprawdę chciał wpływać na ludzi swoimi powieściami, o tyle psu można było odpuścić, zwłaszcza w tak łzawej opowieści. 
Pyza: No tak, bo może “Olivier Twist” wcale nie jest powieścią realistyczną? To by rozwiązywało przynajmniej część naszych problemów z fabułą - jak ta nauka czytania, o której mówisz, a którą Olivier później tylko doskonali - ale nie wiem, czy można to pogodzić w funkcją moralitetu, jaką równocześnie pełni. Gdyby patrzeć na tę powieść nie jako na opis obyczajów dawnej Anglii, ale na coś w rodzaju paraboli, wtedy wszystkie te złowieszcze postaci, cudem odnajdywani krewniacy i inne dziwności dałoby się przełknąć bez trudu. Ale szkoda by mi było tylko takiej lektury… Bo przecież są w tej powieści postaci wiarygodne psychologicznie i wydaje mi się, że formujące kanon pisania takich bohaterów przez lata: wspomnę chociażby o Nancy, zbrodniarce o dobrym sercu. Jak uważasz?
A jak przy tym jesteśmy - i równocześnie robiąc niewielką pętelkę do wątku psa - czy “Olivier Twist” nie jest po prostu świadectwem tego, jak dobrze Dickens korzystał z bardzo pulpowych motywów? Przetwarzał je, nadawał im lepszego wyrazu i aury, ale jednak mnóstwo tu takich scen jak z kroniki kryminalnej, “tanich” chwytów i tak dalej. 
Tarnina: No tak, bo nie zapominajmy, że to były powieści w odcinkach, pełniące wówczas rolę taką, jak dzisiaj seriale telewizyjne, więc przeznaczone dla masowej publiczności. Co do Nancy, to jest z pewnością najciekawszą postacią kobiecą (a może w ogóle najciekawszą postacią) tej powieści. I nie razi tutaj wcale moralizatorska funkcja, jaką jej wątek miał spełniać. Przeciwnie, wydaje mi się, że Dickens tak dobrze opisując jej uwikłanie mógł swój cel osiągnąć tzn. przestrzec kilka potencjalnych Nancy przed podobnym losem, i nie mam na myśli tylko kryminalnego aspektu jej wątku, ale przede wszystkim jej związek z Billem Sikesem. To znaczy oczywiście o ile potencjalne Nancy czytały prasę, a w późniejszych czasach korzystały przynajmniej z bibliotek. Że nie było, czy nie jest, to częste, świadczą chociażby dzisiejsze kroniki kryminalne, pełne podobnych przypadków przemocy domowej i toksycznych związków.
A skoro przy temacie związków i kobiet jesteśmy. Mam wrażenie, że na powieści Dickensa rzuca cień jego własne nieudane małżeństwo. Jest świetny tam, gdzie mamy dramat, ale w opisy zwykłego szczęścia rodzinnego wkradają się fałszywe tony. A w “Oliverze…” mamy też bardzo specyficzną parę nowożeńców... 
Pyza: I co więcej, Dickens nam dość łopatologicznie uświadamia, że ci specyficzni nowożeńcy - och, para równie toksyczna, co Bill i Nancy, chociaż z innych powodów - odbijają niejako inne pary. Chociażby dość, według mnie, pojawiający się znikąd wątek dwójki młodych ludzi, którzy chcą być ze sobą, nie mogą, ale chcą, ale nie mogą… Podobnie zresztą jak w przypadku rodziców Oliviera. Może masz rację, że Dickens ma problem z pisaniem szczęśliwych małżeństw? 
Tarnina: Państwo Bumble zostali przedstawieni w takim typowym dla Dickensa stylu, gdzie zło zyskuje komiczny wymiar. Pan Bumble srodze się zawiódł na małżeństwie, ale czytelnik nie ma najmniejszych powodów, żeby mu współczuć. Ale jest tu jeszcze jeden przykład małżeństwa zakończonego fiaskiem, i tym razem jest to historia bardzo ponura, bez jakichkolwiek komicznych nut. Mam na myśli małżeństwo ojca Olivera. Niedobranie partnerów przynosi rozczarowanie, potem chłodną obojętność, która w końcu prowadzi do separacji i gorącej nienawiści, przy czym stroną nienawistną okazuje się żona. Mąż natomiast obdarza uczuciem dużo młodszą kobietę, z którą jednak nie może zawrzeć formalnego związku, mimo że dziecko jest w drodze. Dickens był właściwie nowożeńcem, kiedy to pisał, więc być może jego rozczarowanie kobietami nie miało wiele wspólnego z żoną, ale ta fikcyjna historia dziwnie przypomina jego własne dalsze losy. Po kilkunastu latach małżeństwa Dickens zakochał się w osiemnastoletniej aktorce Ellen Ternan i nieformalnie rozstał z żoną. Z Ternan był najprawdopodobniej w długoletnim nieoficjalnym związku i mieli dziecko, które zmarło w niemowlęctwie. Co ciekawe, ideał kobiecości z Olivera Twista, czyli Róża Maylie, była wzorowana na postaci młodszej siostry jego żony, Mary, która z nimi - mam na myśli małżonków - mieszkała i zmarła po krótkiej, nagłej chorobie, co Dickens głęboko przeżył. 
Pyza: Zdaje się, że ten wątek próbował również przepracować w kolejnej swojej powieści, “The Old Curiosity Shop”, w której mała Nel nie ma niestety tyle szczęścia co Rose i nie przeżywa do końca powieści. Mała dygresja: podobno czytelnicy czekający na kolejne odcinki tej powieści w Stanach wykrzykiwali do marynarzy ze statku wiozącego odcinek z nabrzeża, “Czy mała Nell żyje czy umarła?”. Myślę, że w “Olivierze Twiście” czytelnik nie ma specjalnie okazji, żeby aż tak przywiązać się do Rose. Mam wrażenie, że to postać dość pretekstowa, nawet jej choroba wygląda bardziej na wytrych fabularny niż na cokolwiek innego. Swoją drogą, Dickens, prócz pokazywania szczęśliwych małżeństw, ma też problem z pokazaniem tego, czemu wszyscy chcą tak bardzo pomagać Olivierowi. Nie miałaś wrażenia, że koronnym argumentem wszystkich jest to - że bohater jest śliczny? 
Tarnina: Wydaje mi się, że wystarczającym powodem chęci pomocy Oliverowi jest to, że to małe, głodne dziecko bez opieki. Podejrzany jest tylko fakt, że w społeczeństwie, w którym - z jednej strony - obowiązuje darwinowska zasada przetrwania najlepiej dostosowanych, z drugiej - owo samotne dziecko tak często spotyka na swojej drodze osoby motywowane altruizmem. Ale jeśli przyjrzeć się tym motywacjom bliżej, okazuje się jednak, że jest to altruizm w pewien sposób ukierunkowany - krótko mówiąc chodzi o to, że Oliver jest ulepiony z innej gliny niż pospolity ulicznik. I tu niestety rodzi się niewygodne pytanie: czy nieślubne dziecko zwykłej chłopki czy robotnicy byłoby według autora mniej godne pomocy? 
Pyza: No właśnie, to jest też moja wątpliwość. Bo przecież w drugim tomie dość otwarcie doktor, zajmujący się Olivierem, deklaruje, że warto mu pomagać, chociaż nie może udowodnić niczego dobrego ze swojej historii, a jedynie wszystko, co złe. Olivierowi wiele się wybacza chyba dlatego, że to nie tyle postać realistyczna, co właśnie pewien wytrych dla narratora. Jak przenieść akcję z jednego miejsca w drugie, jak wprowadzić nowych bohaterów - a równocześnie niespecjalnie zajmować się tym głównym i tytułowym bohaterem. Mam wrażenie, że swoją najważniejszą scenę Olivier dostaje właściwie na samym początku (scena z prośbą o dokładkę), a potem już właściwie jakiegoś wielkiego sprawstwa nie objawia. Raczej tuła się po fabule tu i tam, a sam autor bardziej zainteresowany jest morale innych postaci - nawet drobnych szubrawców z gangu Fagina - niż Olivierem. 
Tarnina: Ha, jeśli chodzi o sprawczość, to niezbyt dobrze wybrałaś scenę z dokładką. Przecież do wystosowania tej jakże niestosownej w przytułku prośby o większy posiłek Olivera wytypowali "współosadzeni". Chociaż jestem skłonna przyznać, że jest to najlepsza scena Olivera. Ale nie jest tak źle ze sprawczością, Oliver sam podejmuje decyzję o ucieczce i to nawet dwukrotnie. Jednak masz rację, Oliver Twist, choć jest bohaterem tytułowym, nie jest głównym przedmiotem zainteresowania autora. Sam zresztą napisał o tym w przedmowie, że jego celem było odarcie środowiska przestępczego z wszelkiej dozy romantyzmu, w którą często się postaci łotrów w powieściach ubierało. 
Pyza: Hm, przyznaję, faktycznie może Olivier nie prosi o tę dokładkę ze swojej własnej woli, ale przynajmniej COŚ robi. Chociaż tak, może późniejszy brak robienia czegokolwiek przez bohatera przysłonił mi jego wcześniejsze samodzielne zaangażowanie. Ale, w każdym razie, Olivier ma dość znaczącą funkcję jako - nazwijmy to w ten sposób - wyznacznik tego prawdopodobnego zaangażowania w przestępczość. Nazywa się jednak “twist” (od którego już bardzo blisko do “hang”) i wciąż się mu powtarza, że jak nic, wkrótce zawiśnie. Czy chodzi tu tylko o obnażenie popularnego poglądu, że “pozory mylą”? Jak sądzisz?
  
Tarnina: Ja bym „twist” utożsamiała w tym przypadku z nagłym zwrotem akcji, a nie ze skręconą liną. Wydaje mi się, że pisarz sugerował raczej, że mały bohater będzie miał przyszłość inną niż ta najbardziej prawdopodobna. Swoja drogą, znakiem rozpoznawczym Dickensa są wiele znaczące, niezwykłe nazwiska bohaterów. A Oliver był też pierwszym w powieści wiktoriańskiej dziecięcym bohaterem, stąd może brak mu wyrazistości?
  
Pyza: Ale właśnie, to jest bardzo ciekawe, że z jednej strony “Olivier…” byłby pierwszą powieścią wiktoriańską - zaczął się ukazywać kilka miesięcy przed śmiercią króla i rozpoczęciem rządów przez nową królową - a zarazem jest dość mało wiktoriański. Brak w nim takiej wyrazistej, czarno-białej struktury, wcale wszystko nie jest na swoim miejscu. Jasne, niektórzy źli zostają ukarani, niektórzy się nawracają, ale nie każde dobro jest wynagrodzone, a postaci dość swobodnie przemieszczają się między pozycjami, które wyznacza im społeczeństwo. Jak sam Olivier chociażby. Wychodzi więc na to, że to jednak dość złożona powieść, mimo pewnych wad i momentów, które dzisiejszego czytelnika zmuszają do zgrzytania zębami. Gdybyś miała wybrać jedną rzecz, scenę, postać - coś, co chciałabyś przechować w swojej czytelniczej pamięci, właśnie z tej powieści, to co by to było?
  
Tarnina: Och, obawiam się, że w mojej pamięci na zawsze zostanie scena śmierci białego kudłatego psa, choć niekoniecznie chciałabym ją zatrzymać. Wybieram scenę, w której pan Bumble zdecydował się wstąpić w związek małżeński. Ale poza tym scen wartych zapamiętania jest sporo, chociażby ta przez ciebie przywołana, w której Oliver prosi o dokładkę. Zresztą mimo że od samego początku naszej rozmowy wytykamy „Oliverowi...” to i owo, ta książka mnie nie zawiodła i utwierdzam się w przekonaniu, że Dickens był literackim geniuszem. Nawet jeżeli fabuła ma pewne mankamenty, to łatwo to wybaczyć. Uwielbiam styl Dickensa jego ostrą satyrę i ironiczne poczucie humoru, które pewnie nie raz jemu samemu przydało się w życiu, bo pisarz przebył podobną drogę co Oliver: z fabryki pasty do butów na salony. Ale też to, że w tym bezwzględnym i niesprawiedliwym świecie, który przedstawiają jego powieści, zawsze znajdują się wysepki ludzkiego ciepła.
Myślę, że jeszcze długo mogłybyśmy rozmawiać o „Oliverze Twiście”, ale chyba już pora zaprosić do dyskusji innych czytelników? 

***

Ten tekst ukazał się również na blogu Pyzy pierogipruskie.pl i tam właśnie zapraszamy do włączenia się do dyskusji i komentowania.

sobota, 30 listopada 2019

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Co się czai w "Domu o siedmiu szczytach"?





Tarnina: Na dzisiejszym pikniku spotykamy się z klasykiem amerykańskim i to przez duże „K”. Nathaniela Hawthorne’a wymienia się w gronie największych XIX-wiecznych twórców literatury amerykańskiej, obok nazwisk takich jak Edgar Allan Poe z jednej, czy Henry James z drugiej strony, mam jednak wrażenie, że polskiemu czytelnikowi znany jest bardziej ze słyszenia – bo kto o jakim takim rozeznaniu w historii literatury nie słyszał o Szkarłatnej literze? – niż z własnej lektury. My bierzemy na warsztat inną powieść Hawthorne’a, która wedle słów tłumaczki Bronisławy Bałutowej z posłowia do polskiego wydania („Czytelnik”, Warszawa 1959) „stała się równie sławna jak Szkarłatna litera i jest przez niektórych krytyków, a także a także przez samego Hawthorne’a, wyżej od niej stawiana. Jest to w każdym razie najbardziej dojrzałe z dzieł Hawthorne’a. Zarzucają mu nawet zbytnią doskonałość formy, zbyt staranne wypracowanie artystyczne szczegółów”. Dom o siedmiu szczytach wydaje się lekturą idealną na listopad i na dzisiejszy (czy też wczorajszy) wieczór wróżb i przepowiedni. Oto mamy stare, ponure domiszcze w Nowej Anglii, zamieszkałe już głównie przez duchy, a sięgające historią wieku XVII i słynnych procesów czarownic, klątwę sprzed 200 lat rzuconą na protoplastę rodu przez czarownika tuż przed wykonaniem wyroku, gwałtowne, niewyjaśnione zgony i zbrodnię popełnioną w kręgu rodzinnym, a wszystko owiane mgłą legendy i tajemnicy. Początek wielce obiecujący, zgodzisz się ze mną, Pyzo?

Pyza: Oczywiście, opisana w ten sposób, tajemnicza aura Domu o siedmiu szczytach (czyli House of the Seven Gables, jak możemy się dowiedzieć z dostępnego za pośrednictwem portalu Gutenberg znajdującego się w domenie publicznej e-booka) robi wrażenie. Zresztą Hawthorne zaczyna od dużego uderzenia: opisania dziwnych wydarzeń, które miały miejsce między sędzią Pyncheonem, protoplastą jednego z najpotężniejszych rodów w Massachusetts, a oskarżonym o czary stolarzem Maulem. Maul ma tego pecha - jak wiele osób, mogłybyśmy dodać, oskarżonych o uprawianie czarnoksięstwa - że jego dom stoi na terenie, którego pożąda sędzia. I wszystko obyłoby się zapewne bez problemów, a Pyncheon przejąłby posiadłości Maula bez szemrania, gdyby ten na koniec tuż przed śmiercią nie rzucił na niego charakterystycznej klątwy… I tu, muszę powiedzieć, autor mnie miał. A potem stracił. Bo o ile zaczyna się to wszystko szalenie ekscytująco, o tyle dalej jest, jakby to ująć? Dość statecznie? Nie wiem, czy Tobie towarzyszyło podobne uczucie: że w tej powieści się, do licha, praktycznie nic nie dzieje!

Tarnina: Statecznie czy statycznie? Oba te określenia wydają mi się trafne, bo choć współcześni Hawthorne’a mogli odbierać jego powieść jako wytwór nieskrępowanej wyobraźni autora, mnie wydaje się raczej grzeczna, bezpieczna i przewidywalna. I tak, zdecydowanie statyczna, niestety podzielam Twoją opinię o zbyt małym natężeniu akcji (łagodnie rzecz ujmując).

Ale zatrzymajmy się jeszcze przy początku (na marginesie dodam, że już sam opis architektury tytułowego domu wywołał u mnie ciarki na plecach, a to wiele znaczy u osoby, która na własne oczy obserwowała architektoniczne ożywienie Polski lat 90-tych XX w.), bo po takim otwarciu powieść mogła rozwijać się w wielu kierunkach: powieści grozy, kryminału, mamy przecież dosyć niejasne morderstwo i zagubione bądź ukryte ważne dokumenty, czy też powieści społeczno-obyczajowej, bo dla zawiązania fabuły istotną rolę odgrywała pozycja społeczna jej bohaterów i tak będzie też w dalszej części powieści. Mam wrażenie, że autor podążał we wszystkich tych kierunkach jednocześnie, choć w centrum jego zainteresowania znalazły się raczej zagadnienia filozoficzno-moralizatorskie, rozważania o winie i zadośćuczynieniu. Jednak jakiekolwiek ramy gatunkowe przyłożyłabym do Domu o siedmiu szczytach, w zetknięciu z wrażliwością współczesnego czytelnika (jeżeli mogę być tu reprezentatywnym przykładem) powieść zawodzi.

Pyza: No właśnie, moim zdaniem te dwie rzeczy są ze sobą mocno związane. Bo przez całą lekturę miałam takie poczucie, że coś mi się w narracji Hawthorne’a wymyka. Że może ten docelowy czytelnik z połowy XIX wieku z Ameryki Północnej jakoś szybciej (albo w ogóle) wychwytywał aluzje i wszystko to, co autor upychał pod spodem? Wówczas może te długie rozdziały poświęcone temu, jak bohaterka schodzi ze schodów albo bohater siedzi na krześle (sic! nie mogę powiedzieć, dla mnie Dom… będzie “Tą Powieścią, W Której Bohater Cały Rozdział Siedzi W Krześle”) były bardziej znośne? Bo zdecydowanie Hawthorne celuje w opis społecznych zależności - stąd zresztą taka forma, te długie rozmyślania bohaterów, umoralniające opowieści, czy dwóch przechodniów komentujących to, co się akurat wydarzyło, z boku. Przy czym to wszystko jest szalenie filmowe - może nie przez przypadek w domu Pyncheonów jeden ze szczytów zajmuje lokator parający się dagerotypią? Dagerotypista nie należy co prawda do moich ulubieńców - za dużo w nim takiej umoralniającej strony, mimo że tak poza tym na przykład hipnotyzuje kury - ale wydaje mi się to ciekawym zabiegiem: taka pra-filmowa narracja, to prowadzenie czytelnika przez obrazy. I tutaj pojawia się moja wątpliwość numer jeden: na ile powieść jest w ogóle w pełni przyswajalna dla czytelniczki bez lepszej znajomości kontekstu polityczno-społecznego połowy XIX wieku w Stanach (takiej jak ja) i wątpliwość numer dwa: czy postaci Hawthorne’a w ogóle da się włożyć w ramy “lubię - nie lubię”?

Tarnina: Wydaje mi się, że problem z odbiorem tej powieści tkwi w czym innym, niż brak znajomości realiów miejsca i czasu. Bo ten kontekst społeczny jest dosyć czytelny, a nawet więcej, jest uniwersalny, po lekturze czytelnik może skonstatować, że pewne problemy ludzkości są niezmienne i powszechne. Owszem, być może np. ambicje polityczne sędziego Pyncheona i plany ich realizacji więcej mówiły współczesnym Hawthorne’a niż nam, ale nie w tym rzecz. Chodzi raczej o to, że np. - pozwolę sobie na analogię - możemy się zachwycać (lub nie) automobilami z początków motoryzacji, ale nie będą one spełniały naszych oczekiwań względem środka transportu. Przy czym moje oczekiwania tak bardzo odbiegają od tego, co zaserwował tu autor, że w wielu miejscach naprawdę zastanawiałam się, jaki był jego cel w zamieszczeniu tego czy innego fragmentu. Weźmy chociażby ten rozdział wspomniany przez Ciebie, W Którym Bohater Siedzi na Krześle. Właściwie takich rozdziałów jest więcej, ale zakładam, że chodzi o ten, w którym bohater siedzi, bo nie może wstać z powodu swojej śmierci. Tymczasem przez cały rozdział autor “zabawia” czytelnika opisywaniem dziwnego, niewzruszonego snu z otwartymi oczami. I dlaczegóż ten sen tak mocny, a oczy nie zamknięte? Koncept może i dobry na pół akapitu, ale nie na cały rozdział. I być może kiedyś zachwycał artyzm takich zabiegów, ale nie dziś. Podobnie cała fabuła wydaje się dosyć przejrzysta od samego początku. Od razu domyślamy się, kim jest dagerotypista, po co do miasta sprowadza się urocze wiejskie dziewczę i jaka (mniej więcej) jest prawda o zbrodni sprzed lat. I teraz zastanawiam się czy Hawthorne celowo tak to napisał, bo zaskakiwanie czytelnika nie było wówczas potrzebne, czy też rzeczywiście myślał, że zręcznie ukrywa swoje fabularne zamiary i dopiero pod koniec powieści oświeci czytelnika.

Pyza: To jest znakomite pytanie. Rozdział, W Którym Bohater Siedzi W Krześle (Bo Umarł - od razu przepraszamy za spojlery, być może zrujnowałyśmy właśnie lekturę jakiejś niewinnej duszy!) to jest dokładnie taki koncept, z którego autor może być dumny - tylko, no właśnie, jak długo? Mam wrażenie, że nie tyle chodzi w nim o to, żeby zaskoczyć na końcu czytelnika (“widzicie, toż on nie żyje!”), ile że teraz wreszcie wymierzy się bohaterowi sprawiedliwość: nie może się ruszyć, więc narrator tak skacze wokół niego i wypomina mu a to to, a to tamto, wskazując na błahość rzeczy istotnych dla żywych, a zupełnie bez sensu dla umarłych. I nie tyle upaja się znakomitym pomysłem, co wyżywa na tym nielubianym bohaterze. I pod tym względem Hawthorne wydaje mi się protoplastą wielu współczesnych scenarzystów: dostarcza nam tego, czego oczekujemy, w dawkach, jakich oczekujemy. Źli są źli, a dobrzy są dobrzy. Czy scena, w której Jaffrey grozi Hepzibie, że zamknie Clifforda w zakładzie dla obłąkanych, to nie jest taka bardzo filmowa scena, w której Zły Bohater okazuje się perfidnym szantażystą i Dobra Bohaterka musi się poddać, żeby ratować Bohatera, O Którego Się Troszczy? Bo do mnie to właśnie tak przemawiało. Znamy te rozwiązania z wielu scenariuszy: czy Hawthorne był pierwszy? Czy po prostu zręcznie to wszystko wykorzystywał i układał? Na mnie większe wrażenie robiły w powieści takie przebłyski humoru - jak Hepziba i jej rozterki sklepowe albo wszystkie właściwie sceny z kurami. Dobra, jestem fanką tych kur z Domu o Siedmiu Szczytach.

Tarnina: Ach, kury! Obawiam się tylko, że Hawthorne nie do końca orientował się, jak szybko rośnie kurczątko, co jest dosyć zaskakujące, bo miał w swoim życiu epizod pracy na roli. Ale w domu o siedmiu szczytach przy zaczarowanej studni wiecznie młode kurczątko być może jest na miejscu. Co do tej filmowości powieści, to muszę Ci przyznać rację, zastanawiam się tylko, czy byłby to film z głosem narratora spoza kadru. Ale dobra opowieść, czy to filmowa, czy literacka, musi mieć bohaterów, których losy zaabsorbują publiczność. Czy Twoim zdaniem Hawthorne’owi udało się tu stworzyć godne zapamiętania, pełnokrwiste postaci?

Pyza: No cóż, autor po wielokroć zaznacza, że kurczak jest mikry, bo i ród zmikrzał z czasem. Te kury są dość przypowieściowe i raczej obrazują upadek rodu Pyncheonów niż faktyczne kury, może stąd ten wiecznie młody kurczak? Jeśli chodzi o postaci - na pewno udało mu się stworzyć typy. Łatwo z pamięci przywołać “coś” o każdej z postaci - czy to pierwszoplanowych, czy epizodycznych. Nie wiem tylko, czy to się równa postaciom pełnokrwistym? Chyba raczej nie, prawda? Gdybym miała wybierać bohaterkę, która ma najwięcej charakteru i jest w jakiś sposób bliska prawdzie (jakkolwiek byśmy tę “prawdę” zdefiniowały), to postawiłabym na Hepzibę. Ta jej nieumiejętność odnalezienia się w rzeczywistości, staromodność, przywiązanie do brata, a równocześnie chęć czegoś nowego, wzięcia sprawy w swoje ręce na przekór wszystkim i wszystkiemu - to zdecydowanie do mnie przemawia. Motyw ze sklepem, z którym bohaterka tak rozpaczliwie sobie nie radzi i nie wie nawet, czy wypada jej sobie radzić, wszak jest “damą”, należy moim zdaniem do najlepszych w powieści i reszcie bohaterów dość daleko do takiej wyrazistości… A Ty jak sądzisz?

Tarnina: Nie chciałabym, żeby nasze rozważania nadmiernie skupiały się na kurach, ale w ciągu tych kilku(nastu) tygodni trwania akcji kurczątko powinno stać się co najmniej kurzym podrostkiem, a nie zatrzymywać na etapie puszystej kuleczki. Oczywiście losy tej kurzej, świetnej niegdyś, rasy obrazują losy świetnego niegdyś rodu Pyncheonów: stąd też znacząca poprawa ich kondycji w zakończeniu, a nagły wzrost ich nieśności też możemy interpretować jako oczywistą aluzję. Czy jednak zamrożonemu w czasie kurczątku można nadać jakiś sens alegoryczny? Nie jestem pewna.

O, tak, z pewnością Hepziba wysuwa się na plan pierwszy jako bohaterka, do tego stopnia, że autor poświęcił cały rozdział na opisanie, jak wstaje rano z łóżka. Ale mam wrażenie, że nawet ona nie spełnia wymogów “pełnokrwistości”. I to chyba jest ten główny problem w odbiorze Domu… postaci zaludniające powieść są zbyt papierowe, stworzone po to tylko, żeby zobrazować jakąś ideę i spełnić określoną funkcję w fabule. Poza tym wydaje mi się, że w opisie tych postaci autor zbyt często się powtarza (i w ogóle autor się powtarza), np. co chwilę przypomina, że Hepziba ma mylącą mimikę twarzy (groźnie marszczy czoło, choćby jej serce przepełniały najtkliwsze uczucia), a sędzia Pyncheon ma bardzo promienny i bardzo nieszczery uśmiech. I za każdym razem ten opis jest powtórzeniem tego, co już wiemy i nie dodaje nic nowego do naszej wiedzy o postaci. Zresztą Hawthorne konstruuje swoje postaci z zaprzeczeniem zasadzie, że lepiej pokazać niż opisać: jego postaci są takie a takie, bo autor tak nam oznajmia, tylko w niewielkim stopniu mamy okazję wyrobić sobie zdanie na podstawie własnych obserwacji. Choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o tworzenie “typów” to pisarz zrobił to bardzo sprawnie. Np. mam wrażenie, że typ reprezentowany przez sędziego jest dosyć powszechny w życiu publicznym każdej epoki.

Wydaje mi się, że do tej pory głównie narzekamy (a w każdym razie ja narzekam) ale może jednak uda nam się znaleźć jakieś pozytywy? W końcu nie bez przyczyny zapewne powieść zyskała tak duże uznanie w czasach swojego powstania.

Pyza: O tak, zdecydowanie autor opisuje swoich bohaterów, a nie pokazuje ich działania, ale czy to nie ze względu na obraną strategię? Nie zrozum mnie źle: nie bronię tego rozwiązania i nie jestem jego fanką, ale mam wrażenie, że ograniczając scenografię i miejsce akcji w gruncie rzeczy do samego tytułowego domu, Hawthorne niewiele więcej może nam pokazać. Niby czasem wysyła bohaterów dokądś, ale bez przesady, to są zawsze wystudiowane sytuacje i wystudiowane idee, jakie mają zobrazować.

Jeśli chodzi o zalety… Na pewno poczucie humoru Hawthorne’a się nie zestarzało, chociaż może mógłby dać sobie spokój z tym podkreślaniem, jak to biedna Hepziba nie wzbudzała ciepłych uczuć swoim wyglądem (mam wrażenie, że niestety część żartów odnosi się przede wszystkim do tego). Ale co poza tym? Nie wiem, przyznaję, że musiałam mieć po zakończeniu lektury dość głupią minę, bo nie miałam wrażenia, że oto zakończyłam obcowanie z wielkim dziełem, które popchnęło do przodu światową literaturę. Boję się, że za jakiś czas w pamięci zostanie mi tylko ta nieszczęsna zahipnotyzowana przez dagerotypistę kura (nie tylko ze względu na samą urodę tego zdania).

Tarnina: Można się zastanawiać, dlaczego pisarz tak mocno ograniczył przestrzeń akcji i liczebność bohaterów - oprócz tych osób, które pojawiają się bardziej w charakterze elementów scenografii niż postaci, jest ich tylko sześcioro - ale nawet jeśli przyjmiemy, że tych ograniczeń nie można zdjąć, przecież mogłyby się znaleźć w powieści jakieś sceny interakcji w obrębie tej szóstki, które pokazywałyby nam ich charakter, ich wzajemne relacje i uczucia. Tymczasem prawie w ogóle tego nie ma, Hawthorne “załatwia” tę sferę streszczającym opisem, wobec czego rodzi się pytanie: czy nie umiał napisać np. dobrego dialogu (jeśli już nie mogą nic robić, to niech chociaż mówią), czy też ówczesnemu czytelnikowi dialog nie był do szczęścia potrzebny. (Clifford odzywa się wyraźnie tylko jeden raz, puszczając od razu długą, ciągnącą się przez kilka stron filozoficzną tyradę do nieznajomego w pociągu; młoda kuzynka i dagerotypista rozmawiają ze sobą raptem dwa razy, po czym okazuje się… itd.). Ale teraz ja poszukam zalet: zaliczyłabym do nich dosyć nietypowy wybór głównej bohaterki i, chociaż w mocy pozostaje wszystko to, co o niej napisałyśmy powyżej, to jednak sam pomysł, że samotna, mało - wydawałoby się - interesująca stara panna, może być główną postacią powieści, uważam za godny odnotowania. Poza tym, choć dziś to już bardzo niemodne i w złym stylu, jeśli ktoś szuka w książkach pocieszenia, to tu je chyba znajdzie: życie jest ciężkie i nierzadko niesprawiedliwe, ale ostatecznie dobro zwycięża. I to daje czytelnikowi pewne poczucie satysfakcji, więc zaliczam na plus. No i są w tej powieści rozsiane to tu, to tam, pewne ciekawe i trafne spostrzeżenia co do natury ludzi i społeczeństwa. I kury, rzecz jasna.

Czuję, że zbliżamy się już do końca, ale zanim on nastąpi, rzucę jeszcze jeden temat: czy wydaje Ci się, że Dom o siedmiu szczytach to parodia powieści grozy?

Pyza: Cóż, dialogi są faktycznie dość słabe, że nie wspomnę o chyba najbardziej “interaktywnym” rozdziale, w którym dagerotypista czyta Phoebe historię z dziejów rodu Pyncheonów. Muszę przyznać, że trochę mi tam się zazgrzytało zębami. Już nie będę tu wyciągała żadnych argumentów w postaci, że oto ni z gruszki ni z pietruszki facet edukuje w sumie ducha Bogu winną kobitę (troszkę jednak mansplaingiem mi to pachniało), ale to po prostu jest napisane w tak nieciekawy sposób - a tak nam to autor zachwala… Chyba, że to tylko moje wrażenie?

A co do Twojego pytania: a wiesz, że nie pomyślałam o tej powieści w tych kategoriach? Jasne, sama rzuciłam pomysł, by Dom… czytać ze względu na jego miejsce wśród rozmaitych zestawień powieści o czarach i czarownicach, ale to, co jest w nim straszne, w niewielkim stopniu tych czarów dotyczy. Nawet klątwa ma swoje zupełnie fizjologiczne podłoże. Czy to jednak parodia? Hawthorne jednak nas tym domiszczem straszy, a racjonalne podłoże niejasnych zdarzeń dostajemy i u klasyczek gatunku takich jak Anne Radcliffe, więc odpowiem tak: nie wiem. A Twoje zdanie?

Tarnina: Historia o nieszczęsnej zahipnotyzowanej Alicji nieciekawie napisana? Dla mnie akurat stanowiła miłe urozmaicenie, choć pointę miała dosyć słabą (lecz nie pierwsze to i nie ostatnie rozczarowanie tej powieści).

Tak, Hawthorne trochę straszy, ale od początku się zastanawiałam, jaki ma to cel. Bo jednak nadrzędnym celem tej powieści jest moralizowanie oraz być może egzorcyzmowanie historii własnej rodziny (nie wspomniałyśmy o tym, ale przodek pisarza John Hathorne zapisał się niechlubnie w historii Salem właśnie w czasie słynnego polowania na “czarownice” i też podobno z tego powodu rzucono na jego ród klątwę). Czy wobec tego autor wprowadza ten cały gotycki sztafaż z tego powodu, aby - kontynuując moralizowanie - wyśmiać i przywołać do porządku czytelnika szukającego tak płytkiej rozrywki? Zakpić sobie z tej prymitywnej potrzeby odczuwania dreszczyku niezdrowych emocji? Nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie, ale wydaje mi się to możliwe. To by wyjaśniło, dlaczego to straszenie jest tak mało skuteczne.

No cóż, pozwolę sobie jeszcze raz zacytować fragment posłowia Bronisławy Bałutowej sprzed sześćdziesięciu lat: “Cały aparat gotyckiego romansu grozy [...] - stare domy nawiedzane przez duchy, ożywające portrety, czarodziejskie zwierciadła, przekleństwo popełnionych zbrodni itp., te akcesoria, z których Hawthorne stale i wszędzie korzystał, tak dyskretnie i subtelnie przenikają tu całość, że nie rażą w niczym nowoczesnego czytelnika, a morał, choć jak zawsze u niego stale obecny, nie staje przed nami niby natrętne widmo i nie przeszkadza nam w przeżywaniu wielkich smutków i drobnych radości niezapomnianej Hepziby i jej najbliższych”. Szkoda, że nie mogę się do tej opinii bezapelacyjnie przychylić.

Pyza: Cóż, wychodzi na to, że i posłowia się starzeją… A z nas takie jakieś “nienowoczesne” czytelniczki. Zobaczymy: myślę, że najlepszym testem dla Domu… będzie to, czy za dwa-trzy miesiące będzie się zeń pamiętać coś poza kurami.

***

Ten wpis możecie też przeczytać na blogu Pyzy (tutaj), a gospodynią dyskusji jestem dzisiaj ja, więc jeśli macie ochotę coś dodać, komentujcie pod tym wpisem.

poniedziałek, 15 lipca 2019

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Klaudyna w szkole" Colette

Dokładnie 609 lat temu, w samo południe, rozpoczęła się bitwa pod Grunwaldem! A my dziś w samo południe wracamy z Piknikami z klasyką, co oczywiście nie ma żadnego związku z historyczną rocznicą. Do bitwy pomiędzy nami nie doszło, chociaż nasze opinie o powieści nieco się różniły. Ponieważ od ostatniego piknikowego spotkania minęło już sporo czasu, pozwolę sobie przypomnieć, że Pikniki z klasyką to międzyblogowy cykl, prowadzony tutaj i na pierogipruskie.pl, w którym omawiamy klasyczne pozycje literatury polskiej i obcej, z jakichś przyczyn wcześniej przez nas nieprzeczytane. Krótko mówiąc, nadrabianie czytelniczych zaległości połączone z dyskusją, do której zapraszamy czytelników. To zaczynamy, naszym dzisiejszym tematem jest "Klaudyna w szkole" Colette.

środa, 28 listopada 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya. Historia pewnej znajomości.



"Pożegnanie z bronią" znalazło się na liście Pikników klasyką, ponieważ listopad 2018 to (między innymi) setna rocznica zakończenia I wojny światowej i z tej okazji postanowiłyśmy włączyć do naszego cyklu coś tematycznie związanego z tą rocznicą. Hemingway to oczywiście klasyka jak się patrzy, więc "Pożegnanie z bronią" wydało się wyborem idealnym. Jak wiadomo, Hemingway był jednym z tych chłopców, którzy ochoczo przyłączyli się do wojny, a potem nigdy całkiem się z niej nie otrząsnęli. Postać głównego bohatera, tenente (porucznika) Frederica Henry'ego, Amerykanina służącego na froncie włoskim jako kierowca ambulansu, dzieli elementy biografii z autorem. Obraz wojny, który wyłania się z powieści, rzecz jasna nie zaskakuje: demoralizacja, brutalność, bezsens i marnotrawstwo istnień ludzkich. Jednak (częściowo być może dlatego, że w literaturze dotyczącej I wojny światowej oczytałam się już trochę cztery lata temu) ten wątek nie zrobił na mnie wrażenia, właściwie odebrałam go jako tło do drugiego, równoległego wątku, którym jest historia pewnej znajomości.

Zauważcie, że nie piszę "historia pewnej miłości". Oczywiście po wpisaniu tytułu w dowolną wyszukiwarkę i kliknięciu w dowolny link przeczytamy, że "Pożegnanie z bronią" opowiada historię miłości pomiędzy naszym bohaterem (który został poważnie ranny w kolano) a angielską pielęgniarką Catherine Barkley (ale zaraz, Angielka to w końcu czy Szkotka? Bo już się pogubiłam), ale uwierzcie mi, to nieprawda. Współczuję ludziom, którzy to, co opisał tu Hemingway uważają za miłość. Cóż, zdaję sobie sprawę, że Hemingway "wielkim pisarzem był" (facet dostał Nobla, tak, wiem o tym), ale o tej powieści powiem tylko, że "jak zachwyca, kiedy nie zachwyca". To jest taka powieść, która nie sprawia trudności w czytaniu, owszem, da się ją czytać z dobrym skutkiem w autobusie i w tramwaju i nawet fakt, że styl jest miejscami mocno dyskusyjny - język bywa mało wyrafinowany - można wytłumaczyć: narratorem jest sam Henry, więc może to po prostu jego chropawy sposób wyrażania się. Ogólnie gładko to wszystko płynie, czytelnik się nie męczy (co jednak uważam za plus). Ale jeśli chodzi o treść, to "ręce opadają". Streszczę to tak: historia ku przestrodze - oto jakie konsekwencje ma seks bez zabezpieczenia. Koniec. Kurtyna opada. Plus nagroda dla autora za stworzenie najbardziej irytującej, odpychającej i bezmózgiej pary kochanków (czytaj: osób lubiących spędzać ze sobą czas w łóżku) w historii literatury. O, czyli jednak powieść mnie poruszyła? I owszem, obawiam się jednak, że nie w sposób zamierzony przez autora. Rzecz jasna, mogłabym, gdybym chciała, zinterpretować bohaterów w inny sposób, jednostki dotknięte cierpieniem, zniszczone przez wojnę, żyjące w sytuacji ekstremalnej, ach, głębia, artyzm i wielkość autora. Ale odmawiam. Twórczość Hemingwaya uważa się za taką "męską" literaturę. I "Pożegnanie z bronią" jest tego świetnym przykładem. Catherine Barkley jest ucieleśnieniem męskich fantazji, nie mającym nic wspólnego z prawdziwymi kobietami. Mam tylko nadzieję, że tych fantazji Hemingwaya jednak większość męskiej populacji w roku 2018 nie podziela (bo że podziela je część, tego jestem niestety pewna).

To tyle ode mnie na dzisiaj. Pozostaje jeszcze tylko kilka ogłoszeń. Po pierwsze, koniecznie sprawdźcie, co o "Pożegnaniu z bronią" myśli Pyza - jej wpis znajdziecie TUTAJ. Po drugie, oczywiście jak zwykle zapraszam do dyskusji - tym razem na blogu Pyzy. A po trzecie - w tym miejscu powinien nastąpić anons następnego Pikniku, ale nie nastąpi. Zdecydowałyśmy się z Pyzą zawiesić nasz cykl na czas nieokreślony, ale mam szczerą nadzieję, że nie na zawsze, że i jeszcze do niego wrócimy. To były cudowne spotkania, co prawda tylko w świecie wirtualnym, ale przez to wcale nie mniej ciekawe. Bardzo Ci za nie, Pyzo, dziękuję. Tymczasem życzę wszystkim wielu ciekawych lektur. Blog zostaje i postaram się tu coś skrobnąć od czasu do czasu.

wtorek, 25 września 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Virginia Woolf, "To the lighthouse"


"Do latarni morskiej" Virginii Woolf to powieść, z którą nie każdy i nie w każdym momencie jest w stanie się zaprzyjaźnić. Wpadniesz w zachwyt albo od pierwszej do ostatniej strony (albo do tej, która dla ciebie będzie ostatnią) będziesz się zastanawiać, o co właściwie tyle hałasu. Przez całą część pierwszą centralnym wydarzeniem jest planowana nazajutrz wycieczka do pobliskiej latarni morskiej, do której ostatecznie dochodzi po dziesięciu latach - krótka podróż łódką zajmuje cześć trzecią, a łącznikiem między nimi jest środkowa część składająca się z zadumy nad upływem czasu. Tylko tyle, a jednak aż tyle.

Być może nie wszystkich czytelników obejdzie fakt, jak ambitne, pod względem formalnym, zadanie postawiła przed sobą autorka i jak znakomicie się z niego wywiązała. Mamy tu do czynienia z typowymi dla modernizmu eksperymentami z formą: zerwaniem z tradycyjnie prowadzaną narracją na rzecz strumieniem świadomości, czy też opowiadania poprzez relacjonowanie myśli bohaterów, wieloma punktami widzenia, między którymi przeskok może nastąpić nawet w ciągu jednego zdania. To może wzbudzać zarówno podziw, jak i irytację czytelnika, z pewnością trzeba włożyć nieco wysiłku, żeby rozeznać się w sytuacji. Nie jest to jednak sztuka dla sztuki, forma, tak trudna do uchwycenia i zdefiniowania wspaniale odzwierciedla treść: życie z jego drobiazgami, ulotnymi chwilami, które odchodzą w przeszłość na naszych oczach i które staramy się utrwalić, intensywność doświadczanych emocji, skomplikowaną siatkę międzyludzkich relacji.

Na poziomie fabuły dzieje się niewiele: dwa dni z życia rodziny Ramsayów i ich znajomych, spędzających lato w domu na Wyspie Skye, przedzielone odległością dziesięciu lat, wojną i śmiercią kilku jej członków. Woolf eksploruje tu własną biografię, te wakacje przypominają lata spędzane przez jej rodzinę w domu na wybrzeżu, a relacje między członkami Ramsayów przypominają te panujące w jej domu rodzinnym, wreszcie obraz powieściowej pani Ramsay jest portretem matki Virginii Woolf, której śmierć pozostawiła w rodzinie wyrwę taka jak śmierć pani Ramsay. W tych ramach skąpej fabuły Woolf zawarła jednak ocean rozważań filozoficznych i psychologicznych obserwacji: o relacjach rodzinnych, porozumiewaniu się, postrzeganiu świata, sztuce, przemijaniu i śmierci, czy wreszcie - istocie życia. Nie dając rzecz jasna czytelnikowi gotowych recept czy odpowiedzi, raczej pozwalając mu na własną refleksję.

Książka do powolnego czytania. Najlepiej wielokrotnie, z szumem fal dochodzącym z oddali.

Zapraszam do dyskusji (dzisiaj u mnie) i oczywiście do odwiedzenia blogu Pyzy - jej wpis o "Do latarni morskiej" znajdziecie TUTAJ. Za miesiąc mamy przerwę w piknikach, spotykamy się ponownie w listopadzie, a jako że upłynie wtedy setna rocznica zakończenia I wojny światowej, będziemy dyskutować o  "Pożegnaniu z bronią" Hemingwaya.

środa, 29 sierpnia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: wakacjez horrorem albo wczasy na zamku. Udolpho.

Tak. W końcu musiało do tego dojść. Musiałyśmy się w końcu zmierzyć z klasyczną powieścią gotycką, a że tradycją naszych piknikowych spotkań są wakacje z horrorem, postanowiłyśmy z Pyzą w roli tegorocznego horroru obsadzić "Tajemnice zamku Udolpho" Ann Radcliffe. Powieść była prawdziwym hitem w połowie lat 90. XVIII stulecia, o czym wie każdy, kto czytał "Opactwo Northanger" Jane Austen. Dla fana twórczości Austen - a do nich zdecydowanie się zaliczam - "Tajemnice..." to wręcz lektura obowiązkowa.


(Jako ilustracje dzisiaj wykorzystałam kolejne zdjęcia szkockich zamków - nie wiem, czemu Ann Radcliffe musiała szukać scenerii do swojej powieści we Włoszech i Francji, a właściwie wiem, ale nie zmienia to faktu, że znacznie bliżej miała doskonałą scenografię, zarówno jeśli chodzi o zamki, jak przyrodę).

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wakacjez horrorem albo wczasy na zamku Udolpho chwilowo odroczone.


Z przykrością zawiadamiam, że zaplanowany na dzisiaj (a poprzednio na ubiegły poniedziałek) Piknik z klasyką i "Tajemnicami zamku Udolpho" znów zostaje przesunięty, z przyczyny choroby jednej z organizatorek. Nowym terminem - i mam nadzieję ostatecznym - jest środa. Zainteresowanych uczestnictwem za opóźnienia przepraszamy, a na osłodę zostawiam kilka ujęć zamków, co prawda szkockich, a nie francuskich ani włoskich, ale jeden z nich też ma nazwę na "U".



 


poniedziałek, 2 lipca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Kiedy zmysły wypełzają na usta... czyli o "Trędowatej" Heleny Mniszkówny




Oczywiście, można się śmiać. Ale czy na pewno trzeba? I czy aż tak głośno?

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Trędowata" to dobra powieść. Raczej to, że mnie przewrotnie rozczarowała, bo po tym symbolu romansowego kiczu spodziewałam się czegoś znacznie gorszego - lub lepszego, zależnie od kierunku patrzenia. Spodziewałam się, że będę od początku do końca boki zrywać, tymczasem, jeśli przymknie się oko na pewne (no dobrze: liczne) mankamenty warsztatu pisarskiego Mniszkówny, "Trędowatą" można przeczytać na poważnie (z wyjątkiem zakończenia, które jest, co tu dużo mówić, idiotyczne, ale którego nie zdradzę, choć zrobiło to Wydawnictwo MG na okładce wydania, którym dysponuję) i można nawet dopatrzeć się w niej wartości. W każdym razie mam wrażenie, że palma pierwszeństwa w dziedzinie kiczu niesłusznie została przyznana "Trędowatej", zdarzyło mi się czytać gorsze powieści współczesne, pozytywnie recenzowane przez blogerki, które na hasło:"Trędowata" pogardliwie wydymają swe różane usteczka, marszczą alabastrowe czoła, a spod kruczoczarnych, na wzór gotyckich łuków ukształtowanych brwi, ciskają gromy fiołkowymi oczyma. (Proszę mi wybaczyć to nieudolne naśladownictwo stylu Mniszkówny). Paradoksalnie, to właśnie te gromy, które posypały się na autorkę i jej dzieło po jego opublikowaniu w 1909 r. (i to z grona poważnych osób, które mogły były przecież wyrazić swą dezaprobatę milczeniem) i sypią się nadal, ocaliły Helenę Mniszkównę od zapomnienia, podczas gdy nazwiska tylu lepszych pisarzy już dawno pokrył kurz. Krytyka często bywa przeciwskuteczna, a w przypadku "Trędowatej" jej zajadłość wynikała chyba głównie z powodu ogromnej poczytności tej powieści o miłości skromnej szlachcianki Stefci Rudeckiej do magnata ordynata Waldemara Michorowskiego, która do wybuchu II wojny światowej doczekała się szesnastu wydań.

Czytać więc, czy nie czytać? Tej kwestii jednoznacznie nie rozstrzygnę, ograniczę się do przedstawienia moich refleksji z lektury. Zacznę od minusów, ale proszę się nie zrażać, myślę, że dotrzemy też do plusów.

środa, 23 maja 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O kobiecie w wieku balzakowskim


Dobrze znane zdanie Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” przywołuje się często w kontekście twórczości innego wielkiego pisarza francuskiego, Honoré de Balzaca. Jeśli Balzac naprawdę kierował się tą zasadą, to po lekturze „Kobiety trzydziestoletniej” mogłabym się zastanawiać, czy jego pojęcie o zwierciadłach nie było cokolwiek skrzywione, a także zachodzić w głowę, dlaczego uważa się go za wybitnego przedstawiciela realizmu. Czytając, momentami przecierałam oczy ze zdumienia, bo to, co początkowo brałam za wnikliwe studium obyczajowo-psychologiczne przerodziło się w pewnym momencie w wytwór doprawdy wybujałej fantazji.   

środa, 21 marca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem klasycznie o piratach, czyli "Wyspa skarbów"

W kwestii piratów bardziej klasycznie być nie może, bo choć marynarze na bakier z prawem pojawiali się w literaturze już wcześniej, to właśnie Robert Louis Stevenson stworzył wizerunek pirata, który zawładnął masową wyobraźnią jego współczesnych i króluje w popkulturze do dziś, będąc pożywką dla niezliczonych adaptacji, prequeli, sequeli itp. Na hasło: "pirat" wszyscy widzimy oczyma wyobraźni niezbyt świeżego osobnika w trójgraniastym kapeluszu, z drewnianą nogą i papugą na ramieniu, prawda? Możemy być za to "wdzięczni" właśnie Stevensonowi.
 
Logo wiosenne, Wiośnie na zachętę ;)

wtorek, 20 lutego 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Wiek niewinności" Edith Wharton



W Nowym Jorku lat tysiąc osiemset siedemdziesiątych przyszłość Newlanda Archera rysuje się prosto i jasno: o karierę zawodową nie musi się martwić, w biurach kancelarii prawnej pojawia się tylko w celu zachowania pozorów posiadania odpowiedniego dla dżentelmena zajęcia, a jego prawdziwą profesją jest bycie członkiem nowojorskiej wyższej sfery. Jakiś czas temu wykaraskał się z niefortunnego romansu z mężatką, a w chwili obecnej nic już nie stoi na przeszkodzie jego rychłego małżeństwa z uroczą May Welland, uosobieniem wszelkich cnót oczekiwanych od młodej żony. W dodatku w małżeństwie tym połączą się dwa z najświetniejszych rodów miasta, czegóż więcej młody mężczyzna mógłby oczekiwać od życia? Spokój przyjemnej egzystencji Newlanda zostaje zburzony pojawieniem się w kręgu nowojorskiej socjety – w atmosferze skandalu – kuzynki jego narzeczonej, hrabiny Ellen Olenskiej, która właśnie wróciła z Europy, opuściwszy wcześniej swojego męża, polskiego magnata. 
  
„Wiek niewinności” ukazał się po raz pierwszy w roku 1920. Edith Wharton opisuje w nim Amerykę swojego dzieciństwa. Maluje obraz nowojorskiej „arystokracji” z dużą dozą artyzmu, bogactwem szczegółów i trafnością ironicznych obserwacji. Jednak „Wiek niewinności” powieść o tytule mocno ironicznym, a może nawet szyderczym, jest przede wszystkim znakomitym studium hipokryzji i konformizmu i tragedią rozpisaną na trzech aktorów, banalne z pozoru postaci miłosnego trójkąta. Młodzieniec będący idealnym wytworem i przedstawicielem swojej sfery, jego równie idealna, niewinna narzeczona i tajemnicza i egzotyczna kusicielka. Jednak każda z tych postaci ma „drugie dno”, jest fascynująca w swojej niejednoznaczności. Archer jest z jednej strony beneficjentem systemu społecznego, przyznającego całą wolność mężczyźnie, a na kobiecie wymuszającym życie w ściśle określonych ramach, a z drugiej strony jego ofiarą. May Welland może być niewinnym, nieszczęśliwym dziewczęciem, ale również wprawną i bezwzględną manipulantką. I wreszcie hrabina Olenska jest czymś znacznie więcej, niż femme fatale, pojawiającą się, żeby zniszczyć szczęście swojej młodej kuzynki, i znacznie więcej, niż ofiarą bezduszności i obłudy społeczeństwa.

Muszę przyznać, że porównanie z piknikową lekturą z ubiegłego miesiąca, czyli "Bostończykami" Henry'ego Jamesa, które samo się nasuwa ze względu na tło społeczne i obecny w obu powieściach "trójkąt", a także motyw "feministyczny" wypada bardzo na niekorzyść Jamesa. Wydanie tych powieści dzieli około 35 lat, ale wydaje się to całą epoką. Wharton przedstawia swoich bohaterów, ich emocje i motywacje z całą ich głębią, podczas gdy Henry James raczy czytelnika pustym efekciarstwem. 
 
Zachęcam gorąco do dyskusji o książce, tym razem pod wpisem Pyzy, który znajdziecie TUTAJ.W tym miesiącu dołączyła do nas również Marta z bloga "Między sklejonymi kartkami", jej wpis znajdziecie TU.