sobota, 30 listopada 2019

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Co się czai w "Domu o siedmiu szczytach"?





Tarnina: Na dzisiejszym pikniku spotykamy się z klasykiem amerykańskim i to przez duże „K”. Nathaniela Hawthorne’a wymienia się w gronie największych XIX-wiecznych twórców literatury amerykańskiej, obok nazwisk takich jak Edgar Allan Poe z jednej, czy Henry James z drugiej strony, mam jednak wrażenie, że polskiemu czytelnikowi znany jest bardziej ze słyszenia – bo kto o jakim takim rozeznaniu w historii literatury nie słyszał o Szkarłatnej literze? – niż z własnej lektury. My bierzemy na warsztat inną powieść Hawthorne’a, która wedle słów tłumaczki Bronisławy Bałutowej z posłowia do polskiego wydania („Czytelnik”, Warszawa 1959) „stała się równie sławna jak Szkarłatna litera i jest przez niektórych krytyków, a także a także przez samego Hawthorne’a, wyżej od niej stawiana. Jest to w każdym razie najbardziej dojrzałe z dzieł Hawthorne’a. Zarzucają mu nawet zbytnią doskonałość formy, zbyt staranne wypracowanie artystyczne szczegółów”. Dom o siedmiu szczytach wydaje się lekturą idealną na listopad i na dzisiejszy (czy też wczorajszy) wieczór wróżb i przepowiedni. Oto mamy stare, ponure domiszcze w Nowej Anglii, zamieszkałe już głównie przez duchy, a sięgające historią wieku XVII i słynnych procesów czarownic, klątwę sprzed 200 lat rzuconą na protoplastę rodu przez czarownika tuż przed wykonaniem wyroku, gwałtowne, niewyjaśnione zgony i zbrodnię popełnioną w kręgu rodzinnym, a wszystko owiane mgłą legendy i tajemnicy. Początek wielce obiecujący, zgodzisz się ze mną, Pyzo?

Pyza: Oczywiście, opisana w ten sposób, tajemnicza aura Domu o siedmiu szczytach (czyli House of the Seven Gables, jak możemy się dowiedzieć z dostępnego za pośrednictwem portalu Gutenberg znajdującego się w domenie publicznej e-booka) robi wrażenie. Zresztą Hawthorne zaczyna od dużego uderzenia: opisania dziwnych wydarzeń, które miały miejsce między sędzią Pyncheonem, protoplastą jednego z najpotężniejszych rodów w Massachusetts, a oskarżonym o czary stolarzem Maulem. Maul ma tego pecha - jak wiele osób, mogłybyśmy dodać, oskarżonych o uprawianie czarnoksięstwa - że jego dom stoi na terenie, którego pożąda sędzia. I wszystko obyłoby się zapewne bez problemów, a Pyncheon przejąłby posiadłości Maula bez szemrania, gdyby ten na koniec tuż przed śmiercią nie rzucił na niego charakterystycznej klątwy… I tu, muszę powiedzieć, autor mnie miał. A potem stracił. Bo o ile zaczyna się to wszystko szalenie ekscytująco, o tyle dalej jest, jakby to ująć? Dość statecznie? Nie wiem, czy Tobie towarzyszyło podobne uczucie: że w tej powieści się, do licha, praktycznie nic nie dzieje!

Tarnina: Statecznie czy statycznie? Oba te określenia wydają mi się trafne, bo choć współcześni Hawthorne’a mogli odbierać jego powieść jako wytwór nieskrępowanej wyobraźni autora, mnie wydaje się raczej grzeczna, bezpieczna i przewidywalna. I tak, zdecydowanie statyczna, niestety podzielam Twoją opinię o zbyt małym natężeniu akcji (łagodnie rzecz ujmując).

Ale zatrzymajmy się jeszcze przy początku (na marginesie dodam, że już sam opis architektury tytułowego domu wywołał u mnie ciarki na plecach, a to wiele znaczy u osoby, która na własne oczy obserwowała architektoniczne ożywienie Polski lat 90-tych XX w.), bo po takim otwarciu powieść mogła rozwijać się w wielu kierunkach: powieści grozy, kryminału, mamy przecież dosyć niejasne morderstwo i zagubione bądź ukryte ważne dokumenty, czy też powieści społeczno-obyczajowej, bo dla zawiązania fabuły istotną rolę odgrywała pozycja społeczna jej bohaterów i tak będzie też w dalszej części powieści. Mam wrażenie, że autor podążał we wszystkich tych kierunkach jednocześnie, choć w centrum jego zainteresowania znalazły się raczej zagadnienia filozoficzno-moralizatorskie, rozważania o winie i zadośćuczynieniu. Jednak jakiekolwiek ramy gatunkowe przyłożyłabym do Domu o siedmiu szczytach, w zetknięciu z wrażliwością współczesnego czytelnika (jeżeli mogę być tu reprezentatywnym przykładem) powieść zawodzi.

Pyza: No właśnie, moim zdaniem te dwie rzeczy są ze sobą mocno związane. Bo przez całą lekturę miałam takie poczucie, że coś mi się w narracji Hawthorne’a wymyka. Że może ten docelowy czytelnik z połowy XIX wieku z Ameryki Północnej jakoś szybciej (albo w ogóle) wychwytywał aluzje i wszystko to, co autor upychał pod spodem? Wówczas może te długie rozdziały poświęcone temu, jak bohaterka schodzi ze schodów albo bohater siedzi na krześle (sic! nie mogę powiedzieć, dla mnie Dom… będzie “Tą Powieścią, W Której Bohater Cały Rozdział Siedzi W Krześle”) były bardziej znośne? Bo zdecydowanie Hawthorne celuje w opis społecznych zależności - stąd zresztą taka forma, te długie rozmyślania bohaterów, umoralniające opowieści, czy dwóch przechodniów komentujących to, co się akurat wydarzyło, z boku. Przy czym to wszystko jest szalenie filmowe - może nie przez przypadek w domu Pyncheonów jeden ze szczytów zajmuje lokator parający się dagerotypią? Dagerotypista nie należy co prawda do moich ulubieńców - za dużo w nim takiej umoralniającej strony, mimo że tak poza tym na przykład hipnotyzuje kury - ale wydaje mi się to ciekawym zabiegiem: taka pra-filmowa narracja, to prowadzenie czytelnika przez obrazy. I tutaj pojawia się moja wątpliwość numer jeden: na ile powieść jest w ogóle w pełni przyswajalna dla czytelniczki bez lepszej znajomości kontekstu polityczno-społecznego połowy XIX wieku w Stanach (takiej jak ja) i wątpliwość numer dwa: czy postaci Hawthorne’a w ogóle da się włożyć w ramy “lubię - nie lubię”?

Tarnina: Wydaje mi się, że problem z odbiorem tej powieści tkwi w czym innym, niż brak znajomości realiów miejsca i czasu. Bo ten kontekst społeczny jest dosyć czytelny, a nawet więcej, jest uniwersalny, po lekturze czytelnik może skonstatować, że pewne problemy ludzkości są niezmienne i powszechne. Owszem, być może np. ambicje polityczne sędziego Pyncheona i plany ich realizacji więcej mówiły współczesnym Hawthorne’a niż nam, ale nie w tym rzecz. Chodzi raczej o to, że np. - pozwolę sobie na analogię - możemy się zachwycać (lub nie) automobilami z początków motoryzacji, ale nie będą one spełniały naszych oczekiwań względem środka transportu. Przy czym moje oczekiwania tak bardzo odbiegają od tego, co zaserwował tu autor, że w wielu miejscach naprawdę zastanawiałam się, jaki był jego cel w zamieszczeniu tego czy innego fragmentu. Weźmy chociażby ten rozdział wspomniany przez Ciebie, W Którym Bohater Siedzi na Krześle. Właściwie takich rozdziałów jest więcej, ale zakładam, że chodzi o ten, w którym bohater siedzi, bo nie może wstać z powodu swojej śmierci. Tymczasem przez cały rozdział autor “zabawia” czytelnika opisywaniem dziwnego, niewzruszonego snu z otwartymi oczami. I dlaczegóż ten sen tak mocny, a oczy nie zamknięte? Koncept może i dobry na pół akapitu, ale nie na cały rozdział. I być może kiedyś zachwycał artyzm takich zabiegów, ale nie dziś. Podobnie cała fabuła wydaje się dosyć przejrzysta od samego początku. Od razu domyślamy się, kim jest dagerotypista, po co do miasta sprowadza się urocze wiejskie dziewczę i jaka (mniej więcej) jest prawda o zbrodni sprzed lat. I teraz zastanawiam się czy Hawthorne celowo tak to napisał, bo zaskakiwanie czytelnika nie było wówczas potrzebne, czy też rzeczywiście myślał, że zręcznie ukrywa swoje fabularne zamiary i dopiero pod koniec powieści oświeci czytelnika.

Pyza: To jest znakomite pytanie. Rozdział, W Którym Bohater Siedzi W Krześle (Bo Umarł - od razu przepraszamy za spojlery, być może zrujnowałyśmy właśnie lekturę jakiejś niewinnej duszy!) to jest dokładnie taki koncept, z którego autor może być dumny - tylko, no właśnie, jak długo? Mam wrażenie, że nie tyle chodzi w nim o to, żeby zaskoczyć na końcu czytelnika (“widzicie, toż on nie żyje!”), ile że teraz wreszcie wymierzy się bohaterowi sprawiedliwość: nie może się ruszyć, więc narrator tak skacze wokół niego i wypomina mu a to to, a to tamto, wskazując na błahość rzeczy istotnych dla żywych, a zupełnie bez sensu dla umarłych. I nie tyle upaja się znakomitym pomysłem, co wyżywa na tym nielubianym bohaterze. I pod tym względem Hawthorne wydaje mi się protoplastą wielu współczesnych scenarzystów: dostarcza nam tego, czego oczekujemy, w dawkach, jakich oczekujemy. Źli są źli, a dobrzy są dobrzy. Czy scena, w której Jaffrey grozi Hepzibie, że zamknie Clifforda w zakładzie dla obłąkanych, to nie jest taka bardzo filmowa scena, w której Zły Bohater okazuje się perfidnym szantażystą i Dobra Bohaterka musi się poddać, żeby ratować Bohatera, O Którego Się Troszczy? Bo do mnie to właśnie tak przemawiało. Znamy te rozwiązania z wielu scenariuszy: czy Hawthorne był pierwszy? Czy po prostu zręcznie to wszystko wykorzystywał i układał? Na mnie większe wrażenie robiły w powieści takie przebłyski humoru - jak Hepziba i jej rozterki sklepowe albo wszystkie właściwie sceny z kurami. Dobra, jestem fanką tych kur z Domu o Siedmiu Szczytach.

Tarnina: Ach, kury! Obawiam się tylko, że Hawthorne nie do końca orientował się, jak szybko rośnie kurczątko, co jest dosyć zaskakujące, bo miał w swoim życiu epizod pracy na roli. Ale w domu o siedmiu szczytach przy zaczarowanej studni wiecznie młode kurczątko być może jest na miejscu. Co do tej filmowości powieści, to muszę Ci przyznać rację, zastanawiam się tylko, czy byłby to film z głosem narratora spoza kadru. Ale dobra opowieść, czy to filmowa, czy literacka, musi mieć bohaterów, których losy zaabsorbują publiczność. Czy Twoim zdaniem Hawthorne’owi udało się tu stworzyć godne zapamiętania, pełnokrwiste postaci?

Pyza: No cóż, autor po wielokroć zaznacza, że kurczak jest mikry, bo i ród zmikrzał z czasem. Te kury są dość przypowieściowe i raczej obrazują upadek rodu Pyncheonów niż faktyczne kury, może stąd ten wiecznie młody kurczak? Jeśli chodzi o postaci - na pewno udało mu się stworzyć typy. Łatwo z pamięci przywołać “coś” o każdej z postaci - czy to pierwszoplanowych, czy epizodycznych. Nie wiem tylko, czy to się równa postaciom pełnokrwistym? Chyba raczej nie, prawda? Gdybym miała wybierać bohaterkę, która ma najwięcej charakteru i jest w jakiś sposób bliska prawdzie (jakkolwiek byśmy tę “prawdę” zdefiniowały), to postawiłabym na Hepzibę. Ta jej nieumiejętność odnalezienia się w rzeczywistości, staromodność, przywiązanie do brata, a równocześnie chęć czegoś nowego, wzięcia sprawy w swoje ręce na przekór wszystkim i wszystkiemu - to zdecydowanie do mnie przemawia. Motyw ze sklepem, z którym bohaterka tak rozpaczliwie sobie nie radzi i nie wie nawet, czy wypada jej sobie radzić, wszak jest “damą”, należy moim zdaniem do najlepszych w powieści i reszcie bohaterów dość daleko do takiej wyrazistości… A Ty jak sądzisz?

Tarnina: Nie chciałabym, żeby nasze rozważania nadmiernie skupiały się na kurach, ale w ciągu tych kilku(nastu) tygodni trwania akcji kurczątko powinno stać się co najmniej kurzym podrostkiem, a nie zatrzymywać na etapie puszystej kuleczki. Oczywiście losy tej kurzej, świetnej niegdyś, rasy obrazują losy świetnego niegdyś rodu Pyncheonów: stąd też znacząca poprawa ich kondycji w zakończeniu, a nagły wzrost ich nieśności też możemy interpretować jako oczywistą aluzję. Czy jednak zamrożonemu w czasie kurczątku można nadać jakiś sens alegoryczny? Nie jestem pewna.

O, tak, z pewnością Hepziba wysuwa się na plan pierwszy jako bohaterka, do tego stopnia, że autor poświęcił cały rozdział na opisanie, jak wstaje rano z łóżka. Ale mam wrażenie, że nawet ona nie spełnia wymogów “pełnokrwistości”. I to chyba jest ten główny problem w odbiorze Domu… postaci zaludniające powieść są zbyt papierowe, stworzone po to tylko, żeby zobrazować jakąś ideę i spełnić określoną funkcję w fabule. Poza tym wydaje mi się, że w opisie tych postaci autor zbyt często się powtarza (i w ogóle autor się powtarza), np. co chwilę przypomina, że Hepziba ma mylącą mimikę twarzy (groźnie marszczy czoło, choćby jej serce przepełniały najtkliwsze uczucia), a sędzia Pyncheon ma bardzo promienny i bardzo nieszczery uśmiech. I za każdym razem ten opis jest powtórzeniem tego, co już wiemy i nie dodaje nic nowego do naszej wiedzy o postaci. Zresztą Hawthorne konstruuje swoje postaci z zaprzeczeniem zasadzie, że lepiej pokazać niż opisać: jego postaci są takie a takie, bo autor tak nam oznajmia, tylko w niewielkim stopniu mamy okazję wyrobić sobie zdanie na podstawie własnych obserwacji. Choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o tworzenie “typów” to pisarz zrobił to bardzo sprawnie. Np. mam wrażenie, że typ reprezentowany przez sędziego jest dosyć powszechny w życiu publicznym każdej epoki.

Wydaje mi się, że do tej pory głównie narzekamy (a w każdym razie ja narzekam) ale może jednak uda nam się znaleźć jakieś pozytywy? W końcu nie bez przyczyny zapewne powieść zyskała tak duże uznanie w czasach swojego powstania.

Pyza: O tak, zdecydowanie autor opisuje swoich bohaterów, a nie pokazuje ich działania, ale czy to nie ze względu na obraną strategię? Nie zrozum mnie źle: nie bronię tego rozwiązania i nie jestem jego fanką, ale mam wrażenie, że ograniczając scenografię i miejsce akcji w gruncie rzeczy do samego tytułowego domu, Hawthorne niewiele więcej może nam pokazać. Niby czasem wysyła bohaterów dokądś, ale bez przesady, to są zawsze wystudiowane sytuacje i wystudiowane idee, jakie mają zobrazować.

Jeśli chodzi o zalety… Na pewno poczucie humoru Hawthorne’a się nie zestarzało, chociaż może mógłby dać sobie spokój z tym podkreślaniem, jak to biedna Hepziba nie wzbudzała ciepłych uczuć swoim wyglądem (mam wrażenie, że niestety część żartów odnosi się przede wszystkim do tego). Ale co poza tym? Nie wiem, przyznaję, że musiałam mieć po zakończeniu lektury dość głupią minę, bo nie miałam wrażenia, że oto zakończyłam obcowanie z wielkim dziełem, które popchnęło do przodu światową literaturę. Boję się, że za jakiś czas w pamięci zostanie mi tylko ta nieszczęsna zahipnotyzowana przez dagerotypistę kura (nie tylko ze względu na samą urodę tego zdania).

Tarnina: Można się zastanawiać, dlaczego pisarz tak mocno ograniczył przestrzeń akcji i liczebność bohaterów - oprócz tych osób, które pojawiają się bardziej w charakterze elementów scenografii niż postaci, jest ich tylko sześcioro - ale nawet jeśli przyjmiemy, że tych ograniczeń nie można zdjąć, przecież mogłyby się znaleźć w powieści jakieś sceny interakcji w obrębie tej szóstki, które pokazywałyby nam ich charakter, ich wzajemne relacje i uczucia. Tymczasem prawie w ogóle tego nie ma, Hawthorne “załatwia” tę sferę streszczającym opisem, wobec czego rodzi się pytanie: czy nie umiał napisać np. dobrego dialogu (jeśli już nie mogą nic robić, to niech chociaż mówią), czy też ówczesnemu czytelnikowi dialog nie był do szczęścia potrzebny. (Clifford odzywa się wyraźnie tylko jeden raz, puszczając od razu długą, ciągnącą się przez kilka stron filozoficzną tyradę do nieznajomego w pociągu; młoda kuzynka i dagerotypista rozmawiają ze sobą raptem dwa razy, po czym okazuje się… itd.). Ale teraz ja poszukam zalet: zaliczyłabym do nich dosyć nietypowy wybór głównej bohaterki i, chociaż w mocy pozostaje wszystko to, co o niej napisałyśmy powyżej, to jednak sam pomysł, że samotna, mało - wydawałoby się - interesująca stara panna, może być główną postacią powieści, uważam za godny odnotowania. Poza tym, choć dziś to już bardzo niemodne i w złym stylu, jeśli ktoś szuka w książkach pocieszenia, to tu je chyba znajdzie: życie jest ciężkie i nierzadko niesprawiedliwe, ale ostatecznie dobro zwycięża. I to daje czytelnikowi pewne poczucie satysfakcji, więc zaliczam na plus. No i są w tej powieści rozsiane to tu, to tam, pewne ciekawe i trafne spostrzeżenia co do natury ludzi i społeczeństwa. I kury, rzecz jasna.

Czuję, że zbliżamy się już do końca, ale zanim on nastąpi, rzucę jeszcze jeden temat: czy wydaje Ci się, że Dom o siedmiu szczytach to parodia powieści grozy?

Pyza: Cóż, dialogi są faktycznie dość słabe, że nie wspomnę o chyba najbardziej “interaktywnym” rozdziale, w którym dagerotypista czyta Phoebe historię z dziejów rodu Pyncheonów. Muszę przyznać, że trochę mi tam się zazgrzytało zębami. Już nie będę tu wyciągała żadnych argumentów w postaci, że oto ni z gruszki ni z pietruszki facet edukuje w sumie ducha Bogu winną kobitę (troszkę jednak mansplaingiem mi to pachniało), ale to po prostu jest napisane w tak nieciekawy sposób - a tak nam to autor zachwala… Chyba, że to tylko moje wrażenie?

A co do Twojego pytania: a wiesz, że nie pomyślałam o tej powieści w tych kategoriach? Jasne, sama rzuciłam pomysł, by Dom… czytać ze względu na jego miejsce wśród rozmaitych zestawień powieści o czarach i czarownicach, ale to, co jest w nim straszne, w niewielkim stopniu tych czarów dotyczy. Nawet klątwa ma swoje zupełnie fizjologiczne podłoże. Czy to jednak parodia? Hawthorne jednak nas tym domiszczem straszy, a racjonalne podłoże niejasnych zdarzeń dostajemy i u klasyczek gatunku takich jak Anne Radcliffe, więc odpowiem tak: nie wiem. A Twoje zdanie?

Tarnina: Historia o nieszczęsnej zahipnotyzowanej Alicji nieciekawie napisana? Dla mnie akurat stanowiła miłe urozmaicenie, choć pointę miała dosyć słabą (lecz nie pierwsze to i nie ostatnie rozczarowanie tej powieści).

Tak, Hawthorne trochę straszy, ale od początku się zastanawiałam, jaki ma to cel. Bo jednak nadrzędnym celem tej powieści jest moralizowanie oraz być może egzorcyzmowanie historii własnej rodziny (nie wspomniałyśmy o tym, ale przodek pisarza John Hathorne zapisał się niechlubnie w historii Salem właśnie w czasie słynnego polowania na “czarownice” i też podobno z tego powodu rzucono na jego ród klątwę). Czy wobec tego autor wprowadza ten cały gotycki sztafaż z tego powodu, aby - kontynuując moralizowanie - wyśmiać i przywołać do porządku czytelnika szukającego tak płytkiej rozrywki? Zakpić sobie z tej prymitywnej potrzeby odczuwania dreszczyku niezdrowych emocji? Nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie, ale wydaje mi się to możliwe. To by wyjaśniło, dlaczego to straszenie jest tak mało skuteczne.

No cóż, pozwolę sobie jeszcze raz zacytować fragment posłowia Bronisławy Bałutowej sprzed sześćdziesięciu lat: “Cały aparat gotyckiego romansu grozy [...] - stare domy nawiedzane przez duchy, ożywające portrety, czarodziejskie zwierciadła, przekleństwo popełnionych zbrodni itp., te akcesoria, z których Hawthorne stale i wszędzie korzystał, tak dyskretnie i subtelnie przenikają tu całość, że nie rażą w niczym nowoczesnego czytelnika, a morał, choć jak zawsze u niego stale obecny, nie staje przed nami niby natrętne widmo i nie przeszkadza nam w przeżywaniu wielkich smutków i drobnych radości niezapomnianej Hepziby i jej najbliższych”. Szkoda, że nie mogę się do tej opinii bezapelacyjnie przychylić.

Pyza: Cóż, wychodzi na to, że i posłowia się starzeją… A z nas takie jakieś “nienowoczesne” czytelniczki. Zobaczymy: myślę, że najlepszym testem dla Domu… będzie to, czy za dwa-trzy miesiące będzie się zeń pamiętać coś poza kurami.

***

Ten wpis możecie też przeczytać na blogu Pyzy (tutaj), a gospodynią dyskusji jestem dzisiaj ja, więc jeśli macie ochotę coś dodać, komentujcie pod tym wpisem.

poniedziałek, 15 lipca 2019

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Klaudyna w szkole" Colette

Dokładnie 609 lat temu, w samo południe, rozpoczęła się bitwa pod Grunwaldem! A my dziś w samo południe wracamy z Piknikami z klasyką, co oczywiście nie ma żadnego związku z historyczną rocznicą. Do bitwy pomiędzy nami nie doszło, chociaż nasze opinie o powieści nieco się różniły. Ponieważ od ostatniego piknikowego spotkania minęło już sporo czasu, pozwolę sobie przypomnieć, że Pikniki z klasyką to międzyblogowy cykl, prowadzony tutaj i na pierogipruskie.pl, w którym omawiamy klasyczne pozycje literatury polskiej i obcej, z jakichś przyczyn wcześniej przez nas nieprzeczytane. Krótko mówiąc, nadrabianie czytelniczych zaległości połączone z dyskusją, do której zapraszamy czytelników. To zaczynamy, naszym dzisiejszym tematem jest "Klaudyna w szkole" Colette.

środa, 28 listopada 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya. Historia pewnej znajomości.



"Pożegnanie z bronią" znalazło się na liście Pikników klasyką, ponieważ listopad 2018 to (między innymi) setna rocznica zakończenia I wojny światowej i z tej okazji postanowiłyśmy włączyć do naszego cyklu coś tematycznie związanego z tą rocznicą. Hemingway to oczywiście klasyka jak się patrzy, więc "Pożegnanie z bronią" wydało się wyborem idealnym. Jak wiadomo, Hemingway był jednym z tych chłopców, którzy ochoczo przyłączyli się do wojny, a potem nigdy całkiem się z niej nie otrząsnęli. Postać głównego bohatera, tenente (porucznika) Frederica Henry'ego, Amerykanina służącego na froncie włoskim jako kierowca ambulansu, dzieli elementy biografii z autorem. Obraz wojny, który wyłania się z powieści, rzecz jasna nie zaskakuje: demoralizacja, brutalność, bezsens i marnotrawstwo istnień ludzkich. Jednak (częściowo być może dlatego, że w literaturze dotyczącej I wojny światowej oczytałam się już trochę cztery lata temu) ten wątek nie zrobił na mnie wrażenia, właściwie odebrałam go jako tło do drugiego, równoległego wątku, którym jest historia pewnej znajomości.

Zauważcie, że nie piszę "historia pewnej miłości". Oczywiście po wpisaniu tytułu w dowolną wyszukiwarkę i kliknięciu w dowolny link przeczytamy, że "Pożegnanie z bronią" opowiada historię miłości pomiędzy naszym bohaterem (który został poważnie ranny w kolano) a angielską pielęgniarką Catherine Barkley (ale zaraz, Angielka to w końcu czy Szkotka? Bo już się pogubiłam), ale uwierzcie mi, to nieprawda. Współczuję ludziom, którzy to, co opisał tu Hemingway uważają za miłość. Cóż, zdaję sobie sprawę, że Hemingway "wielkim pisarzem był" (facet dostał Nobla, tak, wiem o tym), ale o tej powieści powiem tylko, że "jak zachwyca, kiedy nie zachwyca". To jest taka powieść, która nie sprawia trudności w czytaniu, owszem, da się ją czytać z dobrym skutkiem w autobusie i w tramwaju i nawet fakt, że styl jest miejscami mocno dyskusyjny - język bywa mało wyrafinowany - można wytłumaczyć: narratorem jest sam Henry, więc może to po prostu jego chropawy sposób wyrażania się. Ogólnie gładko to wszystko płynie, czytelnik się nie męczy (co jednak uważam za plus). Ale jeśli chodzi o treść, to "ręce opadają". Streszczę to tak: historia ku przestrodze - oto jakie konsekwencje ma seks bez zabezpieczenia. Koniec. Kurtyna opada. Plus nagroda dla autora za stworzenie najbardziej irytującej, odpychającej i bezmózgiej pary kochanków (czytaj: osób lubiących spędzać ze sobą czas w łóżku) w historii literatury. O, czyli jednak powieść mnie poruszyła? I owszem, obawiam się jednak, że nie w sposób zamierzony przez autora. Rzecz jasna, mogłabym, gdybym chciała, zinterpretować bohaterów w inny sposób, jednostki dotknięte cierpieniem, zniszczone przez wojnę, żyjące w sytuacji ekstremalnej, ach, głębia, artyzm i wielkość autora. Ale odmawiam. Twórczość Hemingwaya uważa się za taką "męską" literaturę. I "Pożegnanie z bronią" jest tego świetnym przykładem. Catherine Barkley jest ucieleśnieniem męskich fantazji, nie mającym nic wspólnego z prawdziwymi kobietami. Mam tylko nadzieję, że tych fantazji Hemingwaya jednak większość męskiej populacji w roku 2018 nie podziela (bo że podziela je część, tego jestem niestety pewna).

To tyle ode mnie na dzisiaj. Pozostaje jeszcze tylko kilka ogłoszeń. Po pierwsze, koniecznie sprawdźcie, co o "Pożegnaniu z bronią" myśli Pyza - jej wpis znajdziecie TUTAJ. Po drugie, oczywiście jak zwykle zapraszam do dyskusji - tym razem na blogu Pyzy. A po trzecie - w tym miejscu powinien nastąpić anons następnego Pikniku, ale nie nastąpi. Zdecydowałyśmy się z Pyzą zawiesić nasz cykl na czas nieokreślony, ale mam szczerą nadzieję, że nie na zawsze, że i jeszcze do niego wrócimy. To były cudowne spotkania, co prawda tylko w świecie wirtualnym, ale przez to wcale nie mniej ciekawe. Bardzo Ci za nie, Pyzo, dziękuję. Tymczasem życzę wszystkim wielu ciekawych lektur. Blog zostaje i postaram się tu coś skrobnąć od czasu do czasu.

wtorek, 25 września 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Virginia Woolf, "To the lighthouse"


"Do latarni morskiej" Virginii Woolf to powieść, z którą nie każdy i nie w każdym momencie jest w stanie się zaprzyjaźnić. Wpadniesz w zachwyt albo od pierwszej do ostatniej strony (albo do tej, która dla ciebie będzie ostatnią) będziesz się zastanawiać, o co właściwie tyle hałasu. Przez całą część pierwszą centralnym wydarzeniem jest planowana nazajutrz wycieczka do pobliskiej latarni morskiej, do której ostatecznie dochodzi po dziesięciu latach - krótka podróż łódką zajmuje cześć trzecią, a łącznikiem między nimi jest środkowa część składająca się z zadumy nad upływem czasu. Tylko tyle, a jednak aż tyle.

Być może nie wszystkich czytelników obejdzie fakt, jak ambitne, pod względem formalnym, zadanie postawiła przed sobą autorka i jak znakomicie się z niego wywiązała. Mamy tu do czynienia z typowymi dla modernizmu eksperymentami z formą: zerwaniem z tradycyjnie prowadzaną narracją na rzecz strumieniem świadomości, czy też opowiadania poprzez relacjonowanie myśli bohaterów, wieloma punktami widzenia, między którymi przeskok może nastąpić nawet w ciągu jednego zdania. To może wzbudzać zarówno podziw, jak i irytację czytelnika, z pewnością trzeba włożyć nieco wysiłku, żeby rozeznać się w sytuacji. Nie jest to jednak sztuka dla sztuki, forma, tak trudna do uchwycenia i zdefiniowania wspaniale odzwierciedla treść: życie z jego drobiazgami, ulotnymi chwilami, które odchodzą w przeszłość na naszych oczach i które staramy się utrwalić, intensywność doświadczanych emocji, skomplikowaną siatkę międzyludzkich relacji.

Na poziomie fabuły dzieje się niewiele: dwa dni z życia rodziny Ramsayów i ich znajomych, spędzających lato w domu na Wyspie Skye, przedzielone odległością dziesięciu lat, wojną i śmiercią kilku jej członków. Woolf eksploruje tu własną biografię, te wakacje przypominają lata spędzane przez jej rodzinę w domu na wybrzeżu, a relacje między członkami Ramsayów przypominają te panujące w jej domu rodzinnym, wreszcie obraz powieściowej pani Ramsay jest portretem matki Virginii Woolf, której śmierć pozostawiła w rodzinie wyrwę taka jak śmierć pani Ramsay. W tych ramach skąpej fabuły Woolf zawarła jednak ocean rozważań filozoficznych i psychologicznych obserwacji: o relacjach rodzinnych, porozumiewaniu się, postrzeganiu świata, sztuce, przemijaniu i śmierci, czy wreszcie - istocie życia. Nie dając rzecz jasna czytelnikowi gotowych recept czy odpowiedzi, raczej pozwalając mu na własną refleksję.

Książka do powolnego czytania. Najlepiej wielokrotnie, z szumem fal dochodzącym z oddali.

Zapraszam do dyskusji (dzisiaj u mnie) i oczywiście do odwiedzenia blogu Pyzy - jej wpis o "Do latarni morskiej" znajdziecie TUTAJ. Za miesiąc mamy przerwę w piknikach, spotykamy się ponownie w listopadzie, a jako że upłynie wtedy setna rocznica zakończenia I wojny światowej, będziemy dyskutować o  "Pożegnaniu z bronią" Hemingwaya.

środa, 29 sierpnia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: wakacjez horrorem albo wczasy na zamku. Udolpho.

Tak. W końcu musiało do tego dojść. Musiałyśmy się w końcu zmierzyć z klasyczną powieścią gotycką, a że tradycją naszych piknikowych spotkań są wakacje z horrorem, postanowiłyśmy z Pyzą w roli tegorocznego horroru obsadzić "Tajemnice zamku Udolpho" Ann Radcliffe. Powieść była prawdziwym hitem w połowie lat 90. XVIII stulecia, o czym wie każdy, kto czytał "Opactwo Northanger" Jane Austen. Dla fana twórczości Austen - a do nich zdecydowanie się zaliczam - "Tajemnice..." to wręcz lektura obowiązkowa.


(Jako ilustracje dzisiaj wykorzystałam kolejne zdjęcia szkockich zamków - nie wiem, czemu Ann Radcliffe musiała szukać scenerii do swojej powieści we Włoszech i Francji, a właściwie wiem, ale nie zmienia to faktu, że znacznie bliżej miała doskonałą scenografię, zarówno jeśli chodzi o zamki, jak przyrodę).

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wakacjez horrorem albo wczasy na zamku Udolpho chwilowo odroczone.


Z przykrością zawiadamiam, że zaplanowany na dzisiaj (a poprzednio na ubiegły poniedziałek) Piknik z klasyką i "Tajemnicami zamku Udolpho" znów zostaje przesunięty, z przyczyny choroby jednej z organizatorek. Nowym terminem - i mam nadzieję ostatecznym - jest środa. Zainteresowanych uczestnictwem za opóźnienia przepraszamy, a na osłodę zostawiam kilka ujęć zamków, co prawda szkockich, a nie francuskich ani włoskich, ale jeden z nich też ma nazwę na "U".



 


poniedziałek, 2 lipca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Kiedy zmysły wypełzają na usta... czyli o "Trędowatej" Heleny Mniszkówny




Oczywiście, można się śmiać. Ale czy na pewno trzeba? I czy aż tak głośno?

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Trędowata" to dobra powieść. Raczej to, że mnie przewrotnie rozczarowała, bo po tym symbolu romansowego kiczu spodziewałam się czegoś znacznie gorszego - lub lepszego, zależnie od kierunku patrzenia. Spodziewałam się, że będę od początku do końca boki zrywać, tymczasem, jeśli przymknie się oko na pewne (no dobrze: liczne) mankamenty warsztatu pisarskiego Mniszkówny, "Trędowatą" można przeczytać na poważnie (z wyjątkiem zakończenia, które jest, co tu dużo mówić, idiotyczne, ale którego nie zdradzę, choć zrobiło to Wydawnictwo MG na okładce wydania, którym dysponuję) i można nawet dopatrzeć się w niej wartości. W każdym razie mam wrażenie, że palma pierwszeństwa w dziedzinie kiczu niesłusznie została przyznana "Trędowatej", zdarzyło mi się czytać gorsze powieści współczesne, pozytywnie recenzowane przez blogerki, które na hasło:"Trędowata" pogardliwie wydymają swe różane usteczka, marszczą alabastrowe czoła, a spod kruczoczarnych, na wzór gotyckich łuków ukształtowanych brwi, ciskają gromy fiołkowymi oczyma. (Proszę mi wybaczyć to nieudolne naśladownictwo stylu Mniszkówny). Paradoksalnie, to właśnie te gromy, które posypały się na autorkę i jej dzieło po jego opublikowaniu w 1909 r. (i to z grona poważnych osób, które mogły były przecież wyrazić swą dezaprobatę milczeniem) i sypią się nadal, ocaliły Helenę Mniszkównę od zapomnienia, podczas gdy nazwiska tylu lepszych pisarzy już dawno pokrył kurz. Krytyka często bywa przeciwskuteczna, a w przypadku "Trędowatej" jej zajadłość wynikała chyba głównie z powodu ogromnej poczytności tej powieści o miłości skromnej szlachcianki Stefci Rudeckiej do magnata ordynata Waldemara Michorowskiego, która do wybuchu II wojny światowej doczekała się szesnastu wydań.

Czytać więc, czy nie czytać? Tej kwestii jednoznacznie nie rozstrzygnę, ograniczę się do przedstawienia moich refleksji z lektury. Zacznę od minusów, ale proszę się nie zrażać, myślę, że dotrzemy też do plusów.

środa, 23 maja 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O kobiecie w wieku balzakowskim


Dobrze znane zdanie Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” przywołuje się często w kontekście twórczości innego wielkiego pisarza francuskiego, Honoré de Balzaca. Jeśli Balzac naprawdę kierował się tą zasadą, to po lekturze „Kobiety trzydziestoletniej” mogłabym się zastanawiać, czy jego pojęcie o zwierciadłach nie było cokolwiek skrzywione, a także zachodzić w głowę, dlaczego uważa się go za wybitnego przedstawiciela realizmu. Czytając, momentami przecierałam oczy ze zdumienia, bo to, co początkowo brałam za wnikliwe studium obyczajowo-psychologiczne przerodziło się w pewnym momencie w wytwór doprawdy wybujałej fantazji.   

środa, 21 marca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem klasycznie o piratach, czyli "Wyspa skarbów"

W kwestii piratów bardziej klasycznie być nie może, bo choć marynarze na bakier z prawem pojawiali się w literaturze już wcześniej, to właśnie Robert Louis Stevenson stworzył wizerunek pirata, który zawładnął masową wyobraźnią jego współczesnych i króluje w popkulturze do dziś, będąc pożywką dla niezliczonych adaptacji, prequeli, sequeli itp. Na hasło: "pirat" wszyscy widzimy oczyma wyobraźni niezbyt świeżego osobnika w trójgraniastym kapeluszu, z drewnianą nogą i papugą na ramieniu, prawda? Możemy być za to "wdzięczni" właśnie Stevensonowi.
 
Logo wiosenne, Wiośnie na zachętę ;)

wtorek, 20 lutego 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Wiek niewinności" Edith Wharton



W Nowym Jorku lat tysiąc osiemset siedemdziesiątych przyszłość Newlanda Archera rysuje się prosto i jasno: o karierę zawodową nie musi się martwić, w biurach kancelarii prawnej pojawia się tylko w celu zachowania pozorów posiadania odpowiedniego dla dżentelmena zajęcia, a jego prawdziwą profesją jest bycie członkiem nowojorskiej wyższej sfery. Jakiś czas temu wykaraskał się z niefortunnego romansu z mężatką, a w chwili obecnej nic już nie stoi na przeszkodzie jego rychłego małżeństwa z uroczą May Welland, uosobieniem wszelkich cnót oczekiwanych od młodej żony. W dodatku w małżeństwie tym połączą się dwa z najświetniejszych rodów miasta, czegóż więcej młody mężczyzna mógłby oczekiwać od życia? Spokój przyjemnej egzystencji Newlanda zostaje zburzony pojawieniem się w kręgu nowojorskiej socjety – w atmosferze skandalu – kuzynki jego narzeczonej, hrabiny Ellen Olenskiej, która właśnie wróciła z Europy, opuściwszy wcześniej swojego męża, polskiego magnata. 
  
„Wiek niewinności” ukazał się po raz pierwszy w roku 1920. Edith Wharton opisuje w nim Amerykę swojego dzieciństwa. Maluje obraz nowojorskiej „arystokracji” z dużą dozą artyzmu, bogactwem szczegółów i trafnością ironicznych obserwacji. Jednak „Wiek niewinności” powieść o tytule mocno ironicznym, a może nawet szyderczym, jest przede wszystkim znakomitym studium hipokryzji i konformizmu i tragedią rozpisaną na trzech aktorów, banalne z pozoru postaci miłosnego trójkąta. Młodzieniec będący idealnym wytworem i przedstawicielem swojej sfery, jego równie idealna, niewinna narzeczona i tajemnicza i egzotyczna kusicielka. Jednak każda z tych postaci ma „drugie dno”, jest fascynująca w swojej niejednoznaczności. Archer jest z jednej strony beneficjentem systemu społecznego, przyznającego całą wolność mężczyźnie, a na kobiecie wymuszającym życie w ściśle określonych ramach, a z drugiej strony jego ofiarą. May Welland może być niewinnym, nieszczęśliwym dziewczęciem, ale również wprawną i bezwzględną manipulantką. I wreszcie hrabina Olenska jest czymś znacznie więcej, niż femme fatale, pojawiającą się, żeby zniszczyć szczęście swojej młodej kuzynki, i znacznie więcej, niż ofiarą bezduszności i obłudy społeczeństwa.

Muszę przyznać, że porównanie z piknikową lekturą z ubiegłego miesiąca, czyli "Bostończykami" Henry'ego Jamesa, które samo się nasuwa ze względu na tło społeczne i obecny w obu powieściach "trójkąt", a także motyw "feministyczny" wypada bardzo na niekorzyść Jamesa. Wydanie tych powieści dzieli około 35 lat, ale wydaje się to całą epoką. Wharton przedstawia swoich bohaterów, ich emocje i motywacje z całą ich głębią, podczas gdy Henry James raczy czytelnika pustym efekciarstwem. 
 
Zachęcam gorąco do dyskusji o książce, tym razem pod wpisem Pyzy, który znajdziecie TUTAJ.W tym miesiącu dołączyła do nas również Marta z bloga "Między sklejonymi kartkami", jej wpis znajdziecie TU.

wtorek, 23 stycznia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Emancypantki w Bostonie



Czytelnik sięgający po  „Bostończyków” Henry’ego Jamesa może doznać rozczarowania, jeśli spodziewa się szeroko zakrojonej fabuły ukazującej panoramę, co zdaje się sugerować tytuł, społeczności Bostonu drugiej połowy XIX w. Polskie tłumaczenie tytułu jest nieco mylące i powinno raczej brzmieć  „Bostonki” (nie dziwię się jednak, że tłumaczka/wydawca nie zdecydowali się na tę opcję), bo jest to właściwie kameralna – mimo pokaźnej objętości – powieść  o dwóch bostonkach oraz zamieszkałym w Nowym Jorku dżentelmenie z Południa. Basil Ransom, młody prawnik z Missisipi,  jest dalekim kuzynem Olive Chancellor, majętnej starej – choć młodej wiekiem – panny z Bostonu, zaangażowanej w ruch feministyczny. Na zaproszenie kuzynki Basil składa jej wizytę. Oboje nie przypadają sobie do gustu, łagodnie rzecz ujmując, jednak Basil towarzyszy Olive na spotkaniu „reformatorów” społecznych, gdzie oboje doznają objawienia, a tym samym poznają trzecią postać dramatu. Tym objawieniem jest Verena Tarrant, córka uzdrowiciela-mesmerysty, oczarowująca wszystkich zdolnością wygłaszania płomiennych przemówień. Pod urokiem Vereny są również Basil i Olive, przy czym w jego przypadku zauroczenie dziewczyną łączy się z równie silną dezaprobatą dla feministycznej treści wygłoszonej mowy; Ransom jest konserwatystą i gardzi emancypacyjnymi bzdurami. Powieść jest opisem walki stoczonej pomiędzy Olive Chancellor a Basilem Ransomem o względy Vereny i – pozwolę sobie ująć to w patetyczny sposób – rząd nad jej duszą.

środa, 20 grudnia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Ivanhoe" Waltera Scotta, czyli proszę nie sugerować się tytułem

Kiedy wybrałam się do biblioteki w poszukiwaniu tego klasycznego dzieła, okazało się, że jedyny egzemplarz znajduje się w dziale dziecięcym. Była to edycja Wydawnictwa Zielona Sowa, Kraków 2003, przekład i opracowanie Agnieszka Ślusarczyk i Marta Stęplewska, wydana w serii "Na szlaku wielkiej przygody". Przemknęła mi przez głowę myśl, że mogłabym przeczytać z Gutenberga w oryginale, ale szybko ją od siebie oddaliłam, więc moje uwagi będą dotyczyły właśnie tego wyżej wymienionego wydania. Zaznaczam na wszelki wypadek, bo choć nie znalazłam informacji, że zawiera ono skróty lub inne zmiany, jestem lekko nieufna. W każdym razie, na skutek kontaktu z tym właśnie wydaniem, pierwsze i powracające pytanie, które nasunęło mi się podczas lektury brzmi: czy "Ivanhoe" to powieść dla dzieci? Odpowiedź brzmi nie, nie, po trzykroć nie, a powodów jest kilka, o czym za chwilę. A tymczasem spróbuję pokrótce przedstawić, o czym rzecz traktuje.

Otóż nie o Ivanhoe. (I nie o Indianach, niestety ;). W dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że Walter Scott nie pisał o Indianach, sądziłam, że Ivanhoe to imię wodza indiańskiego). Wilfryd Ivanhoe, saksoński rycerz, który właśnie powrócił do Anglii z Palestyny, gdzie walczył u boku Ryszarda Lwie Serce (który również pojawia się w powieści), jest istotną postacią z punktu widzenie przebiegu fabuły, ale zadziwiająco mało rozwiniętą i zajmującą mało miejsca. Pojawia się tylko na krótkie chwile, żeby dokonać owych czynów, bez których akcja nie mogłaby się posunąć dalej, ale poza tym wydał mi się niemal nieistotny. Głównym tematem powieści są (tu zaskoczenie) relacje między Żydami a resztą społeczeństwa ówczesnej Anglii. Mam wrażenie, że Scott obrał za temat co innego, a mianowicie formowanie się narodu angielskiego przez zespolenie ludności saksońskiej z normandzkimi najeźdźcami, które w czasach, o których pisze, jeszcze nie nastąpiło. Jednak tarcia pomiędzy szlachtą saksońską a normandzką, plany przywrócenia na tron saksońskiego monarchy, którym oddaje się Cedryk, ojciec Ivanhoe (bohater znacznie "główniejszy" niż syn) moim zdaniem ustępują miejsca temu pierwszemu tematowi. Zresztą jedyną postacią, która została zarysowana z pewną głębią, jest Rebeka, córka żydowskiego lichwiarza, Izaaka z Yorku. Oprócz wyżej wymienionych postaci mamy jeszcze piękną lady Rowenę, obiekt uczuć Ivanhoe, Athelstana, ociężałego potomka saksońskich władców, templariusza Briana z Bois-Guilbert, złego księcia Jana, próbującego przejąć tron pod nieobecność brata, a nawet Robin Hooda i całą jego wesołą kompanię, a także dwóch poddanych Cedryka, błazna Wambę i pasterza Gurtha. Na akcję natomiast składają się: turniej rycerski, zasadzki, potyczki, oblężenie zamku, uprowadzenie, proces o czary z groźbą spalenia na stosie, próba zamachu stanu oraz, oczywiście, dzieje pewnej miłości. Wszystko składa się rzeczywiście na powieść przygodową, o której mogłabym napisać wartka, gdyby nie to, że Scott ma skłonność do nużących dłużyzn.

I to jest pierwszy powód, dla którego stanowczo odradzałabym lekturę "Ivanhoe" dzieciom. Te ciągnące się całymi stronami opisy i erudycyjne popisy autora mogą skutecznie zniechęcić młodego człowieka do czytania. Zresztą bardzo wątpię, czy takiego właśnie czytelnika wyobrażał sobie autor. Po drugie, choć powieść przygodowa to, zdawałoby się, gatunek wymarzony wręcz dla młodzieży, mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno powieść, w której przemoc jest głównym motorem akcji, a kobietom co chwilę grozi się gwałtem, należy podsuwać dzieciom. Po trzecie, nawet bohaterowie pozytywni prezentują postawy nieakceptowalne (na szczęście) w naszych czasach, mam tu na myśli owe relacje chrześcijańsko-żydowskie. Jest to zgodne z prawdą historyczną, ale dziecko nie powinno być z tą prawdą pozostawione bez komentarza. Po czwarte, no cóż, wydaje mi się, że wszystkie pozaprzygodowe aspekty tej książki po prostu będą niezrozumiałe dla młodego czytelnika.

Dzisiaj dyskutujemy na blogu Pyzy, jej wpis o "Ivanhoe" i miejsce na wymianę poglądów znajdziecie TUTAJ. Koniecznie zajrzyjcie. A za miesiąc bohaterem Pikniku będzie Henry James i "Bostończycy".