piątek, 30 września 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Porzućcie wszelką nadzieję... o "Dziewczętach z Nowolipek" Poli Gojawiczyńskiej



Z cukierni Jackowskiego dobiegły pierwsze przyciszone tony walca. Kobiety, które siedzą za ogrodzeniem, przy stolikach, zostały wprowadzone tam rzez mężczyzn. A te samotne włóczą się melancholijnie po alejce literackiej. To mężczyzna sprawia, że się jednym susem przebywa ten skok do wnętrza, do cukierni, do teatru. Rozdawca wszelkiego dobra, dostatku, spokoju.  On odsuwa krzesła stojące na drodze, podaje ramię przy niziutkim stopniu schodów, wybiera stolik, przywołuje służbę i troskliwie pochyla się z zapytaniem nad swą towarzyszką. Jak to błogo, gdy się ktoś o człowieka troszczy!...

(...)

Ogarnęła je tęsknota za czemś pięknem, za czemś niedoścignionem, co się winno jednak w człowieku urzeczywistnić, inaczej chyba życie nie miałoby sensu? Trwa to chwile takie uniesienie nadziei, przez miłość dla życia. A potem przychodzi uczucie rozpaczliwej bezsilności, instynktownie czują, iż stoją w miejscu, gdzie się nie walczy, a poddaje, skąd się wiecznie wyciąga ramiona do gwiazd. Jest takie miejsce, przeklęte, niedowierzenia, czarne miejsce życia. Myślą ze smutkiem, że jeśli przyjdzie miłość, to nie one będą wybierać, przyjmą to, co spotkają, jakiekolwiek, tak jak Amelka przyjęła pana Michałowskiego, a Franie pana z pod teatru, choć jest stary, gruby, niemiły. Uczuły swoją szczególną bierność.


Warszawa, początek XX w. Ta gorsza warszawa, gdzie nawet w prestiżowych mieszkaniach na pierwszym piętrze od frontu jest duszno i czuć, że prawdziwe życie, które ma smak i powab, płynie gdzieś tam, daleko . A cóż dopiero, gdy się mieszka w zatęchłej, wilgotnej suterenie albo w oficynie w podwórzu! Gdy się jest młodym, to człowieka ogarnia tęsknota za tym lepszym życiem i nadzieja, że kiedyś uda się do niego wyrwać z ponurych podwórek Nowolipek. Potem już chyba nie. Urodzić się w takiej suterenie albo oficynie, to bagaż, który przytłacza nieznośnym ciężarem, ale najgorzej jest urodzić się tam dziewczynką. Gojawiczyńska nie napisała powieści o biedzie, zawiedzionych nadziejach i braku perspektyw. Napisała powieść o piekle kobiet.  

Tych dziewcząt z Nowolipek, których smutne losy śledzimy, jest kilka: marzycielka Franka obdarzona talentem literackim, w cuchnącym wilgocią ubraniu pożywiająca się na kuchennych schodach zupą, którą chyłkiem wystawia jej matka-służąca. Janka i Bronka, córki stolarza: Janka, wiecznie buntująca się na niesprawiedliwość, Bronka z bujną wyobraźnią, która zawsze chce ułagodzić, ugłaskać, żeby wszyscy byli szczęśliwi i nikt się nie smucił. Ich siostra Maria – szwaczka z pięknym głosem, która umiera z miłości, czy to do pana, który obstalował u jej ojca cały garnitur mebli, czy tylko do życia, które sobie z nim wyobraża? Cechna i Amelka, córki tapicera, których życie bardzo się odmieniło po śmierci ojca. Wciąż mają dobre mieszkanie z „ładnym pokojem”, ale na stole już tylko woda z dodatkiem mleka i czerstwe bułki. Chyba że są ciastka, które przyniesie adorator Amelki. Kwiryna, córka sklepikarzy. Obrotna i gruboskórna, ze smykałką do interesów. Ta jedna, pozbawiona wrażliwości koleżanek, weźmie życie za rogi i osiągnie swój cel. Gdy już odziedziczy sklep po zamordowanych rodzicach.

Wyrwać się z matni Nowolipek jest niemożliwością, chociaż dziewczęta usilnie się starają, uczą się, pracują jak mogą, ale mogą niewiele. Mężczyźni zawsze zawodzą. Ojcowie i bracia, albo umierają, albo odchodzą. Jeśli przesiadują w cukierni z kochanką, trzeba to zignorować, bez żywiciela rodzina nie przetrwa. Ci którzy pojawiają się z zewnątrz są zagrożeniem. Chcą wykorzystać, zaspokoić swoje żądze, sprowadzić na złą drogę. Potem porzucą. Przez nich dziewczyna staje się „taką” kobietą. A potem stacza się po równi pochyłej. Nawet jeśli kochają, albo tak się im wydaje, są zbyt słabi i zbyt niefrasobliwi, i również nieuchronnie spychają swoje dziewczęta w przepaść. Ten mężczyzna, który „podaje ramię przy niziutkim stopniu schodów”, nie poda ramienia, kiedy zdarzy się prawdziwy kłopot. Zniknie. Potem zostaje tylko słoik z krwawym strzępem, który tuli się w nocy z płaczem, a potem może zakopie ukradkiem na cmentarzu, w poświęconej ziemi.

„Dziewczęta z Nowolipek” to książka, której naprawdę nie chce się czytać. Mimo wszystko polecam – przeczytać i przemyśleć. Dziwnie ta powieść rezonuje z tym, co się obecnie dzieje w Polsce.  W ciągu ostatniego roku pozycja kobiet spadła tak nisko, jak nie była od dziesięcioleci. Cóż, skoro kobiety w rządzie zajmują się umacnianiem patriarchatu... Tak źle jak na Nowolipkach jeszcze nie jest, ale niektóre głosy, które słyszę ostatnio w mediach, sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę żyję w XXI w.


O „Dziewczętach z Nowolipek” pisze też dzisiaj oczywiście Pyza. Koniecznie zajrzyjcie do niej, dokładnie TUTAJ i przeczytajcie, co ma do powiedzenia. A ja zapraszam do dyskusji, tym razem u mnie.
Za miesiąc (a właściwie 20 dni, bo chyba powrócimy do stałej daty) pozostajemy w tematyce dziewczęcej , ale znacznie lżejszej, czytamy „Pat ze Srebrnego Gaju” L.M. Montgomery.

---
Pola Gojawiczyńska,  "Dziewczęta z Nowolipek". Warszawskie Towarzystwo Wydawnicze, Warszawa 1947. (Cytaty pochodzą z tego wydania, pisownia oryginalna).

sobota, 27 sierpnia 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Gaskell po raz drugi



O ile dobrze pamiętam, Elizabeth Gaskell i jej "Panie z Cranford" były bohaterkami naszego pierwszego piknikowego spotkania. Dzisiaj Gaskell występuje w roli autorki opowiadań, w naszym zamierzeniu miały być to opowiadania grozy, ale okazało się, że zbiorek, który wybrałyśmy, pomimo obiecującego tytułu zawiera w dużej mierze opowieści innego typu, niektórym z nich całkiem zresztą blisko do ciepłych obrazków z życia obywatelek Cranford. (Tym, którzy mają zapoznać się z Gaskell w jeszcze innej roli, polecam moje notki o „Północy i Południu”).

“The Grey Woman and other Tales” to zbiór ośmiu opowiadań. Najciekawsze (i najbardziej przystające do miana opowieści grozy) jest to tytułowe, zostawię je sobie na koniec. Właściwie „Szara kobieta...” jest kompilacją pozbawioną motywu przewodniego, na upartego mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że jest nim kobieca przyjaźń – ten wątek występuje w większości opowiadań, choć nie we wszystkim. Widoczne jest także, jak we wspomnianych wyżej powieściach Gaskell, pewne feministyczne zacięcie.

Pokrótce: “Six Weeks at Heppenheim” to urocza opowiastka o złożonym niemocą Angliku i rodzinie właściciela gospody w pewnej niemieckiej wiosce, która otacza go opieką. Za którą to opiekę bohater potrafi się odwdzięczyć.

„Libbie Marsh’s Three Eras” – samotna kobieta odnajduje sens i cel życia w przyjaźni z chorym chłopcem i jego matką.
“Christmas Storms and Sunshine” – opowieść o dwóch skłóconych i nieco zawistnych rodzinach, a przede wszystkim o kobietach z tych rodzin, które w obliczu Świat odkrywają, że życzliwość, pomoc i przyjaźń są znacznie przyjemniejsze od rywalizacji i zazdrości, i że znacznie więcej je łączy niż dzieli.

„Hand and Heart”. Historia osieroconego chłopca, z zaskakującym przesłaniem o roli społecznej kobiet i mężczyzn. Tom, syn ubogiej wdowy, która dla zapewnienia utrzymania sobie i dziecku była zmuszona do pracy zarobkowej, otrzymał dosyć nietypowe wychowanie. Od małego przyuczany do prac domowych, stał się prawdziwym kapłanem domowego ogniska, a nawet kilku ognisk, z którymi przyszło mu się zetknąć, ponieważ matka wpoiła mu również życzliwość i uczynność wobec innych. Gdy zostaje całkowicie osierocony, trafia pod opiekę wuja o odmiennych niż jego matka zapatrywaniach na wychowanie właściwie dla chłopców. A jednak to właśnie te „kobiece cnoty”, które przejawia, okazują się zbawienne dla przybranej rodziny.

“'Bessy's Troubles at Home” – pozbawiona ojca rodzina z szóstką dzieci i chorowitą matką. Kiedy matka musi wyjechać dla podratowania zdrowia, piecze nad rodzina przejmuje pietnastoletnia Bessy.

W “Disappearances” powraca dreszczyk grozy. Opowiadanie dotyczy zagadkowych zaginięć w Anglii.

„Courious, if True” to z kolei dosyć dziwna opowieść o baśniowych postaciach.

Ale najciekawszym opowiadaniem jest tu „The Grey Woman”, opowieść nawiązująca do postaci Sinobrodego. Tak, tu zdecydowanie czuć grozę, ale wiążącą się nie z nadprzyrodzonym, ale, mówiąc górnolotnie, z mrokiem w ludzkiej duszy. Mąż zmienia się po ślubie – to problem nieobcy wielu kobietom również w naszych czasach, ale bohaterka opowiadania żyje pod koniec XVIII w., więc odczuwa go dużo bardziej boleśnie. Córka niemieckiego młynarza zostaje wplątana w małżeństwo z na pozór czarującym i oddanym jej francuskim arystokratą. Gdy jednak przybywa do swojego nowego domu, wszelkie ciepłe uczucia, jakie mogła żywić wobec swojego męża, zostają szybko zastąpione przez strach, poczucie osaczenia i osamotnienia. Mamy ty tradycyjną „damę w opałach”, często pojawiające się w wiktoriańskiej literaturze niewinne dziewczę, na które czyha pozbawiony skrupułów i zasad moralnych mężczyzna (przypomina mi się „Stryj Silas” Le Fanu). Wybawcą okazuje się być jednak nie książę w błyszczącej zbroi, ale druga kobieta. Jest nią służąca bohaterki. Obie kobiety, gdy już odsłania się prawdziwe oblicze pana domu, podejmują ryzykowną ucieczkę, ścigane przez gnanego żądzą mordu męża dziewczyny. Przyjaźń, pomoc i poświęcenie drugiej kobiety pozwalają bohaterce przetrwać, choć cena jest wysoka. Musze przyznać, że aurę grozy, nieokreślonego niebezpieczeństwa czającego się na bohaterkę w wielkim zamku, którego zaledwie mały fragment wolno jej było poznać, udało się Gaskell stworzyć całkiem sprawnie. Ale tym, co najbardziej uderza w tym opowiadaniu, podobnie jak we wspomnianej powieści Sheridana Le Fanu, jest właśnie poczucie niemocy, ubezwłasnowolnienia kobiety poddanej presji mężczyzny.

Z opowiadań spoza tego zbiorku, które również można zaliczyć do literatury grozy, na uwagę zasługuje “Lois the Witch”. Ale tu, choć mamy do czynienia z czarownicami, groza również nie wynika z nadprzyrodzonego, zło pochodzi z wnętrza człowieka. Rzecz dotyczy polowania na czarownice w Salem. Lois, obca w mieście, zostaje oskarżona o czary. Nieufność wobec obcych łączy się z histerią o podłożu religijnym i seksualnym. Gaskell przedstawia to wnikliwe i opowiadanie wydaje się całkiem aktualne (niestety).



Koniecznie przeczytajcie, co o strasznych bardziej lub mniej opowiadaniach Elizabeth Gaskell sądzi Pyza. Jej wpis znajdziecie TUTAJ i tam też zapraszam do dyskusji.

(Przepraszam, dzisiaj bez zdjęć - problemy z łączem internetowym).

sobota, 20 sierpnia 2016

Czas na PIKNIK! Ale dopiero za tydzień



Dzisiaj wypada termin kolejnego Pikniku z klasyką - tym razem z Elizabeth Gaskell i jej opowieściami z dreszczykiem. Niestety z przyczyn od nas niezależnych byłyśmy z Pyzą zmuszone go przełożyć. Na sierpniowy Piknik zapraszamy za tydzień. Miłego weekendu - z książką oczywiście!


środa, 20 lipca 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Ojciec Brown, przodek detektywów w sutannie



Przyznam się, że nie wiem, jak łatwo bądź trudno jest znaleźć opowiadania o księdzu Brownie w przekładzie na język polski. Z czystego lenistwa - mamy przecież wakacje - zamiast do biblioteki od razu udałam się na stronę Project Gutenberg i ściągnęłam na czytnik pierwszy z pięciu tomów opowiadań G.K. Chestertona o duchownym-detektywie, "The Innocence of Father Brown" (czyli "Niewinność księdza Browna"). Później Wikipedia poinformowała mnie, że tłumaczenia owszem były, ale bardzo dawno, w latach dwudziestych, a w 1969 ukazał się przekład kompilacji pod tytułem "Przygody księdza Browna", z czego wynika, że tak czy owak najpewniejszym sposobem na zaznajomienie się z tą postacią jest sięgnięcie po oryginał.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Skrawki dzieciństwa: Tove Jansson, "Córka rzeźbiarza"


Pierwszy raz się zdarza, że w cyklu Pikników z klasyką mamy nowość (no, prawie nowość) wydawniczą. Chociaż "Córka rzeźbiarza" ukazała się w Polsce dopiero w tym roku, nie miałyśmy wątpliwości, że mieści się w obszarze tematycznym naszych Pikników, właściwie ten fakt w ogóle nie został poddany dyskusji. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że "Muminki" to klasyka, a skoro tak, ten termin rozciąga się też na pozostałą twórczość literacką ich autorki: znacznie mniej znaną, co nie znaczy jednak mniej wartą poznania.

"Córka rzeźbiarza" to proza całkowicie odrębna od "Muminków", chociaż moim zdaniem wyczuwa się w niej tajemniczo-poetycki muminkowy klimat, ten spod znaku Włóczykija. Jest to zbiór krótkich opowiadań w całości również nieobszerny, bo liczący zaledwie około 150 stron, przenoszący czytelnika do krainy dzieciństwa Tove Jansson, bo opowiadania te mają charakter autobiograficzny. Nie jest to jednak w żadnym razie usystematyzowana biografia autorki, raczej zbiór impresji, malarskich kadrów z okresu jej dzieciństwa.

piątek, 20 maja 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O sprawczej mocy ceramiki, czyli „W pajęczynie życia” (a.k.a. „Dzban ciotki Becky”) L.M. Montgomery



Nie będę tego ukrywać: po przeczytaniu „Dzbana...” – a właściwie w trakcie lektury – stało się dla mnie jasne, dlaczego jest to jedna z mniej znanych powieści Lucy Maud Montgomery. Są tacy pisarze, których darzymy tak wielkim sentymentem, że wybaczamy im znacznie więcej niż innym, i nawet jeśli czytaniu ich książek towarzyszy pobłażliwy uśmieszek albo nawet uczucie lekkiego zażenowania, to i tak z przyjemnością do nich wracamy. Dla mnie taką pisarką jest bez wątpienia L.M.M. Wybaczam jej rozwiązania fabularne „Błękitnego zamku”, których nie powstydziłaby się brazylijska opera mydlana, wybaczam cudowną (dosłownie) sekwencję wydarzeń, która uwolniła Ewę (Leslie) Moore w „Wymarzonym domu Ani” i co jakiś czas mam ochotę przypomnieć sobie te książki. Ale nie sądzę, żebym kiedyś miała jeszcze ochotę wrócić do „W pajęczynie życia”. W tym przypadku uczucie zażenowania zdecydowanie przeważyło nad pobłażliwym uśmieszkiem. Krótko mówiąc – polecam wyłącznie badaczom dorobku literackiego L.M.M. (w takim ujęciu lektura jest interesująca, bo można wyłowić motywy powtarzające się w całej twórczości pisarki). Tym, którzy nigdy nie poznali Ani Shirley, zdecydowanie odradzam.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Czy Jane Eyre powinna być bardziej jak Jane Fairfax?

Ostatni tydzień był pełen literackich rocznic. Najhuczniej obchodzoną – wczoraj, w Światowym Dniu Książki – było 400-lecie śmierci Szekspira, które przyćmiło równie okrągłą rocznicę śmierci Cervantesa (choć to właśnie data jego śmierci ma więcej wspólnego z genezą tego święta) i zupełnie nieokrągłą rocznicę urodzin Nabokowa, przypadającą dzień wcześniej.  Przyznam się, że bardziej przemawia do mnie upamiętnianie wielkich twórców w rocznice ich urodzin – to przecież ich życie, a nie śmierć, dało nam owe wspaniałe dzieła, którymi możemy do dziś się zachwycać  ale najlepiej, jeśli jest to okrągły jubileusz. Dlatego rocznicą, którą uhonoruję wpisem na Czytam to i owo... jest dwustulecie urodzin Charlotte Brontë, które wypadło w ubiegły czwartek, 21kwietnia. Przyłączam się tym samym do akcji prowadzonej przez Pyzę i Ćmę książkową: Dwieście tekstów na dwustulecie, czyli literackie urodziny Charlotty Bronte.





  

środa, 20 kwietnia 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Prus kronikarz

Zgodnie z zapowiedzią nasz kwietniowy Piknik z klasyką to spotkanie z Bolesławem Prusem - w jego wcieleniu publicystycznym. Prus pisał Kroniki przez 38 lat, zaczął w 1874 r. od felietonów ukazujących się w Kolcach i w Niwie. Przez kilkanaście lat publikował tygodniowe kroniki w Kurierze Warszawskim, przez kolejnych kilkanaście w Kurierze Codziennym, współpracując również z innymi periodykami. Jego ostatnią publicystyczną przystanią został - w roku 1905 - Tygodnik Ilustrowany. Obecnie w bibliotekach i antykwariatach można znaleźć kilka wyborów Kronik Prusa. Monumentalnego dzieła opracowania wszystkich tekstów publicystycznych Bolesława Prusa podjął się prof. Zygmunt Szweykowski; opracowanie to, w dwudziestotomowej edycji było wydawane przez PIW począwszy od lat 50. Ponieważ nie udało nam się zdobyć tego samego wydania, a ponadto oczywiście nawet nie marzyłyśmy w tej chwili o zapoznaniu się z całym dorobkiem kronikarskim Bolesława Prusa, dokonałyśmy z Pyzą skromnego wyboru z wyboru i do naszych celów piknikowych zapoznałyśmy się z dziesięcioma tekstami:

środa, 6 kwietnia 2016

Po porodzie. Recenzja książki "Od urodzenia" Elisy Albert


Czy wiecie, którą mamy obecnie falę feminizmu? Zdaje się, że trzecią, głowy nie dam, bo chociaż nie mam problemu z określeniem siebie jako feministki, nie jestem specjalistką od teorii feministycznej (kwestię czym jest feminizm pozostawmy chwilowo nierozstrzygniętą). Jest nią za to Ari, bohaterka powieści Elisy Albert „Od urodzenia” (tytuł oryginalny „After Birth”). Ari to feministka zawodowa, feministycznie wykształcona – pracuje nad doktoratem z dziedziny studiów kobiecych. A właściwie przestała nad nim pracować, nawet zanim zdążyła obrać temat, tylko jeszcze nie ma odwagi się do tego przyznać przed sobą, o promotorce nie wspominając. Nie znaczy to, że osłabł zapał feministyczny Ari, problemem jest zapał do pracy naukowej. Żyjemy w świecie, w którym wiele kobiet wciąż pozbawionych jest nawet tego, co wywalczyły kobiety pokolenia naszych prababek – sufrażystki, czyli feministki pierwszej fali. Jednak Ari jest moim zdaniem przedstawicielką feminizmu, który pożera własny ogon. Właśnie konfrontuje się z ostatecznym doświadczeniem kobiecości, macierzyństwem, i zmaga się z depresją poporodową. A raczej rozpacza nad tym, że nie danej jej było skonfrontować się z nim tak, jak to sobie obmyśliła (dziecko przyszło na świat przez cesarskie cięcie, a nie siłami natury), a z depresją nie tyle zmaga się, ile się w niej pławi.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Przedświątecznie po świętach, czyli o przygotowaniach wielkanocnych 141 lat temu


Jeżeli śledzicie nasze Pikniki z klasyką to wiecie, że w maju czytamy Kroniki Bolesława Prusa, czyli jego felietony ukazujące się w prasie na przestrzeni prawie 40 lat. Fragment podrzucam już dziś. Ten wpis najbardziej na czasie byłby w Wielkim Tygodniu, ale ponieważ Wielkanoc i przedświąteczne przygotowania wciąż mamy świeżo w pamięci, zamiast czekać do przyszłego roku, podzielę się nim z Wami dzisiaj. Tak pisał Bolesław Prus w Kurierze Warszawskim w roku 1875 (Nr 64 i 65; dn. 23 i 24 marca):





niedziela, 20 marca 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ": Prowincjonalne misteczko "Middlemarch" George Eliot





Przyznam się, że "Middlemarch" to mój pierwszy kontakt z twórczością George Eliot - tylko po części satysfakcjonujący. Tu muszę się przyznać również do drugiej rzeczy: nie skończyłam jeszcze lektury i w chwili, gdy czytacie ten tekst, ja wciąż tkwię w prowincjonalnym angielskim miasteczku na przełomie lat 20. i 30. XIX w.* Po pierwsze przewidziałam zbyt mało czasu na przeczytanie tej, jednak bardzo obszernej, powieści, a po drugie - zbyt późno zorientowałam się, że nie mam skąd zdobyć polskiego przekładu i jestem zmuszona czytać "Middlemarch" w oryginale. Tutaj czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. O ile do tej pory angielska dziewiętnastowieczna literatura nie sprawiała mi poważniejszych trudności językowych, przez prozę George Eliot brnę jak po grudzie. Jej złożone zdania są dla mnie na tyle zawiłe, że nawet jeśli rozumiem każdą poszczególną frazę, to złożenie ich wszystkich i wydobycie ogólnego sensu zdania sprawia mi niekiedy spore problemy. Poza tym Eliot pisze bardzo rozwlekle, a jej nieskończenie długie akapity potrafią być nużące i, nie potrafię tego ukryć, po prostu nudne. Nie oznacza to, że tak właśnie określiłabym całą powieść - "Middlemarch" nie jest nudne, ale jest to książka, która może sprawić czytelnikowi, a zwłaszcza nie-Brytyjczykowi, spore trudności. Wikipedia poinformowała mnie, że Virginia Woolf określiła "Middlemarch" jako "jedną z niewielu angielskich powieści napisanych dla ludzi dorosłych". Nawet jeśli nie całkiem zgadzam się z tą opinią, to wcale mnie ona nie dziwi - wszystko w tej powieści sugeruje, że mamy do czynienia z poważnym dziełem dla poważnych czytelników: począwszy od męskiego pseudonimu autorki (naprawdę Mary Ann Evans), poprzez poważny, skomplikowany język (przebłyski humoru pojawiają się od czasu do czasu, ale nie nadają tonu stylowi powieści), rozmach dzieła, głębię i złożoną tematykę.

środa, 2 marca 2016

Krótka literacko-filmowa historia walca.* Część I





Początek był taki:

Znowu zaczął się taniec i przez czas jakiś zabawialiśmy się splataniem i rozplataniem ramion. Z jakimże powabem, z jaką lekkością poruszała się! A gdy przyszło do walca i zaczęliśmy się toczyć dokoła siebie, niby dwie kule, szło nam zrazu nieskładnie, gdyż większość tańczących nie umiała tańczyć walca, z czego powstał pewien zamęt. Uczyniliśmy roztropnie i pozwoliliśmy się im wyhasać. Gdy najniezdarniejsi usunęli się z pola, zaczęliśmy wirować i wraz z drugą parą, Audranem i jego danserką, trzymaliśmy się mężnie. Nigdy mi dotąd nie szło tak dobrze. Nie czułem się istotą ludzką. Trzymałem w objęciach niezrównane stworzenie, szalałem niby burza, miotająca się wokół i oto… na uczciwość powiadam ci, uczyniłem ślub, że nie zezwolę pod żadnym warunkiem, choćby szło o me własne życie, by dziewczyna, którą będę kochał, do której będę miał prawo, tańczyła walca z kimś innym poza mną. Wszak mnie rozumiesz!

Johann Wolfgang von Goethe, "Cierpienia młodego Wertera"
Tłum. Franciszek Mirandola