Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 września 2018
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Virginia Woolf, "To the lighthouse"
"Do latarni morskiej" Virginii Woolf to powieść, z którą nie każdy i nie w każdym momencie jest w stanie się zaprzyjaźnić. Wpadniesz w zachwyt albo od pierwszej do ostatniej strony (albo do tej, która dla ciebie będzie ostatnią) będziesz się zastanawiać, o co właściwie tyle hałasu. Przez całą część pierwszą centralnym wydarzeniem jest planowana nazajutrz wycieczka do pobliskiej latarni morskiej, do której ostatecznie dochodzi po dziesięciu latach - krótka podróż łódką zajmuje cześć trzecią, a łącznikiem między nimi jest środkowa część składająca się z zadumy nad upływem czasu. Tylko tyle, a jednak aż tyle.
środa, 29 sierpnia 2018
PIKNIKI Z KLASYKĄ: wakacjez horrorem albo wczasy na zamku. Udolpho.
Tak. W końcu musiało do tego dojść. Musiałyśmy się w końcu zmierzyć z klasyczną powieścią gotycką, a że tradycją naszych piknikowych spotkań są wakacje z horrorem, postanowiłyśmy z Pyzą w roli tegorocznego horroru obsadzić "Tajemnice zamku Udolpho" Ann Radcliffe. Powieść była prawdziwym hitem w połowie lat 90. XVIII stulecia, o czym wie każdy, kto czytał "Opactwo Northanger" Jane Austen. Dla fana twórczości Austen - a do nich zdecydowanie się zaliczam - "Tajemnice..." to wręcz lektura obowiązkowa.
(Jako ilustracje dzisiaj wykorzystałam kolejne zdjęcia szkockich zamków - nie wiem, czemu Ann Radcliffe musiała szukać scenerii do swojej powieści we Włoszech i Francji, a właściwie wiem, ale nie zmienia to faktu, że znacznie bliżej miała doskonałą scenografię, zarówno jeśli chodzi o zamki, jak przyrodę).
środa, 20 grudnia 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Ivanhoe" Waltera Scotta, czyli proszę nie sugerować się tytułem
Kiedy wybrałam się do biblioteki w poszukiwaniu tego klasycznego dzieła, okazało się, że jedyny egzemplarz znajduje się w dziale dziecięcym. Była to edycja Wydawnictwa Zielona Sowa, Kraków 2003, przekład i opracowanie Agnieszka Ślusarczyk i Marta Stęplewska, wydana w serii "Na szlaku wielkiej przygody". Przemknęła mi przez głowę myśl, że mogłabym przeczytać z Gutenberga w oryginale, ale szybko ją od siebie oddaliłam, więc moje uwagi będą dotyczyły właśnie tego wyżej wymienionego wydania. Zaznaczam na wszelki wypadek, bo choć nie znalazłam informacji, że zawiera ono skróty lub inne zmiany, jestem lekko nieufna. W każdym razie, na skutek kontaktu z tym właśnie wydaniem, pierwsze i powracające pytanie, które nasunęło mi się podczas lektury brzmi: czy "Ivanhoe" to powieść dla dzieci? Odpowiedź brzmi nie, nie, po trzykroć nie, a powodów jest kilka, o czym za chwilę. A tymczasem spróbuję pokrótce przedstawić, o czym rzecz traktuje.
Otóż nie o Ivanhoe. (I nie o Indianach, niestety ;). W dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że Walter Scott nie pisał o Indianach, sądziłam, że Ivanhoe to imię wodza indiańskiego). Wilfryd Ivanhoe, saksoński rycerz, który właśnie powrócił do Anglii z Palestyny, gdzie walczył u boku Ryszarda Lwie Serce (który również pojawia się w powieści), jest istotną postacią z punktu widzenie przebiegu fabuły, ale zadziwiająco mało rozwiniętą i zajmującą mało miejsca. Pojawia się tylko na krótkie chwile, żeby dokonać owych czynów, bez których akcja nie mogłaby się posunąć dalej, ale poza tym wydał mi się niemal nieistotny. Głównym tematem powieści są (tu zaskoczenie) relacje między Żydami a resztą społeczeństwa ówczesnej Anglii. Mam wrażenie, że Scott obrał za temat co innego, a mianowicie formowanie się narodu angielskiego przez zespolenie ludności saksońskiej z normandzkimi najeźdźcami, które w czasach, o których pisze, jeszcze nie nastąpiło. Jednak tarcia pomiędzy szlachtą saksońską a normandzką, plany przywrócenia na tron saksońskiego monarchy, którym oddaje się Cedryk, ojciec Ivanhoe (bohater znacznie "główniejszy" niż syn) moim zdaniem ustępują miejsca temu pierwszemu tematowi. Zresztą jedyną postacią, która została zarysowana z pewną głębią, jest Rebeka, córka żydowskiego lichwiarza, Izaaka z Yorku. Oprócz wyżej wymienionych postaci mamy jeszcze piękną lady Rowenę, obiekt uczuć Ivanhoe, Athelstana, ociężałego potomka saksońskich władców, templariusza Briana z Bois-Guilbert, złego księcia Jana, próbującego przejąć tron pod nieobecność brata, a nawet Robin Hooda i całą jego wesołą kompanię, a także dwóch poddanych Cedryka, błazna Wambę i pasterza Gurtha. Na akcję natomiast składają się: turniej rycerski, zasadzki, potyczki, oblężenie zamku, uprowadzenie, proces o czary z groźbą spalenia na stosie, próba zamachu stanu oraz, oczywiście, dzieje pewnej miłości. Wszystko składa się rzeczywiście na powieść przygodową, o której mogłabym napisać wartka, gdyby nie to, że Scott ma skłonność do nużących dłużyzn.
I to jest pierwszy powód, dla którego stanowczo odradzałabym lekturę "Ivanhoe" dzieciom. Te ciągnące się całymi stronami opisy i erudycyjne popisy autora mogą skutecznie zniechęcić młodego człowieka do czytania. Zresztą bardzo wątpię, czy takiego właśnie czytelnika wyobrażał sobie autor. Po drugie, choć powieść przygodowa to, zdawałoby się, gatunek wymarzony wręcz dla młodzieży, mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno powieść, w której przemoc jest głównym motorem akcji, a kobietom co chwilę grozi się gwałtem, należy podsuwać dzieciom. Po trzecie, nawet bohaterowie pozytywni prezentują postawy nieakceptowalne (na szczęście) w naszych czasach, mam tu na myśli owe relacje chrześcijańsko-żydowskie. Jest to zgodne z prawdą historyczną, ale dziecko nie powinno być z tą prawdą pozostawione bez komentarza. Po czwarte, no cóż, wydaje mi się, że wszystkie pozaprzygodowe aspekty tej książki po prostu będą niezrozumiałe dla młodego czytelnika.
Dzisiaj dyskutujemy na blogu Pyzy, jej wpis o "Ivanhoe" i miejsce na wymianę poglądów znajdziecie TUTAJ. Koniecznie zajrzyjcie. A za miesiąc bohaterem Pikniku będzie Henry James i "Bostończycy".
Otóż nie o Ivanhoe. (I nie o Indianach, niestety ;). W dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że Walter Scott nie pisał o Indianach, sądziłam, że Ivanhoe to imię wodza indiańskiego). Wilfryd Ivanhoe, saksoński rycerz, który właśnie powrócił do Anglii z Palestyny, gdzie walczył u boku Ryszarda Lwie Serce (który również pojawia się w powieści), jest istotną postacią z punktu widzenie przebiegu fabuły, ale zadziwiająco mało rozwiniętą i zajmującą mało miejsca. Pojawia się tylko na krótkie chwile, żeby dokonać owych czynów, bez których akcja nie mogłaby się posunąć dalej, ale poza tym wydał mi się niemal nieistotny. Głównym tematem powieści są (tu zaskoczenie) relacje między Żydami a resztą społeczeństwa ówczesnej Anglii. Mam wrażenie, że Scott obrał za temat co innego, a mianowicie formowanie się narodu angielskiego przez zespolenie ludności saksońskiej z normandzkimi najeźdźcami, które w czasach, o których pisze, jeszcze nie nastąpiło. Jednak tarcia pomiędzy szlachtą saksońską a normandzką, plany przywrócenia na tron saksońskiego monarchy, którym oddaje się Cedryk, ojciec Ivanhoe (bohater znacznie "główniejszy" niż syn) moim zdaniem ustępują miejsca temu pierwszemu tematowi. Zresztą jedyną postacią, która została zarysowana z pewną głębią, jest Rebeka, córka żydowskiego lichwiarza, Izaaka z Yorku. Oprócz wyżej wymienionych postaci mamy jeszcze piękną lady Rowenę, obiekt uczuć Ivanhoe, Athelstana, ociężałego potomka saksońskich władców, templariusza Briana z Bois-Guilbert, złego księcia Jana, próbującego przejąć tron pod nieobecność brata, a nawet Robin Hooda i całą jego wesołą kompanię, a także dwóch poddanych Cedryka, błazna Wambę i pasterza Gurtha. Na akcję natomiast składają się: turniej rycerski, zasadzki, potyczki, oblężenie zamku, uprowadzenie, proces o czary z groźbą spalenia na stosie, próba zamachu stanu oraz, oczywiście, dzieje pewnej miłości. Wszystko składa się rzeczywiście na powieść przygodową, o której mogłabym napisać wartka, gdyby nie to, że Scott ma skłonność do nużących dłużyzn.
I to jest pierwszy powód, dla którego stanowczo odradzałabym lekturę "Ivanhoe" dzieciom. Te ciągnące się całymi stronami opisy i erudycyjne popisy autora mogą skutecznie zniechęcić młodego człowieka do czytania. Zresztą bardzo wątpię, czy takiego właśnie czytelnika wyobrażał sobie autor. Po drugie, choć powieść przygodowa to, zdawałoby się, gatunek wymarzony wręcz dla młodzieży, mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno powieść, w której przemoc jest głównym motorem akcji, a kobietom co chwilę grozi się gwałtem, należy podsuwać dzieciom. Po trzecie, nawet bohaterowie pozytywni prezentują postawy nieakceptowalne (na szczęście) w naszych czasach, mam tu na myśli owe relacje chrześcijańsko-żydowskie. Jest to zgodne z prawdą historyczną, ale dziecko nie powinno być z tą prawdą pozostawione bez komentarza. Po czwarte, no cóż, wydaje mi się, że wszystkie pozaprzygodowe aspekty tej książki po prostu będą niezrozumiałe dla młodego czytelnika.
Dzisiaj dyskutujemy na blogu Pyzy, jej wpis o "Ivanhoe" i miejsce na wymianę poglądów znajdziecie TUTAJ. Koniecznie zajrzyjcie. A za miesiąc bohaterem Pikniku będzie Henry James i "Bostończycy".
czwartek, 31 sierpnia 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem z klasyką przed duże "K" - "Frankenstein"
Jeśli uwierzyć zapewnieniom Mary Shelley, wyrażonym w przedmowie do trzeciego wydania jej słynnej powieści, że starała się wymyślić "opowieść [...] taką, która przemawiałaby do tajemnych lęków naszej natury i budziła dreszcz grozy, taką, żeby czytelnik bał się spojrzeć przez ramię, żeby szybciej zabiło mu serce, a krew ścięła się w żyłach", to trzeba przyznać, że udało się jej to połowicznie. "Frankenstein" rzeczywiście przemawia do głębokich lęków ludzkości i w swojej warstwie filozoficznej nie zestarzał się ani trochę, a można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego główny motyw, odpowiedzialność stwórcy za stworzenie, czyli etyczna strona badań naukowych, ich zastosowań i potencjalnych konsekwencji dziś, w dobie gwałtownego rozwoju nauk przyrodniczych, przede wszystkim takich dziedzin biologii jak genetyka i biotechnologia, zyskuje jeszcze większe znaczenie. Jeśli natomiast chodzi o ów "dreszcz grozy", jakiego oczekiwalibyśmy od horroru, to wypada on bardzo blado. Krótko mówiąc, "Frankenstein" sprawdza się jako przypowieść, jako literatura grozy - według standardów XXI w. - już nie (choć oczywiście nie mogę wykluczyć, że współcześni Mary Shelley rzeczywiście bali się spojrzeć przez ramię, czy aby nie podąża ich śladem przerażający, odrażający wielkolud). Zapewne wynika to po części z faktu, że został przeżuty na papkę przez popkulturę tak gruntownie, że stał się swoją własną karykaturą. Równocześnie jednak ten proces doprowadził do jego unieśmiertelnienia, nawet jeśli w dosyć skrzywionej postaci. Jeśli więc Frankenstein kojarzy się wam z olbrzymem o kanciastej głowie udekorowanej wielkimi szwami i równie kanciastych ruchach, pobudzonym do życia w ponurym zamczysku przy błyskach piorunów i wyładowaniach w elektrycznej maszynerii, gorąco zachęcam do zapoznania się z jego literackim, bezimiennym pierwowzorem.
czwartek, 20 lipca 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Wilkie Collins, "Kobieta w bieli"
"Kobieta w bieli" to powieść, która coś przypomina. Sądzę, że będzie to nieodparte wrażenie każdego czytelnika, który zetknął się kiedykolwiek z literaturą wiktoriańską. Czy to dobrze, czy źle, to zapewne kwestia osobistych upodobań. Moja motywacja do przeczytania tej powieści do końca była zmienna, ale w przeważającej części dosyć przewrotna: otóż przeczytawszy mniej więcej 10% stwierdziłam, że właściwie cała fabuła jest wiadoma, najbardziej zagadkowe było dla mnie to, co też Wilkie Collins mógł zamieścić na pozostałych 90% stron. I tu muszę oddać mu sprawiedliwość: udało mu się wprowadzić do fabuły wystarczającą ilość zakrętów i zawijasów, żeby utrzymać uwagę czytelnika, a także wprowadzić jedną czy dwie naprawdę interesujące postaci. (Nie, po namyśle stwierdzam, że jednak tylko jedną ;)). Przyznaję też, że środkowa część opowieści wzbudziła we mnie uczucie grozy i gdybym miała taki zwyczaj, to na pewno podczas lektury obgryzałabym paznokcie ze zdenerwowania. Po szczęśliwym dobrnięciu do końca książki stwierdzam jednak, że wśród moich wrażeń dominuje znużenie jej rozwlekłością i poczucie, że gdzieś to wszystko już czytałam. (To drugie niekoniecznie musi być zarzutem wobec Collinsa, zważywszy, że spora część tego, co przypomina mi "Kobieta w bieli" została napisana później).
W tym dziewiętnastowiecznym thrillerze znajdziemy wszystkie ulubione postaci z wiktoriańskiej menażerii i znajome wątki. Jest więc niewinne śliczne dziewczę (z dużym posagiem) na łasce niegodnego zaufania opiekuna, jest zdemoralizowany arystokrata (a nawet dwóch), jest dobrotliwy stary adwokat, jest szlachetny młodzieniec, tym razem przybrany w szaty skromnego nauczyciela rysunków, jest Rozsądna Kobieta (oczywiście na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę) wspierająca parę nieszczęśliwych kochanków (kochanków rzecz jasna tylko w sferze uczuciowej, a nie fizycznej), jest nawet upiorny stryjaszek, co nasunęło mi skojarzenie ze "Stryjem Silasem" Le Fanu (uważam zresztą, że są to książki bliźniacze, choć akurat postać strasznego staruszka to podobieństwo bardzo powierzchowne, istnieje między tymi powieściami głębsza paralela). Nie obędzie się bez starego posępnego (przynajmniej w części) dworu, zakładu dla obłąkanych, śmierci ze zgryzoty, zamienionych tożsamości, roztrząsania pozycji społecznej (nie spotkałam się chyba jeszcze z powieścią angielską, dawną czy współczesną, w której kwestia przynależności klasowej bohaterów nie byłaby istotnym elementem fabuły), zawiłych prawniczych zapisów i (oczywiście) knowań, jak położyć łapę (wybaczcie ten kolokwializm) na majątku niewinnego dziewczęcia (co ciekawe, arystokrata pragnie położyć łapę jedynie na majątku, a nie na wdziękach panny).
Powieść ma formę relacji kilku osób, będących naocznymi świadkami lub aktywnymi uczestnikami opisywanych zdarzeń. Niestety zaczyna się i kończy narracją Waltera Hartrighta (owego młodego nauczyciela rysunku), który jest dosyć mdłym bohaterem i zdecydowanie nużącym i rozwlekłym narratorem. Następnie głos oddany zostaje prawnikowi a potem przyrodniej siostrze niewinnego dziewczęcia, pannie Mariannie Halcombe. I to właśnie fragmenty jej dziennika są najciekawszą częścią powieści i jedyną naprawdę trzymającą w napięciu. Tutaj czytelnik może poczuć osaczenie bohaterki, jej bezradność i beznadziejność jej położenia, ubezwłasnowolnienia spowodowanego jednym faktem - tym, że urodziła się kobietą. Nie jestem do końca pewna, jakie było przesłanie autora, powieść zaczyna się od słów: "Opowieść ta mówi o tym, jak wiele zdoła przetrwać cierpliwa kobieta i jak wiele może dokonać stanowczy mężczyzna." ("This is the story of what a Woman's patience can endure, and what a Man's resolution can achieve.") Znamienne wydaje mi się jednak, że kobieta w tym zdaniu pokazana jest jako strona bierna (endure), a mężczyzna jako strona aktywna (achieve), wydaje mi się, że to sporo mówi o poglądach Collinsa na temat kobiet. Moim zdaniem "Kobieta w bieli" jest powieścią o tym, do czego może prowadzić nierówność mężczyzn i kobiet wobec prawa. To jest właśnie ta głębsza paralela ze "Stryjem Silasem", o której wspomniałam wyżej. I to, co budzi w tej książce największą grozę. Uwagi, które napisałam na temat "Stryja Silasa" w dużej mierze można odnieść też do "Kobiety w bieli", dlatego nie będę ich już w tym miejscu powtarzać i odsyłam to tamtego wpisu.
Na tym kończę, ale ponieważ temat prawa sam się nasunął i ponieważ piszę te słowa 20 lipca 2017 roku dodam jeszcze jedno: choć mamy czas wakacji i pikników, zróbcie dzisiaj co możecie, żebyśmy dalej wszyscy pozostali równi wobec prawa.
A teraz pozostała mi już tylko ostatnia formalność piknikowej notki: zapraszam do dyskusji nad powieścią (tym razem u mnie) i gorąco polecam notkę Pyzy na temat "Kobiety w bieli", którą znajdziecie TUTAJ.
sobota, 20 maja 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: O czułym podróżowaniu ze Sterne'em
O "Podróży sentymentalnej przez Francję i Włochy" Laurence'a Sterne'a napisano zapewne setki tomów (o ile nie tysiące). Nie jestem historykiem literatury, więc nie przeczytałam żadnego z nich i uczciwie zapewniam, nie będę się silić na poważną analizę "Podróży...". Pozwolę sobie natomiast na kilka naiwnych uwag współczesnego czytelnika o tej wielkiej małej książeczce (wydanie BN ma wielkość kieszonkową, grubość jednego centymetra, a i tak połowę objętości zajmuje opracowanie, co jest najlepszym dowodem, że jest to wielka literatura).
czwartek, 20 kwietnia 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Zakochane kobiety" D.H. Lawrence'a
Środkowa Anglia, początek XX w., lata przed pierwszą wojną światową. Dwie siostry Brangwen, córki rzemieślnika z małego miasteczka, lecz same już należące do innej, choć raczej nieokreślonej sfery - obie wykształcone, starsza, Ursula, nauczycielka, młodsza, Gudrun, artystka - szukają siebie i spełnienia. Zawierają znajomość z dwójką mężczyzn z lokalnej elity: Geraldem Crichem, właścicielem kopalń i Rupertem Birkinem, szkolnym inspektorem. Związki między nimi stopniowo - lub nagle, jak kto woli - zaczynają się zacieśniać: narasta wzajemna fascynacja Gudrun i Geralda, rozwija się relacja Ruperta i Ursuli, początkowo skomplikowana uwikłaniem Birkina w toksyczną znajomość z arystokratką Hermione Roddice. Całość oplata jeszcze niedookreślona intymność pomiędzy oboma mężczyznami, bliskość duchowa, ale ze śladami erotyzmu.
niedziela, 20 listopada 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Gotycki romans w scenografii międzywojnia. "Rebeka" Daphne du Maurier
"Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley." Oniryczny początek powieści, opis ni to marzenia sennego, ni to koszmaru śnionego przez bohaterkę-narratorkę zapowiada historię mroczną i tajemniczą, w dodatku nieuchronnie zmierzającą do tragedii, bo czytelnik od razu dowiaduje się, że Manderley już nie istnieje. Opublikowana w 1938 roku "Rebeka", zanim weszła do kanonu klasyki literatury popularnej, stała się kanwą filmu Alferda Hitchcocka (1940) z Laurence'em Olivierem w roli chmurnego Maxima de Wintera i Joan Fontaine wcielającą się w rolę jego młodej drugiej żony. Właśnie w tej wersji znałam "Rebekę" do tej pory i choć sporo czasu już minęło, od kiedy ten film obejrzałam, pamiętałam główne punkty fabuły, a przede wszystkim, kim była tytułowa "Rebeka". Z tego powodu, czytając powieść, nie czekałam w gorączkowym napięciu (które przyznać trzeba, autorka buduje umiejętnie) co też się wydarzy. Moją uwagę przykuła głównie konstrukcja psychiczna bohaterów i ich wzajemna relacja. I... cóż mogę powiedzieć, Manderley i "Rebeka" to nie moja bajka.
sobota, 27 sierpnia 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Gaskell po raz drugi
O ile dobrze pamiętam, Elizabeth Gaskell i jej "Panie z Cranford" były bohaterkami naszego pierwszego piknikowego spotkania. Dzisiaj Gaskell występuje w roli autorki opowiadań, w naszym zamierzeniu miały być to opowiadania grozy, ale okazało się, że zbiorek, który wybrałyśmy, pomimo obiecującego tytułu zawiera w dużej mierze opowieści innego typu, niektórym z nich całkiem zresztą blisko do ciepłych obrazków z życia obywatelek Cranford. (Tym, którzy mają zapoznać się z Gaskell w jeszcze innej roli, polecam moje notki o „Północy i Południu”).
“The Grey Woman and other Tales” to zbiór ośmiu opowiadań. Najciekawsze (i najbardziej przystające do miana opowieści grozy) jest to tytułowe, zostawię je sobie na koniec. Właściwie „Szara kobieta...” jest kompilacją pozbawioną motywu przewodniego, na upartego mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że jest nim kobieca przyjaźń – ten wątek występuje w większości opowiadań, choć nie we wszystkim. Widoczne jest także, jak we wspomnianych wyżej powieściach Gaskell, pewne feministyczne zacięcie.
środa, 20 lipca 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Ojciec Brown, przodek detektywów w sutannie
Przyznam się, że nie wiem, jak łatwo bądź trudno jest znaleźć opowiadania o księdzu Brownie w przekładzie na język polski. Z czystego lenistwa - mamy przecież wakacje - zamiast do biblioteki od razu udałam się na stronę Project Gutenberg i ściągnęłam na czytnik pierwszy z pięciu tomów opowiadań G.K. Chestertona o duchownym-detektywie, "The Innocence of Father Brown" (czyli "Niewinność księdza Browna"). Później Wikipedia poinformowała mnie, że tłumaczenia owszem były, ale bardzo dawno, w latach dwudziestych, a w 1969 ukazał się przekład kompilacji pod tytułem "Przygody księdza Browna", z czego wynika, że tak czy owak najpewniejszym sposobem na zaznajomienie się z tą postacią jest sięgnięcie po oryginał.
niedziela, 24 kwietnia 2016
Czy Jane Eyre powinna być bardziej jak Jane Fairfax?
Ostatni tydzień był pełen literackich rocznic. Najhuczniej
obchodzoną – wczoraj, w Światowym Dniu Książki – było 400-lecie śmierci
Szekspira, które przyćmiło równie okrągłą rocznicę śmierci Cervantesa (choć to
właśnie data jego śmierci ma więcej wspólnego z genezą tego święta) i zupełnie nieokrągłą
rocznicę urodzin Nabokowa, przypadającą dzień wcześniej. Przyznam się, że bardziej przemawia do mnie upamiętnianie
wielkich twórców w rocznice ich urodzin – to przecież ich życie, a nie śmierć,
dało nam owe wspaniałe dzieła, którymi możemy do dziś się zachwycać – ale
najlepiej, jeśli jest to okrągły jubileusz. Dlatego rocznicą, którą uhonoruję wpisem na
Czytam to i owo... jest dwustulecie urodzin Charlotte Brontë, które wypadło w
ubiegły czwartek, 21kwietnia. Przyłączam się tym samym do akcji prowadzonej
przez Pyzę i Ćmę książkową: Dwieście
tekstów na dwustulecie, czyli literackie urodziny Charlotty Bronte.
niedziela, 20 marca 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ": Prowincjonalne misteczko "Middlemarch" George Eliot
Przyznam się, że "Middlemarch" to mój pierwszy kontakt z twórczością George Eliot - tylko po części satysfakcjonujący. Tu muszę się przyznać również do drugiej rzeczy: nie skończyłam jeszcze lektury i w chwili, gdy czytacie ten tekst, ja wciąż tkwię w prowincjonalnym angielskim miasteczku na przełomie lat 20. i 30. XIX w.* Po pierwsze przewidziałam zbyt mało czasu na przeczytanie tej, jednak bardzo obszernej, powieści, a po drugie - zbyt późno zorientowałam się, że nie mam skąd zdobyć polskiego przekładu i jestem zmuszona czytać "Middlemarch" w oryginale. Tutaj czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. O ile do tej pory angielska dziewiętnastowieczna literatura nie sprawiała mi poważniejszych trudności językowych, przez prozę George Eliot brnę jak po grudzie. Jej złożone zdania są dla mnie na tyle zawiłe, że nawet jeśli rozumiem każdą poszczególną frazę, to złożenie ich wszystkich i wydobycie ogólnego sensu zdania sprawia mi niekiedy spore problemy. Poza tym Eliot pisze bardzo rozwlekle, a jej nieskończenie długie akapity potrafią być nużące i, nie potrafię tego ukryć, po prostu nudne. Nie oznacza to, że tak właśnie określiłabym całą powieść - "Middlemarch" nie jest nudne, ale jest to książka, która może sprawić czytelnikowi, a zwłaszcza nie-Brytyjczykowi, spore trudności. Wikipedia poinformowała mnie, że Virginia Woolf określiła "Middlemarch" jako "jedną z niewielu angielskich powieści napisanych dla ludzi dorosłych". Nawet jeśli nie całkiem zgadzam się z tą opinią, to wcale mnie ona nie dziwi - wszystko w tej powieści sugeruje, że mamy do czynienia z poważnym dziełem dla poważnych czytelników: począwszy od męskiego pseudonimu autorki (naprawdę Mary Ann Evans), poprzez poważny, skomplikowany język (przebłyski humoru pojawiają się od czasu do czasu, ale nie nadają tonu stylowi powieści), rozmach dzieła, głębię i złożoną tematykę.
środa, 10 lutego 2016
James Runcie, „Sidney Chambers and the Shadow of Death”. Trochę inny proboszcz na tropie
Po tak długiej nieobecności na blogu powinnam być może
zaproponować jakieś wielkie dzieło, ale książka, o której dzisiaj piszę, na
pewno nie należy do wielkiej literatury. Jest za to książką, po którą można
sięgnąć z przyjemnością, szukając odpoczynku i niezbyt wyrafinowanej rozrywki. A
zważywszy, że dzisiaj wypada Środa Popielcowa, jest to rozrywka w sam raz na
nadchodzące tygodnie Wielkiego Postu, bo bohater sporo rozmyśla o wierze i Bogu
i często odczuwa wyrzuty sumienia, zastanawiając się, czy wystarczająco dobrze
wypełnia swoje obowiązki.
czwartek, 7 stycznia 2016
Pierwszy krok w dorosłość. Dodie Smith, "Zdobywam zamek"
„Zdobywam zamek” to książka powstała z nostalgii. Dodie (Dorothy
Gladys) Smith, która na długo zanim została autorką powieści, była dramatopisarką, a także aktorką i pracownicą sklepu meblarskiego, pisała ją w
wojennych latach czterdziestych, w Stanach Zjednoczonych, z dala od domu. W Connecticut, Pensylwanii i
Kalifornii tęskniła za Anglią z jej łąkami, wiejskimi drogami i żywopłotami; z
przycupniętymi wśród nich małymi wioskami z jednym sklepem, pocztą i gospodą, kościołem i plebanią, gdzie sympatyczny pastor ugości strapioną duszę
kieliszkiem madery w bibliotece pełnej starych tomów, z przyjaznym ogniem płonącym
na kominku, udzielając przy okazji najbardziej taktownej i najmądrzejszej rady.
Wymyśliła wtedy takiego pastora w takiej wiosce, a przede wszystkim rodzinę Mortmainów i razem z nimi przeniosła się o dekadę wstecz,
do zrujnowanego zamczyska w hrabstwie Suffolk.
piątek, 20 listopada 2015
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Charles Dickens, "Samotnia"
Przeczytanie „Samotni” należy do poważnych przedsięwzięć
czytelniczych: ponad tysiąc stron drobnym druczkiem. Współcześni Dickensa mogli
sobie tę przyjemność rozłożyć na raty, powieść ukazywała się w odcinkach pomiędzy
1852 a 1853. Co miesiąc można sobie było za szylinga kupić broszurkę
zawierającą zazwyczaj trzy rozdziały „Bleak House” i dwie ilustracje autorstwa Phiza.
Dzisiaj widok opasłego tomu o pożółkłych kartkach być może odstręcza czytelników.
Tak, kartki na pewno będą pożółkłe, bo „Samotnia” ostatni raz była wydana w Polsce
40 lat temu (Czytelnik 1975, w tłumaczeniu Tadeusza Jana Dehnela)! Było to
zresztą w ogóle jedyne do tej pory pełne wydanie tej powieści po polsku.
Przyznam się, że odkrycie tego faktu mnie zdumiało, bo „Samotnia” jest uznawana
przez wielu za największe osiągnięcie Dickensa, zajmuje poczesne miejsce w
kanonie literatury światowej, co samo w sobie może być wystarczającym powodem,
żeby się z nią zapoznać. A jeśli to się komuś wyda niewystarczającym powodem,
powiem więcej: po ponad 160 latach „Samotnię” wciąż się świetnie czyta. Z
chęcią postawiłabym sobie własny egzemplarz na półce. Wydawcy! Czytelnicy
domagają się wznowienia „Samotni”!
wtorek, 3 listopada 2015
Sarah Waters, "Złodziejka". Pozwól się oszukać
Chciałaby panienka poznać swoją przyszłość? Można odczytać ją z kart. Król karo, rycerz pik. Królowa karo. Dwójka kier. Podróż i bogactwo. Miłość.
Ale co jest prawdą, a co grą? I kto rozdaje w niej karty?
Londyn, rok 1862. Wiatr hula, deszcz zacina, psy wyją, a ogień na kominku i nikłe płomyki lamp naftowych nie są w stanie rozproszyć mroku. W taki wieczór do domu w podejrzanym zaułku, zajmowanego przez równie podejrzanych pana Ibbsa, panią Sucksby oraz dziwną gromadkę ich „podopiecznych”, wkracza Richard Rivers zwany Dżentelmenem, i składa wychowanicy pani Sucksby propozycję nie do odrzucenia. Jej przedmiotem jest udział w iście szatańskim przedsięwzięciu. W ten sposób splatają się ścieżki Susan Trinder, sieroty z półświatka, córki morderczyni, i Maud Lilly, panienki z wyższych sfer, również sieroty, która od swego wuja i opiekuna – w tym miejscu nazwijmy go bibliofilem – otrzymała nader szczególne wychowanie. Wkrótce Susan opuszcza Londyn i udaje się na wieś, do posiadłości Briar, gdzie zostaje pokojówką panny Lilly. Jeśli wiecie cokolwiek o pisarstwie Sary Waters, to możecie się domyślić, że między młodymi kobietami, a właściwie dziewczynami, które dopiero poznają same siebie, coś się wydarzy. Coś, czego żadna z nich się nie spodziewała. To jednak dopiero początek tej opowieści, bo przecież Susan nie przybyła do Briar tylko po to, żeby ubierać panienkę i dotrzymywać jej towarzystwa. Powierzono jej jeszcze inne zadanie, które skrzętnie skrywa przed Maud.
piątek, 23 października 2015
Bo to zła kobieta była. Historia wzlotu i upadku w czterdziestu jeden listach i epilogu.
Bardzo żałuję, że powieść epistolarna nie cieszy się powodzeniem u współczesnych autorów. Moim zdaniem jest to gatunek bardzo ciekawy i - wbrew pozorom i obiegowym opiniom, powstałym na podstawie "Cierpień młodego Wertera" - szalenie atrakcyjny dla czytelnika. Większość z nas zapewne nigdy nie posunęłaby się do czytania cudzych listów, ale plik korespondencji sprzed kilkudziesięciu lat znaleziony gdzieś na strychu... o, to już co innego. Czytanie tego, co przeznaczone tylko na użytek prywatny, oglądnie ludzi z tej strony, z której nie pokazują się publicznie, jest w dziwny sposób pasjonujące. Czytając powieść epistolarną wchodzimy (a ściślej: mamy takie złudzenie) w sferę intymności innych osób, nie łamiąc przy tym żadnych norm etycznych. I chyba właśnie to wrażenie intymności, a zarazem naturalności, którego nie daje obecność narratora, jest tak szczególne w powieści epistolarnej. Wydaje nam się, że podglądamy fragmenty prawdziwego życia. Jednocześnie powieść epistolarna jest gatunkiem trudnym, wymagającym ogromnego kunsztu literackiego od autora, a od czytelnika umiejętności czytania między wierszami. W dobie e-maili powieść epistolarna była jeszcze możliwa. (Osobną kwestią jest, jak się to udawało). A w dobie tweetów i facebooka? Jednak zanim zaczniemy zastanawiać się nad perspektywami przetrwania lub śmierci tego gatunku, przyjrzyjmy się, jak konwencję utworu epistolarnego wykorzystała ponad dwieście lat temu pewna młoda i zdolna pisarka. Uwaga! Będą spoilery (a właściwie... zostały już zawarte w tytule).
poniedziałek, 28 września 2015
Sarah Waters, "Pod osłoną nocy"
„ – Chodzę do kina […] Czasami zaliczam dwa seanse z rzędu. Czasem wchodzę w trakcie i najpierw oglądam drugą połowę. Nawet tak wolę: przeszłość bohaterów jest znacznie ciekawsza niż ich przyszłość. Przynajmniej moim zdaniem…”– mówi Kay, bohaterka czwartej powieści w dorobku Sary Waters. Moim zdaniem również. W „Pod osłoną nocy” wchodzimy jak na seans filmowy, który trwa już od dłuższego czasu. Zostajemy wrzuceni w codzienność czworga bohaterów, której na razie nie jesteśmy w stanie zrozumieć.
czwartek, 24 września 2015
"Emma" kończy 200 lat! Świętujemy?
23 grudnia roku 1815 na pierwszej stronie The Morning Chronicle1 ukazało się ogłoszenie o wydaniu nakładem Johna Murraya powieści w trzech tomach zatytułowanej "Emma", która, jak głosiła jej karta tytułowa, wyszła spod pióra autorki "Dumy i uprzedzenia". W ten oto sposób „osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem”, która „przeżyła na świecie blisko dwadzieścia jeden lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia”2 spotkała się po raz pierwszy z czytelnikami, których od tej pory bawi i irytuje – już od prawie dwustu lat!
czwartek, 20 sierpnia 2015
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Opowiadania M.R. Jamesa, czyli straszenie erudycyjne
Jego spuścizna literacka ogranicza się do czterech tomów opowiadań (1904-25), które w dodatku można zebrać w jednym, liczącym zaledwie 350 stron. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, zważywszy, że fikcja literacka – z gatunku „ghost story” – była hobby M.R. Jamesa, a jego głównym zajęciem była praca naukowa: był mediewistą przez lata pracującym w King’s College w Cambridge, później w Eton. Jako pisarz okazał się jednak bardzo wpływowy, w świecie anglosaskim zajmuje pozycję niekwestionowanego klasyka literatury grozy. Na dzisiejsze spotkanie wybrałyśmy, w sposób dość intuicyjny, trzy opowiadania:
Subskrybuj:
Posty (Atom)