niedziela, 8 stycznia 2017

Klub Podróżniczy Craigh na Dun, czyli spotkajmy się w XVIII stuleciu!




Jeszcze pół roku temu nazwisko Diany Gabaldon było mi całkowicie obce i ten stan pewnie trwałby nadal (bo jej książki są zaszufladkowane w takiej szufladce, do której ja nigdy nie zaglądam), gdyby nie to, że zupełnie nieoczekiwanie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a serialem  „Outlander”, będącym telewizyjną adaptacją jej bestsellerowego cyklu powieściowego. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo opis tej produkcji  nie wydawał mi się szczególnie zachęcający. Motyw podróży w czasie – na którym książki i serial są oparte – po pierwsze jest bardzo wyświechtany, a po drugie zawiera w sobie niemożliwy do obejścia błąd logiczny (typu: cofnę się w czasie i zrobię coś, co uniemożliwi moje przyjście na świat). A jeśli na to ma być jeszcze nałożona miłość silniejsza niż wszystko, wszechogarniająca namiętność, dramat, wojna i przygoda, to.... ehm, chyba nie moja bajka. Tak myślałam, ale – jak się okazało – byłam w wielkim błędzie. Serial obejrzałam jednym ciągiem, a potem postanowiłam sprawdzić, jak to było napisane.


Pozwólcie, że wytłumaczę na potrzeby osób niezorientowanych, o co chodzi. Otóż mamy rok 1945 i Claire Beauchamp Randall, brytyjska pielęgniarka wojskowa, spędza z mężem Frankiem, z którym rozdzieliły ją lata wojny, swój drugi miesiąc miodowy w górach Szkocji. Zwiedzają okolicę, Frank bada historię swojej rodziny, a Claire rozwija w sobie pasję botaniczną. Pewnej nocy obserwują pogańską ceremonię odprawianą przez grupę kobiet w miejscu zwanym Craigh na Dun, prastarym kamiennym kręgu. Kiedy Claire wraca tam później sama, jakaś siła przenosi ją w czasie do roku 1743. Zanim Claire zdąży na dobre przyjść do siebie po tej podróży, niemal pada ofiarą gwałtu, którego chce na niej dokonać w prostej linii przodek jej męża, bardzo do niego podobny, kapitan dragonów króla Jerzego II, Jonathan Randall. W ostatniej chwili nasza bohaterka zostaje uratowana – a może porwana – przez grupę szkockich górali. Jeden z nich jest młody, wysoki, przystojny i szczególnie pięknie zbudowany. Poza tym jest niezwykle dzielny i szlachetny, a lista zalet jego ciała, ducha i umysłu jest doprawdy zbyt długa, żebym ją mogła tu przytoczyć. Oczywiście Claire i wspaniałego Jamiego Frasera połączy uczucie, a jeszcze zanim to nastąpi – ślub (choć Claire jest rozdarta pomiędzy miłością do rudowłosego Szkota a uczuciem do męża pozostawionego w XX w.). Potem z pewną regularnością albo on ratuje ją, albo ona jego, a poza tym mają bardzo udane życie seksualne, czego wyraz czytelnik znajdzie na co drugiej stronie. W tle tarcia pomiędzy Szkotami i Anglikami i powstanie jakobitów.

Jeśli myślicie, że po tym – tak, przyznaję – ironicznym wstępie zacznę się pastwić nad powieściami Diany Gabaldon, to jesteście w wielkim błędzie. Chcę jasno powiedzieć, to są świetne książki, które z czystym sumieniem polecam, całkiem serio i bez najmniejszego zmrużenia oka. Ja wiem, że w "dobrym stylu" jest wypowiadać się o „Obcej” i jej kontynuacjach w tonie lekko deprecjonującym, bo to przecież taka literatura romansowa (czytaj: klasy B), którą się dobrze czyta (a to niechybnie jest oznaką znikomej wartości artystycznej) i jeżeli mamy jakiekolwiek pretensje do wyrobienia literackiego, to możemy ją sobie podczytywać co najwyżej jako guilty pleasure. Zaczęłam czytać „Obcą” z ironicznym dystansem, nawet nie miałam zamiaru przeczytać książki w całości, a jednak zanim się obejrzałam, dotarłam do ostatniej strony i od razu sięgnęłam po drugi tom. A potem po trzeci itd. W miarę czytania dystans pomiędzy mną a opowieścią Diany Gabaldon się skracał i chyba gdzieś w trzecim albo czwartym tomie zauważyłam, że ta historia pochłonęła mnie bez reszty i jestem nią zachwycona. Co nie oznacza, że jestem całkowicie bezkrytyczna, ale wszelkie mankamenty wydają mi się mało istotne w ogólnym obrazie. 

Gdybym miała powieści Diany Gabaldon do czegoś porównać, to przychodzi mi na myśl Sienkiewicz, tylko mniej nadęty, bardziej dowcipny i znacznie ciekawszy. Albo Sapkowski. O, gdyby Sapkowski był kobietą i ograniczył wątki fantastyczne, to pisałby jak Diana Gabaldon. Czy „Obca” to romans? Pierwszy tom (czyli „Obca” właśnie) rzeczywiście ma główny wątek typowy dla romansu: historię zawiązania się i rozwoju uczucia pomiędzy dwojgiem bohaterów. Jeśli więc nie zawahalibyście się określić którejkolwiek części Trylogii Sienkiewicza, albo trylogii husyckiej Sapkowskiego mianem romansu, to „Obcą” też można w tej kategorii umieścić. Albo jako historyczną powieść przygodową z elementami fantastyki i wątkiem miłosnym. Kolejne tomy serii już dosyć wyraźnie odchodzą od romansowego schematu, bo opowiadają o dojrzałym uczuciu męża i żony, którzy lata młodości dawno mają za sobą (w ostatnim jak dotąd, ósmym tomie on właśnie dobiega sześćdziesiątki, a ona kilka lat temu ją przekroczyła).

No dobrze, ale właściwie dlaczego uważam, że powieści Diany Gabaldon są tak dobre? Po pierwsze (acz nie najważniejsze) dużo się z nich dowiaduję. Przeróżnych rzeczy. Bo ten świat powieściowy jest przez autorkę utkany bardzo gęsto i ze szczegółami. Dobra powieść historyczna (zresztą każda powieść) musi mówić czytelnikowi to, czego on jeszcze nie wie. Niewykluczone, że gdybym była Szkotką albo Amerykanką (akcja dalszych części cyklu przenosi się do Nowego Świata) to książki Gabaldon podobały mi się znacznie mniej (ale Szkoci są zachwyceni pisarką i jej książki traktują jak swoje – nic dziwnego, zrobiła Szkocji niezłą reklamę). Tak się jednak składa, że o powstaniach jakobickich nie wiedziałam zgoła nic, a o rewolucji amerykańskiej bardzo niewiele, więc po przeczytaniu serii czuję się znacznie mądrzejsza w tych obszarach. Pierwsza część zachwyciła mnie zanurzeniem w szkockiej tradycji i folklorze. Te wszystkie wierzenia i obyczaje, selkie i konie wodne (potwór z Loch Ness, który okazał się plezjozaurem, był akurat jednym z gorszych pomysłów), historie opowiadane przy ognisku i w wielkiej sali zamkowej niemal przeniosły mnie na szkockie wrzosowiska. Czego się jeszcze dowiedziałam? Na przykład jak wyglądała XVIII-wieczna używana w świecie anglosaskim maselnica, że George Washington miał uzębienie w strasznym stanie, jak przeklinać po łacinie, jak rozmawiali ze sobą kwakrzy, że w języku gaelickim istnieje poemat zatytułowany „Oda do wspaniałego penisa”, albo że niesławny płonący krzyż kojarzony z Ku Klux Klanem wywodzi się z tradycji szkockiej, gdzie jednak miał zupełnie inną wymowę. Zapewniam Was, XVIII stulecie potrafi być fascynujące. Jeśli chodzi o faktografię, to pisarka zaliczyła pewne wpadki, najwięcej w tomie pierwszym i tam są one dosyć zaskakujące (typu wdowa z Oxfordshire podróżująca do krewnych we Francji przez Inverness. Nikt w tę jej cover story nie uwierzył, ale też nikt jej nie wytknął, że to dosyć okrężna droga. Albo to, że Claire i Frank swój drugi miesiąc miodowy spędzają w maju 1945 r., kiedy wojna formalnie jeszcze trwa). Ale jestem w stanie przymknąć na to oko, podobnie jak na logiczne zapętlenia wynikające z podróży w czasie.

Po drugie – teraz już się będę streszczać, bo zauważyłam, ile już napisałam i ogarnęła mnie lekka panika, że w takim tempie nigdy nie dobrnę do końca swoich wywodów – w tych książkach jest dużo treści. To są powieści o wartościach. O miłości, małżeństwie i rodzinie, obowiązku i odpowiedzialności, o wolności, tożsamości, winie i przebaczeniu, o tym jak być dobrym i jak robić to, co trzeba. Banał, klisza i wyświechtane frazesy? Nawet jeśli Diana Gabaldon mówi to, co już słyszeliśmy i czytaliśmy setki razy, to zdarza się jej to mówić tak, że trafia w samo sedno. Co jakiś czas znajduję w jej książkach zdanie, które wręcz uderza mnie swoją prawdziwością. Ale nigdy autorka nie prawi kazań, nie popada w dydaktyczną opowiastkę. Z tym wiąże się punkt trzeci:

Bohaterowie Diany Gabaldon są prawdziwymi ludźmi, nawet wtedy, jeśli wyposaża ich w taką liczbę zalet, której nie spodziewalibyśmy się znaleźć w żadnej osobie istniejącej w realnym świecie. To są ludzie z krwi i kości, a pisarka pokazuje ich zachowanie tak, jak je widzi, a nie tak, jak nakazywałaby wytrenowana poprawność. Gabaldon jest z wykształcenia ekologiem behawioralnym – tak jak ja – i przez dłuższy czas pracowała naukowo. Przyznam się, że dlatego w ogóle sięgnęłam po jej książki: byłam ciekawa, czy jej doświadczenie zawodowe będzie widoczne w tym, jak pisze. I jest. Nie wiem, czy to jest oczywiste, ale studiowanie zachowań zwierząt uczy obiektywnego spojrzenia na naturę ludzką. Człowiek to nie tylko wzniosłe idee, ale też cały bagaż ewolucyjnych doświadczeń, które ukształtowały nasze pragnienia i dążenia. W każdym z nas tkwi zwierzę, które domaga się pewnych rzeczy i nie ma sensu temu zaprzeczać, bo nie ma sensu zaprzeczać rzeczywistości. Co nie oznacza, że moralność możemy sobie wyrzucić do kosza. Przeciwnie, bohaterowie Diany Gabaldon są ludźmi głęboko moralnymi.

Po czwarte: Jamie Fraser, czyli ucieleśnienie kobiecych fantazji na temat idealnego mężczyzny. Tego punktu nie będę rozwijać. I tylko na marginesie dodam, że cykl Gabaldon to naprawdę godna polecenia lektura dla mężczyzn – wreszcie mogliby(ście) się dowiedzieć, czego pragną kobiety. Tylko proszę czytać ze zrozumieniem. Poza tym te powieści to tak naprawdę jeden wielki pean – liczący osiem tysiącstronicowych tomów – na cześć Mężczyzny. Tej idei wielbionej przez kobiety, która tak rzadko znajduje ucieleśnienie w realnym życiu. Pewnie dlatego zresztą niektóre kobiety na redutach feministycznych czują się w obowiązku krytykować te książki. Ale jeśli nie macie nic przeciwko czytaniu o wspaniałych mężczyznach, to znajdziecie tu całą galerię takich postaci. 

Po piąte: Diana Gabaldon nie realizuje żadnej feministycznej agendy, ale jej bohaterkami są silne i pewne swojej wartości kobiety. Związek Claire i Jamiego to najbardziej zdrowa relacja pomiędzy kobietą a mężczyzną, jaką można sobie wyobrazić. Gdzie nie chodzi o to, kto kogo zdominuje, gdzie nikt nie próbuje nikogo zmieniać, a partnerzy szanują i rozumieją się nawzajem.  Claire co prawda głównie pozwala Jamiemu wytyczać kierunek dla rodziny, ale robi to nie dlatego, że taka jest powinność kobiety, ale dlatego, że rozumie jego poczucie misji, a ona swoją misję – bycie lekarką – jest w stanie realizować wszędzie i w każdych warunkach. I trzeba przyznać Jamiemu, że szybko przechodzi od „Claire, zostań tutaj” do „Claire, chodź ze mną”.

Po szóste: Czy w tych książkach nie jest przypadkiem za dużo seksu? Nie, skądże. Zresztą jest to seks małżeński, więc nawet papież nie mógłby mieć nic przeciwko. (Oj, to chyba jest najbardziej oburzające: jak to, nie dość, że mąż i żona uprawiają seks, to jeszcze czerpią z tego przyjemność? I w dodatku są katolikami). Poza tym to są sceny, które w powieści zawsze czemuś służą, a Diana Gabaldon pisze je naprawdę nieźle (a przy tym dzieli się swoim kunsztem w tej dziedzinie z aspirującymi pisarzami, jest autorką poradnika pt. „I Give You My Body: How I Write Sex Scenes”, gdyby ktoś był zainteresowany), więc ja nie mam nic przeciwko (na ogół). W ogóle seks jest jednym z tematów powieści (to są powieści o małżeństwie, jak już wspomniałam, więc jedno wynika z drugiego, co zdaje się wiele osób jest w stanie przeoczyć) i jest traktowany z pełną powagą, mimo że sceny seksu są często pisane w całkiem zabawny sposób (celowo).

Po siódme: Człowiek wobec historii i to, że Jamie Fraser mógłby być Polakiem. Tego na pewno Diana Gabaldon nie miała w planach, ale opisując historyczne doświadczenie Szkotów opisała też to, co było naszym udziałem. Seria nieudanych powstań, stawanie do bitwy, która jest przegrana jeszcze zanim się zaczęła. Brzmi znajomo? Kulturkampf którego doświadczyli Szkoci po bitwie pod Culloden wydał mi się drastyczny nawet w porównaniu z tym, co działo się w Polsce pod zaborami. Myślę, że jako naród bylibyśmy dużo zdrowsi, gdybyśmy częściej przyjmowali do wiadomości, że nie tylko my cierpieliśmy. Ale Diana Gabaldon stawia też bardzo ważne pytanie: kiedy szlachetne poświęcenie dla narodu zamienia się w bezsensowne wyrzucanie swojego życia, a jakich wartości należy bronić za wszelka cenę? No i wyobraźcie sobie, Jamie Fraser spotkał Tadeusza Kościuszkę. W czasie bitwy pod Saratogą. Bardzo się polubili.

Po ósme: Diana Gabaldon naprawdę świetnie pisze, nawet jeżeli jej styl jest momentami przesadnie barokowy. Jestem w stanie jej to wybaczyć.

Po dziewiąte: dzięki niej świat miał szansę poznać Sama Heughana (a byłoby wielką stratą dla świata, gdyby nie miał takiej szansy), podziwiać majestatyczne szkockie krajobrazy i posłuchać barbarzyńskiego piękna języka gaelickiego, a także tej wspaniałej pieśni:







Jest to autentyczna pieśń z czasów powstania roku 1745, opiewająca Charlesa Edwarda Stuarta (który, tak na marginesie, był prawnukiem Jana III Sobieskiego), którą na potrzeby ścieżki dźwiękowej serialu zaadaptował Bear McCreary, a zaśpiewał Griogair Labhruidh. Poniżej zamieszczam tekst gaelicki i angielski (ze strony Beara McCreary’ego):

“Moch Sa Mhadainn” tekst w języku gaelickim:

Hùg hó ill a ill ó
Hùg hó o ró nàill i
Hùg hó ill a ill ó
Seinn oho ró nàill i.
Moch sa mhadainn is mi dùsgadh,
Is mòr mo shunnd is mo cheòl-gáire;
On a chuala mi am Prionnsa,
Thighinn do dhùthaich Chloinn Ràghnaill.
Gràinne-mullach gach rìgh thu,
Slàn gum pill thusa Theàrlaich;
Is ann tha an fhìor-fhuil gun truailleadh,
Anns a’ ghruaidh is mòr nàire.
Mar ri barrachd na h-uaisle,
Dh’ èireadh suas le deagh nàdar;
Is nan tigeadh tu rithist,
Bhiodh gach tighearna nan àite.
Is nan càraicht an crùn ort
Bu mhùirneach do chàirdean;
Bhiodh Loch Iall mar bu chòir dha,
Cur an òrdugh nan Gàidheal.

“Moch Sa Mhadainn” tekst w języku angielskim:

Hug ho ill a ill o
Hug ho o ro naill i
Hug ho ill a ill o
Seinn oho ro naill i.
Early in the morning as I awaken
Great is my joy and hearty laughter
Since I’ve heard of the Prince’s coming
To the land of Clanranald
You are the choicest of rulers
May you return unhurt, Charles.
In that most modest cheek
Runs blood that is pure and undefiled.
Along with overflowing nobility
That ever rises up along with good nature
And if you came again
Each laird would be at his post.
And if the crown were placed upon you
Joyful would your friends be
And Lochiel, as he ought,
Would be drawing up the Gaels for battle. 



---
Diana Gabaldon "Obca", "Uwięziona w bursztynie", "Podróżniczka", "Jesienne werble", "Ognisty krzyż", "Tchnienie śniegu i popiołu", "Kość z kości" , "Spisane własną krwią". Wydawnictwo Świat Książki.

7 komentarzy:

  1. Po tak entuzjastycznej recenzji chyba wypożyczę.Ładnie napisałaś.
    W serialu (o sezonie I)bohaterka trochę na idiotkę czasem wychodzi..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)
      Tak? Szczerze mówiąc, nie odniosłam takiego wrażenia. Claire jest irytująca, ale wcale nie dlatego, że jest głupia. Owszem, parę razy zdarzyło się jej wygłupić, ale to nie to samo. Ja bym raczej powiedziała, że jest arogancka.

      Usuń
  2. W serialu,gdy zielarka otruła męża,Jamie mówi Claire,żeby jej unikała,a ta 5 minut później do niej leci! Może to tylko serial,może w książkach jest inaczej.Ona robi wszystko po swojemu i chyba nie liczy się za bardzo z ludźmi z tej epoki.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, powieść przygodowa rządzi się pewnymi zasadami: muszą być przygody ;) Tutaj polegają one na tym, że albo on ratuje ją, albo ona jego. Więc oczywiście najpierw muszą się znaleźć w niebezpieczeństwie i trzeba jakoś do tego doprowadzić. Twórcy serialu chcieli przede wszystkim podkreślić, że Claire jest silną i niezależną kobietą i najwyraźniej uważają (albo sądzą, że widzowie tak uważają) że taka kobieta nie może nigdy posłuchać męża, nawet jeżeli to, co on mówi jest jak najbardziej słuszne i rozsądne. Ale w tym akurat przypadku postępowanie Claire było całkowicie uzasadnione, a poza tym bardzo dobrze o niej świadczy: ona poszła do Geilis, bo sadziła, że ta jest w potrzebie. Naraziła się na niebezpieczeństwo, żeby komuś pomóc. Ja bym tego głupotą nie nazwała. Raczej altruizmem.

      Usuń
  3. No,może nie głupota,ale mam wrażenie,ze ona robi,co jej się wydaje w danej chwili słuszne i nikogo nie słucha...Jej działania są nieprzemyślane.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. W recenzji napisałaś >,"Albo to, że Claire i Frank swój drugi miesiąc miodowy spędzają w maju 1945 r., kiedy wojna formalnie jeszcze trwa)".. jednak byli w październiku w Szkocji- wtedy jest Samhain i autorka nie popełniła tu wpadki, bo wtedy już było po wojnie 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak było tylko w serialu - z przyczyn logistycznych, po prostu rozpoczęto filmowanie jesienią. W powieści było tak, jak napisałam - Claire przeszła przez kamienie w święto Beltane, czyli 1 maja. W roku 1945. Zresztą wkrótce po opublikowaniu "Obcej" Gabaldon zdała sobie sprawę z wpadki :)

      Usuń

Dziękuję za komentarz.