niedziela, 6 września 2015

„Piorun przeszył niebo” albo moje wrażenia z lektury I tomu „Stulecia Winnych” Ałbeny Grabowskiej





Przed wizytą w bibliotece mam zwyczaj przeglądać w katalogu internetowym listę ostatnio zakupionych książek. Zazwyczaj lwia ich część jest już opatrzona informacją: „wszystkie egzemplarze są wypożyczone”. Ostatnim razem udało mi się jednak wrócić do domu nie tylko z paroma zakurzonymi dziełami klasycznymi (kurz jest na szczęście metaforyczny), ale też z dwoma tomami cyklu „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej, które pożyczyłam jako pierwsza czytelniczka wprost z rąk pani bibliotekarki, oprawiającej je w grubą plastikową folię.

***

Są tacy pisarze, których nazwałabym autorami drugiego obiegu, przy czym wszelkie skojarzenia z drugim obiegiem, funkcjonującym w czasach PRL, są całkowicie błędne – mam na myśli obieg blogowy. Ci autorzy w blogosferze są świetnie znani i uwielbiani, natomiast próżno szukać informacji o nich w „oficjalnym” obiegu literackim. Milczą o nich profesjonalni krytycy, nie pojawiają się na poświęconych kulturze stronach gazet, w czasopismach literackich, ani innych tradycyjnych mediach. Te obiegi nie są oczywiście ściśle rozdzielone, niemniej daje się je rozróżnić. Mam wrażenie, że taką właśnie „autorką drugiego obiegu” jest Ałbena Grabowska. O jej istnieniu pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby jej nazwisko nie zwróciło mojej uwagi na blogach. Jeśli poszukacie recenzji książek Ałbeny Grabowskiej w Internecie, na blogach i portalach czytelniczych, to dowiecie się jednego: czytelnicy ją uwielbiają. Ze świecą trzeba szukać opinii chociażby lekko krytycznych. Skupmy się na pierwszym tomie „Stulecia Winnych”, bo o tej książce będę pisać: Biblionetka – ocena użytkowników: 4,9/6; Lubimyczytać: 8,0/10; Granice: 5,4/6. Odważycie się poznać obiekt tych zachwytów? No to zaczynamy!



„Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli”

Zacznijmy od tytułu: bardzo dobry. Prosty, zapada w pamięć, oddaje treść książki (historia rodu Winnych na przestrzeni stu lat), a jednocześnie jest interesująco wieloznaczny. Sugeruje nawet więcej, niż powieść rzeczywiście dostarcza, bo książkę o takim tytule można by podejrzewać o ambicje historiozoficzne (nie, oczywiście macie rację, to zbyt wydumane), a przynajmniej o szeroką panoramę historyczno-społeczną stulecia. Tymczasem nic z tego. „Stulecie Winnych” to w gruncie rzeczy bardzo kameralna saga rodzinna, a historia jest głęboko w tle, właściwie dowiadujemy się tylko o tych wydarzeniach historycznych, które mogły bezpośrednio wprowadzić dramat (czytaj: śmierć) w życie rodziny Winnych: I wojna światowa, otwierająca książkę, epidemia hiszpanki, wybuch II wojny światowej, który zamyka pierwszy tom. Do warstwy historycznej jeszcze wrócę, ale kameralne sagi rodzinne też mogą być przecież fascynujące, prawda? Akcja tej rozpoczyna się w momencie przyjścia na świat w podwarszawskim Brwinowie bliźniaczek, Mani i Ani Winnych. Podczas porodu umiera ich matka Kasia, zrozpaczonemu Stanisławowi w wychowaniu córek pomagają więc rodzice, Bronia i Antoni, i daleka krewna Andzia. Potem jeszcze ktoś się rodzi, ktoś umiera, jedni dojrzewają, inni zbliżają się do kresu życia. Winni kochają, cierpią i nienawidzą. I tak od czerwca 1914 aż do 1 września 1939.

Nie zakładałam, że ta książka mi się nie spodoba, ale przyznam się, że już pierwsze zdanie (str. 7) wzmogło moją czujność: „Piorun przeszył niebo, kiedy Kasia Winna wydała z siebie krzyk.” (Powszechnie wiadomo, że skurcze porodowe zawsze zaczynają się podczas burzy, ale tak doskonała synchronizacja budzi podziw). Po kilku stronach któreś z kolei pretensjonalne lub niejasne zdanie spowodowało, że zaopatrzyłam się w materiał na zakładki i zaczęłam za każdym razem, kiedy miałam jakąś krytyczną uwagę do książki, wkładać między jej strony zieloną karteczkę (patrz zdjęcie poniżej). Poniżej postaram się te uwagi podsumować, ale jeśli chcielibyście krótkiej recenzji, oto ona: „Stulecie Winnych” to książka pisana "na kolanie". Pisarstwo Ałbeny Grabowskiej zdradza poważne braki warsztatowe, co przy fabule zaledwie "takiej sobie" i mało interesujących, dosyć płaskich postaciach daje powieść, którą z pewnością odłożyłabym, gdyby nie perspektywa napisania tej notki. Wpisu o drugiej części "Stulecia Winnych" jednak nie będzie.

Zielone karteczki. Oj, dużo zielonych karteczek...
Fakty-niefakty, czyli Historia w tle

Jak już wspomniałam, akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni lat 1914-39, ale tylko te najbardziej dramatyczne wydarzenia z tego okresu stanowią tło dla powieści. Najwięcej miejsca zajmują lata I wojny światowej, a przez dwudziestolecie międzywojenne autorka mknie z szybkością błyskawicy, ignorując w zasadzie całą historię tego okresu. To był czas ogromnych przemian cywilizacyjnych i obyczajowych, zmieniały się warunki życia i mentalność ludzi, ale w powieści tego nie widać. Tak istotna zmiana, jaką było tworzenie od nowa państwa polskiego, ogranicza się do paru anegdotek, ale przecież przemiany, jakich doświadczyli mieszkańcy Polski, nie były anegdotyczne. Zmiany w administracji i sposobie rządzenia bezpośrednio wpłynęły na ich życie. Nawet jeśli przyjmiemy, że ludzie ubodzy i prości myślą głównie o tym, co do garnka włożyć (a Winni nie byli tacy całkiem prości), nie wierzę, żeby do ich świadomości nie przebijały się w ogóle te wszystkie zawirowania, a właściwie burze gospodarcze i polityczne, w jakie obfitowało dwudziestolecie międzywojenne. Te lata pokazane są jako stały wzrost dobrobytu po okresie wojny. Nie widać ani hiperinflacji lat 20., ani kryzysu gospodarczego lat 30. Nie widać też żadnych tarć społecznych, a przecież Polska tamtych lat była targana wewnętrznymi konfliktami. Trochę trwało zanim to zauważyłam – społeczeństwo w powieści Ałbeny Grabowskiej jest tak jednorodne etnicznie i religijnie, jak we współczesnej Polsce. Nie ma w nim Żydów (w kontekście społecznym; wspomniana jest jedynie postać Janusza Korczaka), a co za tym idzie, nie ma też antysemitów. Opisywany przez autorkę Brwinów jest zamieszkiwany wyłącznie przez żyjących w zgodzie Polaków-katolików, nie ma nawet mowy o różnych poglądach politycznych.

Zupełnie nie przekonuje mnie również obraz I wojny światowej. (Tutaj przyznaję, że moja wiedza historyczna na temat sytuacji ludności cywilnej w tym okresie jest stosunkowo niewielka, jeśli wiecie więcej, bardzo proszę mnie poprawić lub uzupełnić). Otóż pewnego dnia w okolicach Brwinowa z jednej strony zjawili się Niemcy, z drugiej „Ruscy przyszli”. Niemcy wywożą na roboty i rekwirują, ale jak wiadomo, w tym narodzie porządek musi być, więc jak rekwirują, to dają kwity. W razie oporu stosują przemoc, ale: „– Jakby to byli Ruscy, to jeszcze Henrykową by zgwałcili…” (str. 83; przepraszam, ale to operowanie stereotypami przez autorkę jest komiczne, chociaż opisywana sytuacja jest tragiczna). „Ruscy” kradną, gwałcą, a to, co ukradną, głównie marnują. Mam poważne wątpliwości, czy tak mogła wyglądać sytuacja w 1914 r. Dlaczego „Ruscy przyszli”, przecież byli tam cały czas. Może nie żołnierze, ale przecież musiała tam być administracja i policja rosyjska, zresztą Brwinów jest rzut beretem od Warszawy. Dlaczego wojsko carskie tak gnębi współobywateli w czasie wojny? Rozumiem obłożenie chłopów obowiązkiem dostarczania żywności armii, ale nie sądzę, żeby to mogło przebiegać w taki sposób. Nie na początku wojny, kiedy armia ma wysokie morale i nie odczuwa braków w aprowizacji. Rosjanie urządzają też „łapanki” i pędzą mężczyzn w niewiadomym kierunku. Nie ma jednak w ogóle mowy o poborze do wojska, ani przed wojną, ani w czasie wojny (a w rodzinie Winnych było pięciu młodych mężczyzn). Kiedy znika bez wieści Antoni, jego rodzina tłumaczy sobie, że jest w lesie, w partyzantce. Naprawdę w 1914 r. istniała jakaś polska partyzantka? A przeciw komu/po czyjej stronie walczyła? Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Ałbenie Grabowskiej pomyliły się wojny, bo widać tu wyraźnie takie klisze z okresu II wojny światowej: Niemcy wywożą na roboty, „Ruscy” są prymitywni, gwałcą, rabują i niszczą (w zgodzie ze stereotypem czerwonoarmisty), a jak ktoś ma kłopoty, to ucieka do lasu do partyzantki.

Autorka zupełnie pominęła też wojnę polsko-bolszewicką 1920 r. Znów: pięciu młodych mężczyzn, a żaden nie poszedł do wojska? Mieszkańcy podwarszawskiego Brwinowa chyba nie mogli przeoczyć bitwy warszawskiej? „Cud nad Wisłą” wspomniany jest w jednym zdaniu, ale to już przy okazji epidemii hiszpanki.

W „Stuleciu Winnych” hiszpanka pojawia się pod koniec 1920 r., podczas gdy w rzeczywistości jej pierwsza fala dotarła do Warszawy w październiku 1918 r. Trzecia fala z r. 1920 była już dużo słabsza i nie wywołała spustoszenia. Zresztą nawet pierwsza fala epidemii z r. 1918, choć śmiercionośna, nie wyglądała aż tak dramatycznie, jak ją opisuje Grabowska. W powieści dla zarażonych właściwie nie ma żadnego ratunku ani nadziei, tymczasem, choć oczywiście nie dysponowano skutecznymi lekami, rzeczywista śmiertelność wynosiła 10-20% zarażonych, a więc czterech na pięciu chorych wracało do zdrowia. Doktor tłumaczył Broni, dlaczego umierają tylko ludzie silni i młodzi: „– Choroba zmusza organizm, żeby sam siebie zabił – wyjaśnił doktor. – Im młodszy chory, tym szybciej własne ciało go zabije…” (str. 178) – jest to jednak teza wysunięta dopiero w ostatnich latach, żaden lekarz w roku 1920 nie mógł tego wiedzieć.

Brnijmy dalej przez katalog błędów historycznych: w 1930 r. prości ludzie przewidują już wojnę z Hitlerem (a został kanclerzem w 1933). W tym samym 1930 r. młody, ciekawy świata chłopak nie zna nazwy radio – możliwe, ale czy prawdopodobne? Przed  r. 1917 siódma córka zapewne ubogich i prostych ludzi (bo przecież tylko tacy miewają siódme córki) marzy o zostaniu lekarzem – prawdopodobieństwo znikome.

Na szczęście zbliżam się już do końca tej wyliczanki. Przedostatni rozdział książki to „1939”, a ostatni nosi tytuł „1 września”. „Uderzanie w szyby i niemieckie wrzaski postawiły na nogi cały Brwinów.” (str. 326). A więc według autorki piechota niemiecka znalazła się pod Warszawą już o świcie 1 września. Dalej czytamy, że Niemcy wyciągali ludzi z domów, po czym zebrali ich na rynku. Następnie poinformowali ich o nastaniu nowych porządków i rozstrzelali dziesięciu mieszkańców. I znów, nie znam dokładnie przebiegu kampanii wrześniowej, ale to nie mogło się zdarzyć w Brwinowie 1 września 1939.


 
W gąszczu osób i zdarzeń


Drugą kategorią objawów "pisania na kolanie" są błędy fabularno-chronologiczne. Nie mam tu na myśli generalnych rozwiązań fabularnych, ale pomyłki, brak spójności itp. Ot, wnuk nagle zostaje mianowany bratankiem;  Andzia niby jest daleką kuzynką Kasi, ale mówi do niej „pani Kasiu”, a do jej teściowej (oj, chyba wtedy mówiło się jeszcze świekra, prawda?) „ciociu” (to też podpada pod kategorię język – czy aby na pewno tak się do siebie zwracano na wsi na początku XX w.?), stryjowie stają się wujami (również można uznać za błąd językowy). Najwięcej tych błędów dotyczy chronologii: adoptowana dziewczyna urodzona w 1917 w 1939 martwi się, że oddadzą ją do sierocińca, w związku z czym knuje intrygę (jest to tak opisane, jakby knuła ją przez kilka lat), która swój finał ma w końcu sierpnia ’39 („wyszli razem na późnosierpniowe upalne słońce”, str. 309), a mimo to po incydencie jej rodzina jeszcze zdąży przebywać w swoim pałacu przez co najmniej kilka tygodni, po czym spokojnie przed wojną wyjechać zagranicę. Chłopak, którego owa dziewczyna wykorzystała, po tym wydarzeniu zamknął się w pokoju na 28 dni, a następnie „wyszedł z pokoju, rozejrzał się jakby nigdy nic, zjadł śniadanie w kuchni i oświadczył, że idzie szukać pracy” (str. 312) – tymczasem 1 września… nawet pomijając to, co autorka zaplanowała na 1 września, złamane serce nie jest w stanie przesłonić wybuchu wojny, a między późnym sierpniem, a 1 września w żaden sposób nie da się wcisnąć 28 dni. Inny zakochany chłopak marzy, że jego przyrodnia siostrzyczka, która ma się urodzić (wiadomo, że zawsze wiadomo, czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka), będzie podobna do Ani, tymczasem w kolejnym rozdziale, kiedy ta sama historia opowiadana jest z innej perspektywy, okazuje się, że na długo zanim zaczął się z Anią spotykać, już się tą małą siostrą opiekował. Takich przykładów można znaleźć więcej. Zdarzają się też błędy dotyczące charakteru, czy też relacji między postaciami, np. Łucja, wspomniana wyżej dziewczyna, mówi, że Bronia jest dla niej „dobra i serdeczna” jak babcia i wszystko wskazuje na to, że mówi szczerze. Jednak kiedy narracja przyjmuje jej punkt widzenia, okazuje się, że uważa, że Bronia „patrzyła na nią surowo”.

Grabowska gubi się w chronologii, z powodu bardzo dziwnego prowadzenia narracji. Książka podzielona jest na rozdziały zatytułowane latami (nie każdy rok ma swój rozdział i nie wiedzieć czemu są dwa rozdziały „1930”). Początkowo wydarzenia ukazane są w sposób chronologiczny, np. rozdział „1914” rzeczywiście opowiada o wydarzeniach tego roku, a retrospekcja stosowana jest w sposób zrozumiały i z umiarem. Później jednak autorka sprawę komplikuje, nie tylko cofając się do wydarzeń z przeszłości, ale także wybiegając w przyszłość. Pokażę to na przykładzie rozdziału „1934”. Rozpoczyna się on od zdania: „Ania Winna nie była na pikniku” (str. 241) –  piknik, jak wiemy z poprzedniego rozdziału, odbył się w roku 1932. Dalej babcia relacjonuje Ani wydarzenia z tego pikniku, ale kilka stron później dowiadujemy się, że Ania wspomina tę rozmowę – z roku ’32 – w roku 1936. Dopiero na kolejnej stronie mamy wreszcie zdanie: „Wtedy, w roku 1934, myśli Ani zajmowało coś innego.” (str. 245). Dwie strony dalej autorka znów jednak wybiega w przyszłość do czasu, kiedy Ania skończyła trzyletnie studium nauczycielskie. Tu muszę się cofnąć o kilka stron, żeby sprawdzić, kiedy je zaczęła. Nie jest to napisane wprost, ale wnoszę, że w ‘32. Dobrze, zatem jest rok 1935 – przypominam, że ciągle jesteśmy w rozdziale „1934”. Ale zaraz potem już się gubię i nie wiem, czy „tamtego roku”, kiedy Ania „w czerwcową sobotę jechała do domu” (str. 248) i (UWAGA! teraz będzie SPOJLER) przyłapała siostrę ze swoim ukochanym na gorącym uczynku, to było w r. ‘34 , czy ‘35. Następny rozdział („1935”) rozpoczyna się od opisu ślubu Mani i Pawła (KONIEC SPOJLERU). To jednak niczego nie dowodzi, przecież w rozdziale „1935” równie dobrze autorka może opisywać wydarzenia z ’36, co z ‘34. Uff, na szczęście pod koniec rozdziału wreszcie podana jest jakaś data: jednak 1935.

Jakie to ma znaczenie: ’34 czy ’35? – zapytacie. A ja zapytam, jaki sens mają te zabiegi? Przyznam się, że lubię nieoczywistą kompozycję i grę z chronologią, jeśli jest w tym jakiś zamysł i jest to dobrze wykonane. Mogę zrozumieć retrospekcje, prowadzenie narracji nawet w kilku planach czasowych, ale nie rozumiem, dlaczego rozdział zatytułowany „1934” nie opisuje wydarzeń z tego roku, natomiast czytam w nim o tym, jak w ’36 ktoś wspomina rozmowę z ’32. Poza tym, żeby tak pisać, trzeba przede wszystkim panować nad chronologią swojej opowieści, a to się Ałbenie Grabowskiej nie udaje. W tych jej dziwnych i niesłychanie irytujących zabiegach narracyjnych nie dostrzegam żadnego sensu, poza – oczywiście – chęcią popisania się „kunsztem literackim”. Dodam, że rozdział „1936” opowiada głównie o wydarzeniach z ‘38, a naprawdę trudno jest mi ustalić, o wydarzeniach z którego roku opowiada rozdział „1938”.

I jeszcze jedna nieco denerwująca sprawa, ale to już naprawdę drobiazg i nie tyle błąd, co raczej… brak rozwagi autorki. W powieści występują: Kazia i Kasia, Władek i Władzia, Stefek i Stasiek, Andzia i Ania, a w dodatku w pewnym momencie dowiadujemy się, że pełne imię Ani, siostry Mani (Marii), brzmi Anna Maria.

Język, a juści!

Umieściwszy akcję sto lat temu, pisarka podjęła pewien wysiłek stylizacyjny, ale wypadło to dosyć słabo. Język ludzi prostych jest jakąś mieszaniną współczesnej polszczyzny, "Samych swoich" i fantazji autorki, od języka klas wyższych różni się głównie używaniem "a juści", czasem autorka się jednak zapomina i "a juści" może też paść z ust arystokratki: „ – A juści, naprawisz… - powiedziała gorzko małżonka i popatrzyła na nogę otoczoną gipsem” (str. 311). Inteligenci zaś mówią mniej więcej tak: „żona moja ma problem z godziną kolacji i byłem absolutnie niezbędny, żeby jej dopomóc” (str. 50). Oczywiście wiem, że to mógł być element indywidualnej charakterystyki postaci – byłby, gdyby był konsekwentny, ale nie jest, bohaterowie wyrażają się czasem dziwacznie, a czasem całkiem zwyczajnie.

Styl pisania Grabowskiej jest bardzo mało finezyjny. Fragmenty narracyjne są pisane w banalny i nużący sposób, w dodatku również są poddane dosyć dziwnej stylizacji. Nic w tym języku nie ujmuje ani celnością, ani świeżością. Drażni monotonia. Kiedy autorka stara się wyrazić coś w bardziej oryginalny sposób, wygląda to na przykład tak: „Jego własna matka Bronisława urodziła siedmioro dzieci, z których dwoje zmarło przy porodzie. Dwójka w osobach Romka i Władka dołączyła do małej armii Winnych razem z nim oraz Kajtkiem i Stefkiem. Potem jego żona urodziła Tadka [...]” (str. 8-9). Już tłumaczę: dwoje dzieci zmarło, a pięcioro przeżyło. Nie, nie chodzi o to, że chłopcy mieli wielu kuzynów, co sugeruje określenie "mała armia Winnych", albo że istniała jakaś rozległa rodzina Winnych – "dwójka w osobach" wraz z trójką pozostałych dołączyła do… tej właśnie trójki. I zapewne nie całkiem wkrótce potem żona jednego z braci urodziła. Brak panowania nad językiem (albo niechlujstwo) daje czasem niezamierzenie komiczny efekt: „Antoni otworzył drzwi i złapał się za serce.”, a w następnym akapicie: „Antoni wszedł do środka i złapał się za głowę.” (str.79) – to w scenie skądinąd całkiem dramatycznej, ale gdy to czytam, w moim umyśle powstaje obraz na kształt slapstickowej komedii.

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze kilka ciekawych cytatów: „zastał pod domem swojego własnego syna, z odmrożonymi rękoma, chudego jak wiór, przerażonego, ale całego i zdrowego” (str. 148); „przecież były z siostrą zawsze razem, bliźniaczki, dwa ciała w jednym ciele” (str.197) – czyżby bliźnięta syjamskie?; „Będzie traktowała dzieci jak kolegów, partnerów w procesie nauczania, a nie niczym bandę niegrzecznych dzieci wymagających machania dyscypliną.” (Str. 247).

Być może nie mam racji (nie mam?), wymagając od pisarza, żeby był mistrzem słowa, w końcu tym wszystkim brakom mógłby zaradzić dobry redaktor. Jednak redaktor tej książki niczemu nie zaradził i czytelnik jest zmuszony sam przedzierać się przez zasieki niezbyt dobrej polszczyzny, błędów i pomyłek.

Ogólnie rzecz ujmując...

Zapewne macie już od dawna dosyć i ja też. Dlatego zmierzam do końca. Wiem, że w tej wyliczance skupiłam się szczegółach, które ktoś mógłby uznać za nieistotne. W końcu nawet wielkim pisarzom zdarzały się niespójności w fabule czy pomyłki faktograficzne. Może Ałbena Grabowska rzeczywiście miała nam do przekazania coś tak ważnego i ciekawego, że nie mogła czekać ani chwili i dopracować swojej powieści? Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że grupą czytelników, których ta książka może zadowolić, są mało wymagający gimnazjaliści. Pozostali już to wszystko gdzieś czytali wielokrotnie, w znacznie lepszym wykonaniu. Bo, ogólnie rzecz ujmując, ta książka jest też napisana na poziomie gimnazjalnym.

***

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie dlatego, że pisarstwo Ałbeny Grabowskiej jakoś bardzo mi przeszkadza. W końcu na świecie jest tylu trzeciorzędnych pisarzy, że zasilenie tej grupy przez jeszcze jedną osobę naprawdę nie robi żadnej różnicy. Również nie dlatego, że przeszkadza mi popularność jej książek. Wszyscy mamy swoje "grzeszne przyjemności", jeśli komuś sprawia przyjemność czytanie tych książek, niechże sobie czyta do woli. Ale powinien zdawać sobie sprawę, co czyta. Bo tym, co jest tu naprawdę smutne, jest brak czytelniczego wyrobienia, nawet wśród osób, które twierdzą, że lubią czytać i czytają dużo. Problem w tym, że jeśli zatrzymają się na poziomie pisarstwa Ałbeny Grabowskiej i będą się nawzajem przekonywać, że to arcydzieła, sytuacja nigdy się nie poprawi. Blogi książkowe dzielą się na dwie kategorie: takie, które wychwalają książki typu "Stulecie Winnych" pod niebiosa i takie, które nigdy o takich książkach nie piszą. Dzisiejszy wpis powstał z jednego powodu: obawiam się, że w naszym kraju jest spora grupa osób, które sądzą, że "Stulecie Winnych" to arcydzieło, a Ałbena Grabowska jest najwybitniejszą polską pisarką. Ktoś wreszcie musi powiedzieć im prawdę: otóż, proszę państwa, nie jest.


---
Ałbena Grabowska, "Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli". Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014.

Zdjęcie pioruna z Internetu, licencja Creative Commons Zero.

15 komentarzy:

  1. Czyli miłe złego początki... Tytuł wpisu sugerował czytelnicze olśnienie (ten piorun, grom z jasnego nieba), no i ten miły znak, że się jest pierwszą czytelniczką nowiutkiego egzemplarza (a w bibliotekach to rzecz nieczęsta). O cyklu "Stulecie Winnych" rzecz jasna, słyszałam, ale coraz częściej zauważam, że istnieje odwrotna korelacja między zachwytami i ocenami na portalach wszelakich, a moim gustem. Do "bestsellerów" i "hitów" podchodzę ostatnio bardzo nieufnie. Wydawanych jest tyle książek, że może redaktorzy po prostu nie nadążają z poprawkami? Liczy się ilość, nie jakość (chociaż, skoro wszyscy piszą, a (prawie) nikt nie czyta, to po co w sumie ten pośpiech...?). Cieszy, że blogi książkowe są źródłem szczerych opinii i nie boją się płynąć pod prąd. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bardzo ciekawy fenomen społeczny, że w kraju, w którym czyta się tak mało, tak wiele osób marzy o byciu pisarzem ;)

      Ja też wiele książek popularnych omijam szerokim łukiem, z drugiej strony - czasem warto sprawdzić, czy coś nas przypadkiem nie omija. W tym przypadku jednak był to czas stracony. Ja oczekuję od pisarza, że to on powie mi coś ciekawego, że czegoś się od niego dowiem albo że mnie czymś zachwyci, a nie że sama będę go musiała poprawiać.

      Nie wiem jakie są cele innych blogerów, ale mój blog na pewno pozostanie źródłem szczerych opinii ;) Z którymi oczywiście nie wszyscy muszą się zgadzać.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Powiem tak - lubię i cenię krytyczne opinie na blogach i wciąż ich za mało. Nie podoba mi się, że większość chwali tylko książki - już się kilka razy zawiodłam na opiniach internetowych. Ostatnio nietrafionym zakupem zainspirowanym blogowymi pochwałami była "Miniaturzystka".

    Kiedyś pamiętam przeczytałam u Ciebie o "Kwinkunksie" - zaciekawił mnie ten tytuł i go kupiłam - bardzo dobra książka, choć w przypadku tej książki słowa bardzo dobra książka to nieadekwatne i skromne określenie. Co ciekawe jak wpisałam w wyszukiwarkę słowa "kwinkunks blogspot" wyświetliła mi się tylko 1 recenzja oprócz Twojej. I to mi się nie podoba, że nie pisze się o naprawdę dobrych książkach albo bardzo niewiele się pisze, a są setki recenzji miernych i przeciętnych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to wynika z formuły funkcjonowania bardzo wielu blogów (oczywiście nie wszystkich), które zajmują się głównie polecaniem nowości (co jest nazywane recenzowaniem, ale nie zawsze to są rzeczywiście recenzje) otrzymywanych od wydawnictw, a czytanie książki wydanej dawno temu jest uważane za stratę czasu. Zwłaszcza, kiedy jest to książka tak obszerna jak "Kwinkunks", która wymaga dużego skupienia czytającego ;) Jeśli lubisz takie "cegły" i wiktoriańskie klimaty, to zapraszam na nasz listopadowy "Piknik z klasyką" - będziemy dyskutować o "Samotni" Dickensa :)

      Usuń
  3. Ojojoj, a miałam tę trylogię na swojej liście - teraz musiałabym przeczytać, by przekonać się, czy będę krytykować, jak Ty, bo mój blog zalicza się do tych nielicznych krytycznych... denerwuje mnie powszechne wystawianie laurek książkom nawet bardzo przeciętnym, tak że właściwie nie można zauważyć żadnej różnicy między czytadłem klasy B, a arcydziełem. Dobrym przykładem takiej książki jest fatalna Obietnica Łucji, do której miałam tyle zastrzeżeń, co Ty do Stulecia Winnych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przeczytaj, ciekawa jestem co byś napisała :) Choć nie mogę Cię z czystym sumieniem do tego namawiać ;) Ja w każdym razie oddaję drugi tom nieczytany. Zastrzeżeń miałabym więcej, ale skupiłam się na tych o charakterze w miarę obiektywnym. Najbardziej zdumiewa mnie kontrast pomiędzy tym, co piszą inni blogerzy i co o książce mówi sama autorka (np. jaki głęboki "research" zrobiła i jak dbała o poprawność historyczną szczegółów), a tym, co ja w niej przeczytałam.

      Usuń
  4. Moją uwagę zwróciło po Twoim wpisie jeszcze jedno: oni tam się ciągle zdrabniają? Kasia, Andzia, Bronia?

    Fascynujące, że to dwudziestolecie się w ogóle u nas rzadko przyjmuje jako okres wcale nie idealny: tarcia społeczne, prześladowania mniejszości, ostre zawirowania polityczne, procesy bereskie -- przecież to tło dla niesamowitej powieści. A współcześnie przecież można by to napisać zupełnie świeżym okiem (bo o powieściach z okresu nie wspominam).

    Dokładnie -- to o I wojnie, wygląda jak przekopiowany obraz wojny II (zwłaszcza to "Niemcy porządni", "Ruscy dzicy" -- przy czym przecież w obu tych armiach w I wojnie było mnóstwo Polaków!).

    Z tą świekrą to jest chyba tak (jeśli mnie pamięć nie myli), że to teściowa dla zięcia -- dla synowej jest teściowa, dla zięcia świekra. W każdym razie tak się w mojej rodzinie używa tych nazw :).

    Wiesz, myślę sobie, że ta książka wpisuje się w modę na sagi rodzinne z przeszłości, właśnie osnute na istotnych wydarzeniach z przeszłości (co jakoś wiąże się z takim popularnym patrzeniem na historię, gdzie okresy względnego spokoju są nieciekawe).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No zdrabniają te imiona, choć wydaje mi się, że bardziej prawdopodobne byłoby Bronka, Kaśka itp. Ale też ciotka, babka itd. Trudno mi sobie wyobrazić, że prości ludzie żyjący w tak ciężkich warunkach, używają tak miękkiego, cieplarnianego języka.

      Co do dwudziestolecia, to oczywiście masz rację, to jest niesamowicie ciekawy okres i wreszcie można by go zacząć opisywać bez skrzywienia ideologicznego, ale to by wymagało poważniejszego podejścia. Myślę, że tutaj autorka sama sobie odebrała szanse na kilka ciekawych wątków. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, jak bardzo uproszczony obraz tamtych czasów jest w tej książce. Nie realia, tylko dekoracje. Nawet wiem, jak to się stało: autorce wydawało się, że wystarczy sprawdzić, czy istniały już budynki i instytucje, w których chciała umieścić bohaterów i czy wydano już książki, które chciała im włożyć w ręce.

      No i jeszcze ten irytujący zabieg stykania fikcyjnych bohaterów z realnymi postaciami, który ma je uwiarygodniać, np. Ania uczęszcza na wykłady Korczaka (w tym momencie autorka uznała za konieczne poinformować czytelników, że Korczak zginie w Treblince), a jeden z jej kuzynów jest uwodzony przez Iwaszkiewicza. (Trochę to wypada jak Forrest Gump ściskający rękę Kennedy'ego).

      A świekra to na pewno dla kobiety matka jej męża (a mężczyzna ma teściową, to matka jego żony), np. Barbara Niechcicowa obiecywała sobie, że będzie ww wzorowych stosunkach ze swoją świekrą, tylko nie pamiętam, kiedy to słowo wyszło z użycia ;)

      Usuń
    2. Też mi się wydaje, że te zdrobnienia w rodzaju "Kasi" raczej nie były w bardzo częstym użyciu -- ale już "Andzia" brzmi prawdopodobnie. Nie wiem, czy ktoś się nad tą sprawą pochylał, ale te drobniejsze zdrobnienia używane były raczej na szczególne okazje, mocniej wyrażały jakieś uczucia, więc rzadziej ich używano -- jeśli by sądzić tylko po lekturze polskich klasyków.

      Cóż, tak sobie teraz myślę, czy są w ogóle jakieś polskie powieści współczesne o międzywojniu? Pojawia się na pewno całkiem ciekawy jego obraz w retrospekcjach z "Morfiny" Twardocha, ale poza tym nic mi nie przychodzi teraz na myśl. A co do researchu -- no właśnie, bo trudno jest bardzo stworzyć dobrą iluzję minionego czasu, żeby nie sprawiała wrażenia dekoracji. Bo co innego unikanie anachronizmów, a co innego próba oddania ducha czasu (wtedy nawet drobne nieścisłości nie rażą, ale tutaj mamy do czynienia zdaje się z czym innym).

      A to ciekawe, że akurat takie wątki autorka wplata. To znaczy wykłady Korczaka wykładami Korczaka -- ale już ten Iwaszkiewicz? Ot tak, żeby pokazać, że jednak epokę pokazuje inaczej, czy jako przerywnik urozmaicający treść?

      A ze świekrą byłam przekonana, że jest odwrotnie (ale mnie się ciągle myli, jak się kogo nazywa -- relacja między szwagrem, bratową, zięciem i tak dalej jest dla mnie tajemnicą i muszę się dłużej zastanowić zawsze, to jest kim dla kogo; przy okazji dopytam kogoś z rodziny, czy nie poplątałam z tą świekrą ;)). Natomiast co do użycia -- chyba wyszło, kiedy zniknęła wielopokoleniowa rodzina mieszkająca cała ze sobą jako zjawisko powszechne i przestano rozróżniać strony pokrewieństwa i powinowactwa?

      Usuń
    3. Właśnie mam wrażenie, że autorka w ogóle się nie zastanawiała nad duchem tamtych czasów. Czy są jakieś współczesne powieści o międzywojniu? Pewnie są (w końcu tyle się w Polsce pisze ;)), ale też nic mi nie przychodzi do głowy.

      Widzisz, ten wątek homoseksualizmu to wydaje mi się, że był dodany na zasadzie - jak to zdaje się ujęłaś kiedyś u siebie - "odhaczania tematów". O, proszę, jakie kontrowersyjne tematy poruszam. Albo wzmocnienia "realizmu", albo edukowania czytelnika: o, proszę, może nie wiecie tego o Iwaszkiewiczu, to ja wam powiem. Bo wątek to jest w ogóle za dużo powiedziane. Gdzieś w środku powieści jakieś pół strony jest poświęcone skłonnościom homoseksualnym kuzyna, a na końcu powieści główna bohaterka "przyłapuje" go z Iwaszkiewiczem - ale nie na jakimś bardzo gorącym uczynku ;) Bierze kij i obu nim okłada, nie bacząc na fakt, że niektórzy członkowie jej rodziny są u Iwaszkiewiczów zatrudnieni. W sumie ciekawa scena do interpretacji - bo co ona właściwie mówi o bohaterce?

      Ale to ocieranie się (niekoniecznie dosłownie) postaci fikcyjnych o historyczne jest raczej irytujące.

      Usuń
    4. Na razie natchniona Twoim wpisem zrobiłam sobie listę międzywojennych książek o międzywojniu, które wydają się fascynujące i albo ich nie znałam, albo kiedyś słyszałam, ale zapomniałam, albo od dawna chcę przeczytać (mogę się podzielić -- może coś wybierzemy do "Pikników..."?).

      Tak przypuszczałam. Ale toś mnie zaszokowała z tą reakcją bohaterki. To znaczy: serio nie sądzę, żeby ktoś się tak zachował w takiej sytuacji, w jakiej się znalazł (trochę to wygląda na zasadzie kalki: złapałem córkę z synem gospodarza, oboje obiłem, bom honorny -- tyle że to raz, że nie bliska rodzina, dwa, że pracodawca, trzy, że może i bogobojność by ją ku temu popchnęła, ale to chyba raczej klisza, bo co, nie wiedzieliby o skłonnościach pracodawcy? Worcell pięknie ten wątek pokazuje w "Zakazanych rewirach", notabene dziejących się w międzywojniu).

      Usuń
    5. Podziel się koniecznie, bo właśnie się trochę martwiłam, że zaniedbujemy piknikowo polską literaturę.

      Tak, reakcja bohaterki była taka "ojcowska", co dziwi tym bardziej, że kuzyn starszy. Mogli nie wiedzieć, dlatego nie wydaje mi się też konieczne, żeby zajmować tym czytelnika tej powieści ;)

      "Zaklęte rewiry" znam w wersji filmowej, tzn. widziałam, ale już dobrze nie pamiętam co tam się działo.

      Usuń
    6. Porobię na niej adnotacje i się podzielę :).

      Och, "Zaklęte rewiry" są wspaniałe! To znaczy ja mam słabość do próz Worcella w ogóle, ale "Zaklęte..." czytałam, widziałam film i na spektaklu teatralnym byłam i ciągle mi się podobają ;). Bardzo polecam, bo autor ugryzł międzywojnie od innej strony, wywołał skandal, a dzisiaj się to czyta z zadziwieniem i człowiek się robi głodny ;). A poza tym pięknie pokazuje, że rzeczy kiedyś oczywiste dzisiaj wcale nie muszą takimi być.

      Usuń
  5. Bardzo się cieszę, że ktoś w końcu przyznał, że książki tej autorki nie są tak wyśmienite i wspaniałe, jak wiele osób uważa. Pomijam to, że ich tematyka nie leży w moim guście. Po prostu nie podoba mi się styl i warsztat autorki ani samo wykonanie (z tego, co głównie czytam w innych recenzjach). Twój wpis utwierdził mnie w moim zdaniu i jestem wdzięczna za tyle konkretnych przykładów, dlaczego te powieści wcale nie są najlepsze na polskim rynku.
    Serdecznie pozdrawiam! :)
    http://heaven-for-readers.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to są powieści dla bardzo mało wymagającego czytelnika. Jakby skrojone na to, żeby je można było przerobić na serial emitowany w "Jedynce", koniecznie z Joanną Moro w roli głównej ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń

Dziękuję za komentarz.