wtorek, 5 maja 2015

Chwila w Angielskim Ogrodzie


 
Chyba nie pomylę się, twierdząc, że większość z nas, czytelników, lubi serie wydawnicze. W moim czytelniczym życiu najbardziej pamiętne są bliźniacze serie Salamandra i Kameleon (wydawnictwa Rebis oraz Zysk i S-ka), w których wychodziły m.in. powieści Williama Whartona i Jonathana Carrolla, którymi kiedyś, w zamierzchłych już czasach, wszyscy się zaczytywali. Z czasów jeszcze dawniejszych pochodzą tak zasłużone serie jak Koliber Książki i Wiedzy czy Nike Czytelnika, albo "Poczytaj mi mamo" Naszej księgarni. Serie mają dwie (co najmniej) poważne zalety. Po pierwsze seria jest czymś, co może nam pomóc w nawigacji po niezmierzonym oceanie książek. Ktoś już za nas wykonał część roboty, dobierając książki do wydania w serii według jakiegoś klucza, i jeżeli jest to równocześnie klucz do naszego czytelniczego serca, problem "co by tu poczytać" mamy rozwiązany. Drugą zaletą serii jest to, że książki w jednolitej szacie graficznej dobrze się prezentują na półkach, no i w kompletowaniu serii jest coś satysfakcjonującego, prawda?

Pozwolę sobie dzisiaj zrecenzować nie książkę, a serię wydawniczą, publikowaną właśnie przez Świat Książki. Seria Angielski Ogród to dziewiętnastowieczna klasyka literatury angielskiej, kobiecej - to znaczy tworzonej przez kobiety, ale też kierowanej przez wydawnictwo, jak sądzę, głównie do kobiet. Książki są "kobieco" wydane, na okładkach pojawiają się różane wzory, nawiązujące do tkanin i tapet z tamtego okresu. Seria jest bardzo miła dla oka, co prawda akurat ja żyję w otoczeniu kobiet, które do różyczek mają stosunek raczej negatywny, ale ogólnie rzecz biorąc, reakcję czytelniczek zainteresowanych tego typu literaturą można uznać za wręcz entuzjastyczną (ja też jestem w tej grupie). Pomysł na te okładki jest właściwie banalnie prosty, ale w tym przypadku "banał" to zaleta. Seria ukazuje się w dwóch liniach, "luksusowej" - twarda oprawa z obwolutą, wszyta tasiemkowa zakładka, i "ekonomicznej" - twarda okładka bez obwoluty. Okładki tej droższej linii są ładniejsze, prostsze i elegantsze, okładka pod obwolutą jest matowa i prezentuje się jeszcze lepiej niż obwoluta. Okładki serii tańszej są błyszczące, czego nie lubię, ale za to książki są tanie - "sugerowana cena detaliczna" to 15 zł. (W ubiegłym tygodniu kraj zelektryzowała wiadomość, że ta seria jest dostępna w sieci dyskontów spożywczych w cenie 9,99 zł za książkę. Kto się nie załapał, informuję, że w podobnej cenie można je znaleźć w księgarniach internetowych.)

Pomysł z wprowadzeniem taniej linii bardzo mi się podoba, bo książki powinny być przede wszystkim dla czytelników, a nie dla snobów. O tym, że okładki przypadły mi do gustu już pisałam, ale - jest tu właśnie pewne "ale", bo jednoznacznie sugerują, że to literatura "dla kobiet" i obawiam się, że mogą odstraszać mężczyzn. Takie podejście nie oddaje sprawiedliwości autorkom, które tworzyły po prostu znakomite powieści. Ich odbiór nie powinien się ograniczać tylko do jednej płci. Nie wiem, jak dalekosiężne plany ma wydawnictwo w związku z tą serią, na razie ukazały się cztery powieści Jane Austen, trzy Elizabeth Gaskell i "Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë.

Powieści Austen są w tłumaczeniu Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. "Duma i uprzedzenie" ma adnotację: "przekład przejrzany i poprawiony przez tłumaczkę", a "Mansfield Park" - "wydanie przejrzane i poprawione". Przekład Katarzyny Kwiatkowskiej "Północy i Południa" Gaskell, który właśnie przeglądam, jest bardzo dobry, "Panie z Cranford" są w tłumaczeniu Aldony Szpakowskiej z lat 70. Wszystkie książki opatrzone są przypisami, akurat w takiej ilości, która nie przytłacza, ale pozwala lepiej się zorientować współczesnemu czytelnikowi w realiach powieści. Minusem jest fakt, że nie zdecydowano się na wydanie krytyczne i opatrzenie książek wstępem lub posłowiem, co moim zdaniem, w przypadku klasyki literatury, zwłaszcza tej mniej u nas znanej (jak Gaskell) jest bardzo pożądane.

Ogólnie serię - zarówno pomysł, jak i wykonanie - oceniam bardzo dobrze, z powyższymi zastrzeżeniami. I z niecierpliwością czekam na kolejne tomy, przede wszystkim "Perswazje" i "Emmę", marzy mi się też "Lady Susan".



 


*** Od lewej: książka w wydaniu z obwolutą, książka za zdjętą obwolutą, wydanie bez obwoluty ***



  
 
(Nie był to wpis sponsorowany, książki to moje własne zakupy). 


18 komentarzy:

  1. Dobrze obejrzeć te wydania obwolutowe, ja się dopiero od Ciebie dowiedziałam, że takie są. Zaopatrzyłam się w trzy tomy, póki co (na wyjeździe majówkowym znalazłam "Północ i Południe", więc już zacieram ręce), bo -- no, przyznam się -- bardzo podobają mi się te okładki. Są nieprzekombinowane i bardzo, po mojemu, przytulne. Przy czym podzielam Twoje zastrzeżenia: one są faktycznie bardzo "kobiece" w takim stereotypowym ujęciu, ale tak sobie myślę, że czytelnik płci męskiej nie da się chyba odstraszyć kwiatami, bo to by było jednak mocno ironiczne. Przy czym to jest w ogóle pewna klisza kulturowa, że coś jest wydane "po kobiecemu" czy "po męsku", ale trudno strasznie przed tą kliszą uciec, niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście nie miałam na myśli mężczyzny zdeterminowanego, że przeczyta coś np. Austen, sądzę, że w tym przypadku okładka nie będzie miała znaczenia. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że przychodzi do biblioteki pan Józek i prosi, żeby mu coś polecić. A pani bibliotekarka (znowu klisza kulturowa) proponuje mu powieść o etyce w biznesie i walce o prawa pracownicze w Anglii podczas rewolucji przemysłowej (nie wiem, czy to by pana Józka zachęciło, ale załóżmy). Po czym bibliotekarka przynosi "Północ i Południe" w różyczkowej okładce... Albo inaczej, stojąc przed półką w księgarni, statystyczny facet raczej nie wyciągnie ręki w stronę okładki w kwiatuszki. Nie bardzo po prostu podoba mi się wtłaczanie tych autorek w niszę "literatury kobiecej" (i w ogóle taki podział literatury mi się nie podoba).

      Co nie zmienia faktu, że okładki są bardzo ładne (zwłaszcza na tle panoszącej się u nas brzydoty okładkowej) i taką książkę z przyjemnością bierze się do ręki, więc osobiście jestem z nich bardzo zadowolona :)

      Usuń
    2. Tak, w tym sensie faktycznie, ale to jest problem mam wrażenie głębszy niż te okładki. To znaczy, dlaczegóż by się ten nasz pan Józek miał zniechęcić kwiatuszkową okładką? Dlatego, że od dzieciństwa słyszał, że kwiatki są dla kobiet. Więc błędne koło nam się zamyka. Gdyby nie tego rodzaju uprzedzenia, można by się cieszyć po prostu pięknymi okładkami nie zastanawiając się przy okazji nad tym, w jaką straszną kliszę wciskają one książki, jakie zdobią.

      Usuń
    3. Tak, to są oczywiście kulturowe stereotypy, ale tak to właśnie funkcjonuje.

      A może by tak wydać Hemingway'a - sztandarowy przykład "męskiej" prozy - w okładkach w różyczki? Chwyciłoby?

      Usuń
  2. Haha, czyli stereotypy nam się nie podobają, ale okładki już tak, czyli jesteśmy stereotypowo kobiece, bo lubimy kwiatuszki ;) Taka zagwozdka. Warto dodać, że te okładki nawiązują do typowo wiktoriańskich wzorów wystroju wnętrz i tu moim zdaniem trafiają w punkt. Ja mam tylko jedną Austen z tej serii, nie wiedziałam że będzie ją serwować Biedronka, ale też nie wiedziałam, że są dwie wersje, a zdecydowanie wolałabym tą droższą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, to trochę też odpowiada ta to prowokacyjne pytanie o kwiatowego Hemingwaya ;). To znaczy: o ile by te kwiatuszki korespondowały z treścią utworu, to czemu nie, tylko czy by się dało znaleźć takiego Hemingwaya? Natomiast tutaj te kwiatki wpisują się w tematy wydawanej serii. Co jednak nie rozwiązuje problemu, że mnie jakoś uwiera to, że kwiaty kojarzą się od razu z czymś typowo kobiecym.

      Usuń
    2. Joly_fh: Zgadza się, zagwozdka :) Cóż, ja bym powiedziała, że jesteśmy kobiece, kropka. I oczywiście czasem to się pokrywa ze stereotypami, choć przecież nie musi. Tak, okładki mają nawiązywać do dziewiętnastowiecznych wzorów stosowanych w wystroju wnętrz, z akuratnością historyczną to nie jest idealnie, bo np. okładka "Mansfield Park" ma raczej taką współczesną łączkę, ale nie czepiajmy się zanadto. No i "okres wiktoriański" też należałoby tu potraktować dosyć luźno. Ale ogólnie cały pomysł serii jest dobrze przemyślany, łącznie z nazwą, wywołująca bardzo miłe skojarzenia i idealnie pasująca i do formy, i do treści. Ciekawe, jak się ta seria będzie rozwijać, i czy rzeczywiście będą to tylko powieści tworzone przez kobiety. Mnie by tu jeszcze np. Thomas Hardy pasował.

      Pyza: Np. "Stary człowiek i morze kwiatów" ;)
      W "Północy i Południu" jest taka świetna scena, kiedy Thornton - bardzo męski mężczyzna - wyciąga z portfela kilka uschniętych róż :)

      Usuń
    3. Bo w ogóle chyba kwiaty stały się mocno "kobiece" dopiero stosunkowo niedawno (no a róże w butonierce i inne takie? Kwiaty były jednak związane kiedyś nie z płcią, ale z klasą społeczną, takie mam wrażenie).

      I piszę się już teraz na "Starego człowieka w morzu kwiatów" :D!

      Usuń
  3. Wstyd się przyznawać, ale nie zawsze czytam (do końca) to, co piszesz.
    Za to zawsze uwielbiam zdjęcia, które robisz. Patrzę na nie długo.
    Nawet jeśli są dalekie od mojej wewnętrznej stylistyki, doceniam ich urodę, zamysł i spójność literacką:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chyba muszę w takim razie popracować nad wypowiedzią pisemną ;) Ale oczywiście zapraszam i do czytania, i do oglądania, co komu bardziej odpowiada. Cieszę się, że zaglądasz i oglądasz :)
      A z tą stylistyką to jest tak (częściowo), że po prostu lepiej wychodzą mi te "słodkie" zdjęcia, ale właśnie zazdroszczę Ci zdjęć w bardziej surowym klimacie i ciemnej tonacji :) Mnie takie rzadko kiedy się udają.

      Usuń
    2. I vice versa:)
      Styl masz dobry, tylko ja mentalnie nie gotowa:))

      Usuń
  4. Ładne wydanie tej romantycznej serii.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam tę serię, ale przyznam, że poczułam się trochę dziwnie, kiedy w Biedronce ukazały się tańsze wersje książek, a ja zaczęłam już zbierać te droższe. Co innego, gdyby wydawnictwo "wypuściło" obie wersje w jednym czasie. Niemniej uważam, że seria jest wprost urocza, a Twoje zdjęcia cudowne. W ogóle Twój blog ma śliczną szatę graficzną. Czytałam ostatnio "Północ i Południe", "Dumę i uprzedzenie" i "Żony i córki. Kocham wszystkie te powieści wiktoriańskie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :)
      Co do Angielskiego Ogrodu, to na tym właśnie polega strategi marketingowa wydawnictwa: ci, którym zależy bardziej, kupią droższą wersję, bo ona wychodzi najpierw, a potem złapie się jeszcze tych, którzy chcą kupić tanio. Przyznam się, że gdybym od początku wiedziała, że będzie ta tańsza linia, to chyba podeszłabym do sprawy oszczędnie. Ale nie wiedziałam i zaczęłam kompletować Austen w droższej wersji. Nie żałuję, bo jednak te książki z obwoluta są znacznie ładniejsze :)
      "Żony i córki" jeszcze przede mną, ale pewnie w niedalekiej przyszłości się za nie zabiorę :)

      Usuń
  6. Piękne zdjęcia!
    Trafiłam na tego bloga, szukając pewnej książki z serii Salamandra Rebisu właśnie (mam ich mnóstwo, Carrolla wszystkie co do jednej, wiele dobrej literatury pod tym szyldem Rebis wydał!) i chyba tu zostanę :)
    A Angielski Ogród to chyba najpiękniej wydana seria, jaką w życiu widziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Oczywiście będzie mi bardzo miło, jeśli rozgościsz się na dłużej :)
      Salamandra to dla mnie taka sztandarowa seria lat 90. Mam do niej sentyment, to prawda, a jednocześnie te skojarzenia z latami 90., których nie darzę ciepłymi uczuciami, trochę mi ją "psują". A Angielski Ogród to był chyba strzał w dziesiątkę. Ciekawe, co jeszcze wyjdzie w tej serii.

      Usuń
  7. Bardzo dziekuję Ci za ten wpis. Wczoraj na niego trafiłam i pomógł mi ustalić kto w tym wydaniu odpowiada za tłumaczenie "Dumy i Uprzedzenia". Na stronie ŚK nie ma niestety takich danych. Skłaniam się bowiem ku temu, aby mieć kwiatową serię książek JA. Ceny są optymistyczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że warto sobie je skompletować, to w końcu tylko sześć powieści. Wszystkie w tłumaczeniu A. Przedpełskiej-Trzeciakowskiej z wyjątkiem "Emmy".

      Usuń

Dziękuję za komentarz.