Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 stycznia 2021

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Marcie" Elizy Orzeszkowej, czyli jak się czyta powieść tendencyjną po 150 latach

Na pierwszym Pikniku z klasyką w 2021 r. (mam nadzieję, że nie ostatnim) spotykamy się z Pyzą (pierogipruskie.pl), żeby porozmawiać o powieści, która ukazała się 148 lat temu. Wtedy jej odbiór był bardzo żywy, a czyta się ją teraz?


***


Tarnina: „Marta” Elizy Orzeszkowej, to sztandarowa powieść tendencyjna. To pierwsza rzecz, której dowie się każdy czytelnik zasięgający informacji na temat tej książki, bądź to w ramach zinstytucjonalizowanego procesu edukacji, bądź własnych poszukiwań czytelniczych. To odstraszająca etykieta zważywszy, że właściwie w samej definicji powieści tendencyjnej jako gatunku jest zawarty kompromis pomiędzy wartością literacką utworu, a jego przekazem dydaktyczno-publicystycznym, rozstrzygany na korzyść tego ostatniego. Nie lubimy, kiedy prowadzi się nas jak na postronku do przyjęcia promowanej nachalnie przez autora tezy. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że w przypadku „Marty” warto przełamać niechęć, bo chociaż tendencyjna – nie da się tego faktu przegapić podczas lektury – to jest to powieść napisana przez artystkę. Ze smutkiem muszę również zauważyć, że ta publicystyka sprzed półtora wieku nie całkiem się zdezaktualizowała. Co o tym sądzisz, Pyzo?


Pyza: Właśnie tutaj chyba jest pies - a właściwie to mój problem z “Martą” - pogrzebany. Przez pierwszą część książki, tak powiedzmy do momentu, w którym Marta trafia do szwalni, miałam ochotę rzucić czytnikiem gdzieś daleko, daleko, a potem udawać, że wcale nawet nie zaczynałam lektury. Czemu? Tutaj szukałabym wyjaśnienia: “kompromis pomiędzy wartością literacką utworu, a jego przekazem dydaktyczno-publicystycznym, rozstrzygany na korzyść tego ostatniego”. Póki nie złapałam tego momentu, w którym dotarło do mnie, żeby traktować Martę nie jako bohaterkę, ale raczej jako ucieleśnienie idei, lektura szła mi jak po grudzie. Orzeszkowa owszem, jest artystką, ale równocześnie - i zwróć uwagę na ten zwrot do czytelnika w samym środku powieści, musiała czuć, że coś tu nie styka - tak strasznie chce w “Marcie” pokazać pewne zjawiska społeczne, że jest to miejscami niestrawne i denerwujące. Dopiero w drugiej części, a zwłaszcza w zakończeniu, do głosu dochodzi tenże artyzm… A czy Tobie też “Marta” tak wyraźnie rozpadła się przy lekturze na dwie części?


Tarnina: Nie, nie miałam takiego wrażenia. Dosyć szybko udało mi się dostroić do formy i przestałam np. oczekiwać naturalności dialogów, a zamiast tego zaczęłam się przyglądać, jak te dialogi, które w dużej mierze są szeregiem publicystycznych tez i kontrargumentów (część z nich jest też wprost podawana w komentarzu narratora), służą celowi obranemu przez pisarkę, i doszłam do wniosku, że Orzeszkowa jest niesłychanie skuteczna. Może powiedzmy krótko – bo da się to streścić w kilku zdaniach – o czym jest ta historia: Martę Świcką, z urodzenia szlachciankę z dworku, a potem przez pięć lat szczęśliwą żonę zamożnego urzędnika, nagła choroba i śmierć męża pozbawia całkowicie środków do życia. Kobieta rozpaczliwie szuka pracy, próbując zapewnić byt sobie i czteroletniej córeczce, w tych poszukiwaniach zaliczając kolejne kręgi piekła. Bo oto okazuje się, że tej młodej i inteligentnej kobiecie, która jeszcze przed chwilą mogła być ozdobą towarzystwa, społeczeństwo nie daje żadnej szansy utrzymanie się dzięki własnej pracy. Jest to więc bohaterka, jak napisałaś, wykreowana w celu przedstawienia „kwestii kobiecej” i pozbawiona w zasadzie cech indywidualnych, ale skłamałabym mówiąc, że jej los mnie nie wzruszył. A jeśli miałam ochotę rzucić czytnikiem, to raczej z oburzenia na absurdalność przeszkód stojących przed Martą i postawę wielu „życzliwych”, których spotyka na swojej drodze.


Pyza: Tak, i pod tym względem “Marta” pozostaje bardzo, bardzo - aż za bardzo - aktualna. Mnie najbardziej chyba uderzyła scena u jubilera, bo przecież tam doskonale było widać, że to tylko źle pojęta “tradycja” czy przyzwyczajenia blokują Marcie pracę. Obrzydliwa była za to scena u księgarza, kiedy z ust “uczonego” padały pod adresem Marty oskarżenia bez pokrycia. Zresztą właśnie to kumulowanie się napięć, absurdów i nieszczęść, które sprawiły, że Marta nie mogła zdobyć żadnej pracy, doskonale Orzeszkowa zilustrowała tą ostatnią, najlepszą moim zdaniem sceną w całej powieści. Kiedy społeczeństwo goni niby-złodziejkę, urządzając sobie radosną orgię oskarżeń, i cofa się w ostatnim momencie, kiedy jest już za późno i kiedy, co więcej, wszyscy już nagle zdają sobie z tego sprawę. Z drugiej jednak strony nie mogę nie zauważyć, że Orzeszkowa chcąc obrazowo przedstawić swoje tezy wycina Martę od początku trochę z papieru i wstawia w dogodne ramki. Bo czemu Marta nie ma absolutnie żadnych znajomych, którzy mogliby ją wspomóc? Jest totalnie wyizolowana i oczywiście to zamysłowi Autorki sprzyja, ale jest… Nienaturalne? Nie wiem do końca, jakim przymiotnikiem się posłużyć...


Tarnina: Rzeczywiście, o tym samym myślałam sobie, czytając książkę – nikt nie jest samotną wyspą; wiemy, że Marta straciła już rodziców i nie miała rodzeństwa, ale przecież powinni być jacyś dalsi krewni, wujowie, ciotki, kuzynostwo, do których można byłoby się zwrócić. Rodzina męża? Widać tutaj, że Orzeszkowa poświęca realizm dla ostrości przekazu. Z drugiej strony z łatwością można sobie wyobrazić, że gdyby taka rodzina istniała, Marta i tak nie otrzymałaby pomocy, bo nic tak skutecznie nie odstrasza ludzi, jak nieszczęście. Mamy zresztą pewien przykład, przecież Marta zwraca się w pewnym momencie do dawnego znajomego, który nawet bywał w jej domu, czyli wspomnianego księgarza. Przytoczyłaś tę scenę ze względu na pojawiającego się tam literata, który wygłasza swoje antyfeministyczne poglądy i podpiera je poglądami naukowca. Ale właśnie poglądami, a nie ustaleniami naukowymi. Theodor Bischoff był rzeczywiście lekarzem i biologiem ze sporymi osiągnięciami naukowymi w kilku dziedzinach, ale szowinistyczny literat powołuje się akurat na tę jego publikację, która ma charakter raczej pseudonaukowy. Otóż Bischoff twierdził, że kobiety nie nadają się intelektualnie do studiów wyższych i pracy akademickiej, a szczególnie ostro występował przeciwko dopuszczeniu kobiet do studiowania i praktykowania medycyny. Jako dowód na poparcie tych twierdzeń podawał dane porównawcze z pomiarów mózgu i czaszki kobiet i mężczyzn. Poglądy Bischoffa bardzo dobrze zaprezentował w powieści literat:

„Piękność, łagodność, skromność , uległość i pobożność – oto są cnoty właściwe kobiecie, gospodarstwo domowe – oto zakres jej pracy, miłość dla męża – oto jedyna stosowna i pożyteczna dla nich cnota!”


Ale to tytułem dygresji i ciekawostki, bo chcę zwrócić uwagę na postawę księgarza wobec Marty. Otóż ten dobry człowiek, przedsiębiorca, namówił przymierającą głodem i pracującą ponad siły w szwalni kobietę, w której domu w lepszych czasach bywał, zapewne całował ją w rękę, i z której mężem się przyjaźnił, żeby „na próbę” przetłumaczyła całą książkę, obiecując jej w razie powodzenia sporą kwotę. Marta, ślęcząc po nocach, dokonała tego w ciągu sześciu tygodni, w sposób, jak się wydaje, nie najgorszy. Oczywiście nie mając kierunkowego wykształcenia, a co za tym idzie znajomości fachowej terminologii, a w swojej sytuacji materialnej żadnych możliwości, żeby wiedzę uzupełnić, Marta nie mogła przełożyć książki w sposób idealny, o czym pan księgarz-wydawca powinien był wiedzieć, jeśli miał choć trochę oleju w głowie. On tymczasem zdaje się być tym faktem zaskoczony i wielce zasmucony i zamiast cokolwiek zapłacić kobiecie za wykonaną bądź co bądź, choć w sposób niedoskonały, ale jednak, pracę, zwraca Marcie rękopis z wetkniętą w niego niewielką jałmużną. Na dodatek częstuje Martę bardzo uwłaczającym w gruncie rzeczy „kazaniem”, w którym hipokryzja i poczucie wyższości są ukryte pod pozorem dobrej rady i współczucia. Treść tej przemowy jest zresztą dokładnie taka sama jak ta, którą otrzymała wcześniej od redaktora Rudzińskiego, starając się o pracę ilustratorki.

W całej historii Marty uderza mnie najbardziej nie jej brak adekwatnego wykształcenia i umiejętności, ale to jak szybko „społeczeństwu” udaje się jej wmówić, że jest nic niewarta. Marta cały czas szuka winy w sobie. Tymczasem, patrząc obiektywnie na jej sytuację, widzimy, że posiada cały szereg umiejętności, które mogłaby spieniężyć, gdyby tylko jej na to pozwolono. Z całą pewnością nadawałaby się do każdej pracy biurowej, oczywiście także na „pannę sklepową”, a jeśli nie na wykwalifikowaną nauczycielkę, to przynajmniej na guwernantkę lub opiekunkę młodszych dzieci. Wydaje się też, że Marta mogłaby się wyrobić jako tłumaczka, gdyby dać jej zaliczkę, zaopatrzyć w słowniki i pozwolić pracować nad przekładem w godziwych warunkach (nie mogę przejść do porządku nad postępowaniem księgarza). No i scena u jubilera, którą wspomniałaś, dobitnie pokazuje że problem nie tkwi w samej Marcie, tylko w oporze społecznym. Hasło „bądź kowalem własnego losu” w przypadku Marty nie może zadziałać, prawda?

Pyza: Ano właśnie, tutaj wychodzi trochę chyba nasze czytanie "Marty" z perspektywy czasów, w których same żyjemy. Oczywiście, postępowanie księgarza było karygodne. Przecież Marta przełożyła książkę, a jeśli nie spodobało mu się - cóż, trudno, ale powinien jej był zapłacić. Orzeszkowa doskonale go zresztą charakteryzuje przy drugiej wizycie Marty: że to dobry człowiek był, ale jak każdy dobry człowiek umiał się rozproszyć i w ten sposób jego zachowanie (i, dodajmy, poziom dobroci) zależał od tego, w jakim akurat był nastroju. A ów paskudny literat - cóż, zdaje się, że do dzisiaj są ludzie wyznający podobne poglądy na temat miejsca kobiet w społeczeństwie. Ale wracając do początku mojej wypowiedzi, czyli Marta a współczesność. Czy uważasz, że to jest bohaterka na nasze czasy?

Tarnina: To jest taka bardzo dickensowska historia, motyw nagłej odmiany losu i nędzy, z tym że u Dickensa mielibyśmy jakiś zwrot akcji po drodze i los Marty mógłby się odwrócić ponownie. Ale miałam też bardzo współczesne skojarzenia. Opis heroicznych, ale w gruncie rzeczy bezsensownych i z góry skazanych na klęskę wysiłków Marty, jej walki o pracę, ale też o własną godność, przypominał mi kino społecznie zaangażowanego realizmu, a konkretnie film „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Oprócz tytułowego bohatera, który podobnie jak Marta jest postawiony przez „system” – w tym przypadku opieki społecznej – w sytuacji wewnętrznie sprzecznej i niemożliwej do rozwiązania przez niego, jest tam też motyw samotnej matki, dla której w pewnym momencie prostytucja staje się jedynym sposobem na utrzymanie dzieci. Nie powiedziałabym, że Marta to „bohaterka na nasze czasy”, ale sądzę, że jest to bohaterka, która rezonuje w naszych czasach.

Wyróżniłabym trzy kwestie z powieści, które są w jakiś sposób aktualne obecnie. Po pierwsze to, o czym właściwie do tej pory pisałyśmy, czyli sytuacja kobiet na rynku pracy. Tu się oczywiście bardzo wiele zmieniło, ale przecież wciąż, nawet w Europie, mamy do czynienia z nierównością płci i w dostępie do pewnych zawodów i stanowisk, i płacy, i warunków pracy. Po drugie – to są sprawy związane z ubóstwem, bezrobociem, opieką społeczną (lub jej brakiem), godną pracą, które możemy odnieść nie tylko do kobiet, ale do całego społeczeństwa. W czasie covidowego kryzysu ekonomicznego widmo utraty źródła dochodu dla wielu osób jest całkiem realne. A są takie sytuacje, z których człowiek nie jest w stanie sam się wydobyć. No i jest jeszcze trzecia, nieco inna sprawa, na określenie której posłużę się cytatem z Orzeszkowej: „pan stworzeń” , czyli mężczyzna, któremu wszystko wolno, ponieważ jest mężczyzną, i ponieważ ma pozycję i pieniądze (ponieważ jest mężczyzną) w relacji z kobietą, która nie ma jak się bronić. To z kolei skojarzyło mi się z ruchem „me too”.

Pyza: Wow, muszę powiedzieć, że faktycznie czuję się całkiem przekonana, a już miałam smęcić w duchu “oj nie, jako bohaterka Marta strasznie się zestarzała…”. Bo miałam naprawdę takie wrażenie! Owszem, nie zestarzały się problemy, z którymi się zmaga - jak świetnie pokazałaś wyżej - ale jej podejście, zwłaszcza tej Marty z początków powieści jest, no nie wiem, na ile aktualne? Przede wszystkim chodzi mi o Martę, która zupełnie nie wie, jak działa świat: wyhodowaną w cieplarnianych warunkach, które tylko karmiły jej złudzenia i, jak sądzę, kazały nie myśleć. I stąd wynika jej początkowe zdziwienie tym, że nic nie umie, a jeśli umie, to dość słabo i powierzchownie. Orzeszkowa jest tu zresztą trochę niekonsekwentna, bo u jubilera okazuje się, że Marta jednak nieźle sobie radzi z rysowaniem, za które besztają ją w redakcji gazety. Niemniej - to przerażające, ile razy bohaterka musi sobie uświadomić, że niewiele umie i że wynika to nie z zaniedbania przecież, ale z dobrych chęci jej rodziców czy męża, którzy przystosowali ją do takiego świata, w którym na swojej pozycji mogłaby mieć się nieźle, gdyby jej nie straciła. Zresztą to nie tylko przypadek Marty - weźmy Karolinę i jej gorzką historię, która jest dosłownie historią hodowli, gdzie bogata krewna “hoduje” ją tak samo jak psy, w związku z czym bohaterka ponownie nie tylko nie ma w ręku żadnych narzędzi, żeby sobie poradzić poza tą jedną jedyną rolą, jaką jej przypisała jej “pani”, ani też wielkiej świadomości tego, jak wygląda świat - póki się z nim boleśnie nie zetknie.

Przywołałabym tutaj w kontekście tego, o czym mówisz, jeszcze jeden, bardzo mocny, cytat, właśnie z wypowiedzi Karoliny (trochę go tnę, ale zostawiam sedno):

“(...) ale wedle praw i obyczajów ludzkich kobieta nie jest człowiekiem, ko­bieta to rzecz. (...) Patrz na mężczyzn. Każdy z nich żyje na świecie sam przez się, nie potrzebuje, aby dopisywano doń jakąś cyfrę dlatego, aby przestał być zerem. Kobieta jest zerem, jeśli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełnia­jąca. Kobiecie dają błyszczącą oprawę, aby jak w sklepie jubilera kunsztownie wypolerowany diament ściągała na siebie oczy jak największej liczby nabywców. Jeżeli nie znajdzie dla siebie nabywcy albo znalazłszy utraci go, pokrywa się rdzą wiecznej boleści, plamami bezzaradnej nędzy, staje się na powrót zerem, ale zerem chudym z gło­du, trzęsącym się z zimna, rozszarpującym się na szmaty w nadaremnych próbach ruszania się i dźwigania. Przy­pomnij sobie wszystkie stare panny, opuszczone lub owdowiałe kobiety, jakie znałaś w swym życiu, spójrz na koleżanki swe z zakładu Szwejcowej, spójrz na samą siebie… (...) Jesteście roślinami, któ­rych łodygi wyhodowane w cieplarniach nie mają siły opierać się wiatrom i burzom, i tak być musi przecież, skoro wieszcze i mędrcy świata nazwali kobietę „naj­piękniejszym z kwiatów przyrodzenia”. Kobieta to kwiat, kobieta to zero, kobieta to przedmiot nieobdarzony siłą samodzielnego ruchu. Nie ma dla niej ani szczęścia, ani chleba bez mężczyzny. Kobieta musi koniecznie uczepić się, w jakikolwiek sposób uczepić się mężczyzny, jeśli chce żyć. Inaczej idzie do szwalni Szwejcowej i umiera z wolna.”

Gorzkie to, ale podsumowuje właśnie tę grupę, którą Orzeszkowa portretuje w “Marcie”: “kobiety bez mężczyzn”, owe “stare panny”, wdowy, kobiety bez fachu i wykształcenia. Ale jest rewers tej sytuacji - postać młodej szwaczki, Klary, nie sądzisz?

Tarnina: Zanim przejdę do ostatniego wątku, który poruszyłaś, wrócę jeszcze do wcześniejszych. No tak, postawa Marty z początku powieści jest oczywiście całkowicie niedzisiejsza i bardziej irytuje, niż wzbudza współczucie. Ale wraz z dojrzewaniem Marty zachodzi też ewolucja postawy czytelnika wobec niej, uświadamiamy sobie to, o czym napisałaś powyżej, że właściwie winimy Martę tylko za to, że jest kobieta swoich czasów i swojej sfery, a pod koniec powieści zapominamy już o tej uprzywilejowanej i roszczeniowej paniusi, a rozpaczamy razem z matką, która wie, że nie jest w stanie uratować własnego dziecka. Używanie dziecka do grania na emocjach czytelnika to jest dosyć tani chwyt, ale Orzeszkowa moim zdaniem pokazała tu duży kunszt pisarski, nie mamy wrażenia, że to jest jakieś sztuczne pompowanie dramatyzmu.

Wrócę jeszcze do tej sceny u jubilera, bo ona jest rzeczywiście kluczowa. Tutaj właściwie po raz pierwszy Marta w pełni przejmuje inicjatywę i kiedy to robi, okazuje się, że merytorycznie nic jej nie można zarzucić. Jej rysunek jest dobry, bo jest to jej autorski projekt. Być może to jest niekonsekwencja autorki, ale niekoniecznie. Nie miałaś wrażenia, że wcześniej sposób oceniania umiejętności Marty był dosyć dziwny? Gdy Marta stara się o posadę ilustratorki, każą jej skopiować pracę innego artysty i werdykt o jej umiejętnościach zostaje wydany na podstawie tego jednego rysunku. Dlaczego nie kazano jej po prostu przygotować kilku własnych ilustracji do zadanego tekstu? Może Marta nie jest dobra w kopiowaniu dlatego, że jest bardziej twórczynią niż odtwórczynią? Czy Monet byłby dobry w kopiowaniu obrazów Matejki?

Co do przytoczonego gorzkiego, jak napisałaś, monologu Karoliny, to dla mnie jego sens jest jeszcze szerszy.
„[Mężczyzna] żyje na świecie sam przez się, nie potrzebuje, aby dopisywano doń jakąś cyfrę dlatego, aby przestał być zerem. Kobieta jest zerem, jeśli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełnia­jąca.”
Dzisiaj te słowa już nie mają odniesienia do sytuacji ekonomicznej kobiet, do starych panien i wdów bez wykształcenia i fachu, ale niestety wciąż odnoszą się do kobiet w ogóle. W naszym społeczeństwie – w roku 2021 – kobieta niestety liczy się wciąż przede wszystkim jako żona i matka, te, które nie dorobiły się takiego statusu są społecznie marginalizowane. Mężczyzna może być samotny z wyboru, kobieta – bo nikt jej nie chciał.

Ale wracając do powieści – tak, w „Marcie” jest też grupa kobiet-fachowców. Począwszy od pani Żmudzkiej, pośredniczącej w zatrudnianiu nauczycielek, a skończywszy właśnie na tej życzliwej młodej szwaczce, pannie Klarze. Tutaj widać , że problem Marty to przede wszystkim problem jej sfery społecznej. Marta jest kobietą uprzywilejowaną, która nagle straciła przywileje. Klara od początku wiedziała, że będzie w życiu musiała liczyć tylko na siebie, jako mało urodziwa córka robotnika, wiedzieli to też jej rodzice, którzy postarali się, żeby miała możliwości zarobkowania. W tej scenie, kiedy się spotykają, widać wyraźny kontrast między tymi postaciami: Marta, znękana „ofiara losu”, Klara, znająca swoją wartość i pewna własnych umiejętności. Klarę na tle innych kobiet pracujących wyróżnia coś jeszcze: ona nie patrzy na Martę jako na konkurentkę. Próba Marty zatrudnienia się w dobrym zakładzie krawieckim nie powiodła się chyba przez pannę Bronisławę, obawiającą się być może utraty własnej pozycji w zakładzie? Czy uważasz, że Orzeszkowa mówi coś tutaj o solidarności kobiet?

Pyza: Dobre pytanie, bo można by je poszerzyć o inne przykłady - choćby Eweliny, która nie chce zatrudnić Marty z podobnych co jubiler powodów, bo nie ma takiej tradycji albo dlatego, że mężczyźni za ladą po prostu przynoszą jej sklepowi więcej dochodów (Maria zresztą dobrze z niej powyciąga w trakcie rozmowy te różne, słabe jednak, argumenty przeciwko zatrudnieniu Marty - i sama dowie się więcej o niezbyt przyjaznym kobietom chcącym pracować świecie). Ale z drugiej strony mamy te wszystkie kobiety Marcie sprzyjające - i to już od początku, od momentu trudnego rozstania z dawną służącą. Myślę, że większe znaczenie niż płeć czy nawet klasa społeczna mają tutaj własne interesy, ewentualnie uprzedzenia starannie hodowane i karmione - jak w przypadku pana literata niby-naukowymi teoriami, czy u Szwejcowej - pseudomiłosierdziem umoszczonym na wyzysku.

Tarnina: O, świetna jest ta scena rozmowy Marii z Eweliną! Tutaj Orzeszkowa bardzo celnie punktuje miałkość argumentów przeciwko zatrudnieniu kobiet (w tym przypadku w sklepie z towarami dla kobiet, dodajmy), a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że są one wygłaszane przez kobietę. I zupełnie mi nie przeszkadzało, że znajome rozmawiają ze sobą, jakby uczestniczyły w publicystycznej debacie.

Zmierzając już do podsumowania moich wrażeń z lektury, uważam, że „Marta” to jest bardzo dobra książka, warta czytania dzisiaj. Można się oczywiście zastanawiać, czy uniwersalność tej powieści polega bardziej na sile literatury, czy na słabości naszego świata, wciąż nie potrafiącego rozwiązać starych problemów. Ale być może nie ma sensu tego rozstrzygać, a na pewno warto o tych problemach sobie przypominać, dlatego poleciłabym lekturę każdemu. Jestem też zdania, że Orzeszkowej udało się przedstawić swoją tezę bez uszczerbku dla wartości artystycznych.

Pyza: Ja nadal pamiętam swoje zdenerwowanie z początków lektury i jestem zdania, że trzeba być przygotowaną, że czyta się powieść tendencyjną. Ale też pamiętać, że “tendencyjny” to tutaj przymiotnik na określenie sposobu pisania, a nie coś jednoznacznie negatywnego - jak zwykle kojarzy się u nas to słówko. Więc na pytanie, czy czytać “Martę”, też odpowiadam twierdząco!

***

Jak zwykle zachęcamy do włączenia się do naszej dyskusji. Ten wpis ukazał się też na blogu Pyzy, i to właśnie tam zapraszamy tym razem do komentowania (opcja komentowania pod tym postem jest wyłączona).

środa, 28 stycznia 2015

...Signifying nothing, czyli wiele hałasu o "Birdmana"



***"Birdman" (2014). Fox Searchlight ***
Nie tylko twórcy "Birdmana" nie mogą się oprzeć pokusie nawiązania w pretensjonalny sposób do Szekspira*. Jak widać - skromna blogerka też nie może (czuje się jednak usprawiedliwiona). Miałam pisać o książce, ale po obejrzeniu tego obsypanego gradem pochwał, nagród i nominacji (9 nominacji do Oscara) filmu, postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze.

W tych dziedzinach ludzkiej aktywności, które zaliczamy do kategorii "sztuka", w gruncie rzeczy wszystko jest kwestią subiektywnej opinii. Można godzinami przedstawiać argumenty przemawiające za tym, że dzieło A jest lepsze od dzieła B, ale te argumenty będą miały co najwyżej tylko pozór obiektywizmu. Dlatego nie mam zamiaru wdawać się w spór, czy "Birdman" Alejandra Gonzáleza Iñárritu jest dobrym filmem, czy też nie. Wyrażę jedynie moją subiektywną opinię: otóż "Birdman" to film, który mi się nie spodobał. A ściślej - pozostawił mnie całkowicie obojętną. Pewnie przeszłabym nad tym do porządku dziennego - ot, oglądając go dokonałam niezbyt fortunnej alokacji czasu i pieniędzy, nie pierwszy raz i nie ostatni. Ale pewien fakt nie daje mi spokoju. O "Birdmanie" sporo się mówi i pisze - w zaskakująco zgodnym tonie. Istnieje powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Tymczasem jak nasz kraj długi i szeroki, zewsząd słychać zgodny chór zachwytów nad "Birdmanem". Pod niebiosa wynoszą jego walory zarówno zawodowi krytycy filmowi, jak i blogerzy. Ten zachwyt jest w zasadzie obowiązkowy. I właściwie to jest ciekawsze od samego filmu. A alternatywny tytuł mojej dzisiejszej notki mógłby brzmieć:

No jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Bohaterem "Birdmana" jest starzejący się Riggan Thomas (Michael Keaton), niegdyś sławny aktor-celebryta, wcielający się w hollywoodzkich przebojach w superbohatera Birdmana. Odmówił jednak udziału w czwartym z kolei filmie o Birdmanie i - popadł w zapomnienie. Teraz próbuje odzyskać wiarę w siebie jako artysta (i jako człowiek), wystawiając na Broadwayu swoją adaptację opowiadania Raymonda Carvera, we własnej reżyserii i sobą w roli głównej. Premiera zbliża się wielkimi krokami, ale oczywiście nic nie idzie jak po maśle. W ostatniej chwili trzeba zatrudnić nowego aktora - rolę przyjmuje gwiazda teatru i pupilek krytyków, Michael (Edward Norton), ale jego pojawienie się generuje nowe problemy. Jednej z aktorek brak pewności siebie, druga oświadcza Rigganowi, że jest z nim w ciąży. Po teatrze, jako asystentka Riggana, kręci się również jego córka Sam (Emma Stone), świeżo po odwyku. W przedpremierowym stresie wszyscy mniej lub bardziej świrują, włączając producenta starającego się "gasić pożary", a reżyser słyszy głosy. A konkretnie jeden głos: Birdmana, swojego drugiego ja. Brzmi to właściwie całkiem ciekawie i mogłoby być wstępem do niezłego filmu gatunkowego. Backstage drama. Or farce. Ale tak się nie stało. Z ekranu po prostu wieje nudą. Zwłaszcza w pierwszej połowie, gdzie nic się nie dzieje, poza tym, że aktorzy chodzą długimi, obskurnymi korytarzami teatru i krzyczą na siebie, albo gadają. Lubię filmy gadane, ale ta gadanina jest po prostu nużąca.

Film jest pretensjonalny i banał goni w nim banał. Ten bezdomny/szaleniec recytujący na ulicy monolog Macbetha. To całe starcie kultury popularnej i "wysokiej", celebryckie Los Angeles kontra intelektualny Nowy Jork, tyrania mediów społeczościowych ( "gardzisz facebookiem i twitterem, ale nie możesz się bez nich obejść") i mediów w ogóle - ani to odkrywcze, ani szczególnie interesujące, a przy tym bardzo płytko potraktowane. Tyle o świecie. Równie bezbarwnie wypada zestaw problemów osobistych naszych bohaterów. Mężczyzna przeżywający kryzys wieku średniego, rozpaczliwie próbujący nadać sens swojemu życiu, córka obwiniająca ojca o życiowe niepowodzenia, arogancki aktor w rzeczywistości zagubiony i niepewny, nieistniejący poza sceną. I znów twórcy filmu zaledwie ślizgają się po powierzchni i nie mają nam nic ciekawego do powiedzenia.


*** "Birdman" (2014). Kadr z filmu ***
  
Oczywiście pisząc o "Birdmanie", trzeba obowiązkowo pochwalić świetną grę Keatona i przypomnieć, że biografia aktora bardzo przypomina życie bohatera filmu. Ale co z tego wynika dla widza, pytam się? Jeżeli uważacie, że życie Michaela Keatona jest warte zekranizowania, dajcie widzom biografię Keatona, a jeżeli dajecie fikcję, to mnie naprawdę nie musi interesować, co przeżywał aktor zanim przyszedł na plan. Wobec postaci Riggana Thomasa pozostałam całkowicie obojętna, więc albo aktor zagrał słabo, albo postać była naprawdę źle napisana. (Prawdę mówiąc, dotyczy to również pozostałych postaci w tym filmie). Drugą obowiązkową wzmianką w każdym tekście o "Birdmanie" jest ta o fenomenalnej pracy kamery i montażu. Ach, jakie wspaniałe długie ujęcia bez cięć, jakie to wszystko było trudne technicznie! (To dlatego aktorzy musieli bez przerwy przemieszczać się po tych korytarzach, żeby uwidocznić te niesamowite ujęcia). Owszem, sposób filmowania być może podniósł jakość filmu, ale nawet najlepiej poprowadzona kamera nie jest w stanie zrobić z przeciętnego filmu arcydzieła.

W całym filmie najbardziej zainteresował mnie wątek prominentnej krytyczki teatralnej, która ma zamiar zmiażdżyć premierę. Scenę, kiedy Riggan rozmawia z nią w barze i recenzuje jej recenzję, odbieram jako autoironiczny komentarz twórców do własnego filmu. Wystarczy jedna recenzja odpowiedniej osoby, żeby na zawsze ustalić sposób odbioru spektaklu (filmu) i uczynić z niego arcydzieło lub kompletną klapę. I ta recenzja nie musi być wcale merytoryczna (oczywiście to też nie jest szczególnie odkrywcze). Nie znam mechanizmów rządzących amerykańskim przemysłem filmowym, ale wyobrażam sobie, że na tym właśnie opiera się sukces "Birdmana". Ktoś ważny uznał go za arcydzieło - i to wystarczyło. "Nie wiem do końca, o czym jest ten film, ale wychodzę z kina w oszołomieniu" - pisze w "Wyborczej" Tadeusz Sobolewski. Ja też do końca nie wiem, ale z kina wychodzę lekko ziewając. Mogłabym wzorem Sobolewskiego wynajdywać głębokie sensy w przewijających się na ekranie obrazach. Ale nie mam ochoty. I do głowy przychodzi mi myśl, że pomimo 9 nominacji do Oscarów, jest to film przeciętny, mało znaczący.

---
*W filmie pojawia się ten słynny cytat:
Life's but a walking shadow, a poor player
That struts and frets his hour upon the stage
And then is heard no more: it is a tale
Told by an idiot, full of sound and fury,
Signifying nothing.
   - "Macbeth", Akt 5, Scena 5.

wtorek, 23 września 2014

Przewodnik po życiu Marii z Colonna Walewskich Wielopolskiej

"Obyczaje towarzyskie" - poradnik dobrego wychowania z roku 1938 to lektura niesłychanie pasjonująca. Autorka na 207 stronach zdołała ująć życie człowieka od narodzin do śmierci i wszystko, co może mu się w tym czasie przydarzyć, opatrzyła szeregiem cennych porad. To dzieło jest czymś więcej niż elementarzem etykiety, to przewodnik po życiu. Oddaję głos autorce:


KONKURY
"Starający się o rękę panny nowoczesny młody człowiek nie ma czasu na codzienne wizyty, wyprzedzane bukietem na tekturowej koronce. Dziś wystarcza krótka i mniej lub więcej ciepła rozmowa telefoniczna, a zamiast codziennych kwiatów, od czasu do czasu [...] elegancki jakiś drobiazg: książka, papierośnica, flakon perfum, cukry, płyty gramofonowe, drobiazg antyczny, artystyczny."

URZĄDZANIE DOMU
"Gabinet pana domu, z biblioteką, zastępuje cudownie anachronizm salonu [...].
Gabinet pana: nowoczesne urządzenie z wygodnymi i praktycznymi meblami albo fotelami klubowymi, [...] półki z książkami, kilka dobrych obrazów czy drzeworytów, akwafort, bądź doskonałych kopii, jakaś piękna rzeźba lub dobry odlew we wnęce. [...] Dawne hafciki na atłasie w pluszowym obramowaniu, serwetki białe z nieśmiertelnym haftem Richelieu, poduszki o krzykliwych deseniach i kolorach, najczęściej imieninowe dary od nie grzeszących dobrym smakiem przyjaciółek, to wszystko śmiało powyrzucać [...]."

SŁUŻBA
"Tam, gdzie nie ma służącego, a są dwie służące w domu, jedną powinno się przyodziać w czysty, biały fartuszek i czepeczek i pilnować, aby występowała w tym stroju, aby ręce miała myte kilkakrotnie w ciągu dnia i włosy gładko zaczesane, i to nie tylko wtedy, kiedy są goście."

UROCZYSTOŚCI RODZINNE
"Herbatkę pod dachem urządza się w gabinecie albo w salonie. [...] Służba wnosi na tacy pierwszą filiżankę herbaty i ciastka, skoro tylko pojawi się pierwszy gość [...]. Jeżeli taca jest drewniana czy metalowa, należy ja nakryć ładną, białą serwetką. Serwetka nie może być kolorowa, haftowana w deseń, w Richelieu, tylko gładka czy też z mereżką [...]. Najbardziej eleganckie są monogramy tkane w serwecie, nie haftowane."

W GOŚCINIE
"Gościa pytamy z wieczora, o jakiej godzinie pragnie jeść śniadanie i co woli: herbatę, kawę czy mleko? Gość odpowiada zazwyczaj, że zastosuje się najzupełniej do zwyczajów domowych, że je wszystko itd. Na to znowuż gospodarze powinni poprosić, żeby nie krępował się, bo dom jest tak zorganizowany, iż każdy może robić co chce i dostać śniadanie, jakie zechce, ponieważ zawsze jest do dyspozycji tak kawa jak mleko i herbata."

NOSZENIE ŻAŁOBY
"W zasadzie obowiązuje:
W d o w ę: rok i sześć tygodni ciężkiej żałoby, mianowicie cały strój czarny, wełniany [...] i długi welon krepowy na kapeluszu, następnie sześć tygodni ten sam strój bez długiego welonu; w d o w c a: czarne ubranie, opaska czarna na kapeluszu i na ramieniu; po stracie matki czy ojca, sześć miesięcy głębokiej żałoby jak wyżej i sześć miesięcy pół żałoby (popielaty kolor, ciemnoszary albo biały z czarnym)."
SAMOTNI
"a) K o b i e t a  s a m o t n a
Rozdział ten rozpoczynamy zasadniczą uwagą, że na sto wypadków w dziewięćdziesięciu jest winna kobieta, gdy mężczyzna nie okazuje jej należytego uszanowania. [...] Samotna kobieta może bywać i przyjmować u siebie [...] o ile zachowa się odpowiednio, to na pewno będzie traktowana na równi z innymi kobietami i nie o wiele więcej od nich obgadywana.
b) M ę ż c z y z n a  s a m o t n y [tylko jeden akapit]
[...] może tak samo urządzać u siebie przyjęcia, zapraszać znajome małżeństwa i samotne panie. Te ostanie, jak już wiemy, w towarzystwie."

ROZMOWY
"Jeśli jesteś mało oczytany i co najwyżej przekartkowałeś tegoroczny kalendarz, kronikę wypadków w Kurierku i parę sensacyjnych powieści - nie rozpoczynaj dyskusji na temat literatury."

PIES
"U ludzi dobrze wychowanych pies ma zawsze dobre maniery."

Oczywiście to tylko drobny wycinek z tych porad. Jest spory rozdział o wychowaniu dzieci, o ubiorze, o zachowaniu nowożeńców, o gafach towarzyskich i afrontach, o korespondencji, telefonach. Krótko mówiąc, dobre rady na każdą okazję. Nie wszystkie mają charakter techniczny, wiele odnosi się do moralności, bo "człowiek zły, nie może być prawdziwie dobrze wychowany". To akurat się nie zmieniło.

(Cieszę się, że Maria z Colonna Walewskich Wielopolska nie pozna mojego psa).

---
Maria z Colonna Walewskich Wielopolska, "Obyczaje towarzyskie". Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie, 1938. Reprint: Wydawnictwo Libra, Rzeszów 2006.

wtorek, 2 września 2014

Wpis z puszki, na rozpoczęcie roku szkolnego

(Ten tekst został pierwotnie opublikowany 11.01.2014 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA" pod tytułem "Książka na czasie". /Linki odsyłają bezpośrednio do oryginalnego wpisu/. PÓŹNIEJ artykuł o podobnej treści ukazał się w "Krytyce Politycznej". Cóż, ja byłam pierwsza. Mam nadzieję, że w tej chwili nie jest już tak bardzo na czasie, ale postanowiłam go przypomnieć, bo pisząc ten tekst nieźle się bawiłam, a poza tym uważam, że jest całkiem udany /nie ma to, jak śmiać się z własnych żartów/. A nasza polska dziatwa poszła dziś do szkoły, więc może warto się zainteresować, co będzie się tam im wtłaczać do niewinnych główek.

11. stycznia świat wyglądał całkiem inaczej niż dziś. Krym był ukraiński, pojęcie "zielone ludziki" nie nabrało jeszcze obecnego złowieszczego znaczenia, media nie donosiły o okrucieństwach "państwa islamskiego" na Bliskim Wschodzie. Straszyła w nich za to poseł Kempa. Z dzisiejszej perspektywy ten czas wydaje mi się niemal sielanką, choć wtedy byłam nieźle... wkurzona.)


***

Przyznam się, że tej książki nie ma na mojej półce. Wypłynęła z głębin mojej pamięci na fali dyskusji społecznej, która przetacza się ostatnio przez nasz kraj (jeżeli to, co się przetacza, można nazwać dyskusją). Czytałam tę książkę bardzo dawno temu, prawdopodobnie u schyłku lat 80. Znajdowała się wtedy na liście lektur szkolnych. Streszczam z pamięci.

Uwaga! Poniższy tekst adresowany jest wyłącznie do osób dorosłych! Zanim zaczniesz czytać dalej, sprawdź, czy wydano ci już dowód osobisty!


1.
Żyła sobie kiedyś - dawno, bo na początku lat 60. XX w. - w Warszawie pewna rodzina. Tata, jak to tata - surowy, ale sprawiedliwy, ostoja ładu i porządku. Głowa rodziny i fundament jej bytu ekonomicznego. Tata miał poważną i odpowiedzialną pracę. Mama, jak to mama - kapłanka domowego ogniska, troszczyła się o wszystko i wszystkich, czuła i łagodna, przekonana, że bez jej opieki rodzina nie przetrwa nawet dnia. Mama jednak (oczywiście) uznawała prymat męża jako głowy rodziny. Były też dzieci, Tomek i Tosia, wiek: młodsze nastolatki. Tosia, jak to dziewczynka, była bardzo grzeczna, uczynna i dobrze się uczyła. Jak to dziewczynka - spokojna i trochę strachliwa. Tomek, jak to chłopak - łobuz, ruchliwy i wysportowany, z głową pełną szalonych pomysłów. W szkole nie tak pilny jak siostra, czekała go poprawka z historii. Jak to u chłopaka.

Zbliżają się wakacje, które oczywiście zaplanował dla wszystkich tata. Mama pojedzie na wczasy do Ciechocinka, Tosia do cioci Isi, której pomoże w opiece nad młodszymi kuzynkami, a Tomka tata wysyła do wujka (czy też stryjka) leśniczego, który ma wziąć chłopaka w ryzy - ówczesna wersja programu "Surowi rodzice", jeszcze bez udziału kamer. W leśniczówce Tomek ma nauczyć się dyscypliny i oczywiście zakuwać do poprawki z historii. Tata nigdzie nie pojedzie, zostaje w Warszawie, musi pracować nad ważnym projektem. Oczywiście, tak robią ojcowie.


2.
Takim obrazem typowej, wzorcowej właściwie polskiej rodziny Hanna Ożogowska rozpoczyna swoją książkę "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek", wydaną po raz pierwszy w 1961 r. Maluje ten obraz chyba tylko po to, żeby omamić czytelnika i uśpić jego czujność (a przypomnijmy, że owym czytelnikiem jest dziecko), by tym łatwiej wsączyć w jego umysł truciznę szkodliwej ideologii - tak, tak - DŻENDER (gender), zapewne na zlecenie ówczesnych komunistycznych władz. Bo spójrzmy, co się dzieje dalej: mama wyjeżdża jako pierwsza, a Tomek, zlekceważywszy "szlaban" nałożony nań przez ojca, wymyka się z domu, aby załatwić pewną "sprawę honorową", jak to określa. Mówiąc wprost i używając współczesnej terminologii, idzie wziąć udział w ustawce. Podczas jego nieobecności, niespodziewanie tacie nadarza się okazja wysłania Tomka na wakacje nie pociągiem, ale samochodem ze znajomymi. I wtedy Tosia, to niewinne wydawałoby się dziecko, prawdopodobnie jednak już skażone ideologią lewackich feministek-dżenderystek (ten fakt autorka przemilcza), aby uchronić brata przed gniewem ojca i słuszną przecież karą, przebiera się za Tomka i pozwala wsadzić do samochodu, który zabierze ją do leśniczówki wujka. Zostawia bratu liścik, w którym instruuje go, żeby przebrał się w jej sukienki i jako Tosia pojechał do cioci Isi, grając tam rolę odpowiedzialnej, starszej kuzynki. Tomek jest wściekły z powodu takiego obrotu spraw, ale (o zgrozo!) te instrukcje wypełnia!

Nie będę opisywać wszystkich bezeceństw przedstawionych w tej książce. Dość napisać, że Tosia w leśniczówce wujka uprawia sporty, jeździ konno, bierze udział w męskich zajęciach i, niestety, mężnieje (dobór słowa nieprzypadkowy) - czego dowodem jest to, że nie boi się już sama spać w ciemnym pokoju. W końcu jednak się dekonspiruje. Tomek w roli dziewczyny radzi sobie świetnie, do końca pobytu nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Dla kuzynek zostaje autorytetem, a nawet wyrocznią w dziedzinie mody i fryzjerstwa. Najgorsze jednak jest to, co dzieje się po powrocie dzieci z wakacji, kiedy w końcu opowiadają rodzicom o całej maskaradzie. Ci, zamiast porządnie złoić skórę swojemu potomstwu, wydają się całą sprawą rozbawieni, a może nawet w duchu gratulują pomysłowości swoim pociechom!


3.
I w ten właśnie sposób, za pomocą niewinnej z pozoru powieści przygodowej dla młodzieży, Hanna Ożogowska próbuje podkopać podwaliny funkcjonowania zdrowego społeczeństwa. Ożogowska wmawia dzieciom, że płeć można sobie wybrać i dowolnie zmieniać, że w lipcu i sierpniu można być chłopcem, a potem znów dziewczynką! Cynicznie przekonuje, że nie wyrządza uszczerbku na psychice chłopca założenie sukienki! W tej przewrotnej książce młodego, wrażliwego czytelnika karmi się kłamliwą ideologią, wmawia się mu, że chłopiec może odgrywać rolę społeczną dziewczynki, a dziewczynka chłopca i nie ma w tym właściwie nic złego!

Trudno przecenić szkody, jakie przez ponad pół wieku ta książka wyrządziła w umysłach pokoleń młodych Polaków. Można zrozumieć, że wydawano ją wielokrotnie w czasach PRL, kiedy komunistyczne władze robiły wszytko, żeby zniszczyć ducha Narodu, a atak na podstawowe wartości, takie jak rodzina, małżeństwo i niezachwiana tożsamość płciowa był środkiem do tego celu. W tamtych czasach nakręcono również serial telewizyjny i film na podstawie tej książki. Nie można jednak pozostać obojętnym wobec faktu, że ta szkodliwa książka wciąż jest wznawiana, nie wspominając o starszych wydaniach dostępnych w antykwariatach czy na portalach aukcyjnych! Kto dopuścił do tego, że w 2003 roku w Warszawie wystawiono musical dla dzieci oparty na tej książce? Dlaczego wydaje się audiobuki?


4.
Chrońmy nasze rodziny, nie pozwalajmy, aby czerw szkodliwej ideologii dżender, zawarty w skandalicznej powieści Ożogowskiej, ciągle mógł toczyć umysły polskich dzieci! Aż strach pomyśleć, jakie jeszcze niemoralne treści mogą się kryć w innych książkach tej autorki, takich jak "Tajemnica zielonej pieczęci", "Głowa na tranzystorach", "Ucho od śledzia" czy "Za minutę pierwsza miłość". Żądajmy od władz samorządowych, aby usunięto książki Ożogowskiej z bibliotek publicznych!


Przy okazji chcę również zwrócić uwagę na twórczość dżenderysty Henryka Sienkiewicza. Zauważmy, że w "Krzyżakach" Jagienka przebiera się za giermka czy pachołka, w "Trylogii" Helena Kurcewiczówna podróżuje jako chłopak, pozbywszy się warkocza przy pomocy szabli pana Zagłoby. A jakże szkodliwym przykładem dla młodych dziewcząt jest postać Hajduczka! Nie wiem, czy to niedopatrzenie, czy celowe działanie MEN (podejrzewam to drugie), że książki te wciąż pozostają w kanonie lektur szkolnych (co prawda tylko jako lektury uzupełniające i czytane we fragmentach, ale jednak). Domagajmy się od naszych parlamentarzystów podjęcia zdecydowanych działań na rzecz całkowitego usunięcia tych niebezpiecznych dla młodzieży pozycji z listy lektur szkolnych!


Postscriptum

I. Znaczki ;) w powyższym tekście proszę sobie wstawić w miejscach, które uznacie za odpowiednie.

II. Jeśli przypadkiem jesteście znajomymi pani poseł Beaty Kempy, bardzo proszę, podeślijcie jej link do tego wpisu. Myślę, że może jej się przydać.

5.
III. Porzucając już satyrę, "Dziewczyna i chłopak..." naprawdę wpisuje się w nurt gender, a przypomnę, że książka została wydana w roku 1961, w czasach, kiedy, przynajmniej w Polsce, nikomu o gender się nawet nie śniło. Jednak interpretacja tej książki nie jest jednoznaczna. Z jednej strony, przedstawiony model rodziny jest bardzo tradycjonalistyczny i patriarchalny; wakacje się kończą i wszystko wraca do "odwiecznego" porządku: Tosia znów jest "dziewczęcą" dziewczynką, a Tomek "chłopięcym" chłopcem. Z drugiej strony, każde z nich, wcielając się w rolę drugiego, zdobywa ciekawe i rozwijające doświadczenia. Ta przebieranka ma zdecydowanie wymiar edukacyjny. (Oczywiście i Tosia, i Tomek pozostają sobą, ich płeć nie uległa deformacji czy zatarciu). 

Nie potrafię osądzić, po której stronie obecnego sporu o "ideologię DŻ." ustawiłaby się autorka, ale chyba nie ma takiej potrzeby, bo spór jest pozorny - "ideologia" gender nie istnieje. Termin gender co prawda jest stosunkowo nowy, ale określa coś, co istnieje od zawsze, odkąd istnieje człowiek: kulturowe aspekty płci. Gdyby gender nie istniało, skąd wiedzielibyśmy, że mężczyźnie "nie przystoi" chodzić w spódnicy? To kultura, a nie biologia o tym decyduje, zresztą są kultury, gdzie właśnie przystoi. (Nawiasem mówiąc, biorąc pod uwagę anatomię i fizjologię, spodnie dla mężczyzn to bardzo niedobre rozwiązanie - wbrew naturze). A gender studies to po prostu program badawczy z zakresu humanistyki, na polskich uniwersytetach obecny już od co najmniej kilkunastu lat. Czym się tu emocjonować? Natomiast książeczkę Ożogowskiej (i wiele innych podobnych książek), która w gruncie rzeczy, nie mogę tego ująć inaczej, traktuje o gender, czytali nasi rodzice, czytaliśmy my i jakoś przez to nasze społeczeństwo nie uległo degeneracji.

IV. Sienkiewicza uznałabym raczej za antyfeministę... ale chwileczkę. Postaciom kobiecym wątłym i pasywnym są jednak przeciwstawione kobiety silne i aktywne, np. Danusi Jagienka, a Krzysi Basia-Hajduczek. Oleńce zdecydowanie bardziej do twarzy z kądzielą niż z mieczem, ale daleko jej do bezwolnej istoty z pokorą czekającej na los, jaki zgotują jej mężczyźni. Więc może jednak i Sienkiewicz przyznawał kobietom prawo do samostanowienia?

V. Prywatnie jestem za "kobiecymi" kobietami i "męskimi" mężczyznami, ale nie czuję się uprawniona do narzucania innym swoich subiektywnych przekonań. Cudzysłowy były konieczne, bo odnoszę się do dominującego obecnie w naszej kulturze wzorca (czyli wzorca w zakresie gender, rzecz jasna), a nie do jakichś prawd objawionych. (Mogę się zresztą założyć, że każdy z nas widzi ten wzorzec nieco inaczej).
A jeśli biegam po obejściu z piłą, wiertarką czy łopatą, robię to z konieczności, a nie żeby zademonstrować jakąkolwiek tezę. Rzecz jasna, wolałabym w tym czasie haftować na tamborku.

VI. Nasze społeczeństwo boryka się obecnie z tyloma realnymi problemami, że wynajdywanie problemów urojonych uważam za, delikatnie mówiąc, wysoce niestosowne.

VII. Życzę wszystkim miłego weekendu i zdrowego dystansu do tego całego szumu. Nie dajmy się zwariować.
A w ogóle to heca na 14 fajerek ;)

*** 
1. Właśnie to wydanie wypożyczyłam wiele lat temu ze szkolnej biblioteki. Wydanie I, Warszawa 1961. Zdjęcie: http://klub7.w.interia.pl.
2. Wydawnictwo Nasza Księgarnia. Rok wydania nieznany. Zdjęcie: allegro.pl (archiwum)
3. Audiobuk. Czyta Zofia Gładyszewska. Wydawnictwo MTJ. Dostępny w księgarnich internetowych.
4. Plakat musicalu na podstawie powieści Hanny Ożogowskiej. Teatr Muzyczny Tintilo (tintilo.com). Premiera: Warszawa 2003.
5. Wydawnictwo Akapit Press, 2013. Książka aktualnie dostępna w ksiegarniach.