Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z mojej półki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z mojej półki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Róże z Helstone

Od dawna miałam ochotę na ten wpis, ale czekałam aż w moim ogrodzie zakwitnie Canary Bird, żółta róża, która była mi potrzebna jako ilustracja. Gwoli kronikarskiej dokładności dodam, że potem pojawiły się komplikacje w postaci braku czasu i zanim zabrałam się za pisanie dzisiejszej notki, ta róża zdążyła już przekwitnąć, ale zdjęcia zostały. Zanim przejdę do rzeczy, Czytelnikom należy się jeszcze ostrzeżenie: ten wpis dotyczy finałowej sceny "Północy i Południa", a więc zdradzam w nim wszystko. Jeśli książki jeszcze nie czytaliście, a macie taki zamiar (do czego gorąco zachęcam) i nie należycie do czytelników lubiących zawczasu zaglądać na ostatnią stronę, być może będziecie woleli zapoznać się z treścią tej notki w późniejszym terminie.




    – Znasz te róże? – spytał, wyciągając swój portfel, w którym skrywał kilka zwiędłych kwiatów.
    – Nie! – odpowiedziała z niewinnym zaciekawieniem. – Czy to ja je panu ofiarowałam?
    – Nie! Próżności, nie! Nie ty mi je ofiarowałaś. Ale prawdopodobnie przystrajałaś się ich siostrami.
Spojrzała na nie, przez chwilę coś rozważała, aż nagle lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
    – One są z Helstone, prawda? Pamiętam te głębokie wcięcia na obwodzie liści. Och! Naprawdę był pan tam? Kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsce, gdzie Margaret dorastała, gdzie stała się tym, kim jest. Pragnąłem tego nawet w najgorszych chwilach, gdy nie miałem nadziei, że kiedykolwiek będę mógł nazwać ją swoją. Byłem tam w drodze powrotnej z Hawru.
    – Musi mi je pan dać – stwierdziła, próbując delikatnie zmusić go do puszczenia kwiatów.
    – Doskonale. Tylko mi za nie zapłać.
    – Ale jak ja mam o tym powiedzieć ciotce Shaw? – wyszeptała po pierwszych chwilach rozkosznego milczenia.
    – Ja mogę z nią porozmawiać.
    – Och, nie. Jestem jej to winna. Ale co ona powie?
    – Zgaduję, że najpierw wykrzyknie: „Ten człowiek?!”.
    – Sza! – uciszyła go Margaret. – W przeciwnym razie będę musiała zademonstrować oburzony ton, w jakim pani Thornton zawoła: „Ta kobieta?!”.

***

W mojej wyobraźni róże z Helstone mają kolor żółty, całkiem zresztą niesłusznie. Tutaj przejawia się potęga ekranu, w tym przypadku małego ekranu, na którym obejrzałam serial BBC z 2004 r. na podstawie „Północy i Południa” Elizabeth Gaskell. Twórcy tego serialu przeczytali powieść dosyć pobieżnie, ale mieli na tyle rozsądku, żeby do roli Johna Thorntona zaangażować Richarda Armitage’a (choć niestety czasami kazali mu się zachowywać niezgodnie z charakterem postaci), co sprawiło, że serial na skali „kultowości” plasuje się na podobnej pozycji, co słynna serialowa ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem. W finałowej scenie serialu (a właściwie przedostatniej) widzimy jak Thornton wydobywa zza pazuchy właśnie żółte róże, które zerwał w Helstone. Ale jeśli chwilę się nad tym zastanowić – te róże nie mogły być żółte. I nie były. A odnalezienie w powieści sceny – jednej jedynej – w której Gaskell pisze o kolorze róż z Helstone, pozwala w pełni zrozumieć znaczenie przytoczonego powyżej fragmentu kończącego powieść i docenić kunszt pisarski Elizabeth Gaskell.

Prawie na samym początku powieści, wkrótce po tym, jak Margaret wróciła z Londynu do domu rodzinnego, czyli na plebanię w Helstone, zjawia się tam Henry Lennox. Spaceruje z Margaret i maluje akwarelę z jej postacią. Przed obiadem Margaret przystaje w ogrodzie:

    Pan Hale szedł w kierunku domu jako pierwszy, natomiast Margaret celowo zwlekała, bo chciała zerwać róże i przybrać nimi do obiadu swą codzienną suknię. […]
    – Proszę poczekać – zawołał [Lennox]. – Proszę pozwolić sobie pomóc.
    Zebrał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie była w stanie dosięgnąć, i podzielił zebrany bukiet – dwa kwiaty zatrzymał dla siebie i umieścił w butonierce, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę, aby mogła je ułożyć.

Róże z Helstone były więc szkarłatne i oczywiście tylko takie – jako symbol miłości namiętnej – były na miejscu w scenie zamykającej powieść. (Żółtej przypisuje się natomiast takie znaczenia symboliczne, jak radość i przyjaźń, ale w czasach wiktoriańskich żółta róża symbolizowała przede wszystkim… zazdrość). Thornton pokazuje Margaret uschnięty symbol swojego żywego uczucia, przechowywany pieczołowicie niczym skarb. Zupełnie inaczej zachował się Henry Lennox. Nie zwróciłam większej uwagi na jego gest, kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, dopiero za drugim razem, i w relacji z tą drugą sceną, jego znaczenie do mnie dotarło. Henry (który za parę godzin ma zamiar się oświadczyć) „dwa kwiaty zatrzymał dla siebie, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę”. Jeśli kwiat jest symbolem miłości, to tym gestem Henry Lennox daje wyraz przede wszystkim miłości własnej. Gaskell używa więc róż z Helstone nie tylko po to, żeby stworzyć kompozycyjną klamrę powieści, ale przede wszystkim te symetryczne sceny to środek charakterystyki postaci, a zestawienie gestów Lennoxa i Thorntona dobitnie pokazuje istniejące między mini różnice. Jedna róża wystarcza tu za setki słów.

Wróćmy jeszcze do zakończenia powieści, którym Gaskell zyskała u mnie tytuł mistrzyni zakończeń romansów. Bo zakończenie tej miłosnej historii jest rzeczywiście idealne (przynajmniej jak na mój gust). On co prawda pada przed nią na kolana (ale powstrzymuje się od całowania rąbka jej sukni), ona co prawda krzyczy: „ach, panie Thornton, jam niegodna!” (parafrazuję), ale jakimś cudem nie ma w tym kiczu (i zwróćmy uwagę, z jakim wdziękiem Thornton na te słowa Margaret odpowiada). Gaskell odrzuca patos i pozwala swoim bohaterom na wykazanie się poczuciem humoru. W ostatnich zdaniach powieści on i ona żartobliwie się przekomarzają, na równej stopie, nareszcie pewni siebie – i siebie nawzajem. Ale chwileczkę, przecież wszystkie wielkie historie miłosne powinny zakończyć się pocałunkiem! (Tak, wiem, że w dzisiejszych czasach historie miłosne zaczynają się… dużo śmielej, ale umówmy się: to nie są wielkie historie). I pocałunek oczywiście tam jest, choć Gaskell, czy to z wiktoriańskiej powściągliwości, czy z pisarskiej przekory, sprytnie go ukryła między wierszami. Dokładnie w „pierwszych chwilach rozkosznego milczenia”.

***

Na koniec jeszcze bonus: dotarłam do anonimowego dziewiętnastowiecznego przekładu "Północy i południa", który był drukowany w odcinkach w "Tygodniku Ilustrowanym". Poniżej cytuję fragment końcowy. Nic dziwnego, że przekład był anonimowy, bo pomijając styl, tłumacz (tłumaczka) wykazał się doprawdy niewielkim zrozumieniem oryginału. Nie dość, że nie zauważył pocałunku, to jeszcze kazał Thorntonowi zwracać się do Margaret per "drogie dziewczę", podczas gdy jest oczywistym, że gdyby Thornton chciał się do niej zwrócić jakimś pieszczotliwym imieniem, byłoby to coś pomiędzy królową a boginią. No i z niewiadomych przyczyn Margaret zwana jest Cecylią.

    – Czy znasz te róże? rzekł, dobywając z pugilaresu kilka zeschłych kwiatów.
    – Nie, odparła z naiwną ciekawością. Czy to ja dałam je tobie?
    – Nie, drogié dziewczę; ale pewnie nieraz nosiłaś ich siostry.
    Spojrzała na niego pytająco, potém rzekła z uśmiechem:
    – To róże z Helstone, nieprawdaż? poznaję je po kształcie listków. Więc byłeś tam? kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsca, gdzie Cecylia stała się tém czém jest… choć wtedy byłem nieszczęśliwy, bo wątpiłem, czy skarb ten kiedykolwiek posiąść zdołam. Byłem w Helstone, wracając z podróży do Havru.
    – Daj mi te róże, rzekła, biorąc mu kwiaty z ręki.
    – I owszem, ale żądam zapłaty.
    – Jak ja to wyznam ciotce Shaw? rzekła cichutko Cecylia, po chwili milczenia.
    – Może chcesz żebym ja powiedział?...
    – O nie!... ja sama powiem… ale co ona na to powié?
    – Słyszę już, jak zawoła: „co, ten człowiek?”
    – Sza! odparła Cecylia, bo inaczej zacznę naśladować głos twéj matki, wołającej z oburzeniem: „co, ta kobiéta?”

(Tygodnik Ilustrowany, 1873.
Źródło: http://bcul.lib.uni.lodz.pl/dlibra/docmetadata?id=1219&from=&dirids=1&ver_id=&lp=2&QI=
Powieści należy szukać w dodatkach do numerów 295-309; dodatki są zgrupowane na końcu publikacji.)

---
Elizabeth Gaskell, "Północ i Południe". Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

wtorek, 7 października 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: Tristan 1946



To moja ulubiona książka Marii Kuncewiczowej. Parafraza celtyckiej legendy o Tristanie i Izoldzie. Jest smagane wiatrem wybrzeże Kornwalii, jest dwoje młodych kochanków i stary król. Ale zamiast mitycznego średniowiecza mamy rok 1946, świat powoli otrząsa się z koszmaru wojny, ludzie próbują odnaleźć się w tym świecie, zaleczyć wojenne rany - te na ciele i te na duszy - i zacząć życie od nowa.

On jest Polakiem i ma na imię Michał; nie zabił Morhołta ani smoka (choć "smoczy język" pojawia się i w tej historii), walczył z innym przeciwnikiem - w konspiracji, w partyzantce, wreszcie w Powstaniu. "Po upadku powstania w 1944 wywieziono go z Warszawy jako jeńca, ale znalazł się w bardzo cywilnym obozie i kiedy go Amerykanie wyzwolili, nie umiał chodzić, więc długo przebywał w szpitalach. Potem uciekł Amerykanom i robił różne rzeczy." - relacjonuje Wanda, jedna z narratorek powieści, list od syna, w którym prosił ją, żeby sprowadziła go do Anglii, dokąd Wanda wyjechała w 1939 r.

Ona, złotowłosa Irlandka o imieniu Kathleen, pracuje jako laborantka w szpitalu. Ma za zadanie nakłonić Michała, by poddał się badaniom i leczeniu. Tak się poznają. A potem Michał robi z Kasią, jak ją nazywa, to co Tristan zrobił z Izoldą: rzuca ją w ramiona starego króla. W roku 1946 jest nim sławny i bogaty profesor, patronujący Michałowi. Dalej wszystko toczy się jak w legendzie. W wielkomiejskim gąszczu Londynu można ukryć się jak w lesie moreńskim.

Jest to wszystko melodramatyczne, może nawet zbyt (czy jednak historia Tristana i Izoldy może nie być melodramatyczna?) i powieść Kuncewiczowej bardzo zbliża się do romansu. Ale są też wnikliwe portrety psychologiczne, autorka mistrzowsko operuje stylem, przekazując narrację kolejnym bohaterom i prowadząc ją częściowo w formie ich monologów wewnętrznych. Jest bogate tło obyczajowe. "Tristan 1946" to nie tylko opowieść o tragicznej miłości i namiętności, mit przeniesiony w realia XX wieku. Kuncewiczowa pokazuje środowisko i sytuację polskiej emigracji w powojennej Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim analizuje zawikłane losy Polaków w dwudziestym wieku, ich wybory (wyjechać, czy zostać; walczyć, czy starać się przetrwać) i cenę, jaką za te wybory płacili.

Mitycznych kochanków na zawsze połączyła dopiero śmierć. Jak zakończy się historia Tristana i Izoldy z roku 1946?

"[...] w nocy z grobu Tristana wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy. Ludzie miejscowi ucięli głóg: nazajutrz odrósł na nowo, równie zielony, równie kwitnący, równie żywy, i znowuż utopił się w łożu Izoldy Jasnowłosej. Po trzykroć chcieli go zniszczyć, na próżno. Wreszcie donieśli o cudzie królowi Markowi. Król zabronił odtąd ucinać głóg."
Joseph Bédier "Dzieje Tristana i Izoldy", przekład: Tadeusz Boy-Żeleński

*** Głogi jesienią. Beskid Wyspowy, październik 2014 ***

---
Maria Kuncewiczowa, "Tristan 1946". Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1980.

piątek, 19 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: Opactwo Northanger. "Natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."





To taki drobiazg, fraszka, błahostka. A trifle - jak mogłaby powiedzieć Jane Austen. Bardzo zabawna (naprawdę, polecam jako lekarstwo na chandrę i jesienne smutki) opowieść o młodej, głupiutkiej i naiwnej dziewczynie, która tak się zaczytała w gotyckich powieściach, że fikcja pomyliła jej się z życiem, co miało swoje konsekwencje - i śmieszne, i poważne. Owszem, w fabule znajdziemy słabe punkty, ale celność języka, wspaniale nakreślone postaci i słynny austenowski humor z nawiązką nam je wynagrodzą. Ktoś inny mógłby zrobić z tej historii pustą komedyjkę, albo jedynie dydaktyczną powiastkę: uważaj, co czytasz i jaki robisz z tego użytek; nie daj się ponieść wyobraźni. Ktoś inny mógłby z Catherine Morland zrobić irytującą głupią gęś. Mamy jednak do czynienia z dziełem mistrzyni, główna bohaterka została również wyposażona w przymioty, które czynią ją postacią wzbudzającą sympatię i zdecydowanie uroczą, a w powieści doszukamy się wielu warstw, jak zwykle zresztą u Austen. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że Jane Austen nie mogła napisać powieści naprawdę błahej? No i Jane w "Opactwie Northanger" stworzyła Henry'ego Tilneya, a byłoby wielką stratą dla ludzkości, gdyby mężczyzna taki jak Henry nigdy nie istniał, choćby tylko na papierze (doprawdy, Darcy jest przereklamowany).

Interpretując "Opactwo Northanger", możemy podążyć kilkoma tropami. Poniżej, bardzo pobieżnie, zaznaczę najważniejsze z nich.

Trop pierwszy: Literackie credo Jane Austen. W "Opactwie...", pierwszej powieści przygotowanej przez Austen do druku (ostatecznie wydano ją dopiero po jej śmierci), pisarka obiera swoją literacką drogę, podążając w zupełnie innym kierunku niż jej "siostrzyce po piórze"*. W owym czasie ogromnie popularna wśród czytelników jest sentymentalna powieść grozy i czołowa przedstawicielka tego nurtu, Ann Radcliffe. Młoda Jane manifestuje swoją artystyczną niezależność. Odrzuca niesamowite zwroty akcji, egzotyczne, mroczne scenerie, sensacyjne zdarzenia i sekrety zabarwione horrorem. Ucieka się w tym celu do parodii, jej powieść zawiera wszystkie elementy znane z owych "gotyckich" powieści - a właściwie ich zaprzeczenie. Catherine nie jest bohaterką, a anty-bohaterką i przeżywa anty-przygody. Zamiast młodości upływającej w cieniu mrocznej tajemnicy przeżywa beztroskie dzieciństwo w szacownej rodzinie. Zamiast w daleką, pełną mrożących krew w żyłach przygód podróż wyjeżdża pod opieką znajomych do nudnego uzdrowiska, a niebezpieczeństwa, jakie tam na nią czyhają, to na przykład porwanie - na przejażdżkę powozem - przez niezbyt przyjemnego kolegę jej brata. A gdy wreszcie znajdzie się w starym opactwie, okaże się ono całkiem nowoczesną i wygodną siedzibą - zamiast szkieletu za zasłoną Catherine znajdzie tam spis rzeczy do prania. Takie będzie pisarstwo Jane Austen, wydarzenia zwykłego życia z jego radościami i rozczarowaniami. Komizm i dramat codzienności.

Jednak Austen "nie uznaje brzydkiego i niemądrego obyczaju, powszechnie przyjętego wśród powieściopisarzy, który polega na umniejszaniu wzgardliwą krytyką wartości dzieł, do których powstania sami się przyczyniają". Bierze w obronę powieść jako gatunek literacki i bardzo wyraźnie podkreśla jej wartość. Bo czym jest powieść? To "tylko utwór, który świadczy o talencie, utwór, w którym dogłębna znajomość natury ludzkiej i celne obrazy jej różnorakich odmian, polotu, żywego dowcipu i humoru przekazane są światu w najwyborniejszym języku". Dosyć to wszystko przewrotne: powieść przestrzegająca przed czytaniem, parodiująca i wyśmiewająca inne powieści, jednocześnie będąca afirmacją powieści jako gatunku. A mamy również taki cytat:
- [...] Ale pan na pewno wcale nie czyta powieści.
   - Czemu bym miał ich nie czytać?
   - Bo nie są one dla pana dosyć mądre. Panowie czytają lepsze książki.
   - Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi."
To fragment rozmowy Catherine i Henry'ego. Wcześniej John Thorpe - bufon, błazen i łowca posagu - wyparł się przed Catherine czytania powieści, jako rozrywki zbyt błahej dla mężczyzny. Stąd zapewne wziął się jej pomysł, że "panowie czytają lepsze książki". Taka jednak była ówcześnie powszechnie przyjęta opinia, powieść to co najwyżej rozrywka i to drugiej kategorii, dobra może dla kobiet, ale tylko dla nich. Nie możemy uciec przed pytaniem, czy to aby nie właśnie dlatego, że odbiorcami powieści były głównie kobiety, a często również ich autorkami, tak małym poważaniem darzony był ten gatunek? To naprowadza nas na


trop drugi: Jane Austen a sprawa kobiet. Panna Austen nie była rewolucjonistką, nie miała zamiaru burzyć istniejącego porządku społecznego. Była jednak dzieckiem epoki Oświecenia, marzyła o świecie bardziej racjonalnym, sprawiedliwszym, lepszym. A to nie mogło się ziścić, dopóki oświecenie nie stanie się udziałem kobiet. Jego potrzeba nigdzie chyba nie została przez pisarkę bardziej dobitnie wyrażona, niż w "Opactwie Northanger".

Rozmowa Catherine i Henry'ego (uczestniczy w niej również jego siostra), której fragment powyżej przytoczyłam, jest ze wszech miar ciekawa. Rozmawia się nie tylko o literaturze, ale też o udręce (słowo Catherine) edukacji, malarskich walorach krajobrazu i polityce, od "której tylko jeden krok do milczenia". Catherine wstydzi się swojej ignorancji, a narratorka czyni spostrzeżenia, które cytowałam w poprzednim poście. W toku konwersacji Henry zostaje nakłoniony do wygłoszenia następującej uwagi:
"Panno Morland, nikt nie może mieć wyższego mniemania o rozumie kobiet niż ja. W moim przekonaniu natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."
Nie miejmy Henry'emu za złe tej ironicznej deklaracji. Po pierwsze włożyła ją w jego usta kobieta, a po drugie: ma rację. Henry (zostawmy ironię) słusznie zauważa, że kobiety nie są dotknięte wrodzonym brakiem zdolności intelektualnych (stwierdzenie bardzo postępowe, jak na owe czasy). One ich nie wykorzystują. Dlaczego? Bo ani ich tego nie uczono, ani się tego od nich nie oczekuje. Edukacja kobiet obejmowała tylko to, dzięki czemu zdobędą męża, a potem będą mogły wytwornie zabawiać gości i prowadzić dom. Te najgruntowniej edukowane, jak Julia i Maria Bertram z "Mansfield Park", mogły nauczyć się głównych rzek Rosji, ale nikt nie uczył ich myślenia. Ono nie było potrzebne, żeby zapewnić sobie opiekę mężczyzny, a nawet, jak gorzko zauważa Austen, całkiem niepożądane. Głupiutka Catherine wierzy we wszystko, co słyszy od innych, nigdy nie podaje w wątpliwość cudzych opinii. Oczekuje, że ktoś ją poinstruuje, co ma myśleć o sprawach tak różnych, jak niezrozumiałe dla niej zachowanie przyjaciółki i piękno - bądź jego brak - krajobrazu, który ma przed oczami. Catherine oczekuje tego od Henry'ego, którego podziwia, choć rzadko kiedy jest w stanie zrozumieć. On jednak, mimo że duchowny, mężczyzna i starszy (od niej), odmawia (zazwyczaj) przyjęcia roli moralnego i intelektualnego mentora. Nie dlatego, że chce zachować Catherine w stanie ignorancji. Henry nie należy ani do tych mężczyzn, dla których "głupota kobiety niezwykle podnosi jej urok osobisty", ani do tych "zbyt rozsądnych i zbyt wykształconych, by szukać w kobiecie czegokolwiek więcej nad ignorancję" (nie jest też oczywiście mizoginem). Henry opiera się pokusie kształtowania młodego umysłu na własne podobieństwo, odmawia objaśniania świata Catherine po to, żeby nauczyła się myśleć s a m o d z i e l n i e. I to mu się udaje.

I tu natrafiamy na trop trzeci: Wkraczanie w dorosłość. Bo przecież dorosłość to zdolność do rozumienia i oceniania tego, co się wokół nas dzieje i podejmowania właściwych decyzji w oparciu o własny rozsądek. Podróż Catherine z domu do Bath, Northanger i z powrotem okazała się dużo dalszą, niż ekscytujące podróże bohaterek czytywanych przez nią gotyckich powieści. Podczas niej z naiwnej dziewczynki Catherine zmieniła się w racjonalnie myślącą kobietę.

To wszystko (i dużo, dużo więcej) znajdziemy w "Opactwie Northanger", tej najbardziej błahej powieści Jane Austen, opisane lekko, wdzięcznie i błyskotliwie. A kto nie rozumie jeszcze, dlaczego tak lubię Henry'ego Tilneya pomimo wygłaszanych przez niego opinii na temat kobiet, ten po prostu musi sięgnąć po książkę.





Oczywiście "Opactwo Northanger", jak wszystkie powieści Jane Austen, doczekało się ekranizacji. Zapewne niejednej, ja obejrzałam wersję z 2007 roku w reżyserii Jona Jonesa, według scenariusza Andrew Daviesa (który jest znany z ekranizacji klasyki, również Austen), zrealizowaną dla brytyjskiej telewizji ITV. Naturalnie w tej wersji "Opactwo..." jest tylko lekką komedyjką, ale jako telewizyjna rozrywka się broni, głównie za sprawą świetnie dobranej obsady.

*** JJ Feild i Felicity Jones jako Henry i Catherine,
"Northanger Abbey" (2007), źródło: fanpop.com ***
Felicity Jones jako Catherine jest słodka, uroczo naiwna i śliczna, a JJ Feild jest dokładnie takim Henrym, jakiego opisała Jane Austen ("[he had] a very intelligent and lively eye, and, if not quite handsome, was very near it"). Również Catherine Walker dobrze wypadła w roli poważnej Eleanor Tilney. Carey Mulligan jako Isabella Thorpe, jest nieco zbyt... wydekoltowana, to po pierwsze, wystarczy jedno spojrzenie na jej dekolt, żeby wiedzieć o niej wszystko. Po drugie, przez jej sztuczną słodycz zbyt wyraźnie przebija fałsz i obawiam się, że nawet osoba tak naiwna jak Catherine Morland mogłaby podejrzewać, że coś jest nie tak.

Twórcy ekranizacji dosyć nonszalancko obeszli się z materiałem literackim, odchodząc od pierwowzoru i inaczej rozmieszczając akcenty (i upraszczając, rzecz jasna), a niekiedy popuszczając wodze fantazji. W rezultacie powstał film nie o dojrzewaniu w sensie intelektualnym, ale o dojrzewaniu... w zupełnie innym aspekcie. Scena w wannie jest całkiem zabawna, ale sądzę, że Jane przewraca się w grobie. Choć po namyśle wydaje mi się jednak, że ją może też by rozbawiła. Film trwa niespełna 90 min. Szkoda, bo dodatkowe pół godziny pozwoliłoby lepiej poprowadzić akcję, zwłaszcza w końcówce. A ja chętnie pooglądałabym przez kolejne 30 min. te śliczne sukienki, płaszczyki, spencerki i kapelusze.

---
* Wszystkie cytaty w tłumaczeniu A. Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Jane Austen, "Opactwo Northanger", Oxford Educational, seria Klasyka Romansu.

wtorek, 9 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: sir Arthur i ktoś jeszcze

(Wpis pierwotnie opublikowany 10.05.2014 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")




Nie tylko jego dzieła wciąż inspirują (patrz: fenomenalny, inteligentnie zabawny "Sherlock" na miarę naszych czasów), również życie sir Arthura Conan Doyle'a jest pożywką dla współczesnej twórczości. Doyle - niespełniony okulista, ale uznany pisarz, szacowny ojciec rodziny i członek elity edwardiańskiej Anglii jest jednym z tytułowych bohaterów powieści Juliana Barnesa "Arthur & George", niezwykłej podwójnej biografii. Drugim jest George Edalji, syn anglikańskiego pastora, skromny prawnik.

Arthur i George żyją w różnych światach, ich ścieżki skrzyżują się w pierwszych latach XX w. w dramatycznych okolicznościach. W wiosce Great Wyrley dochodzi do serii brutalnych okaleczeń zwierząt. Oskarżenie pada na George'a, który zostaje postawiony przed sądem i otrzymuje drakoński wyrok. Oskarżenie jest absurdalne i nie ma żadnych racjonalnych podstaw. George zostaje wytypowany jako sprawca wyłącznie z jednego powodu: lokalna społeczność jest zdania, że "żaden Anglik nie byłby zdolny do popełnienia takiej zbrodni", a społeczność ta widzi w George'u obcego. George bowiem, choć urodził się w Anglii, otrzymał angielskie wychowanie i wykształcenie i sam uważa się za Brytyjczyka, w pełni identyfikując się z brytyjską kulturą, przez innych nie jest tak postrzegany. Różni go jeden, z pozoru bez znaczenia, szczegół: nieco ciemniejszy odcień skóry. Ojciec Georga, ów anglikański pastor, wyemigrował do Anglii z Indii - jest Hindusem.


Pomimo oczywistych błędów w dochodzeniu i postępowaniu sądowym George zostaje skazany na ciężkie roboty i nie ma żadnej możliwości odwołania - w Anglii nie funkcjonują wówczas sądy apelacyjne, wyrok jest ostateczny. Wtedy właśnie w życie George'a wkracza Arthur. Doyle na chwilę wciela się w swojego bohatera Sherlocka i prowadzi śledztwo, które ma wskazać prawdziwego sprawcę wydarzeń z Great Wyrley. Organizuje też kampanię społeczną mającą na celu oczyszczenie imienia George'a, która wpłynęła na wprowadzenie do systemu wymiaru sprawiedliwości sądów apelacyjnych.

Julian Barnes dotarł do listów, dokumentów sądowych, rządowych raportów i tekstów z ówczesnych gazet związanych ze sprawą z Great Wyrley. Na jej kanwie snuje opowieść o brytyjskości, tożsamości, rasizmie, winie. Ale również o miłości, wierności i granicach poznania. Sprawa procesu George'a i walki o jego uniewinnienie jest klamrą spinającą powieść, ale w warstwie fabularnej poznajemy też dzieciństwo obydwu bohaterów, a także ich późniejsze losy. Barnes pokazuje również dzieje pierwszego małżeństwa Doyle'a, jego związku z Jean Leckie, z którą Doyle ożeni się po śmierci pierwszej żony, a także zaangażowania pisarza (lekarza i racjonalisty!) w ruch spirytystyczny. Fascynująca lektura.

A wracając do "Sherlocka", który zasługuje na osobny esej (ale się powstrzymam), to nie przypominam sobie, kiedy ostatnio oglądałam serial, który tak by mnie rozbawił. Jednak widzom TVP2, którzy musieli oglądać go w tłumaczeniu i z lektorem, należą się wyrazy współczucia, w telewizyjnym tłumaczeniu "Sherlock" był dwa razy mniej śmieszny niż w oryginale. Tłumacz serialu chyba nie zrozumiał niektórych żartów i sytuacji, a w wielu przypadkach zamiast tłumaczyć słowa bohaterów, obrażał inteligencję widzów (zapewne sądził po sobie) i tłumaczył, co bohaterowie mają na myśli. A inteligencja to tutaj słowo-klucz. No skandal jednym słowem.

---
Julian Barnes "Arthur & George". Świat Książki, Warszawa 2010. Przekład Joanna Puchalska.

czwartek, 4 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: "Kwinkunks"

(Ten wpis pierwotnie ukazał się 27.11.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")



Napisanie tej powieści zajęło autorowi 12 lat. Co prawda jej przeczytanie zajmie znacząco mniej czasu, ale jeżeli szukacie książki na długie (naprawdę długie) zimowe wieczory, jest to propozycja warta rozważenia. Powieść w polskim wydaniu liczy 1155 stron (plus posłowie autora).

Charles Palliser jest mi znany wyłącznie jako autor tej jednej powieści. Po chwili szperania w Internecie dowiedziałam się, że istotnie książki wychodzą spod jego ręki niezmiernie rzadko. Od roku 1989, gdy Palliser, przez wiele lat uniwersytecki wykładowca literatury, zadebiutował jako powieściopisarz (właśnie „Kwinkunksem”), wydał zaledwie pięć książek. I nie ma w tym nic dziwnego, jeśli wszystkie jego powieści są równie misternie skonstruowane.  
 „Kwinkunks” jest owocem fascynacji autora literaturą dziewiętnastowieczną – jest to współczesna rekonstrukcja powieści wiktoriańskiej. Z pozoru to książka, jaka mogłaby wyjść spod pióra Dickensa. Głównym bohaterem jest chłopiec mieszkający z matką - niczym w Arkadii - w wiejskim domu gdzieś w spokojnym zakątku Anglii. Dzieciństwo Johna upływa beztrosko i w dobrobycie, ale żyje on wśród tajemnic. Nie zna swojego ojca, ani też rodziny matki, i nic nie wie o wrogich siłach, czyhających na niego od chwili jego przyjścia na świat. Wkrótce siły te dochodzą do głosu; John i jego matka tracą swoje niebo i trafiają do piekła londyńskich dzielnic biedoty. Aby odzyskać utracony raj, John musi rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia. Owa zagadka wiąże się z historią pięciu rodów, których losy splecione są ze sobą, i z symbolem kwinkunksa, który okaże się również kluczem do jej rozwiązania.

Tę tajemnicę musi również odkryć czytelnik - i to na własną rękę. Okazuje się bowiem, że „Kwinkunks” jest  tylko powierzchownie podporządkowany zasadom powieści dziewiętnastowiecznej. W rzeczywistości autor prowadzi ze współczesnym czytelnikiem inteligentną grę (w istocie „Kwinkunks” jest rekonstrukcją „ironiczną”). Nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele, by nie psuć przyjemności czytania i samodzielnego odkrywania tej książki. Niektóre z tajemnic swojego warsztatu (i powieści) Palliser zdradza w posłowiu (a to, jak wiadomo, czytamy po zapoznaniu się z dziełem). Zdradzę tylko, że narrator, a jest nim John, nie jest w tej powieści do końca wiarygodny i pewne swoje odkrycia i wnioski wręcz ukrywa przed czytelnikiem.
Na kartach „Kwinkunksa” Charles Palliser odmalował panoramę społeczeństwa Anglii pierwszej połowy XIX w. Śledząc losy Johna, zaglądamy na pełne przepychu salony arystokracji i do zamożnych domów przedstawicieli klasy średniej; razem z biedakami przeszukujemy kanały i jesteśmy świadkami przestępczych procederów. Na pewien czas trafiamy do więzienia dla dłużników, do szkoły z internatem, która z placówką oświatową ma tyle wspólnego, co obóz pracy z obozem harcerskim (bardzo po dickensowsku), a nawet do zakładu dla obłąkanych. Poznajemy ludzi i podłych, i szlachetnych, drobnych cwaniaczków i wielkich oszustów.
W powieści bardzo wiele miejsca zajmują kwestie ekonomii i ustroju społecznego. To pieniądz jest motorem całej fabuły, a walka o parę pensów na kawałek chleba jest równie dramatyczna, jak gra o wielką fortunę. Filozoficzne dysputy dotyczące problemów polityczno-ekonomicznych, a zarazem moralnych, toczy ze sobą – w mieszkaniu składającym się z połowy podnajętego pokoju w jakimś zaułku biedoty – para zdeklasowanych dżentelmenów, niegdyś parających się prawem, obecnie aktorów teatrzyku kukiełkowego. Poruszanie tych kwestii w powieści dziewiętnastowiecznej byłoby jak najbardziej zrozumiałe, to przecież właśnie wtedy formowały się teorie Marksa i Engelsa. Ten aspekt książki jednak równie mocno odzwierciedla czasy, w których ona rzeczywiście powstawała, czyli lata 80. wieku dwudziestego, okres rządów Margaret Thatcher, kiedy w Wielkiej Brytanii społeczna dyskusja dotycząca tych kwestii była niezwykle gorąca. Również teraz, prawie ćwierć wieku po ukazaniu się drukiem, ta powieść wydała mi się zaskakująco aktualna. Drobni ciułacze tracący oszczędności życia wskutek machinacji spekulantów, którzy budują na ich naiwności swoje fortuny, nieodparcie przywodzą na myśl współczesne afery i kryzys finansowy roku 2008, kiedy pękła spekulacyjna bańka, podatnicy składali się na ratowanie upadających banków, a ich prezesi wypłacali sobie wielomilionowe premie.
Czytanie „Kwinkunksa” jest zajęciem tyleż ciekawym, co meczącym. Ta powieść wymaga ciągłego skupienia uwagi i zapamiętywania szczegółów, co przy jej objętości może stanowić nie lada wyzwanie. (Choć przy okazji jest to świetny trening umysłowy, godny polecenia osobom chcącym rozruszać swoje szare komórki). Czytelnik nie może sobie pozwolić nawet na moment dekoncentracji, bo wszystkie elementy w powieści są częścią bardzo precyzyjnej układanki. Kiedy pewnej zimowej nocy do domu matki Johna puka dwoje zmarzniętych wędrowców, proszących o wsparcie, można być pewnym, że ich rola w tej historii na tym się nie skończy (a być może nawet rozpoczęła się dużo wcześniej). Jakkolwiek akcja obfituje w wiele zwrotów i emocjonujących wydarzeń, to cała powieść skonstruowana jest w ten sposób, że „czytamy […] nie tyle dlatego, że chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej, lecz raczej dlatego, że chcielibyśmy dowiedzieć się, co się przedtem wydarzyło, aby móc zrozumieć to, co już do tej pory przeczytaliśmy” – jak pisze autor w posłowiu.
Po raz pierwszy czytałam tę książkę dziesięć lat temu, kiedy została wydana w Polsce. Niedawno przeczytałam ją powtórnie. Jeżeli chodzi o główny wątek, doszłam do tych samych wniosków, co za pierwszym razem, ale teraz wyjaśniłam sobie wszystko w sposób dużo bardziej zadowalający, rozwikłałam również zagadki dotyczące większości wątków pobocznych. (Mówiąc precyzyjnie, za pierwszym razem stawiałam prawdopodobne hipotezy, teraz wydaje mi się, że znalazłam na ich poparcie wystarczające dowody). Przyznam jednak, że jeden aspekt tej powieści, związany z jej formą, umknął mojej uwadze zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem (w międzyczasie zdążyłam zapomnieć, że czytałam posłowie, gdzie autor wyjaśniał tę kwestię; oczywiście zapomniałam też zawiłości fabuły). Pocieszam się, że nie byłam w tym osamotniona. Nadanie powieści tej szczególnej formy „okazało się niezwykle trudne i czasochłonne – ujawnia Palliser. – Jak na ironię jednak ten akurat aspekt powieści prawie nie został zauważony ani przez krytyków, ani przez czytelników”. 
Więcej już nie zdradzę. Czytajcie i odkrywajcie, a ja za kolejne dziesięć lat pewnie znów sięgnę po tę książkę i być może zgłębię wtedy wszystkie jej tajemnice (kilka zdań ciągle jest dla mnie zagadkowych).


***
Charles Palliser "Kwinkunks". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003. Przekład Maria Streszewska-Hallab.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: William Golding w podróży na krańce świata. Trylogia morska




Na falach oceanu unosi się trzeszczący, wiekowy żaglowiec, zagubiony gdzieś w jego niezmierzonych przestworzach podczas podróży do Australii. Ni to pies, ni wydra - statek pasażerski, a jednocześnie okręt wojenny marynarki Jego Wysokości Jerzego III. Mamy pierwsze lata XIX w. Podczas wielomiesięcznego rejsu statek stanowi mikrokosmos, w którym rozgrywają się mniejsze i większe ludzkie dramaty. Obserwujemy je oczami jednego z pasażerów, młodego arystokraty Edmunda Talbota, który spisuje historię rejsu w dzienniku.

Zawsze unikałam  książek i filmów o tematyce marynistycznej, a to z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na monotonię scenerii, a po drugie - brak kobiet w tej scenerii. Jednym słowem: nuda. Ale trylogia Goldinga to jedna z najlepszych książek, z jakimi się w życiu zetknęłam. (A właściwie trzy książki, jedne z najlepszych... Pierwsza z nich, "Rites of Passage" - nagrodzona Bookerem - miała pierwotnie stanowić skończoną całość i wiele czasu minęło, zanim pisarz doszedł do przekonania, że nie może zostawić Edmunda, pozostałych pasażerów i członków załogi gdzieś na środku Atlantyku, na pastwę losu. Potrzebne były jeszcze dwie książki, by podróż doprowadzić do celu). Sceneria co prawda jest monotonna: stary żaglowiec, mocno wysłużony, właściwie niemal już wrak i wcale nie jest pewne, czy nie rozpadnie się przed końcem podróży (będzie to przedmiotem wielu niepokojów w części drugiej i trzeciej). Morze raz spokojne, raz wzburzone i wściekłe, ale nie o scenerię tu chodzi, ani o jakąś tam, nudną jak flaki z olejem, walkę człowieka z żywiołem (choć ona trwa nieustannie), a o to, co dzieje się w tym miniaturowym społeczeństwie, odzwierciedlającym społeczeństwo angielskie z jego podziałami klasowymi. Na statku ludzie rodzą się i umierają, zadzierzgnięte zostają silne więzy przyjaźni, kiełkuje miłość*. Ale natura ludzka ujawnia też swoją prymitywną, brutalną stronę. Kwestia statusu społecznego i tego, co z niego wynika, jest jednym z głównych tematów - przede wszystkim części pierwszej. Edmund, z racji swojego urodzenia i przynależności do rodu Talbotów lub też Fitzhenrych, a przede wszystkim dzięki protekcji swojego wpływowego "wielce czcigodnego" ojca chrzestnego, Jego Lordowskiej Mości, trzęsącego rządem angielskim, ma świat u swoich stóp - a przynajmniej tak mu się wydaje.

"Rytuały morza", polski tytuł pierwszej książki, spłaszcza wieloznaczność tytułu angielskiego. Passage może oznaczać po prostu podróż lub przeprawę, ale rites of passage to rytuały przejścia, w sensie obrzędów inicjacyjnych. Ten tytuł można odnieść do tego, co spotkało pastora Colleya podczas przekraczania równika, ale również do tego, co stało się z samym Edmundem podczas rejsu. Chodzi oczywiście o jego dojrzewanie, a także o przemianę (dzięki przeżyciu i zrozumieniu historii Colleya i swojego w niej udziału, przyjaźni z panem Summersem, pierwszym oficerem na statku, z panem Prettimanem, filozofem społecznym, demokratą i radykałem, panną Granham, która w postaci niepozornej guwernantki ukrywa umysł wyemancypowanej kobiety) z członka angielskiej klasy wyższej - w człowieka.

"To the Ends of the Earth" z pewnością zasługuje na długi esej i poważną analizę i na pewno na blogu do trylogii Goldinga jeszcze wrócę. Na razie poprzestanę na tej chaotycznej notce, mając nadzieję, że kogoś zachęci do sięgnięcia po książki. W części drugiej ("Close Quarters/Twarzą w twarz") atmosfera na statku jeszcze bardziej się zagęszcza, a w części trzeciej ("Fire Down Below/Piekło pod pokładem") ogień pod pokładem może wybuchnąć i dosłownie, i w przenośni. Dodam jeszcze, że mimo tak poważnej tematyki, książki zawierają sporą dozę komizmu i ich czytanie to prawdziwa przyjemność. (Polskie wydanie można znaleźć np. na Allegro, jeśli nie w bibliotece).

---
William Golding, "To the Ends of the Earth. A Sea Trilogy". Faber and Faber, London, 2005.

Pierwotnie wydane jako:
"Rites of Passage" (1980), "Close Quarters" (1987), "Fire Down Below" (1989).

Wydanie polskie:
"Rytuały morza", "Twarzą w twarz", "Piekło pod pokładem", (1994-1995).



Na zdjęciach wybrzeże Australii, gdzie dotarłam w roku 2010. Na szczęście podróżowałam statkiem powietrznym i moja podróż trwała znacznie krócej niż podróż pana Edmunda Talbota.

*Oczywiście nie ma tu na myśli Zenobii, miłość będzie w części drugiej i trzeciej.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: 200 lat "Mansfield Park"




*** Po lewej: bursztynowy krzyżyk i dwa naszyjniki - moja ilustracja jednej z istotnych scen w "Mansfield Park" ***

 

Piękne panny na wydaniu z szacownych (choć niekoniecznie majętnych) rodzin, w zwiewnych, białych sukienkach w stylu empire, w wiązanych pod brodą kapeluszach-budkach; dziedzice wielkich fortun lub, przeciwnie, młodsi synowie bez szans na majątek; pikniki, bale i tańce, podwieczorki z muzyką, oczywiście wykonywaną na harfie przez owe powabne panny, wizyty i rewizyty; sielanka angielskiej prowincji, bujne ogrody, pachnące różami w rozkwicie lata i miłosne perypetie, zawsze prowadzące najlepiej dobrane pary na ślubny kobierzec, choć drogami zazwyczaj krętymi – z tym właśnie kojarzy się świat książek Jane Austen. Brzmi jak wstęp do taniego romansidła, ale powieści Jane Austen na pewno tanimi romansidłami nie są.
 
Nie jestem pewna, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością, ale wydaje mi się, że było to w czasach szkolnych, kiedy obejrzałam w telewizji serial BBC „Duma i uprzedzenie” ze słynną (i wielokrotnie cytowaną przez popkulturę – patrz np. Bridget Jones) rolą Colina Firtha wcielającego się w postać pana Darcy. Potem były inne filmy i seriale, i próba, również w czasach szkolnych, przeczytania „Sense and sensibility” w oryginale. Bardzo mnie ta lektura zmęczyła (być może względu na niedostateczną wówczas znajomość angielskiego, a może dlatego, że w dorobku Austen „Rozważna i romantyczna” najmniej mi się podoba, o czym się niedawno przekonałam), rzuciłam ją po kilku rozdziałach i do książek panny Austen przez długie lata już nie wróciłam. Aż do tego (już ubiegłego) lata. Właśnie w tym roku minęła dwusetna rocznica wydania „Mansfield Park” (książka wyszła drukiem w maju 1814 roku) - natknęłam się na jakiś rocznicowy artykuł w Internecie, co zainspirowało mnie do nadrobienia zaległości i zapoznania się z tą i pozostałymi powieściami Jane Austen. Wcześniej nic mnie do tego nie skłaniało, historie uważałam za błahe, a przecież znałam je już z filmów. Błąd, bo wśród lepszych i gorszych ekranizacji - książek w ogóle - nie pojawiła się jeszcze chyba taka, która w pełni oddałaby sprawiedliwość literackiemu pierwowzorowi i być może nigdy się nie pojawi.


  
  
Postać Jane Austen to w całej historii literatury zjawisko niezwykłe. Czy komuś jeszcze udała się sztuka utrzymywania przez 200 lat na "światowych listach bestsellerów"? Jej książki, choć można je zaklasyfikować jako komedie lub romanse, są jednak podszyte czymś znacznie głębszym, niż chęcią dostarczenia czytelnikowi rozrywki. Jane Austen to wnikliwa obserwatorka społeczeństwa, znawczyni ludzkiej natury, promotorka oświecenia kobiet i prekursorka feminizmu. Obdarzonej mądrością, błyskotliwą inteligencją i wyrafinowanym poczuciem humoru (oraz prawdopodobnie dosyć poślednią urodą i zdecydowanie niewystarczającym majątkiem), z pewnością ciężko jej było żyć w wąskich ramach, w które kobiety wtłaczało społeczeństwo Anglii początku XIX w. Ale w jej książkach próżno szukać głosu zgorzkniałej starej panny. 

 „Mansfield Park” to powieść szczególna w dorobku Austen. Pierwsza napisana przez dojrzałą pisarkę; jej poprzednie (i najsłynniejsze) książki były przeróbkami utworów pisanych przez bardzo młodą Jane. Poważna w tonie, choć nie brak w niej tak charakterystycznej dla Jane Austen ciepłej ironii. (W ogóle "ironia" to słowo-klucz w pisarstwie panny Jane; czytając jej książki trzeba się stale mieć na baczności, czy aby narratorka nie stroi sobie właśnie żartów z bohaterów albo z czytelników; również wiele z jej postaci wypowiada się w sposób cudownie ironiczny, a czasem sarkastyczny). „Mansfield Park” jest książką równie niepozorną, co jej główna bohaterka, małomówna i trzymająca się w cieniu Fanny Price. Akcja toczy się rytmem od spaceru do kolacji, a najbardziej ekscytujące wydarzenia, w których uczestniczy bohaterka, to całodzienna wycieczka do posiadłości narzeczonego kuzynki (dzięki tej wyprawie dowiedziałam się co to takiego jest ha-ha, a także barouche - po polsku: kalesza) oraz próby do domowego przedstawienia teatralnego, w których zresztą Fanny odmawia aktywnego udziału. Jest jeszcze rozdzierający serce dylemat: który naszyjnik założyć na bal? Nie, nie piszę tego ironicznie, scena z wyborem naszyjnika jest naprawdę jedną z najważniejszych w powieści i w całej krasie prezentuje nieskazitelny charakter Fanny i jej umiejętność postąpienia właściwie w każdej sytuacji.


*** Po lewej ilustracja C.E. Brocka do wydania "Mansfield Park" z 1908 r. Źródło: www.mollands.net ***
 

„Mansfield Park” można odczytać jako głębokie studium charakterów i traktat o moralności. Fanny Price, choć nieśmiała, cicha i niepozorna, wykazująca daleko posuniętą niechęć do bycia w centrum uwagi, jest również bardzo inteligentna, ma rozwinięty zmysł obserwacji, niezależność opinii i trafność osądów. Paradoksalnie, ta skromna dziewczyna jest chyba najsilniejszą i najbardziej niezależną z austenowskich bohaterek. Dziesięcioletnia Fanny, najstarsza córka spośród licznej gromadki rodzeństwa, została oddana pod opiekę arystokratycznych, bogatych krewnych. W posiadłości Mansfield Park dorasta i zmienia się w kobietę, a także uświadamia sobie, że uczucia, którymi darzy swojego kuzyna Edmunda, towarzysza i jedynego przyjaciela, nie są wcale z gatunku tych siostrzanych. (Co nie jest niestosowne w sposób, w jaki dziś moglibyśmy na to patrzeć; jedyna niestosowność takiego związku wynika z faktu, że Fanny jest biedna, a od Edmunda oczekuje się, że znajdzie majętną żonę). Jednak gdy w sąsiedztwie pojawia się piękna, utalentowana i błyskotliwa Mary Crawford, Edmund wkrótce znajduje się pod jej urokiem. Zanim w ostatnim rozdziale (jak zwykle u Jane Austen – i za to właśnie ją lubię) każdy z bohaterów dostanie to, na co zasłużył, Fanny odrzuci wygodne pozory szczęścia, wykaże się niezłomnością postanowień i hartem ducha. Nie ulegnie namowom i nigdy nie straci z oczu swojego wewnętrznego moralnego drogowskazu. „We have all a better guide in ourselves – mówi Fanny – if we would attend to it, than any other person can be.”


*** Po lewej: współczesna ilustracja inspirowana "Mansfield Park" autorstwa Jennifer Jermantowicz (źródło: pasaii.com) - tak właśnie wyobrażam sobie Fanny; po prawej: okładka jednego z wydań Penguina; wspominałam, że moment z naszyjnikami jest bardzo istotny? ***


Z MOJEJ PÓŁKI: nie oceniaj książki po okładce

(Wpis pierwotnie opublikowany 31.10.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")


Mogłabym napisać, że to przebłysk szóstego zmysłu sprawił, że właśnie tę książkę kupiłam sobie na drogę, na moją niedawną podróż do Warszawy. Było to prawie miesiąc temu i los sprawił, że wkrótce po moim powrocie z tej wycieczki, autorka owej książki została laureatką literackiej Nagrody Nobla. Prawda jest jednak taka, że nie kierowało mną żadne przeczucie, ani przecieki z noblowskiej giełdy nazwisk, po prostu jakiś czas wcześniej usłyszałam w radiu audycję o Alice Munro (niezawodny Program Drugi PR) i postanowiłam zapoznać się z jej twórczością.

Alice Munro, kanadyjska autorka opowiadań, mistrzyni krótkiej formy, tworzy od niemal pół wieku, a jej książki wydawane są w Polsce od lat co najmniej kilku. Dlaczego zatem do tej pory nie przeczytałam żadnej z nich? - zastanawiałam się. Kiedy stanęłam w księgarni przed półką z literą "M", wiedziałam już, dlaczego. Choć nazwisko Alice Munro wielokrotnie dostrzegałam na półkach księgarskich, odstraszały mnie okładki. Tutaj nasuwa mi się inne pytanie: dlaczego poważny wydawca (Wydawnictwo Literackie) postanawia wtłoczyć poważnego i uznanego pisarza w ramy, w najlepszym razie, tzw. literatury kobiecej? A mówiąc wprost, szata graficzna okładek sugeruje raczej tanie romansidła. Coś, czym opowiadania Munro na pewno nie są.

 * Wydawnictwo Literackie *


Dla kogo ta maskarada? Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po te książki sięgnęły również amatorki tanich romansideł - jednym z zalet pisarstwa Munro jest to, że jest to literatura, którą bez bólu może czytać każdy - jednak obawiam się, że mogłyby być nieco zawiedzione. Nie ma tu "glamouru", spektakularnych uniesień (choć jest to proza przesycona emocjami). Bohaterkami mogą być wiejskie nauczycielki, mogą być nimi też córki sławnych śpiewaczek, ale żadnej z nich los nie zetknie z przystojnym milionerem. Życie opisywane przez Alice Munro jest skromne, jakby zagubione na gdzieś na bocznych drogach i w prowincjonalnych miasteczkach, zwyczajne.


  
"Przyjaciółka z młodości" to zbiór dziesięciu opowiadań wydanych po raz pierwszy w roku 1990 (w Polsce w 2013). (Dygresja: wolę czytać powieści, chociaż jestem zdania, że krótka forma wymaga większego kunsztu. Jednak opowiadania są idealne do pociągu; np. w teelce na trasie Kraków Główny-Warszawa Centralna można przeczytać dwa lub trzy. Powieść musiałabym pewnie przerwać w najciekawszym momencie, a to dla mnie bardzo trudne. Nawiasem mówiąc, z czytelnictwem wśród Polaków może nie jest aż tak źle, jak się wydaje: na ośmiu pasażerów mojego przedziału tylko troje nie czytało książki podczas podróży). 

Gdybym miała w najkrótszy sposób określić ich tematykę, powiedziałabym po prostu, że są to opowiadania o życiu, o postawach jakie wobec niego przyjmujemy, o uczuciach. Historie zamknięte w doskonałej formie. Pisane prostym, ale bardzo celnym językiem. Historie z pozoru tylko nieskomplikowane, w rzeczywistości niejednoznaczne. Ich znaczenie nie jest oczywiste, każdy z czytelników odczyta je na swój sposób. O tym miedzy innymi mówi tytułowe opowiadanie tomu. Narratorka przytacza w nim opowiadaną przez jej matkę historię jej dawnej przyjaciółki. Początkowo przyjmuje punkt widzenia matki, potem dokonuje reinterpretacji tej opowieści i motywacji jej bohaterki. Która z nich, matka czy córka, właściwie opowiedziały tę historię, która z nich dotarła do sedna? Każde z opowiadań zawartych w tym zbiorze skłania do podobnych refleksji, do analizy zdarzeń, postaw i motywów działań bohaterów. I na długo zapada w pamięć.

Nie dajmy się zwieść okładkom. Sięgnijmy po Alice Munro.


Alice Munro "Przyjaciółka z młodości"
Tłumaczenie: Agnieszka Kuc. Wydawnictwo Literackie, 2013.

Z MOJEJ PÓŁKI. Opętanie

(Wpis pierwotnie opublikowany 23.04.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")




"Droga Panno LaMotte.
Nasza rozmowa na śniadaniu u drogiego Crabba sprawiła mi wielką przyjemność. [...] Czy wolno mi żywić nadzieję, że rozmowa ta ucieszyła również i Panią - i czy mogę mieć zaszczyt złożenia Pani wizyty? Wiem, że żyje Pani cicho na uboczu, ale ja będę bardzo cichy - pragnę jedynie omówić z panią Dantego, Szekspira, Wordswortha, Coleridge'a, Goethego, Schillera [...]. Proszę, niech Pani odpisze. Sądzę, że Pani wie, z jak wielką radością powita Pani przychylną odpowiedź
szczerze oddany
Randolph Henry Ash
[...]

Drogi Panie Ash.
[...] Żyję w zamkniętym kręgu, obcując sama ze sobą - tak jest najlepiej - nie jak Księżniczka w gąszczu cierni, w żadnym wypadku, lecz raczej jak tłusta i nader z siebie rada Pajęczyca w samym środku lśniącej pajęczyny, jeśli wybaczy Pan tę nieco niemiłą Analogię. [...] Jestem istotą Pióra, Panie Ash, Pióro to moja najlepsza cząstka, załączam tedy Wiersz, na znak szczerej wobec Ciebie życzliwości. Czy nie przedkłada Pan Wiersza, choćby niedoskonałego, nad talerz sandwiczów z ogórkiem, choćby najcudowniej pokrajanych i najdelikatniej osolonych? Wiesz przecież, co byś wolał, i ja także. [...]


Twoja do pewnych usług
Christabel LaMotte"

A.S. Byatt, "Opętanie" - fragment

***

Gdybym miała być zesłana na bezludną wyspę i mogła zabrać ze sobą tylko jedną książkę, być może wybrałabym właśnie "Opętanie" A.S. (Antonii Susan) Byatt. Nie dlatego, że uważam tę powieść za szczególnie istotną w historii literatury, ale dlatego, że jest wspaniałym towarzyszem i czytanie jej jest ogromną przyjemnością. Zresztą już raz mnie uratowała. Kupiłam ją parę lat temu w księgarni na lotnisku w Perth, za ostatnie australijskie dolary. Tylko dzięki niej przetrwałam ciągnący się w nieskończoność lot z Australii do domu, z przesiadkami w Kuala Lumpur i Londynie, który na domiar złego z powodu mgły zakończył się nieplanowo w Katowicach. Ani tytuł, ani nazwisko autorki nic mi wtedy nie mówiło, a do sięgnięcia po nią skłoniła mnie intrygująca okładka, przedstawiająca jętkę zamkniętą w szklanym kloszu... I notka na okładce, że ta książka zdobyła Nagrodę Bookera w 1990 roku. Książka na tyle mi się spodobała, że kiedy jakiś czas później w księgarni natknęłam się na polskie wydanie, postanowiłam przeczytać ją jeszcze raz, tym razem po polsku.

***

Był ranek pewnego wrześniowego dnia 1986 roku, gdy dr Roland Mitchell, młody, niespełniony i niedoceniany literaturoznawca, raczej zdolny, lecz z deficytem wiary w siebie i siły przebicia, wertując w czytelni Biblioteki Londyńskiej stare, zakurzone księgi, w jednej z nich znalazł coś, czego się zupełnie nie spodziewał. Kilka luźnych kartek, a na nich dwa brudnopisy gorączkowego listu, pisane ręką wiktoriańskiego poety, którego twórczość była przedmiotem badań Rolanda. Listy zaczynały się od słów "Droga Pani", a z ich treści wynikało, że spotkanie z ich adresatką, również zajmującą się literaturą, wywarło na poecie ogromne wrażenie. Zawierały namiętną wręcz prośbę o możliwość ponownego spotkania. Czy właściwy list został wysłany? Kim była owa niezwykła kobieta, do której był adresowany? Czy się spotkali i jak potoczyła się ich znajomość? Dla Rolanda odkrycie nieznanych dotąd faktów z życia słynnego poety mogło być wydarzeniem, które skierowałoby jego karierę naukową na właściwe tory. Ale... od początku Roland czuje, że ta zagadka jest dla niego czymś bardziej osobistym.

Tak zaczyna się ta opowieść. Dalej toczy się dwutorowo, śledzimy historię znajomości (i romansu - oczywiście nie skończyło się na dyskusjach o Szekspirze) dwójki dziewiętnastowiecznych (fikcyjnych) poetów i równocześnie tworzącą się relację między dwojgiem młodych naukowców badających ich życie (Roland zwrócił się o pomoc do dr Bailey, historyczki literatury z nurtu feministycznego). "Opętanie" to powieść literacko-detektywistyczna, romans, powieść kampusowa w stylu Davida Lodge'a. Satyryczna (w opisie środowiska akademickiego), momentami wręcz groteskowa, gdzie indziej wzruszająca i refleksyjna. A.S. Byatt mistrzowsko włada piórem i oddaje głos bezpośrednio swoim bohaterom. Narracja przerywana jest pisanymi przez nich utworami: listami, pamiętnikami, wierszami i poematami, a nawet naukowymi literaturoznawczymi pracami. Szczególnie w pamięć zapadają niepokojące baśnie tworzone przez Christabel LaMotte. Wszystko to są oczywiście fikcyjne utwory, stworzone przez autorkę na potrzeby powieści. Kilkanaście indywidualnych stylów pisarskich (nawet drugoplanowi bohaterowie parają się piórem i są dopuszczeni do głosu), kilka gatunków literackich. Jest to swoisty hołd oddany literaturze. Książka o tworzeniu literatury, jej czytaniu i odczytywaniu. O interpretacji i nadinterpretacji. Ale także o namiętności, miłości i poświęceniu; o życiu. Jednym słowem - idealna powieść na Dzień Książki.

"Opętanie" szczególnie polecam doktorantom i sfrustrowanym młodym naukowcom (nie tylko humanistom). Chociaż "współczesna" część akcji toczy się ćwierć wieku temu, w dodatku w innym kraju, jestem przekonana, że w opisie życia Rolanda znajdą echo własnych przeżyć. Pewne rzeczy są (niestety) niezmienne ;)



***
A.S. Byatt "Possession. A Romance". Vintage Books, London, 2009.
A.S. Byatt "Opętanie". Prószyński i S-ka, Warszawa 2010. Przekład Barbara Kopeć-Umiastowska.

***
Na zdjęciach: moja czytelnia pod modrzewiem i pogardzane przez Christabel sandwicze z ogórkiem.