Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2016

Po porodzie. Recenzja książki "Od urodzenia" Elisy Albert


Czy wiecie, którą mamy obecnie falę feminizmu? Zdaje się, że trzecią, głowy nie dam, bo chociaż nie mam problemu z określeniem siebie jako feministki, nie jestem specjalistką od teorii feministycznej (kwestię czym jest feminizm pozostawmy chwilowo nierozstrzygniętą). Jest nią za to Ari, bohaterka powieści Elisy Albert „Od urodzenia” (tytuł oryginalny „After Birth”). Ari to feministka zawodowa, feministycznie wykształcona – pracuje nad doktoratem z dziedziny studiów kobiecych. A właściwie przestała nad nim pracować, nawet zanim zdążyła obrać temat, tylko jeszcze nie ma odwagi się do tego przyznać przed sobą, o promotorce nie wspominając. Nie znaczy to, że osłabł zapał feministyczny Ari, problemem jest zapał do pracy naukowej. Żyjemy w świecie, w którym wiele kobiet wciąż pozbawionych jest nawet tego, co wywalczyły kobiety pokolenia naszych prababek – sufrażystki, czyli feministki pierwszej fali. Jednak Ari jest moim zdaniem przedstawicielką feminizmu, który pożera własny ogon. Właśnie konfrontuje się z ostatecznym doświadczeniem kobiecości, macierzyństwem, i zmaga się z depresją poporodową. A raczej rozpacza nad tym, że nie danej jej było skonfrontować się z nim tak, jak to sobie obmyśliła (dziecko przyszło na świat przez cesarskie cięcie, a nie siłami natury), a z depresją nie tyle zmaga się, ile się w niej pławi.

czwartek, 26 marca 2015

Opowieść o prawdziwej kobiecie. "Wędrówka Joanny" i "Ludzie z wosku" Ewy Szelburg-Zarembiny




  
Wiedziała przecież tylko tyle, że gdzieś tam był świat, po którym chodzili ludzie, którzy umieli leczyć ciała z chorób, uzdrawiać dusze z grzechów, cieszyć oczy barwami farb, a uszy dźwiękami instrumentów, i tacy, którzy po imieniu nazywali gwiazdy… Ale to wszystko byli mężczyźni. Gdyby ona urodziła się choć tamtym chłopcem na fotografii, opartym o gipsową kolumnę, w szkolnym mundurze z guzikami, z książką w ręce, może danym by jej było spotkać się z nimi. Bo gdyby była kobietą nawet tak piękną jak Róża, na jej drodze z pewnością stanąłby tylko Szczęsny Dederko.
Ewa Szelburg-Zarembina, „Wędrówka Joanny”

***
„Wędrówka Joanny” i „Ludzie z wosku” , wydane po raz pierwszy w r. 1935 i 1936, to pierwsze tomy cyklu „Rzeka kłamstwa”, początkowo zaplanowanego przez autorkę jako trylogia, ostatecznie zamkniętego już w latach powojennych w pięciu tomach. Kiedy czytam „Wędrówkę Joanny”, a potem „Ludzi z wosku”, o życiu Ewy Szelburg-Zarembiny i jej twórczości dla dorosłych nie wiem właściwie nic. Chwilowo tak jest lepiej, jestem sam na sam z tekstem, nieobciążona balastem wiedzy o genezie utworu, życiorysie autora i jego poglądach, o recepcji jego dzieła. Pamiętam tylko, że kiedy zaczęłam szkołę – a było to dokładnie w roku śmierci pisarki – półki mojej szkolnej biblioteki, i zapewne szkolnych bibliotek w całym kraju, pełne były jej książek. Jest więc oczywiste, że autorka o takim statusie nie mogła być kontestatorką ówcześnie obowiązującego ustroju. Musiała się z nim – co najmniej – w jakiś sposób zgodzić.

Nietrudno sobie wyobrazić, że „władza ludowa” mogła łaskawym okiem spoglądać na autorkę tych dwóch powieści (po wojnie zostały wznowione w r. 1947 i 48). W najbardziej prymitywnej interpretacji mogły uchodzić za obraz niedoli prostego ludu wyzyskiwanego przez panów. To również tłumaczyłoby, dlaczego potem popadły w zapomnienie. Ale sprawa nie jest tak prosta, powieści Szelburg-Zarembiny zdecydowanie nie są propagandą, są literaturą, i to bardzo dobrą, zupełnie niesłusznie odesłaną do lamusa. Miałabym ochotę napisać, że to literatura kobieca, ale żeby uniknąć nieporozumień lepiej będzie, jeśli użyję określenia: feministyczna. Kobieca w takim sensie, jak „Noce i dnie” Dąbrowskiej albo „Krystyna córka Lavransa” Sigrid Undset. W opozycji do „literatury kobiecej”, opowiadającej o kobiecie zmyślonej (słowa „zmyślenie” nie używam tu oczywiście w znaczeniu „fikcja”), te książki są opowieścią o życiu kobiety prawdziwej, która „ma dość siły, żeby udźwignąć życie, jakie jej przypadło. I nie ustanie przed metą.”1 Życiu raczej gorzkim, jeśli zdarzają się w nim niedziele, słono trzeba za nie zapłacić.

Jest koniec XIX w. Jedenastoletnia Joanna jest wiejską dziewczyną, urodzoną jako córka młynarza, a więc w stosunkowo zamożnej kaście. Jednak wszelkie „przywileje”, jakie mogły wynikać z tego urodzenia, odebrało Joannie sieroctwo. I tak pewnego dnia macocha Wincenta pakuje mały węzełek i wysyła dziewczynkę z domu przy młynie do wuja i wujenki. Będziesz tam za córkę - mówi. Ale to dopiero początek wędrówki Joanny.

Podziwiam warsztat pisarski Ewy Szelburg-Zarembiny. Urodę i obrazowość języka. Wiele mówiące niedomówienia. Sposób prowadzenia narracji za pomocą bardzo plastycznie przedstawionych epizodów, z których każdy mógłby stanowić osobną nowelę. Możemy prawie zobaczyć pogrzeb młodego Celestyna, trzeciego już męża pięknej Wincenty, i wdowę pochylająca się nad trumną; małą dziewczynkę wędrującą samotnie nieznaną drogą z dwoma czerwonymi jabłkami w węzełku; niemal rajski ogród, a w nim młodego ogrodnika i piękną dziewczynę, opiekująca się gromadką dzieci. Ale również spalony młyn, a w nim ciała nieszczęśliwej Krystyny i jej nowo narodzonego dziecka; leżącą na klepisku wiejskiej chaty, w nędzy i brudzie, niemal zagłodzoną położnicę i jej niemowlę, wiezione na wozie ciała zabitych przez chłopów Cyganów. Świat, w którym żyje Joanna, jest okrutny i obojętny, ale Szelburg-Zarembina opisuje go w sposób dziwnie piękny, poetycki. 

„Realizm magiczny” to co prawda określenie zupełnie innej literatury, ale w pewien sposób pasuje też do „Wędrówki Joanny”. Pisarka umiejętnie łączy brutalny realizm z baśniowością, naturalizm zestawia z echami wierzeń i legend ludowych – taka jest wyprawa Joanny po dobry, nieswarliwy ogień i epizod zaklinania szczurów, których plaga nawiedziła wieś. Zresztą sam motyw wędrówki też jest baśniowy – sytuacje, z którymi styka się Joanna w każdym domu, do którego trafia, przypominają próby, jakim poddawane są bohaterki baśni. Jeżeli dziewczyna pomyślnie przejdzie próby i nie ustanie w drodze, zdobędzie mądrość i odnajdzie swoje miejsce w życiu, a na końcu tej drogi czeka ją – szczęście? Z drugiej strony wiemy przecież, że Joanna nie do szczęścia się urodziła. Jednak rzeczywiście wydaje się, że po latach tułaczki  („cudze domy, przez które przechodziła ze smutkiem, ze wstydem, z nienawiścią, ze strachem, i - ludzie obcy w tych domach, którzy ją mijali potrącając, napastując lub wcale jej nie widząc”2) Joanna odnajduje miłość i szczęście w osobie – nie, nie księcia – pięknego młodego ogrodnika.

„Wędrówki Joanny” nie można traktować jako odrębnej całości. Autorka ujęła wprawdzie powieść w kompozycyjną klamrę – rozpoczyna od sceny pogrzebu, a kończy narodzinami córki Joanny – ale w ostatnich rozdziałach otwiera nowy wątek, wiemy, że mozolna wędrówka Joanny będzie trwała nadal. Tam, gdzie Szelburg-Zarembina-autorka baśni mogłaby napisać: i żyli długo i szczęśliwie, Szelburg-Zarembina-powieściopisarka wprowadza do opowieści świekrę Joanny. Pani Cezaryna nie uosabia matczynej czułości (której Joanna tak pragnęła, a której nigdy nie zaznała), jej przybycie przypomina raczej o wrogim świecie, przed którym nasi bohaterowie nie będą w stanie się obronić.

„Ludzie z wosku” podejmują opowieść w miejscu, gdzie urywa się „Wędrówka…”.  To historia małżeńskiego życia Joanny. Miłość, nawet odwzajemniona i potwierdzona złotą obrączką, to jednak nie to samo, co szczęście. Wraz z chorobą Kaja, męża Joanny, który nie jest już w stanie wykonywać zawodu ogrodnika, na młodą rodzinę spada nędza, a Joanna musi przejąć na swoje barki cały ciężar utrzymania męża, dziecka i siebie. Wieje wiatr historii. Jest rok 1905, Rosja walczy z Japonią, a Joanna, znalazłszy się na krótko w Warszawie, ociera się o rewolucję, bierze udział w ulicznych protestach. W kraju trwa ferment, znów budzą się aspiracje narodowe, ale do głosu dochodzą również te społeczne. Ścierają się ze sobą PPS i endecja. Te wydarzenia są pokazane z perspektywy Joanny oraz jej córeczki Salomei. 

W prozie Szelburg-Zarembiny widać wyraźnie jej wrażliwość na kwestie społeczne, w szczególności sytuację kobiet. Oprócz Joanny i całej galerii drugoplanowych postaci kobiecych, w ten lub inny sposób tragicznych, w obu powieściach znajdziemy rzeszę kobiet bezimiennych.
    – „O, Maryjo, wspomóż nas.” – Zginając się w proszalnych pokłonach drgały grzbiety kobiet, wyschnięte, krzywe, zgarbione od bezustannej ciężkiej pracy. Trzęsły się, wsparte o kolana, słabe, miękkie brzuchy, pełne chorych wnętrzności, nadwerężonych częstymi porodami i jeszcze częstszym ronieniem.
    – „Maria może nas wspomóc”. 
    Wygryzione przez kuchenny ogień, przez swąd żelazek, przez mydlane opary, przez gorzką słoność codziennych łez – oczy ich szukały pilnie spojrzenia świętego obrazu, które to spojrzenie jest Nieustającą Pomoc niosące. 
    – „Maria może nas wspomóc”. 
    Nie starzejące się nigdy dziewczęce serca biją pod zwiotczałymi, obwisłymi, wyssanymi piersiami. Wołają ufnie przez spierzchnięte usta:
    – „Maria nas wspomoże!”3 

Ale to nie wielka historia i polityka, nie dramat w skali społecznej, a osobista historia Joanny, Kaja i ich córeczki Mei i kameralny dramat tej małej rodziny najbardziej mnie w „Ludziach z wosku” interesują. Joanna i Kaj nie mają niczego, oprócz dumy i honoru. Oboje zbyt dobrzy, żeby im mogło być dobrze w życiu. On łatwo zjednuje sympatię wszystkich, lecz ile warta jest ta sympatia? Ona – przeciwnie. Joanna – dumna, nieprzejednana, bezkompromisowa, choć równocześnie wrażliwa, współczująca i uczynna – nie jest osobą łatwo dającą się lubić, zbyt się różni od otaczających ją kobiet. Ewa Szelburg-Zarembina opisuje losy tej pary i ich miłość, którą można określić jedynie jako tragiczną, w sposób przejmujący i rozdzierająco smutny. 

 ***

Po przeczytaniu „Wędrówki...” i „Ludzi z wosku” zaglądam do hasła poświęconego Ewie Szelburg-Zarembinie w Wikipedii (nawiasem mówiąc, daty pierwszego wydania tych dwóch powieści są tam błędnie podane). Teraz staje się dla mnie jasne, że pisarka Joanny i Kaja nie stworzyła z wyobraźni, nadała fikcyjną formę postaciom własnych rodziców, a dzieciństwo małej Salomei było dzieciństwem Ireny Ewy Szelburg. Ta wiedza nie była mi jednak potrzebna, żeby się tymi książkami zachwycić, a Joannę, ich bohaterkę uznać za kobietę z krwi i kości.

***
Do sięgnięcia po powieści Ewy Szelburg-Zarembiny zainspirował mnie wpis na blogu Czytanki Anki dotyczący "Śladów nieobecności", eseju biograficznego poświęconego tej pisarce. Tej książki jeszcze nie znam, ale do twórczości Ewy Szelburg-Zarembiny z pewnością będę wracać.

*** Dom młynarza - początek XX w. ***
---  
Ewa Szelburg-Zarembina, „Wędrówka Joanny”, „Ludzie z wosku”. W: „Dzieła, tom piąty”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1971. 
   
1,3„Ludzie z wosku”
2„Wędrówka Joanny”


wtorek, 10 lutego 2015

Kobieta w czasach katedr

*** Bardzo dziwne, trzytomowe wydanie... ***
Kto chciał poczytać o klasycznej już książce
*** ...ale można z niego zbudować katedrę. ***














---
Ken Follett, "Filary Ziemi". Oficyna wydawnicza C&S, Warszawa 1992. Przełożył Grzegorz Sitek.
"Filary Ziemi" (2010). Serial TV. Reż. Sergio Mimica-Gezzan, scen. John Pielmeier.

piątek, 2 stycznia 2015

O "Emancypantkach" Bolesława Prusa







Po świętach wybrałam się w krótką podróż, porzuciłam więc lśniącą złotymi grudkami Eleanor Catton na stronie 246 i do pociągu zabrałam ze sobą lekki i zgrabny czytnik e-booków, wypełniony głównie klasyką. Nie ma to jak porządna, prawdziwa dziewiętnastowieczna powieść. Tak się złożyło, że po powrocie z podróży byłam zmuszona na jakiś czas zapakować się do łóżka (gdzie pozostaję do dzisiaj), ale do Catton jeszcze nie wróciłam. Wciąż leży przy łóżku z zakładką pomiędzy stronami 246 a 247, na których ciągle jest ten sam dzień, który rozpoczął się na stronie pierwszej, a akcja dopiero się zawiązuje. Do gorączki złota w mieście Hokitika zapewne wrócę niebawem, tymczasem całkowicie pochłonęły mnie zdumiewające przypadki Madzi Brzeskiej.

Kto dzisiaj czyta „Emancypantki” Prusa? Może studenci polonistyki, ale mam wrażenie, że szersze grono czytelników o tej książce zapomniało. Niesłusznie, bo lektura „Emancypantek” może dostarczyć współczesnemu czytelnikowi wiele przyjemności i kilku tematów do refleksji. Z jednej strony to taka pozytywistyczna baśń o Kopciuszku, z tym że czytelnik nie jest ani przez chwilę pewny, czy piękne i pełne cnót dziewczę poślubi w końcu swojego księcia, który nie jest co prawda szczególnie urodziwy, za to z całą pewnością inteligentny i posiada pałac. „Tylko Bóg wie o tym” – pozwolę sobie zacytować matkę Apolonię. Co więcej, czytelnik w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy takiego właśnie losu powinien owemu Kopciuszkowi życzyć. Z drugiej strony „Emancypantki” to gorzka satyra społeczno-obyczajowa, ale i to jeszcze nie wszystko, bo Prus z dużą dozą wnikliwości zagląda w dusze i umysły swoich bohaterów, jest to więc również powieść psychologiczna. Daje też kilka wykładów naukowych i filozoficznych, próbując pogodzić naukowy materializm z religijną duchowością, ustami schorowanego matematyka Dębickiego naukowo dowodząc istnienia duszy, a dowód ten opierając między innymi na fizycznych właściwościach eteru (owej tajemniczej substancji, która do dnia dzisiejszego przetrwała w wyrażeniu „fale eteru”, ale próżno by jej szukać we współczesnych podręcznikach fizyki). Wykłady te mogą być nieco nużące, ale jednocześnie są wspaniałym przykładem intelektualnego fermentu, którym odznaczała się druga połowa XIX w. (boleśnie kontrastującego z marazmem, który charakteryzuje nasze czasy).

Na stronach „Emancypantek” znajdziemy całą galerię ciekawych postaci kobiecych i męskich, ale główną bohaterką powieści jest Madzia Brzeska, w chwili gdy ją poznajemy panienka osiemnasto- czy dziewiętnastoletnia, niedawna absolwentka renomowanej pensji pani Latter, obecnie na tej pensji pełniąca obowiązki damy klasowej, czyli nauczycielki. Panna Brzeska jest córką niezamożnego prowincjonalnego lekarza i ten fakt dobitnie wyznacza jej miejsce w społeczeństwie i aspiracje życiowe, dlatego, otrzymawszy posadę prawie darmowej nauczycielki, sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Madzia, czy też panna Magdalena, jest śliczna (ale o tym nie wie), wesoła, bardzo zdolna, a przy tym bardzo naiwna. Ale co najważniejsze – Madzia ma anielskie serce. Nie ma w niej ani śladu egoizmu, a jej postępowaniem kieruje przede wszystkim chęć ulżenia innym w kłopotach. Nietrudno się domyślić, że tak kryształowa osoba jest najlepszym celem plotek i obmowy. A to właśnie plotka rządzi tym światem i trzeba przyznać, że odmalowując to polskie piekiełko, wszystko jedno, czy jest nim prowincjonalne powiatowe miasteczko, czy stolica, Prus wykonał świetną robotę.


Kiedy zaczynałam czytać tę powieść, sądziłam, że ostrze satyry będzie wymierzone właśnie w kobiety, w tytułowe emancypantki, i że to słowo z pewnością jest opatrzone ironicznym cudzysłowem. Jest tak do pewnego stopnia, bo naprawdę niewiele trzeba, by kobiecie przyczepiono łatkę „emancypantki” (określenie pejoratywne). To prawda, że przedstawione w powieści „emancypantki-aktywistki” to postacie groteskowe. Ale jednocześnie Prus przedstawił sytuację kobiet w ówczesnym społeczeństwie w sposób realistyczny i rzetelny i niewątpliwie odnosił się do „sprawy kobiet” ze zrozumieniem i sympatią. Napiętnował społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet nawet tam, gdzie nie dostrzegały jej jego bohaterki, bo większość z nich nie rozmyślała ani nad podwójnymi standardami moralno-obyczajowymi, ani nad faktem, że ich praca jest kilkukrotnie niżej wynagradzana niż porównywalna z nią praca mężczyzny, ani nad tym, że dominująca rola mężczyzny, jako rzekomego opiekuna kobiety, bardzo często pozwalała mu po prostu na pracy kobiety pasożytować. W powieści Prusa mamy różnorodne typy kobiet, które zresztą przetrwały do naszych czasów. Są „wojujące feministki”, są „strażniczki patriarchatu”, są wreszcie kobiety „samodzielne” – przeważnie nie z pobudek ideologicznych, a z konieczności życiowej. Niektóre z tych kobiet występują w podwójnych rolach, np. pani Latter, właścicielka pensji, jest samodzielną kobietą sukcesu (niestety w chwili, gdy ją poznajemy, sukces odchodzi już w przeszłość), a jednocześnie wychowuje swoje dzieci w sposób, który petryfikuje krzywdzący kobiety porządek społeczny.

Co ciekawe, w powieści mówi się o „samodzielności” kobiet i „emancypacji”, ale nigdy nie padają słowa „niezależność” i „równouprawnienie”. Zastanawiam się, czy te pojęcia nie funkcjonowały wówczas w dyskursie społecznym, czy też dobór słownictwa był wynikiem politycznej (auto?)cenzury. Bo przecież od niezależności tylko krok do niepodległości, a wspominanie o prawach w ogóle jest niebezpieczne. Czytając „Emancypantki” możemy porozmyślać nad tym, jak daleką drogę przebyło nasze społeczeństwo przez te 140 lat, a z drugiej strony – jak niewiele się w pewnych kwestiach zmieniło. Bo przecież wiele problemów, z którymi borykały się kobiety w latach 1870-tych, jest wciąż naszymi problemami, chociażby dyskryminacja zarobkowa.

Przyznam się, że pod koniec powieści anielskość i naiwność Madzi zaczęły mnie męczyć i miałam ochotę nieco nią potrząsnąć (sama Madzia też coraz bardziej męczyła się życiem). Mimo to książkę gorąco polecam wszystkim, kobietom i mężczyznom, tym z lewej i z prawej strony sceny politycznej. To naprawdę świetny kawał literatury, wypełniony celnymi obserwacjami społecznymi i niepozbawiony humoru (choć nieco gorzkiego). Może tylko satyra jest czasem kreślona trochę zbyt grubą kreską (np. satyryczne nazwiska większości postaci dalszego planu nieco mnie irytowały). Ale ta powieść jest pełna skarbów, ot chociażby taki fragment sprawił mi dużo radości – to jakby pierwszy szkic scenariusza filmu „Melancholia”:

Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: "W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną."
W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. "Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca." Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie? Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga - nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.
"Ale i w tym wypadku - pisali pesymiści - tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód."
"To jeszcze można wytrzymać!" - powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów. Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.(...)

---
Link do tekstu "Emancypantek" znajduje się się w zakładce "Książki z domeny publicznej".
Na "okładce" "Emancypantek" zamieszczonej w tym wpisie umieściłam obraz George'a Clausena.