Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2020

Kiedy czarownica spotyka wampira, a magia wkracza do laboratorium genetyki molekularnej




Kiedy Deborah Harkness, na co dzień profesor historii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, zabrała się za pisanie swojej pierwszej powieści, postanowiła zdyskontować sukces kilku popularnych serii książkowych końca XX i początku XXI w. To się udało, bo powieść "A Discovery of Witches" (po polsku ukazała się jako "Księga czarownic"), wydana w 2011, została bestsellerem - tak samo jak jej dwie kontynuacje: "Shadow of Night" ("Cień nocy") i "The Book of Life" ("Księga życia"). Całość znana jest jako "All Souls Trilogy", a po polsku jako "Księga wszystkich dusz". Książki stały się też podstawą serialu telewizyjnego, którego drugi sezon będzie miał premierę w styczniu.

środa, 20 grudnia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Ivanhoe" Waltera Scotta, czyli proszę nie sugerować się tytułem

Kiedy wybrałam się do biblioteki w poszukiwaniu tego klasycznego dzieła, okazało się, że jedyny egzemplarz znajduje się w dziale dziecięcym. Była to edycja Wydawnictwa Zielona Sowa, Kraków 2003, przekład i opracowanie Agnieszka Ślusarczyk i Marta Stęplewska, wydana w serii "Na szlaku wielkiej przygody". Przemknęła mi przez głowę myśl, że mogłabym przeczytać z Gutenberga w oryginale, ale szybko ją od siebie oddaliłam, więc moje uwagi będą dotyczyły właśnie tego wyżej wymienionego wydania. Zaznaczam na wszelki wypadek, bo choć nie znalazłam informacji, że zawiera ono skróty lub inne zmiany, jestem lekko nieufna. W każdym razie, na skutek kontaktu z tym właśnie wydaniem, pierwsze i powracające pytanie, które nasunęło mi się podczas lektury brzmi: czy "Ivanhoe" to powieść dla dzieci? Odpowiedź brzmi nie, nie, po trzykroć nie, a powodów jest kilka, o czym za chwilę. A tymczasem spróbuję pokrótce przedstawić, o czym rzecz traktuje.

Otóż nie o Ivanhoe. (I nie o Indianach, niestety ;). W dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że Walter Scott nie pisał o Indianach, sądziłam, że Ivanhoe to imię wodza indiańskiego). Wilfryd Ivanhoe, saksoński rycerz, który właśnie powrócił do Anglii z Palestyny, gdzie walczył u boku Ryszarda Lwie Serce (który również pojawia się w powieści), jest istotną postacią z punktu widzenie przebiegu fabuły, ale zadziwiająco mało rozwiniętą i zajmującą mało miejsca. Pojawia się tylko na krótkie chwile, żeby dokonać owych czynów, bez których akcja nie mogłaby się posunąć dalej, ale poza tym wydał mi się niemal nieistotny. Głównym tematem powieści są (tu zaskoczenie) relacje między Żydami a resztą społeczeństwa ówczesnej Anglii. Mam wrażenie, że Scott obrał za temat co innego, a mianowicie formowanie się narodu angielskiego przez zespolenie ludności saksońskiej z normandzkimi najeźdźcami, które w czasach, o których pisze, jeszcze nie nastąpiło. Jednak tarcia pomiędzy szlachtą saksońską a normandzką, plany przywrócenia na tron saksońskiego monarchy, którym oddaje się Cedryk, ojciec Ivanhoe (bohater znacznie "główniejszy" niż syn) moim zdaniem ustępują miejsca temu pierwszemu tematowi. Zresztą jedyną postacią, która została zarysowana z pewną głębią, jest Rebeka, córka żydowskiego lichwiarza, Izaaka z Yorku. Oprócz wyżej wymienionych postaci mamy jeszcze piękną lady Rowenę, obiekt uczuć Ivanhoe, Athelstana, ociężałego potomka saksońskich władców, templariusza Briana z Bois-Guilbert, złego księcia Jana, próbującego przejąć tron pod nieobecność brata, a nawet Robin Hooda i całą jego wesołą kompanię, a także dwóch poddanych Cedryka, błazna Wambę i pasterza Gurtha. Na akcję natomiast składają się: turniej rycerski, zasadzki, potyczki, oblężenie zamku, uprowadzenie, proces o czary z groźbą spalenia na stosie, próba zamachu stanu oraz, oczywiście, dzieje pewnej miłości. Wszystko składa się rzeczywiście na powieść przygodową, o której mogłabym napisać wartka, gdyby nie to, że Scott ma skłonność do nużących dłużyzn.

I to jest pierwszy powód, dla którego stanowczo odradzałabym lekturę "Ivanhoe" dzieciom. Te ciągnące się całymi stronami opisy i erudycyjne popisy autora mogą skutecznie zniechęcić młodego człowieka do czytania. Zresztą bardzo wątpię, czy takiego właśnie czytelnika wyobrażał sobie autor. Po drugie, choć powieść przygodowa to, zdawałoby się, gatunek wymarzony wręcz dla młodzieży, mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno powieść, w której przemoc jest głównym motorem akcji, a kobietom co chwilę grozi się gwałtem, należy podsuwać dzieciom. Po trzecie, nawet bohaterowie pozytywni prezentują postawy nieakceptowalne (na szczęście) w naszych czasach, mam tu na myśli owe relacje chrześcijańsko-żydowskie. Jest to zgodne z prawdą historyczną, ale dziecko nie powinno być z tą prawdą pozostawione bez komentarza. Po czwarte, no cóż, wydaje mi się, że wszystkie pozaprzygodowe aspekty tej książki po prostu będą niezrozumiałe dla młodego czytelnika.

Dzisiaj dyskutujemy na blogu Pyzy, jej wpis o "Ivanhoe" i miejsce na wymianę poglądów znajdziecie TUTAJ. Koniecznie zajrzyjcie. A za miesiąc bohaterem Pikniku będzie Henry James i "Bostończycy".

wtorek, 10 stycznia 2017

"Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaitė. Jak się wędruje po tym lesie?


"Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaitė to książka, o której głośno było u nas pod koniec 2015 roku. Opowieść o losach szlacheckiej rodziny Narwojszów i XVII-wiecznym Wilnie była szeroko komentowana, autorka gościła na Festiwalu Conrada w Krakowie, a jej dzieło wzbudziło jednogłośny zachwyt krytyków i czytelników - jeśli zachwyt czytelników można mierzyć liczbą entuzjastycznych recenzji na blogach. Dlatego pozwalam sobie pominąć część opisującą powieść i przejdę od razu do moich wrażeń z jej lektury.




niedziela, 8 stycznia 2017

Klub Podróżniczy Craigh na Dun, czyli spotkajmy się w XVIII stuleciu!




Jeszcze pół roku temu nazwisko Diany Gabaldon było mi całkowicie obce i ten stan pewnie trwałby nadal (bo jej książki są zaszufladkowane w takiej szufladce, do której ja nigdy nie zaglądam), gdyby nie to, że zupełnie nieoczekiwanie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a serialem  „Outlander”, będącym telewizyjną adaptacją jej bestsellerowego cyklu powieściowego. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo opis tej produkcji  nie wydawał mi się szczególnie zachęcający. Motyw podróży w czasie – na którym książki i serial są oparte – po pierwsze jest bardzo wyświechtany, a po drugie zawiera w sobie niemożliwy do obejścia błąd logiczny (typu: cofnę się w czasie i zrobię coś, co uniemożliwi moje przyjście na świat). A jeśli na to ma być jeszcze nałożona miłość silniejsza niż wszystko, wszechogarniająca namiętność, dramat, wojna i przygoda, to.... ehm, chyba nie moja bajka. Tak myślałam, ale – jak się okazało – byłam w wielkim błędzie. Serial obejrzałam jednym ciągiem, a potem postanowiłam sprawdzić, jak to było napisane.

wtorek, 6 grudnia 2016

Kobieta w zielonej sukni. Kobieta? – Diana Gabaldon, „Lord John and the Private Matter”( „Lord John i sprawa osobista”)




Ponieważ w tym roku mój blog bardzo podupadł (mam jednak wielką nadzieję, że podźwignie się w 2017), nie dziwi mnie wcale, że w wyzwaniu „Zielona sukienka” również panuje zastój. Ale wyzwanie jednak trwa i wciąż można przesyłać swoje zgłoszenia, do czego gorąco zachęcam.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że wśród moich tegorocznych lektur również panowała posucha na zielone sukienki, dopiero niedawno natknęłam się na zieloną suknię, która nie tylko się w książce pojawia, ale w dodatku odgrywa istotną rolę w fabule.

Londyn, rok 1757. Pewnego przyjemnego czerwcowego dnia angielski arystokrata major John Grey dokonuje bardzo nieprzyjemnego odkrycia. Natury osobistej. Nie chodzi o jego sobę, ale sprawa dotyczy kogoś, kto niedługo ma wejść do rodziny majora. To znaczy ożenić się z jego kuzynką. A na to w zaistniałych okolicznościach, jeśli to rzeczywiście prawda, a nie pomyłka, Grey nie może pozwolić. Jakby tego było mało, spada na niego jeszcze jeden niemiły obowiązek: major Grey zostaje wyznaczony do przeprowadzenia śledztwa w sprawie brutalnego morderstwa popełnionego na żołnierzu z jego pułku. Sprawa jest delikatna i nagląca, bo zaginęły również poufne dokumenty wojskowe, które byłyby łakomym kąskiem dla walczących z Anglikami Francuzów, a zamordowany żołnierz był podejrzewany o szpiegostwo. I tak wkraczamy w świat angielskiej armii i arystokracji, i tajnych służb, by razem z lordem Johnem przemierzać londyńskie zaułki i zaglądać do przybytków uciech i domów schadzek... dla specyficznej klienteli. Podążamy śladem tajemniczej kobiety w zielonej aksamitnej sukni, która może być kluczem do rozwiązania obu zagadek. Albo zaprowadzić Greya w ślepy zaułek.

niedziela, 20 marca 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ": Prowincjonalne misteczko "Middlemarch" George Eliot





Przyznam się, że "Middlemarch" to mój pierwszy kontakt z twórczością George Eliot - tylko po części satysfakcjonujący. Tu muszę się przyznać również do drugiej rzeczy: nie skończyłam jeszcze lektury i w chwili, gdy czytacie ten tekst, ja wciąż tkwię w prowincjonalnym angielskim miasteczku na przełomie lat 20. i 30. XIX w.* Po pierwsze przewidziałam zbyt mało czasu na przeczytanie tej, jednak bardzo obszernej, powieści, a po drugie - zbyt późno zorientowałam się, że nie mam skąd zdobyć polskiego przekładu i jestem zmuszona czytać "Middlemarch" w oryginale. Tutaj czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. O ile do tej pory angielska dziewiętnastowieczna literatura nie sprawiała mi poważniejszych trudności językowych, przez prozę George Eliot brnę jak po grudzie. Jej złożone zdania są dla mnie na tyle zawiłe, że nawet jeśli rozumiem każdą poszczególną frazę, to złożenie ich wszystkich i wydobycie ogólnego sensu zdania sprawia mi niekiedy spore problemy. Poza tym Eliot pisze bardzo rozwlekle, a jej nieskończenie długie akapity potrafią być nużące i, nie potrafię tego ukryć, po prostu nudne. Nie oznacza to, że tak właśnie określiłabym całą powieść - "Middlemarch" nie jest nudne, ale jest to książka, która może sprawić czytelnikowi, a zwłaszcza nie-Brytyjczykowi, spore trudności. Wikipedia poinformowała mnie, że Virginia Woolf określiła "Middlemarch" jako "jedną z niewielu angielskich powieści napisanych dla ludzi dorosłych". Nawet jeśli nie całkiem zgadzam się z tą opinią, to wcale mnie ona nie dziwi - wszystko w tej powieści sugeruje, że mamy do czynienia z poważnym dziełem dla poważnych czytelników: począwszy od męskiego pseudonimu autorki (naprawdę Mary Ann Evans), poprzez poważny, skomplikowany język (przebłyski humoru pojawiają się od czasu do czasu, ale nie nadają tonu stylowi powieści), rozmach dzieła, głębię i złożoną tematykę.

środa, 18 listopada 2015

Jeden dzień Dorriga Evansa. Richard Flanagan, „Ścieżki Północy” – recenzja



   
Zazwyczaj Nagrodę Bookera otrzymują bardzo dobre książki, ale w tym roku wyróżniliśmy arcydzieło” – powiedział o „Ścieżkach Północy” A.C. Grayling, przewodniczący jury ubiegłorocznej edycji Man Booker Prize1. Nie uważam powieści Flanagana za arcydzieło. Nie jestem nawet pewna, czy jest to bardzo dobra książka (co zakrawa na bluźnierstwo, zważywszy na laur, jakim uhonorowano autora). Ale nie ulega wątpliwości, że „Ścieżki Północy” to książka, którą warto przeczytać, a Richard Flanagan jest pisarzem zasługującym na uwagę.

poniedziałek, 28 września 2015

Sarah Waters, "Pod osłoną nocy"



     
– Chodzę do kina […] Czasami zaliczam dwa seanse z rzędu. Czasem wchodzę w trakcie i najpierw oglądam drugą połowę. Nawet tak wolę: przeszłość bohaterów jest znacznie ciekawsza niż ich przyszłość. Przynajmniej moim zdaniem…” 
– mówi Kay, bohaterka czwartej powieści w dorobku Sary Waters. Moim zdaniem również. W „Pod osłoną nocy” wchodzimy jak na seans filmowy, który trwa już od dłuższego czasu. Zostajemy wrzuceni w codzienność czworga bohaterów, której na razie nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

niedziela, 6 września 2015

„Piorun przeszył niebo” albo moje wrażenia z lektury I tomu „Stulecia Winnych” Ałbeny Grabowskiej





Przed wizytą w bibliotece mam zwyczaj przeglądać w katalogu internetowym listę ostatnio zakupionych książek. Zazwyczaj lwia ich część jest już opatrzona informacją: „wszystkie egzemplarze są wypożyczone”. Ostatnim razem udało mi się jednak wrócić do domu nie tylko z paroma zakurzonymi dziełami klasycznymi (kurz jest na szczęście metaforyczny), ale też z dwoma tomami cyklu „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej, które pożyczyłam jako pierwsza czytelniczka wprost z rąk pani bibliotekarki, oprawiającej je w grubą plastikową folię.

***

Są tacy pisarze, których nazwałabym autorami drugiego obiegu, przy czym wszelkie skojarzenia z drugim obiegiem, funkcjonującym w czasach PRL, są całkowicie błędne – mam na myśli obieg blogowy. Ci autorzy w blogosferze są świetnie znani i uwielbiani, natomiast próżno szukać informacji o nich w „oficjalnym” obiegu literackim. Milczą o nich profesjonalni krytycy, nie pojawiają się na poświęconych kulturze stronach gazet, w czasopismach literackich, ani innych tradycyjnych mediach. Te obiegi nie są oczywiście ściśle rozdzielone, niemniej daje się je rozróżnić. Mam wrażenie, że taką właśnie „autorką drugiego obiegu” jest Ałbena Grabowska. O jej istnieniu pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby jej nazwisko nie zwróciło mojej uwagi na blogach. Jeśli poszukacie recenzji książek Ałbeny Grabowskiej w Internecie, na blogach i portalach czytelniczych, to dowiecie się jednego: czytelnicy ją uwielbiają. Ze świecą trzeba szukać opinii chociażby lekko krytycznych. Skupmy się na pierwszym tomie „Stulecia Winnych”, bo o tej książce będę pisać: Biblionetka – ocena użytkowników: 4,9/6; Lubimyczytać: 8,0/10; Granice: 5,4/6. Odważycie się poznać obiekt tych zachwytów? No to zaczynamy!

sobota, 20 czerwca 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Stefan Żeromski, "Popioły"











Jeszcze wczoraj nie byłam pewna, jak podejść do pisania o „Popiołach”. Czy odnosić się do wizji historii przedstawionej w powieści? Odczytywać przesłanie Żeromskiego, zastanawiać się nad tragizmem losów polskich żołnierzy, którzy związali się z Napoleonem? Sensem lub bezsensem ich walki, jej wymiarem moralnym? Zdecydowałam jednak, że te wszystkie wielkie kwestie (prawie) pominę, bo kiedy się czyta „Popioły” – dzisiaj – wielkie sprawy i pytania zostają przysłonięte przez szereg spraw małych. Skupię się więc na walorach literackich „Popiołów”.

Zastanawiałam się, kiedy przedstawić moją opinię na temat tego wielkiego fresku historycznego, tej rozległej panoramy polskiego życia na przełomie XVIII i XIX w. Trzymać przez jakiś czas w zanadrzu, czy ujawnić na początku? Ponieważ jednak podejrzewam, że nie mam talentu do budowania napięcia, przyznam się od razu: „Popioły” zapamiętam jako tę powieść, przy której znielubiłam Żeromskiego. Czy wobec tego warto ją czytać? Tak, ale dziś już tylko jako zabytek literatury, który odcisnął wyraźne piętno na naszej kulturze narodowej. W końcu była to powieść, do której szereg pokoleń się odnosił, i o której zawzięcie dyskutowano, choć mam wrażenie, że ostatnia taka dyskusja odbyła się pół wieku temu, przy okazji premiery filmu Andrzeja Wajdy (tak, w tym roku mija dokładnie 50 lat). „Popioły” przyniosły Żeromskiemu sławę i pieniądze, spotkały się więc z entuzjastycznym przyjęciem czytelników. Wynikało to oczywiście z tego szczególnego momentu w historii – powieść odpowiadała na ówczesne oczekiwania czytelników. Dzisiaj, po iluś kolejnych zakrętach dziejowych, można spojrzeć na „Popioły” bez emocji, chłodnym okiem, i bez szkolnego przymusu uznania wielkości dzieła. Warto się z tym zabytkiem kultury narodowej zapoznać, ale dziś już trudno się nim zachwycić. Nic dziwnego, że ta powieść trafiła do lamusa, bo szczerze mówiąc, pod pewnymi względami „Popioły” są dosyć słabe.

Co mi się nie podoba? Epika rządzi się pewnymi prawami, które Żeromski zlekceważył. Właściwie „Popioły” mogłyby służyć za przykład, jak nie pisać powieści historycznej. Kompozycja jest bezkształtna i nużąca, narracja rozwlekła, brak znaczącego bohatera, brak wyraźnego nurtu akcji, który byłby w stanie porwać czytelnika i przeprowadzić go przez te wszystkie męczące, drobiazgowo opisane historyczne wydarzenia. Psychologiczne prawdopodobieństwo zastępują patetyczne opisy gwałtownych stanów emocjonalnych, z tym że trudno w głębię owych emocji uwierzyć. No i to nieznośne opisowe rozbuchanie. Nie jestem przeciwniczką kunsztownych opisów przyrody, dozowanych umiejętnie, ale w „Popiołach” Żeromski przekroczył wszelkie granice. Owszem, niektóre z nich są językowo ciekawe, na przykład taki, ze zręcznie zastosowaną synestezją: „Jasna woń miodu spłynęła z lepkiej koniczyny, a szorstka woń z cząbrów”, ale nie wszystkie są tak udane. Nagromadzenie opisów w powieści jest niezwykle nużące, a język Żeromskiego jest, ogólnie rzecz biorąc, daleki od eleganckiej, zdyscyplinowanej prostoty. Powiedzieć, że czasem ociera się o grafomanię, to eufemizm, bo w niektórych fragmentach Żeromski po prostu jest grafomanem. Niestety nie wynotowywałam sobie co bardziej soczystych fragmentów, ale zapamiętałam na przykład, jak Rafał dopadł księżniczki Elżbiety i „zatopił w niej dziób i pazury oczu”. W posłowiu znalazłam jeszcze taki ciekawy cytat: „ogarniał go chichot wyłaniający się z płonących bebechów wściekłości”. Ale „truchlał jak zabity trup” nawet mi się podoba, z tym że niekoniecznie w tego typu literaturze.

Podeszłam do książki z pozytywnym nastawieniem, ale podczas lektury narastało we mnie nieodparte uczucie niechęci. I wobec powieści, i wobec świata w niej przedstawionego. Polska w „Popiołach” jest krajem zacofanym i barbarzyńskim, zamieszkałym przez prymitywnych ludzi, w którym dominuje tyrania: rodziców wobec dzieci, panów wobec chłopów. Panuje ciemnota, tylko utrwalana przez system szkolnictwa, i niesprawiedliwość. Czytając, doszłam do wniosku, że upadek takiego kraju nie był tragedią, a jedynym możliwym rozwiązaniem historycznym. W rozmowie starego szlachcica Nardzewskiego z austriackim urzędnikiem, to ten drugi jest przedstawicielem systemu łagodzącego (nieco) niesprawiedliwość społeczną, u Polaka patriotyzm łączy się ze zniewoleniem chłopa. Oczywiście można też w powieści znaleźć przykłady innego myślenia, nowoczesnego i moralnego, jak chociażby w postaci Piotra Olbromskiego. Ale Piotr Olbromski pojawia się tylko po to, żeby zaraz umrzeć. Nie zarzucam Żeromskiemu antypolskości, krytyczne spojrzenie na własną historię jest więcej warte niż pławienie się w samozadowoleniu. W opisie wojen Napoleońskich i udziału w nich Polaków Żeromski też nie ogranicza się do samych kart chwalebnych, opisuje bestialstwo i brutalność armii maszerującej pod sztandarami wolności, równości i braterstwa, a odbierającej wolność innym narodom. Ale powieść kończy się cukierkowym obrazkiem: „Dotrzymał Cesarz słowa honoru, danego pod Madrytem najsłabszemu ze swych żołnierzy, konającemu w polu kalece. Dla tego jednego słowa wielkie pułki złączył, umundurował, wyżywił i poruszył. Sprzągł ze sobą obce narody…” Aha. Później jeszcze Napoleon napotka wzrokiem oczy Krzysztofa Cedry. Dla mnie to jednak kicz i wyraz pewnego tchórzostwa Żeromskiego, zamykającego powieść w roku 1812, podczas wymarszu wojsk napoleońskich na Rosję.

Powoli zbliża się godzina 12.00 i czas publikacji wpisu. Nie zdążę już opisać bliżej Rafała Olbromskiego, głównego, pożal się Boże, bohatera „Popiółów”. Wspomnę tylko, że Rafał walnie przyczynił się do mojej niechęci wobec powieści. Prymitywny chłopaczek, egoista bez żadnej idei i moralności, który właściwie przez całą powieść zachowuje mentalność siedemnastolatka. Dzieje jego „miłości” i ich obiekty są równie żałosne, jak on sam, i naprawdę żałuję, że Żeromski zamieścił te wątki „miłosne” (w cudzysłowie, bo choć autor nie szczędził opisów mąk duchowych tudzież przepełniającego dusze kochanków szczęścia, trudno w ogóle uwierzyć, że posiadają oni dusze). Oczywiście samo w sobie jest ciekawe, że Żeromski tak mizerną postać uczynił głównym bohaterem powieści, a więc niejako również symbolem polskości.

W tym miejscu kończę wpis i zapraszam do dyskusji. Koniecznie przeczytajcie też dzisiejszą notkę Pyzy o „Popiołach”.
***

Na następnym pikniku zmienimy całkowicie klimat i tematykę. W wakacje postanowiłyśmy sięgnąć po literaturę kojarzącą się z urlopem, czyli kryminał i horror. Za miesiąc (20 lipca) będziemy omawiać "Tajemnicę Czerwonego Domu", kryminał autorstwa A.A. Milne'a (tak, tego od Kubusia Puchatka). A w sierpniu planujemy sięgnąć po jakąś klasyczną opowieść z dreszczykiem. Zapraszamy!

---
Stefan Żeromski, "Popioły. Powieść z końca XVIII i początku XIX w.". Oprac. Stanisław Pigoń, posłowie Henryk Markiewicz. Czytelnik, Warszawa 1966.

piątek, 1 maja 2015

Sarah Waters "Za ścianą" - recenzja


Historia opowiedziana w najnowszej powieści Sary Waters rozpoczyna się od pewnego niedzielnego popołudnia wiosną 1922 roku, kiedy w monotonne życie Frances Wray i jej owdowiałej matki - oraz do ich domu - wkracza młode małżeństwo z "klasy urzędniczej", Leonard i Lilian Barberowie. Panna i pani Wray były zmuszone przyjąć lokatorów do swojego niegdyś eleganckiego, a obecnie podupadającego domu na przedmieściach Londynu. Od wybuchu wojny ich styl życia bardzo się zmienił, służące odeszły jeszcze w 1916, skuszone ofertą pracy w fabryce amunicji, i nie udało się znaleźć nowych. Zresztą nie byłoby za co ich nająć. Niefortunne inwestycje pana Wraya bardzo nadszarpnęły rodzinne finanse, choć dopiero jego śmierć ujawniła ich opłakany stan. Barberowie wprowadzają się więc na piętro, a Frances i jej matka muszą przywyknąć do obecności obcych, w dodatku ludzi z niższej sfery społecznej, w ich domu.

Obecność lokatorów, wiążąca się rzecz jasna z szeregiem drobnych, acz dotkliwych niedogodności, i ich sposób bycia irytują i krępują Frances. Jednocześnie Barberowie wzbudzają jej ciekawość, a szczególnie pani Barber, nowocześnie piękna dziewczyna o "artystycznym" usposobieniu. Młode kobiety nieoczekiwanie dla samej Frances i ku dezaprobacie pani Wray zaprzyjaźniają się. Są codzienne rozmowy, wspólne spacery po parku, dyskusje o "Annie Kareninie". Ich relacja zacieśnia się, a jej charakter wkrótce ulega zmianie.

Powieść podzielona jest na trzy części, każda z nich jest napisana w innym tonie i posiada inny "motyw przewodni". Część pierwsza to powieść obyczajowa, opowiadająca z jednej strony o "docieraniu się" (jak zapewne określiłby to Leonard, myśli Frances, w rozmowach z nią zawsze używający wyrażeń z podtekstem) lokatorów i gospodyń, z drugiej o przemianach w społeczeństwie brytyjskim w wyniku I wojny światowej. W części drugiej historia obyczajowa przeradza się w namiętny romans. Treść części trzeciej pozostawię Czytelnikom do samodzielnego odkrycia.

Sarah Waters znana jest z powieści osadzonych epoce wiktoriańskiej i w latach 40. XX w. "Za ścianą" to jej szósta powieść i jednocześnie pierwsza wyprawa w lata 20. Bezbłędna. Realia epoki są odtworzone do najdrobniejszych szczegółów, począwszy od strojów: niemodnych spódnic z wysokim stanem Frances i nowoczesnych dopasowanych kapelusików Lilian, poprzez wysokość dwutygodniowego czynszu i polisy na życie, na melodiach granych przez kataryniarzy i gwizdanych przez Leonarda skończywszy. Autorce udało się przywołać klimat tego okresu, pokazać świat, który nie zdążył się jeszcze otrząsnąć z wojny, a już targany jest kolejnymi konfliktami. Świat, w którym porządek społeczny definiowany jest na nowo, zmieniają się role płci i relacje między klasami społecznymi. Choć w gruncie rzeczy to mogłaby być kameralna opowieść, rozgrywająca się pomiędzy czworgiem mieszkańców domu na Champion Hill, to właśnie kontekst społeczny jest w tej powieści najciekawszy. Tło społeczne jest wnikliwie przedstawione, a postaci drugiego planu ciekawie zarysowane, każda z nich dopełnia obraz przedstawionego świata.

Sarah Waters doskonale oddała również atmosferę ponurej egzystencji dwóch kobiet, doświadczających społecznej degradacji, których życie utknęło w martwym punkcie.
Zjadły lunch - kalafior z serem - i usiadły razem w salonie. Pani Wray robiła notatki do gazetki parafialnej. Frances zajęła się cerowaniem, z "Timesem" na poręczy fotela. Co tam nowego w świecie? Niezdarnie przewracała kartki, które brudziły jej palce. Ale wyczytała tylko to, co zawsze. […] Francuzi strzelali do Syryjczyków, Chińczycy do siebie nawzajem, a konferencja pokojowa w Dublinie spełzła na niczym, bo w Belfaście doszło do kolejnych morderstw... Ale ksiązę Walii tryskał dobrym humorem na wyprawie wędkarskiej w Japonii, a markiza Carisbrooke miała wydać bal "na rzecz przyjaciół ubogich". Czyli wszystko w jak najlepszym porządku, pomyślała Frances. Nie przepadała za "Timesem", ale brakowało jej funduszy na inną, mniej konserwatywna gazetę. Zresztą doniesienia prasowe ostatnio wprawiały ją w przygnębienie. W czasach jej burzliwej, wojennej młodości pchnęłyby ją do działania: pisałaby listy, chodziła na wiece. Dziś odnosiła wrażenie, że obecny stan świata nie dawał widoków na poprawę. Nic tylko chaos sprzecznych interesów, który odbierał wszelką nadzieję. Odłożyła gazetę. Jutro podrze ją na podpałkę.

Dwudziestosześcioletnia Frances Wray jest już tylko cieniem dawnej siebie. Jej obecne życie ogranicza się do wiązania końca z końcem w napiętym do granic możliwości domowym budżecie, usługiwania zupełnie bezradnej w nowej sytuacji matce, gotowania i sprzątania (a czynności te musi wykonywać tak, by nie narazić oczu matki na widok córki zredukowanej do roli służącej). Ale to nie trudności finansowe złamały Frances, ani bezsensowna śmierć braci na wojnie, która wciąż jest otwartą raną. Kiedyś miała szansę na inne życie, ale własne tchórzostwo, wtedy ukryte pod pozorem powinności, wepchnęło ją w pułapkę, z której nie ma wyjścia. Dopiero pojawienie się Lilian Barber budzi Frances z letargu. Tym razem będzie odważna. Ale czy szczęście warte jest każdej ceny?

Część pierwsza tej powieści jest doskonała i pełna napięcia, choć wydarzenia w niej opisane nie wykraczają poza błahostki codzienności. Obserwowanie interakcji między bohaterami, ich niejednoznacznych relacji, których charakteru do końca nie jesteśmy pewni, jest fascynujące. Świetna jest scena mocno podlanego alkoholem wieczoru, spędzonego przez Frances w towarzystwie Barberów na grze w węże i drabiny, podczas którego bariery klasowe i dawne pojęcia o poprawności legły w gruzach. Części druga i trzecia, w których autorka buduje napięcie za pomocą innych środków, odchodzi od powszedniości na rzecz dramatyzmu, paradoksalnie są już mniej interesujące, ale powieść utrzymuje wysoki poziom do samego końca.



I już zupełnie na marginesie dodam, że Prószyński nareszcie zdobył się na dobrą okładkę, lepszą od wydania angielskiego (projekt okładki: Anna Pol). Wielbicieli twórczości Sary Waters zapewne ucieszy wiadomość, że wydawnictwo planuje wznowienia wszystkich jej powieści w tej szacie graficznej. W maju ukazuje się "Pod osłoną nocy".

Moja ocena: 5 (w skali szkolnej)

---
Sarah Waters, "Za ścianą". Przekład Magdalena Moltzan-Małkowska. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

sobota, 25 kwietnia 2015

Louisa Young "Wciąż czekam" - recenzja


„[…] wojna to nie piekło, prawda? To coś znacznie gorszego. Bo piekło jest tylko dla grzeszników, a wojna dotyka każdego, nawet najbardziej niewinnego.”



Ile czasu potrzeba, żeby wrócić do domu z pola walki? Odyseuszowi zajęło to dziesięć lat – jeden rok na każdy rok wojny trojańskiej. O tym rozmyśla Peter Locke zamknięty całymi dniami z butelką whisky w swoim gabinecie w rodzinnej posiadłości Locke Hill, ukrywający się przed żoną i synkiem, których widoku nie może znieść, kompulsywnie czytający Homera i przy pomocy starożytnych epopei usiłujący uporać się z tym, czego doświadczył przez ostatnie lata. Dręczony poczuciem winy, że przeżył, podczas gdy zginęło tylu jego podkomendnych. Czy powrót do domu w ogóle jest możliwy? Jest rok 1919, a Peter jest zdemobilizowanym majorem brytyjskiej piechoty. Zwycięskim bohaterem I wojny światowej. 

Riley Purefoy był jednym z żołnierzy walczących pod komendą Petera. Jest młody i zakochany, właśnie się ożenił; „krzepki młody człowiek o jasnym spojrzeniu. […] jeśli już myślał o wojnie, to raczej o tej ewentualnej, w przyszłości, i o tym, jak jej zapobiec. O nienarodzonych dzieciach, które pragnąłby przed nią uchronić […]”. Ale trudno jest się cieszyć miesiącem miodowym, gdy połowę twarzy ma się odstrzeloną pociskiem, a myśl o fizycznym zbliżeniu jest nierozerwalnie związana z obawą o odczucia żony wobec okaleczonego ciała. Fizyczne rany nie są też jedynymi, których doznał Riley. Pomimo spoglądania uparcie w przyszłość, wojna nie daje się odegnać.

„Wciąż czekam” Louisy Young (tytuł oryginalny: „The Heroes’ Welcome”) opowiada o mozolnym wychodzeniu z wojennej traumy. Wojna nie kończy się wraz z podpisaniem traktatu pokojowego, trwa dalej w umysłach tych, którzy ją przeżyli. Ale osobami „dotkniętymi wojną” są tu nie tylko żołnierze, którzy walczyli na froncie, ale również ich rodziny. Osamotnione dzieci, zagubione w świeci dorosłych, nie umiejących dać im miłości; kobiety, które czekały na swoich mężczyzn, a teraz podejmują rozpaczliwe próby naprawienia zerwanych wojną więzi, posklejania rozbitego dawnego życia. Współcierpiące. One również są ofiarami wojny. „Wciąż czekam” nie jest krzepiącą powiastką o miłości, która leczy wszystkie rany. Louisa Young mówi o długim i trudnym procesie, nie dając z góry gwarancji happy endu.

Powieść zasługuje na uwagę ze względu na podejmowany temat, ale nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim, nie do końca jest samodzielną całością. Informację o tym, że „Wciąż czekam” jest „swobodną kontynuacją” wcześniejszej powieści Louisy Young, znajdujemy dopiero w notce biograficznej o autorce. Można zatem zakładać, że w zamierzeniach książka była skierowana również do czytelników nieznających poprzedniczki. I choć taki czytelnik nie będzie miał problemu z odtworzeniem najważniejszych wydarzeń z życia bohaterów, to jednak bez znajomości pierwszej części wydają się oni, pomimo całego tragizmu, nieco papierowi, zbyt jednowymiarowi, a dynamika ich wzajemnych relacji (których głębię czytelnik bardziej zakłada, niż może ją zobaczyć) nie jest całkowicie przekonująca.

O ile opis stanów psychicznych bohaterów (zwłaszcza Petera) autorka nakreśliła ciekawie i całkiem sprawnie, to przedstawienie tych powojennych „powrotów do domu” w kontekście społecznym wypada dosyć blado. Owszem, Young próbuje podjąć ten temat, są wzmianki o napięciach społecznych, strajkach, a dosyć gwałtowna demonstracja zostaje nawet wpleciona w fabułę. Bohaterowie wojenni nie są wcale przyjmowani w kraju z otwartymi ramionami, ich miejsca pracy zdążył zająć już kto inny, zmieniła się sytuacja społeczna, postępuje emancypacja kobiet, które również zaczynają stanowić dla powracających z frontu mężczyzn konkurencję na rynku pracy. Te zagadnienia są jednak przedstawione w sposób dosyć powierzchowny. Riley, weteran z oszpeconą twarzą, nie może znaleźć żadnej pracy. Potem wpada na pomysł wydania serii broszur ułatwiających byłym żołnierzom odnalezienie się w cywilnym życiu i wszystko nagle zaczyna iść jak z płatka. „To takie proste”, dziwi się kilkukrotnie Riley, a czytelnik dziwi się wraz z nim.

Mało przekonujących jest kilka innych wątków, które znalazły się w powieści chyba tylko dlatego, że były w poprzedniej książce, autorka nie miała jednak pomysłu, co z nimi zrobić. Przede wszystkim wątek napięcia klasowego w małżeństwie Rileya i Nadine (i tak pełnym napięć z innych źródeł): ona to panienka z wyższych sfer, on – chłopak z rodziny robotniczej. Małżeństwo spotyka się z dezaprobatą ich (obu) matek, ojcowie są raczej przychylni, Riley oczywiście czuje się w pewnym stopniu upokorzony przewagą statusu społecznego żony i jej sytuacją materialną, ale ogólnie cały ten wątek, jak i rodziny bohaterów, niewiele wnoszą do powieści.

Temat „Wciąż czekam” jest uniwersalny, ale – pomimo odwołań do Homera – powieść dotyczy konkretnej wojny, konkretnego miejsca i czasu. Tu znów muszę przyznać, że Louisa Young niezbyt dobrze sobie poradziła. O tym, że rzecz dzieje się w roku 1919 przypominały mi tylko nagłówki rozdziałów, zupełnie nie czułam klimatu epoki. Autorce nie udało się oddać tego szczególnego momentu w historii, kiedy wiek XIX odchodził w przeszłość, a wiek XX jeszcze na dobre się nie zaczął. Tę powieść czyta się tak, jakby jej akcja toczyła się co najmniej ćwierć wieku później, po kolejnej wojnie. Autorka co prawda wtrąca od czasu do czasu jakiś detal z epoki, ale sprawia to raczej wrażenie, jakby nagle sobie przypomniała, o jakich czasach pisze.

Odbioru powieści nie ułatwia nierówny, momentami dosyć niezręczny przekład. „Witaj, matko” w ustach dziewczyny odwiedzającej dom rodziców zirytowało mnie już na początku (domyślam się, że w oryginale było: „Hello, mother”, co oczywiście powinno było zostać przetłumaczone jako chłodne „Dzień dobry, mamo”) i ta irytacja powracała falami już do końca lektury. Zdarzają się też błędy korektorskie (niestety jest to norma w polskich wydawnictwach), niezbyt często, ale w kilku miejscach uniemożliwiające zrozumienie zdania.

Louisa Young podjęła się ambitnego zadania, z którego wywiązała się, mimo wszystkich moich krytycznych uwag, dosyć dobrze. Czasu spędzonego na czytaniu „Wciąż czekam” nie uważam za stracony, jednak skończyłam lekturę z uczuciem lekkiego rozczarowania.


Moja ocena: 4 (w skali szkolnej)

---
Louisa Young, "Wciąż czekam". Przełożyła Anna Kłosiewicz. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

piątek, 10 kwietnia 2015

Sacer Nidus, gra w święte kości i podróż w czasie





Zapraszam na literacko-muzyczną podróż w czasie. Cofniemy się o ponad tysiąc lat, a naszymi przewodniczkami w tej podróży będą Elżbieta Cherezińska oraz Agnieszka Budzińska-Bennett i jej ensemble Peregrina (jakże właściwa nazwa). Wystarczy uruchomić odtwarzacz poniżej i zanurzyć się w anielskiej muzyce i opowieści sprzed millenium.




"Gra w kości" to pierwsza powieść "piastowska" Elżbiety Cherezińskiej. Nie znajdziemy tu takich fajerwerków, obecnych w jej późniejszych książkach o tej dynastii, jak magiczne stwory zeskakujące z herbów, czary, upiory czy wilkołaki, co jednych zapewne ucieszy, a innych zmartwi. "Gra w kości" to trzymająca się ziemi powieść historyczna, w której na solidnej podwalinie wiedzy naukowej autorka z dużą swobodą snuje opowieść o początkach państwa polskiego. O tym, co wynikło z zetknięcia się trzech wielkich osobowości wczesnego średniowiecza: biskupa Wojciecha Adalberta, cesarza Ottona III i Bolesława Chrobrego. O politycznej grze w kości, w której stawką jest korona, a kości należą do świętego męczennika.

Do współpracy przy tej książce Cherezińska zaprosiła historyka, prof. Przemysława Urbańczyka, którego zadaniem było czuwać, aby wyobraźnia pisarki, bazującej na tym, co naukowo ustalone, nie poniosła jej zbyt daleko od tego, co historycznie prawdopodobne i możliwe. Jak w innych powieściach, tak i tutaj autorka ściąga swoich bohaterów z piedestałów, wyjmuje ich z podręczników historii i pokazuje jako ludzi z krwi i kości, z ich namiętnościami, słabościami i śmiesznostkami. Zadowoleni z pewnością będą miłośnicy historycznych detali, bo te zostały oddane z wielką pieczołowitością. Nie ma natomiast w powieści zbyt wiele przygody, jej miejsce zajmuje intryga polityczna i dyplomacja, przez co zapewne części czytelników może wydać się nieco przyciężka i nużąca. A jednak historia przedstawiona przez Cherezińską, mimo że tak dobrze (wydawałoby się) znana, jest fascynująca.

*** Scena z drzwi gnieźnieńskich: złożenie ciała Wojciecha do grobu. Źródło ***
W marcu 1000 r. cesarz Otto III udał się z pielgrzymką do grobu św. Wojciecha. W Gnieźnie spotkał się z księciem Bolesławem Chrobrym. Młody cesarz był pod wrażeniem potęgi księcia, podarował mu kopię włóczni św. Maurycego, a na jego głowę włożył diadem. Sam otrzymał od władcy Polski fragment relikwii świętego, a w wyniku zjazdu utworzono metropolię gnieźnieńską. To wiemy wszyscy. Ale jak doszło do owego spotkania i jakie były intencje i palny obu władców? O czym rozmawiali, jakie było znaczenie owych gestów zapisanych w kronikach? O tym wszystkim pisze Cherezińska, pokazując, że w Gnieźnie spotkali się nie tylko dwaj władcy i zręczni politycy, ale przede wszystkim dwaj wizjonerzy - osobowości wyrastające ponad swoje czasy - nad grobem trzeciego. Przedwczesna śmierć Ottona III położyła kres marzeniom o cesarstwie uniwersalistycznym,  projekt unii europejskiej odłożono na kolejnych tysiąc lat, a czytelnik pozostaje z pytaniem: co by było gdyby?

Tę samą historię, choć w inny sposób i innymi środkami, opowiada płyta "Sacer Nidus", czyli "Święte Gniazdo", nagrana przez ensemble Peregrina pod kierunkiem Agnieszki Budzińskiej-Bennett. Być może gdyby nie książki Elżbiety Cherezińskiej, nigdy bym o tym zespole nie usłyszała i nie zainteresowałabym się muzyką średniowiecza. To właśnie "Gra w kości" doprowadziła mnie do "Sacer Nidus". Agnieszka Budzińska-Bennett jest śpiewaczką, muzykologiem i rekonstruktorką muzyki średniowiecznej, z jej muzykologicznej wiedzy Cherezińska skorzystała, pisząc swoją książkę, sama z kolei jest autorką tekstu o Ottonie, Bolesławie i Wojciechu, który znalazł się w książeczce dołączonej do płyty. "Sacer Nidus" w szesnastu utworach - pieśniach i utworach instrumentalnych - snuje opowieść o tych trzech postaciach i o Polsce X wieku. Płyta rozpoczyna się "Bogurodzicą" w wersji nie rycerskiej, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, a bardzo subtelnej i kobiecej, i polifonicznej. Poprzez pieśni poświęcone Wojciechowi i Ottonowi i sławiące kraj Bolesława podążamy aż do lamentu po śmierci Bolesława Chrobrego z tekstem z kroniki Galla Anonima. To przepiękna, delikatna muzyka, nie tylko przenosząca słuchacza o wiele wieków w przeszłość, ale otwierająca przed nim dostęp do niemal anielskich sfer. Dobrze się jej słucha zwłaszcza teraz, przedwiosennym wieczorem, pomiędzy rocznicą zjazdu gnieźnieńskiego a rocznicą śmierci św. Wojciecha. Polecam również pozostałe albumy ensemble Peregrina. Parę lat temu w kościele oo. dominikanów w Krakowie miałam okazję wysłuchać śpiewanych przez Peregrinę średniowiecznych pieśni starosądeckich klarysek, a to z kolei byłby idealny akompaniament do kolejnej powieści Cherezińskiej, "Korony śniegu i krwi".

Tymczasem proponuję posłuchać utworu zamykajacego "Sacer Nidus", a potem audycji radiowej Dwójki, w której Elżbieta Cherezińska i prof. Przemysław Urbańczyk opowiadają o "Grze w kości".




---
Elżbieta Cherezińska, "Gra w kości". Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2010.
Ensemble Peregrina, Agnieszka Budzińska-Bennett, "Sacer Nidus". Św. Wojciech, Bolesław I Chrobry i Otton III w muzyce średniowiecznej. Raumklang 2012.

wtorek, 10 lutego 2015

Kobieta w czasach katedr

*** Bardzo dziwne, trzytomowe wydanie... ***
Kto chciał poczytać o klasycznej już książce
*** ...ale można z niego zbudować katedrę. ***














---
Ken Follett, "Filary Ziemi". Oficyna wydawnicza C&S, Warszawa 1992. Przełożył Grzegorz Sitek.
"Filary Ziemi" (2010). Serial TV. Reż. Sergio Mimica-Gezzan, scen. John Pielmeier.