Wiadomo, że sukces komercyjny nie zawsze idzie w parze z
sukcesem artystycznym. Wiadomo również, że kosztem ilości jest zazwyczaj
jakość. Nie powinno więc dziwić, że jeśli pisarz co roku wydaje na świat
obszerną (bardzo obszerną) powieść, to w którymś momencie jego kolejne literackie
dziecko okaże się mniej urodziwe od swojego starszego rodzeństwa. Jeszcze
niedawno napisałabym, że Elżbieta Cherezińska jest zaprzeczeniem tych tez.
Niestety po przeczytaniu „Niewidzialnej korony” mam wrażenie, że coś takiego właśnie
się jej przydarzyło. Podczas lektury jej najnowszej książki towarzyszyło mi
uczucie rozczarowania.
„Niewidzialna korona” to powieść historyczna, a raczej
historyczno-fantastyczna, opowiadająca o odradzaniu się Polski po okresie
rozbicia dzielnicowego. Jest rok 1296. Przemysł II, któremu udało się
zjednoczyć Wielkopolskę i Pomorze i przywrócić Polsce rangę królestwa, nie
żyje. Władzę nad osieroconym krajem, nad którym zbierają się czarne chmury, i
tytuł księcia Królestwa Polskiego obejmuje książę kujawski Władysław – w
historii zapisze się jako Łokietek. Książka jest bezpośrednią kontynuacją
„Korony śniegu i krwi” i drugą częścią cyklu „Odrodzone Królestwo”,
zaplanowanego jako trylogia, ale zważywszy, że na 738 stronach autorce udało
się doprowadzić zaledwie do zajęcia przez Łokietka Krakowa w roku 1306, trzy
części mogą nie wystarczyć. Do koronacji wszak bardzo daleko, a do śmierci
władcy jeszcze dalej. To jedno z moich zastrzeżeń: książka jest raczej rozwlekła
i wbrew temu, co można przeczytać na skrzydełku okładki, nie jest samodzielną
powieścią. (W przeciwieństwie do świetnej „Korony śniegu i krwi”, która
obejmuje cały okres politycznej działalności Przemysła II i rzeczywiście
została skomponowana jako skończona całość).
W „Niewidzialnej koronie” większość wątków urywa się nagle, a wątek
główny został co prawda spuentowany wyrazistym wydarzeniem, ale zbyt wyraźnie
wyczuwa się wiszące w powietrzu „ciąg dalszy nastąpi…”. Zresztą ostatnie strony
powieści nieodparcie kojarzą się z zakończeniami odcinków telewizyjnych
seriali, np. „Gry o tron” – i nie jest to skojarzenie przypadkowe. Wydaje mi
się również, że czytelnikowi, który nie zna części pierwszej, może być dosyć
trudno zaakceptować świat wykreowany przez autorkę (np. ożywające na herbach
orły, lwy i gryfy, lub to, że na jednej z pierwszych stron powieści do Jakuba
Świnki przemawia Pan).
W „Niewidzialnej koronie” Cherezińska korzysta z tych samych
schematów, które sprawdziły się w „Koronie śniegu i krwi”. Znów mamy księcia i
jego wiernych druhów, gotowych pójść za nim w ogień, a na pewno na wygnanie;
jest szał bitewny, zakulisowe intrygi polityczne, skrytobójstwa, czarne
charaktery, silne kobiety w męskim świecie, a to wszystko ubarwione wierzeniami
pogańskimi i magią. Jednak autorce nie udaje się poruszyć tych samych strun,
które tak dobrze zagrały w poprzedniej części. Postaci wydają mi się trochę
zbyt mało wyraziste, co dotyczy zarówno samego Łokietka, jak i bohaterów
drugoplanowych. W poprzednim tomie mały Władek wzbudził moje zainteresowanie i
sympatię; w „Niewidzialnej koronie” postać Łokietka została nakreślona nieco
zbyt schematycznie. Początkowo jest przede wszystkim powodowanym ambicją (lub
kompleksami) księciem raptusem i gorączką, który zdecydowanie przedkłada bicie
się nad obmyślanie strategii politycznej. Później, na wygnaniu, Łokietek odbywa
pokutę i doświadcza wewnętrznej przemiany: książę uczy się pokory, a
jednocześnie staje się mężem stanu odpowiedzialnym za losy całego kraju. Ta
przemiana została jednak pokazana w sposób nie do końca przekonujący. Blado
wypadają inni bohaterowie znani z poprzedniego tomu: Mechtylda Askańska, w „Koronie
śniegu i krwi” fantastycznie diaboliczna postać, mistrzowsko pokazana, w
zasadzie centralna dla całej powieści, na kartach „Niewidzialnej korony” jeszcze
próbuje straszyć, ale pazur już straciła. Jakub Świnka, arcybiskup, nie jest
już człowiekiem z krwi i kości, jakim namalowała go autorka poprzednio. Teraz
jest przede wszystkim symbolem, nosicielem idei zjednoczonego królestwa (czyli
niewidzialnej korony). Wątek pogańsko-fantastyczny, który w poprzedniej
powieści napędzał całą intrygę, tutaj wydaje mi się raczej
balastem. Jeżeli „Niewidzialną koronę” traktować jako samodzielną powieść, to
również rozbudowany wątek krzyżacki nie ma tu racji bytu, choć zdaję sobie sprawę,
że służy on budowaniu napięcia pod przyszłą akcję. (W roli wabika mającego
nakłonić do przeczytania kolejnej książki sprawdza się więc bardzo dobrze).
Elżbieta Cherezińska dołożyła starań, aby jej powieść była
solidnie umocowana w faktach historycznych, co niewątpliwie jest zaletą książki.
Nie szczędziła też wysiłków, aby sprostać oczekiwaniom współczesnego
czytelnika, a wiadomo, że współczesny czytelnik oczekuje przygody, przemocy i
seksu. Szczególnie temu ostatniemu oczekiwaniu autorka ochoczo wyszła naprzeciw.
Zapewne zbyt przejęła się strategią marketingową wydawcy, który obwołał ją
polskim George'em R.R. Martinem. Nie mam
nic przeciwko scenom erotycznym, pod warunkiem, że mają uzasadnienie w fabule; jednak
takie ich nagromadzenie, z jakim mamy do czynienia w „Niewidzialnej koronie”,
powieści, bądź co bądź, historycznej, a nie erotycznej, daje efekt dosyć
groteskowy. Kiedy tylko „ona” i „on” znajdą się razem na osobności, istnieje
bardzo duże prawdopodobieństwo, że w jednym z kolejnych zdań on „wtargnie w nią
gwałtownie”. Na przykład:
„Rulka zatańczyła na zadnich nogach. Regős nie ustąpił.
Wskoczył na jej zad i chwytając klacz zębami za czarną grzywę, zmusił do
uległości. Oddając mu się, cały czas rżała.”
O, przepraszam, to była akurat klacz Łokietka i ogier
Amadeja Aby, ale zbliżenia między ludźmi pokazane są właściwie według tego
samego schematu. Rulka i Regős parzą się gdzieś na puszcie na górze strony 488,
a na dole tej samej strony mamy opis aktu seksualnego pary wiekowych węgierskich
szamanów… Tu przynajmniej role się odwróciły:
„Kobieta dosiadła mężczyzny i w równym, namiętnym rytmie poruszali biodrami, a siwe warkocze podskakiwały na jej plecach.”
Mechtylda Askańska była ciekawa, co jej człowiek do
sekretnych zadań nosi w spodniach (czy też nogawicach) i jakiej to jest
wielkości, ale mnie to naprawdę nie interesuje. Z erotyką Cherezińska lepiej
sobie radziła w swoich pierwszych powieściach (pierwszych z tych popularnych,
mam tu na myśli przede wszystkim początkowe tomy „Północnej Drogi”) – wtedy
była chwalona za wyczucie i wrażliwość, udawało się jej unikać kiczu i wulgarności.
Teraz już nie do końca. Przy poprzedniej powieści („Legion” – też historycznej, ale
o czasach znacznie mniej odległych)
Kinga Dunin wytknęła Cherezińskiej (między innymi) nieobecność postaci homoseksualnych.
Autorka z pewnością śledzi opinie prominentnych feministycznych krytyczek, więc
w „Niewidzialnej koronie” już tego błędu nie popełniła: mamy też wątek
gejowski. Tu jednak muszę pisarkę pochwalić, bo dotyczy on dwóch braci zakonu
krzyżackiego i ma na celu pokazanie, że rycerze Zakonu Szpitala Najświętszej
Marii Panny Domu Niemieckiego mogli być targani ludzkimi emocjami innymi niż
żądza władzy, ambicja, chciwość i okrucieństwo. W przeciwnym razie byliby
równie jednowymiarowi jak u Sienkiewicza.
Nie mogę niestety nie wspomnieć, że wyraźnie daje się zauważyć, iż
książka była pisana i wydawana w niezwykłym pośpiechu (zapewne, aby zdążyć na
listy wakacyjnych bestsellerów). Roi się w niej od literówek, błędów interpunkcyjnych
i innych błędów redakcyjnych, zaimków wstawianych tam, gdzie konieczny jest
rzeczownik itp. Są też błędy poważniejsze:
" – (…) Powiesz mu…
– To, co zawsze? – domyślił się druh.
– Tak. Że on i ja to jak…
– …drzewiec i szpica – wyrecytował Szyrzyk."
Nie wiem, kogo powinnam o tym poinformować: czy autorkę,
redaktorów, czy może konsultanta do spraw uzbrojenia, ale „drzewiec” w języku
polskim to imię jednej z postaci z trylogii Tolkiena. A drewniana część broni
to „drzewce” (rodzaj nijaki, w liczbie mnogiej: drzewca). Ten błąd się niestety powtarza. Nie
rozumiem, jak wydawnictwo (nomen omen Zysk i S-ka) może żądać od czytelnika
39,90 zł (miękka okładka) za produkt tak niechlujnie przygotowany. Jeszcze trudniej jest zrozumieć,
dlaczego wydawnictwo, mając pisarza, który jest niczym kura znosząca złote
jajka, tak źle się nim opiekuje – bo fatalna redakcja książek Cherezińskiej
staje się już niechlubną tradycją.
Pomimo tych wszystkich krytycznych uwag „Niewidzialna korona”
nie jest książką złą. Pisarka z garści suchych faktów i dat potrafiła stworzyć
płynącą wartko opowieść, w której jest i patos, i humor, i spora porcja wiedzy
historycznej. Czy mogę ją polecić? Osobom, które nie zetknęły się jeszcze z
twórczością Elżbiety Cherezińskiej polecam raczej jej wcześniejsze powieści. Są
po prostu lepsze. A miłośnicy powieści historycznych z pewnością sięgną również
po „Niewidzialną koronę”, bo w tej kategorii Cherezińska nie ma w Polsce konkurencji. Czytelnikom życzę miłej lektury, a autorce, aby zamiast realizować zamówienia wydawcy, znów zaczęła pisać o tym, co jej w duszy gra. Ja czekam na książkę o Świętosławie.
Moja ocena: 4 (w skali szkolnej)
*** Po lewej: okładka książki; po prawej: jeden z piastowskich zamków na Śląsku, Bolków ***
---
Elżbieta Cherezińska, "Niewidzialna korona". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014.
(Powieść wygrała plebiscyt TVP Kultura na najgorętszą książkę lata ;)).