Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Krótka literacko-filmowa historia walca.* Część I





Początek był taki:

Znowu zaczął się taniec i przez czas jakiś zabawialiśmy się splataniem i rozplataniem ramion. Z jakimże powabem, z jaką lekkością poruszała się! A gdy przyszło do walca i zaczęliśmy się toczyć dokoła siebie, niby dwie kule, szło nam zrazu nieskładnie, gdyż większość tańczących nie umiała tańczyć walca, z czego powstał pewien zamęt. Uczyniliśmy roztropnie i pozwoliliśmy się im wyhasać. Gdy najniezdarniejsi usunęli się z pola, zaczęliśmy wirować i wraz z drugą parą, Audranem i jego danserką, trzymaliśmy się mężnie. Nigdy mi dotąd nie szło tak dobrze. Nie czułem się istotą ludzką. Trzymałem w objęciach niezrównane stworzenie, szalałem niby burza, miotająca się wokół i oto… na uczciwość powiadam ci, uczyniłem ślub, że nie zezwolę pod żadnym warunkiem, choćby szło o me własne życie, by dziewczyna, którą będę kochał, do której będę miał prawo, tańczyła walca z kimś innym poza mną. Wszak mnie rozumiesz!

Johann Wolfgang von Goethe, "Cierpienia młodego Wertera"
Tłum. Franciszek Mirandola

piątek, 18 grudnia 2015

Mężczyźni, którym podobała się "Emma"


Od kiedy zostałam wielbicielką twórczości Jane Austen - bo nie zawsze nią byłam - staram się walczyć z błędnymi obiegowymi opiniami o niej. Obserwuję u siebie w tym względzie nawet gorliwość charakterystyczną dla konwertytów: po prostu nie mogę ścierpieć, że ktoś mógłby trwać w mrokach niewiedzy, krzywdząc siebie i nie oddając sprawiedliwości tej genialnej pisarce. Jednym z takich krzywdzących mitów jest przekonanie, że powieści Jane Austen to "literatura kobieca".

Temat "literatury kobiecej" był już na blogach książkowych podnoszony wiele razy i będzie podnoszony nadal. Choć nie ma zgody, co właściwie się tym mianem określa, nie ulega wątpliwości, że jest to określenie o zabarwieniu pejoratywnym, a nie afirmatywnym. "Literatura kobieca", czyli taka, której mężczyzna czytał nie będzie. A więc skoro nie nadaje się dla ogółu czytelników, musi być gorsza. Rzeczywiście wiele książek, które się do tej kategorii zalicza, to utwory literacko bardzo słabe, odbijane z jednej sztancy, zaprojektowane na miarę jakiejś wyimaginowanej kobiety, która oczekuje kiczu, tandety i tanich wzruszeń. A każdą z powieści Jane Austen złośliwie można podsumować tak: najpierw dużo gadają, a na końcu jest ślub. Jak nic "literatura kobieca"!

Żeby ośmielić panów, którzy być może zrażeni tą łatką przypinaną powieściom Jane Austen, obawiają się po nie sięgnąć, przygotowałam krótkie zestawienie (mogłoby być znacznie dłuższe, ale to już pozostawiam dociekliwości czytelników). Znaleźli się w nim słynni mężczyźni, którzy nie tylko "Emmę" przeczytali, ale także się nią zachwycili.

niedziela, 18 października 2015

SZTUKA CZYTANIA: Czytanie z nut


Dziś małe odstępstwo od reguł, którymi kieruję się w doborze obrazów do Sztuki czytania. Młoda dama, sportretowana przez Williama Beecheya, czyta nie książkę, jak to zwykle w tym cyklu bywa, a zapis nutowy.
Jest za to wcieleniem pewnej bohaterki literackiej:


*** William Beechey (Anglia, 1753 - 1839) ***



Urok panny Crawford nie malał. Przywieziona harfa uwydatniła tylko urodę, dowcip i pogodę młodej panny, która grała bardzo chętnie, z dobrym gustem i ogromnie twarzowym przejęciem, a zawsze, po każdej piosence, miała coś interesującego do powiedzenia. Edmund bywał codziennie na plebanii, by się rozkoszować ulubionym instrumentem, zapraszany tam z dnia na dzień, dama bowiem lubiła mieć słuchacza, i tak to wkrótce weszło w zwyczaj.
      Młoda dama, ładna, żywa, z równie jak ona elegancką harfą, siedząca przy portfenetrze otwartym na trawnik obrośnięty krzewami o bujnym, letnim listowiu, to dość, by podbić serce każdego mężczyzny.


Jane Austen "Mansfield Park"
Tłum. A. Przedpełska-Trzeciakowska 

   
   
   
   
   
   
  
Zapomniany dzisiaj William Beechey był ulubionym portrecistą króla Jerzego III. Był to artysta niezwykle płodny - jak podaje Wikipedia, doczekał się z pierwszą żoną pięciorga dzieci, a z drugą szesnaściorga (wybaczcie mi ten mały żarcik). Śmiem zresztą w to wątpić, bo jego druga żona musiałaby urodzić najmłodszą córkę w wieku 58 lat. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że w poczet dzieci zaliczono kilkoro wnucząt. Ale, teraz już na poważnie, był rzeczywiście artystą płodnym i w swoim czasie bardzo cenionym, a pozowali mu nie tylko członkowie rodziny królewskiej, ale również wiele ówczesnych sławnych postaci. Powyższy portret znajduje się w zbiorach Spencer Museum of Art Uniwersytetu Kansas.
  
 
 

A skoro jesteśmy przy powieściach Jane Austen, to przypominam o czekającym nas festiwalu "Emmy". Wciąż można się zgłaszać, zapraszam!

środa, 14 października 2015

Z zapisków wiejskiej nauczycielki


Na teraz mam już dość tego nauczania w zapadłej wiosce. Mogłabym nawet napisać powieść o życiu wiejskiej nauczycielki. W powieści tej nie byłoby odrobiny przesady. Zdaniem opinii ogółu, życie nauczycieli wiejskich płynie beztrosko, a obowiązki ich ograniczają się jedynie do pobierania pensji. W książce mojej zamierzam przedstawić to wszystko prawdziwie. Nie ma tygodnia, w którym nie słyszę, jak łatwa jest moja praca i jak dużo za nią dostaję pieniędzy. „Praca nauczycielki to siedzenie i słuchanie wyuczonej lekcji” – oto słowa, które wciąż do mnie docierają. Z początku usiłowałam protestować przeciwko temu, ale „fakty wprawdzie są mocne – powiedział ktoś mądry – lecz nie tak mocne jak fałszywe mniemania”. Więc tylko milczę wymownie i uśmiecham się… W szkole, którą prowadzę, jest dziewięć oddziałów i wszędzie ja sama muszę wykładać. Mój najmłodszy uczeń ma dopiero cztery lata i przysyłają go do szkoły, żeby w domu był spokój. Najstarszy ma już lat dwadzieścia i uważa, że odrabianie lekcji jest o wiele przyjemniejszym zajęciem niż uprawa roli.

niedziela, 2 sierpnia 2015

SZTUKA CZYTANIA: Miss Ray w roli Miss Morland



„[Katarzyna] nie miała bowiem nic przeciwko książkom w ogóle, pod warunkiem że nie przynosiły żadnej pożytecznej wiedzy i składały się wyłącznie z fabuły bez uwag i refleksji. Ale od piętnastego do siedemnastego roku życia przygotowywała się do roli heroiny: czytała wszystkie książki, których lektura jest niezbędna, aby bohaterka mogła zgromadzić zapas cytatów tak użytecznych i tak kojących w zmiennych kolejach jej obfitego w przypadki życia.”
Jane Austen, "Opactwo Northanger"*

 
*** William Wood (Anglia, 1769-1810), "An Interesting Story (Miss Ray)" (1806). Miniatura na kości słoniowej. Źródło ***


Zdaje się, że Jane Austen sama nazywała swoje pisarstwo "malowaniem obrazków na płytkach z kości słoniowej". (Niestety nie udało mi się dziś odszukać dokładnego cytatu).

---
* Tłumaczenie Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Świat Książki, Warszawa 2014.

czwartek, 18 czerwca 2015

Róże z Helstone

Od dawna miałam ochotę na ten wpis, ale czekałam aż w moim ogrodzie zakwitnie Canary Bird, żółta róża, która była mi potrzebna jako ilustracja. Gwoli kronikarskiej dokładności dodam, że potem pojawiły się komplikacje w postaci braku czasu i zanim zabrałam się za pisanie dzisiejszej notki, ta róża zdążyła już przekwitnąć, ale zdjęcia zostały. Zanim przejdę do rzeczy, Czytelnikom należy się jeszcze ostrzeżenie: ten wpis dotyczy finałowej sceny "Północy i Południa", a więc zdradzam w nim wszystko. Jeśli książki jeszcze nie czytaliście, a macie taki zamiar (do czego gorąco zachęcam) i nie należycie do czytelników lubiących zawczasu zaglądać na ostatnią stronę, być może będziecie woleli zapoznać się z treścią tej notki w późniejszym terminie.




    – Znasz te róże? – spytał, wyciągając swój portfel, w którym skrywał kilka zwiędłych kwiatów.
    – Nie! – odpowiedziała z niewinnym zaciekawieniem. – Czy to ja je panu ofiarowałam?
    – Nie! Próżności, nie! Nie ty mi je ofiarowałaś. Ale prawdopodobnie przystrajałaś się ich siostrami.
Spojrzała na nie, przez chwilę coś rozważała, aż nagle lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
    – One są z Helstone, prawda? Pamiętam te głębokie wcięcia na obwodzie liści. Och! Naprawdę był pan tam? Kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsce, gdzie Margaret dorastała, gdzie stała się tym, kim jest. Pragnąłem tego nawet w najgorszych chwilach, gdy nie miałem nadziei, że kiedykolwiek będę mógł nazwać ją swoją. Byłem tam w drodze powrotnej z Hawru.
    – Musi mi je pan dać – stwierdziła, próbując delikatnie zmusić go do puszczenia kwiatów.
    – Doskonale. Tylko mi za nie zapłać.
    – Ale jak ja mam o tym powiedzieć ciotce Shaw? – wyszeptała po pierwszych chwilach rozkosznego milczenia.
    – Ja mogę z nią porozmawiać.
    – Och, nie. Jestem jej to winna. Ale co ona powie?
    – Zgaduję, że najpierw wykrzyknie: „Ten człowiek?!”.
    – Sza! – uciszyła go Margaret. – W przeciwnym razie będę musiała zademonstrować oburzony ton, w jakim pani Thornton zawoła: „Ta kobieta?!”.

***

W mojej wyobraźni róże z Helstone mają kolor żółty, całkiem zresztą niesłusznie. Tutaj przejawia się potęga ekranu, w tym przypadku małego ekranu, na którym obejrzałam serial BBC z 2004 r. na podstawie „Północy i Południa” Elizabeth Gaskell. Twórcy tego serialu przeczytali powieść dosyć pobieżnie, ale mieli na tyle rozsądku, żeby do roli Johna Thorntona zaangażować Richarda Armitage’a (choć niestety czasami kazali mu się zachowywać niezgodnie z charakterem postaci), co sprawiło, że serial na skali „kultowości” plasuje się na podobnej pozycji, co słynna serialowa ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem. W finałowej scenie serialu (a właściwie przedostatniej) widzimy jak Thornton wydobywa zza pazuchy właśnie żółte róże, które zerwał w Helstone. Ale jeśli chwilę się nad tym zastanowić – te róże nie mogły być żółte. I nie były. A odnalezienie w powieści sceny – jednej jedynej – w której Gaskell pisze o kolorze róż z Helstone, pozwala w pełni zrozumieć znaczenie przytoczonego powyżej fragmentu kończącego powieść i docenić kunszt pisarski Elizabeth Gaskell.

Prawie na samym początku powieści, wkrótce po tym, jak Margaret wróciła z Londynu do domu rodzinnego, czyli na plebanię w Helstone, zjawia się tam Henry Lennox. Spaceruje z Margaret i maluje akwarelę z jej postacią. Przed obiadem Margaret przystaje w ogrodzie:

    Pan Hale szedł w kierunku domu jako pierwszy, natomiast Margaret celowo zwlekała, bo chciała zerwać róże i przybrać nimi do obiadu swą codzienną suknię. […]
    – Proszę poczekać – zawołał [Lennox]. – Proszę pozwolić sobie pomóc.
    Zebrał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie była w stanie dosięgnąć, i podzielił zebrany bukiet – dwa kwiaty zatrzymał dla siebie i umieścił w butonierce, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę, aby mogła je ułożyć.

Róże z Helstone były więc szkarłatne i oczywiście tylko takie – jako symbol miłości namiętnej – były na miejscu w scenie zamykającej powieść. (Żółtej przypisuje się natomiast takie znaczenia symboliczne, jak radość i przyjaźń, ale w czasach wiktoriańskich żółta róża symbolizowała przede wszystkim… zazdrość). Thornton pokazuje Margaret uschnięty symbol swojego żywego uczucia, przechowywany pieczołowicie niczym skarb. Zupełnie inaczej zachował się Henry Lennox. Nie zwróciłam większej uwagi na jego gest, kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, dopiero za drugim razem, i w relacji z tą drugą sceną, jego znaczenie do mnie dotarło. Henry (który za parę godzin ma zamiar się oświadczyć) „dwa kwiaty zatrzymał dla siebie, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę”. Jeśli kwiat jest symbolem miłości, to tym gestem Henry Lennox daje wyraz przede wszystkim miłości własnej. Gaskell używa więc róż z Helstone nie tylko po to, żeby stworzyć kompozycyjną klamrę powieści, ale przede wszystkim te symetryczne sceny to środek charakterystyki postaci, a zestawienie gestów Lennoxa i Thorntona dobitnie pokazuje istniejące między mini różnice. Jedna róża wystarcza tu za setki słów.

Wróćmy jeszcze do zakończenia powieści, którym Gaskell zyskała u mnie tytuł mistrzyni zakończeń romansów. Bo zakończenie tej miłosnej historii jest rzeczywiście idealne (przynajmniej jak na mój gust). On co prawda pada przed nią na kolana (ale powstrzymuje się od całowania rąbka jej sukni), ona co prawda krzyczy: „ach, panie Thornton, jam niegodna!” (parafrazuję), ale jakimś cudem nie ma w tym kiczu (i zwróćmy uwagę, z jakim wdziękiem Thornton na te słowa Margaret odpowiada). Gaskell odrzuca patos i pozwala swoim bohaterom na wykazanie się poczuciem humoru. W ostatnich zdaniach powieści on i ona żartobliwie się przekomarzają, na równej stopie, nareszcie pewni siebie – i siebie nawzajem. Ale chwileczkę, przecież wszystkie wielkie historie miłosne powinny zakończyć się pocałunkiem! (Tak, wiem, że w dzisiejszych czasach historie miłosne zaczynają się… dużo śmielej, ale umówmy się: to nie są wielkie historie). I pocałunek oczywiście tam jest, choć Gaskell, czy to z wiktoriańskiej powściągliwości, czy z pisarskiej przekory, sprytnie go ukryła między wierszami. Dokładnie w „pierwszych chwilach rozkosznego milczenia”.

***

Na koniec jeszcze bonus: dotarłam do anonimowego dziewiętnastowiecznego przekładu "Północy i południa", który był drukowany w odcinkach w "Tygodniku Ilustrowanym". Poniżej cytuję fragment końcowy. Nic dziwnego, że przekład był anonimowy, bo pomijając styl, tłumacz (tłumaczka) wykazał się doprawdy niewielkim zrozumieniem oryginału. Nie dość, że nie zauważył pocałunku, to jeszcze kazał Thorntonowi zwracać się do Margaret per "drogie dziewczę", podczas gdy jest oczywistym, że gdyby Thornton chciał się do niej zwrócić jakimś pieszczotliwym imieniem, byłoby to coś pomiędzy królową a boginią. No i z niewiadomych przyczyn Margaret zwana jest Cecylią.

    – Czy znasz te róże? rzekł, dobywając z pugilaresu kilka zeschłych kwiatów.
    – Nie, odparła z naiwną ciekawością. Czy to ja dałam je tobie?
    – Nie, drogié dziewczę; ale pewnie nieraz nosiłaś ich siostry.
    Spojrzała na niego pytająco, potém rzekła z uśmiechem:
    – To róże z Helstone, nieprawdaż? poznaję je po kształcie listków. Więc byłeś tam? kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsca, gdzie Cecylia stała się tém czém jest… choć wtedy byłem nieszczęśliwy, bo wątpiłem, czy skarb ten kiedykolwiek posiąść zdołam. Byłem w Helstone, wracając z podróży do Havru.
    – Daj mi te róże, rzekła, biorąc mu kwiaty z ręki.
    – I owszem, ale żądam zapłaty.
    – Jak ja to wyznam ciotce Shaw? rzekła cichutko Cecylia, po chwili milczenia.
    – Może chcesz żebym ja powiedział?...
    – O nie!... ja sama powiem… ale co ona na to powié?
    – Słyszę już, jak zawoła: „co, ten człowiek?”
    – Sza! odparła Cecylia, bo inaczej zacznę naśladować głos twéj matki, wołającej z oburzeniem: „co, ta kobiéta?”

(Tygodnik Ilustrowany, 1873.
Źródło: http://bcul.lib.uni.lodz.pl/dlibra/docmetadata?id=1219&from=&dirids=1&ver_id=&lp=2&QI=
Powieści należy szukać w dodatkach do numerów 295-309; dodatki są zgrupowane na końcu publikacji.)

---
Elizabeth Gaskell, "Północ i Południe". Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

piątek, 5 czerwca 2015

Znowu w Cranford



Często miałam okazję zauważyć, jak w Cranford umiano wykorzystywać wszystkie drobiazgi i możliwości: jak zbierano płatki róż, nim spadły, aby uczynić z nich potpourri w szklanych słoiczkach dla kogoś pozbawionego ogrodu: małe bukieciki kwiatów lawendy posyłano znajomym z miasta, aby trzymali je w szufladach albo na trociczki w pokoju chorego. W Cranford dbano o rzeczy, którymi gdzie indziej pogardzano, i troszczono się o sprawy, którym gdzie indziej nie chciano by poświęcić chwili czasu.
- E.Gaskell, "Panie z Cranford". Tłum. Aldona Szpakowska


Życzę wszystkim miłej drugiej części "długiego weekendu". Ja postaram się ją wykorzystać na napisanie zaległych notek książkowych - sporo książek nazbierało mi się w kolejce, ale obecna pora roku (co zresztą poniekąd widać na zdjęciu powyżej) nie sprzyja pisaniu. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości, więc w przyszłym tygodniu zapraszam już na wpisy bardziej rzeczowe.

środa, 27 maja 2015

Majowe ranki i wieczory


        Wciąż trwają jeszcze Majowe Dni.
           Majowe są ich ranki i wieczory. I majowe są ich noce. O tym czasie liście zielenią się majową delikatną zielenią, a kwiatki rozkwitają trzema majowymi kolorami, które są biel, żółć i modrość.
           Najważniejsze jednak jest, że części roślin – a to poosobno korzeń, liść, pąk, kwiat – wybieranych mądrze z wielkiego świata zieleni, wypełnione są majową siłą nie mającą sobie równej w czasie żadnego innego miesiąca. Dlatego przede wszystkim w maju chodzą stare kobiety na zbieranie ziół.
          Chodzą o rozmaitych porach. Z rosą. I zanim rosy opadną. Na nowiu. I podczas pełni. Z ubywającym, ale i rosnącym księżycem. O wschodzie słońca. I o jego zachodzie. Również można je zaskoczyć przy tym zajęciu o północy. Tylko w południe, gdy kwiat drętwieje w sobie, liść zwija się i ku ziemi ciąży, a łodyga wiotczeje, nie zobaczysz w polu, na łące i w gaju żadnej zielarki. To jest Pusta Godzina.


---
Ewa Szelburg-Zarembina, „Miasteczko aniołów”. Dzieła, tom piąty, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1971.

piątek, 15 maja 2015

"Północ i Południe" - część 2




Jakiś czas temu zapowiadałam, że do powieści Elizabeth Gaskell jeszcze wrócę i zajmę się nią bardziej szczegółowo. Okazją do powrotu był zakup polskiego przekładu (poprzednio czytałam książkę po angielsku), który od paru tygodni przeglądam we fragmentach (z równą satysfakcją, z jaką czytałam oryginał). Zmieniłam jednak zdanie co do treści tego wpisu. Głębsza analiza tej wielowątkowej powieści wymagałaby więcej czasu, niż jestem w tej chwili w stanie poświęcić na pisanie, i zdecydowanie więcej miejsca, niż rozsądna blogowa notka powinna zajmować; obawiam się też, że mogłaby nadwyrężyć cierpliwość moich Czytelników. Dlatego nie będę się dziś zajmować całością "Północy i Południa", skupię się na szczególe.


   
Do najbardziej pamiętnych scen z powieści należy z pewnością kulminacyjny moment strajku, kiedy tłum rozwścieczonych robotników zbiera się przed domem Thorntona, a Margaret ratuje go, osłaniając przed atakiem własnym ciałem. Zachowanie Margaret co prawda mieści się w logice powieści i w logice jej postaci, ale przyznam się, że czytając to, doznaję uczucia estetycznego dyskomfortu. Inne wielkie sceny książki znacznie bardziej przypadły mi do gustu, świetna jest scena oświadczyn Thorntona, a zakończenie powieści wspaniałe i zaskakująco dowcipne - bo choć narrator dawał od czasu do czasu dowody (sarkastycznego) poczucia humoru, to raczej nie dało się go wcześniej zauważyć u głównych bohaterów. Ale wśród moich ulubionych scen z "Północy i Południa" jest też ta, która przedstawia starszą kobietę, siedzącą w jadalni wielkiego domu:

        Pani Thornton siedziała cały dzień w jadalni i oczekiwała nadejścia wiadomości o tym, że jej syn został przyjęty przez pannę Hale. Podrywała się z krzesła wiele razy na każdy dźwięk rozlegający się w domu, a potem podejmowała odłożoną robótkę i zaczynała pracować igłą – pilnie, choć przez zamglone okulary i niepewną dłonią. Drzwi otwierały się po wielekroć, ale zawsze wchodził ktoś, kto był jej obojętny, z niewiele znaczącą sprawą. Potem surowa twarz kobiety rozluźniła się, zniknął z niej ów mrożący rysy grymas, a pojawił się wyraz melancholii, tak różny od zwyczajnej srogości. Oderwała się od rozważań nad ponurymi zmianami, jakie zajdą w jej życiu na skutek małżeństwa syna, i celowo wprowadziła swe myśli na tory praktycznych spraw dotyczących gospodarstwa domowego. Przyszła para nowożeńców będzie potrzebować nowych zapasów bielizny stołowej, a pani Thornton miała poukładane, jeden na drugim, kosze pełne obrusów i serwetek, które teraz wniesiono, a ona zaczęła je liczyć. Rzeczy należące do niej i oznaczone literami G.H.T., czyli George i Hannah Thorntonowie, były zmieszane z tymi, które kupił jej syn i na których wyhaftowano jego monogram. Niektóre z serwet ze znakiem G.H.T. wykonano z holenderskiego adamaszku najwyższej jakości, obecnie już niedostępnego. Pani Thornton przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nie – tuż po ślubie były jej wielką dumą; następnie zmarszczyła brwi, ściągnęła wargi i ostrożnie odpruła litery G i H. Zaczęła nawet szukać czerwonych tureckich nici do haftu konturowego, aby wyszyć nowe inicjały, ale szpule były puste, a nie miała serca, by o tej porze posyłać po nowe, więc nieruchomym wzrokiem patrzyła z rozmarzeniem na rozłożoną bieliznę. Przed oczami przemykał jej obraz za obrazem, a jej syn był główną, jeśli nie jedyną postacią każdego z nich. Jej syn, jej duma, jej własność. Nadal nie wracał. Bez wątpienia był z panną Hale. Ta nowa miłość już usunęła ją, matkę, z miejsca pierwszej kobiety jego serca. Przeniknął ją przeraźliwy ból – ukłucie zazdrości. Nawet nie potrafiłaby określić, czy to było bardziej cierpienie psychiczne, czy fizyczne, niemniej skłoniło ją, by usiadła. Ale już po chwili ponownie stała, wyprostowana jak zawsze, z pierwszym tego dnia, ponurym uśmiechem na twarzy. Czekała w gotowości na powitanie rozradowanego triumfatora, który nigdy nie powinien się dowiedzieć, jak dotkliwy żal czuła jego matka na myśl o małżeństwie syna.
Zastanawiam się, jak często autorzy romansów zajmują się uczuciami przyszłej teściowej - czy też świekry, jak należałoby napisać zgodnie z historycznie poprawną terminologią. Chyba tylko wtedy, jeżeli owe uczucia są patologiczne, a teściowa/świekra zrobi wszystko, żeby do związku bohaterów nie dopuścić, czyli w przypadku jak najdalszym od tego, z czym mamy do czynienia w "Północy i Południu". Ale też "Północ i Południe" to więcej niż romans, jak już pisałam poprzednio. Gaskell pokazuje całe spektrum międzyludzkich relacji i przeróżne ich odcienie. (Pomijam kwestie społeczne, którym pisarka też poświęca bardzo dużo uwagi). Spośród tych wszystkich związków, łączących bohaterów powieści, uczucie pomiędzy Thorntonem i Margaret, chociaż burzliwe, jak na romans przystało, jest chyba jednak najbardziej banalne. Dużo ciekawsza wydaje mi się na przykład przyjaźń Margaret z Bessy i Higginsem, albo relacja, jaka pod koniec książki połączyła Higginsa z Thorntonem, będąca z pewnością bardziej złożona niż stosunek pracodawca-pracownik. Ale najładniej Gaskell pokazuje relację pomiędzy matką a synem i jest to chyba jeden z lepszych jej obrazów, z jakim zetknęłam się w literaturze.

 

---
Elizabeth Gaskell, "Północ i Południe". Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

piątek, 24 kwietnia 2015

Książki zmieniają los ludzi




      
     Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.
     Książki zmieniają los ludzi. Niektórzy przeczytali Tygrysa Malajów i zostali profesorami literatury na odległych uniwersytetach. Siddhartha przywiódł do buddyzmu dziesiątki tysięcy młodych ludzi, Hemingway przekształcił ich w sportowców, Dumas pogmatwał życie niezliczonym kobietom, a niejedną z nich uratowały od samobójstwa książki kucharskie. Bluma stała się ofiarą książek.
     Ale nie jedyną. Stary profesor martwych języków, Leonard Wood, dostał udaru mózgu, trafiony w głowę pięcioma tomami Encyclopaedia Britannica, które spadły z półki w jego bibliotece. Mój przyjaciel Richard zleciał z drabiny i złamał nogę, kiedy sięgał po egzemplarz Absalomie, Absalomie! Williama Faulknera, fatalnie umieszczony na półce. Inny przyjaciel, z Buenos Aires, zachorował na gruźlicę w podziemiach archiwum publicznego. Znałem też chilijskiego psa zabitego przez niestrawność, do jakiej doprowadzili go Bracia Karamazow, gdy pewnego popołudnia zeżarł ich stronice w ataku furii.
     Kiedy babcia widziała, jak czytam w łóżku, za każdym razem powtarzała mi: "Zostaw to, książki są niebezpieczne". Przez wiele lat uważałem ją za ignorantkę, ale czas dowiódł rozsądku mojej niemieckiej babki.
Carlos María Domínguez "Dom z papieru"
Przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski. Świat Książki, Warszawa 2007.

środa, 22 kwietnia 2015

Dzień Ziemi


ZACZYNA SIĘ POCHWAŁA STWORZENIA, KTÓRĄ WYŚPIEWAŁ ŚWIĘTY FRANCISZEK, ZŁOŻONY CHOROBĄ U ŚWIĘTEGO DAMIANA

(...)

     Pochwalony bądź, Panie, przez brata naszego, wiatr,
I przez powietrze, i czas pochmurny i pogodny, i wszelki,
Przez które dajesz tworom swoim utrzymanie.
     Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę naszą, wodę,
Co pożyteczna jest wielce i pokorna, i cenna, i czysta.
     Pochwalony bądź, Panie, przez brata naszego, ogień,
Którym oświecasz noc,
A on jest piękny i radosny, i silny, i mocny.
     Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę naszą, matkę ziemię,
Która nas żywi i chowa,
I rodzi różne owoce z barwnymi kwiaty i zioły.

 (...)



 
Być może zauważyliście, że w tym tygodniu wpisów na "Czytam to i owo..." jakby nieco więcej (zwłaszcza w porównaniu z ostatnim tygodniem). Ponieważ jutro wypada Światowy Dzień Książki, postanowiłam, że w ramach obchodów tego święta będę w tym tygodniu zamieszczać wpisy codziennie. Proszę więc nie odchodzić zbyt daleko od komputerów (chyba że po to, żeby zrobić coś dla Matki Ziemi), do zobaczenia jutro!

---
"Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu" w przekładzie Leopolda Staffa. Wydawnictwo "Kama", Warszawa 1998.

piątek, 20 marca 2015

Szczurołap




Nie mówił on już nic. Sięgnął za pazuchę. Wyjął niewielki przedmiot, który prawie cały mieścił mu się w garści. Była to piszczałka. Zwykła drewniana piszczałka, pomalowana na czerwono i żółto, jaką za parę groszy można kupić na każdym odpuście… Ludzie popatrzyli po sobie. Na szerokich twarzach ukazały się migające uśmiechy. Trącali się łokciami i pokazywali nieznacznie ruchem głów na rozczerwienioną Marynę, która już zaczęła się przepychać ku Cyganowi. Ale oto Cygan przyłożył do ust piszczałę i zadmuchał w nią. Maryna przystanęła. Ludzie poniechali wszelkiego ruchu. Wszyscy wparli się oczami w piszczałkę Cygana. Z piszczałki wyszedł ton dziwny bardzo, niedźwięczny wcale, a wysoki, przeszywający jak najcieńszy stalowy włos, ukuty z samego ostrza… drżał, giął się, zwijał… Ludzie z przeszytymi sercami odstąpili pobladłą ławą od grającego na piszczałce Cygana. Cofnęli się o krok i znowu zastygli, czekając z naprężeniem. (…)
Cygan grał. Oczy miał przymknięte. Powoli, nie śpiesząc się, wydmuchiwał z drewnianej piszczałki wciąż ten sam ton cienki, natrętny, naglący.
                …Pod progiem stajni, nad samą ziemią, mignął mały, szary cień. Znikł.
                Po stłoczonej gromadzie ludzi przeszło drżące westchnienie.
                Cygan grał, nie odejmując piszczałki od warg. Ponawiał wciąż i wciąż to jedno wezwanie.
                …Pod progiem stajni przesunęły się teraz małe, szare cienie, trzy… cztery… pięć… (…)
                Cygan coraz szybciej, coraz gwałtowniej dmuchał teraz w piszczałkę. I oto coraz więcej szarych cieni zaczęło ukazywać się pod ścianami budynków.
                Joanna przestała liczyć.
                Szczury wyłaziły zewsząd: ze stajni, z obory, z chlewów, z dalekiego spichrza. Przeciskały się szparami w drzwiach, nadprożami. Spuszczały się po belkowanych ścianach z okienek, zsuwały się na pazurach po murze, kicały ciężko na ziemię spod dachowych okapów. Szły prosto na wabiący głos drewnianej piszczałki.
Ewa Szelburg-Zarembina, "Wędrówka Joanny"


---
Ewa Szelburg-Zarembina, „Wędrówka Joanny”. W: „Dzieła, tom piąty”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1971.