Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Kiedy zmysły wypełzają na usta... czyli o "Trędowatej" Heleny Mniszkówny




Oczywiście, można się śmiać. Ale czy na pewno trzeba? I czy aż tak głośno?

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Trędowata" to dobra powieść. Raczej to, że mnie przewrotnie rozczarowała, bo po tym symbolu romansowego kiczu spodziewałam się czegoś znacznie gorszego - lub lepszego, zależnie od kierunku patrzenia.

wtorek, 20 czerwca 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Henry James w wersji dla pobożnych polskich panienek, czyli "Dwór w Haliniszkach" Emmy z Jeleńskich Dmochowskiej



Przyznam się, że to skojarzenie z Henrym Jamesem nasunęło mi się dopiero w części drugiej, kiedy akcja powieści przenosi się do Rzymu (bo wcześniej to coś jakby wyprana z poczucia humoru L.M. Montgomery): schyłek XIX w., emigranci i turyści błąkający się wśród ruin starożytności, duszna atmosfera przyjęć w rzymskich pałacach, towarzystwo nie tak wykwintne, za jakie chciałoby uchodzić, młoda kobieta wchodząca w życie, uchodząca za majętną, opleciona siecią plotek i towarzyskich intryg, wydana na pastwę bezwzględnych opiekunek i czającego się gdzieś zblazowanego, zepsutego i podupadłego arystokraty, uchodzącego za czarującego. A to wszystko lekko nudnawe, obficie polane sosem z długich opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów (wybacz, Henry). Oczywiście Dmochowska Henrym Jamesem nie jest i to wszystko podane jest w wersji light, odpowiedniej dla pobożnych polskich panienek (dużo jest o nieszczęśliwym narodzie i kościele Katolickim).

piątek, 20 stycznia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O początkach polskiej powieści obyczajowej


Odkąd przeczytałam powieści Jane Austen, intrygowało mnie, jak wypada jej pisarstwo na tle tego, co w ogóle pisywały kobiety w jej czasach, a szczególnie co wówczas pisały (i czytały) kobiety w Polsce? I czy w ogóle istniały polskie powieściopisarki na początku XIX w.? Cóż, była przynajmniej jedna: Maria Wirtemberska, a właściwie Maria Anna z Czartoryskich, księżna von Württemberg-Montbéliard, urodzona w 1768 r. (czyli kilka lat przed Austen) jako córka Adama Kazimierza Czartoryskiego, pisarza, działacza politycznego, mecenasa nauki i sztuki oraz Izabeli z Flemmingów, twórczyni ośrodka życia intelektualnego i kulturalnego w Puławach. Powieść Marii Wirtemberskiej "Malwina, czyli domyślność serca", wydaną w roku 1816, czytają dzisiaj studenci polonistyki, bo była to pierwsza powieść obyczajowa napisana w naszym języku. Ja nie jestem polonistką i moje uwagi na temat "Malwiny" wygłoszę z pozycji dzisiejszego "zwykłego czytelnika".



czwartek, 18 czerwca 2015

Róże z Helstone

Od dawna miałam ochotę na ten wpis, ale czekałam aż w moim ogrodzie zakwitnie Canary Bird, żółta róża, która była mi potrzebna jako ilustracja. Gwoli kronikarskiej dokładności dodam, że potem pojawiły się komplikacje w postaci braku czasu i zanim zabrałam się za pisanie dzisiejszej notki, ta róża zdążyła już przekwitnąć, ale zdjęcia zostały. Zanim przejdę do rzeczy, Czytelnikom należy się jeszcze ostrzeżenie: ten wpis dotyczy finałowej sceny "Północy i Południa", a więc zdradzam w nim wszystko. Jeśli książki jeszcze nie czytaliście, a macie taki zamiar (do czego gorąco zachęcam) i nie należycie do czytelników lubiących zawczasu zaglądać na ostatnią stronę, być może będziecie woleli zapoznać się z treścią tej notki w późniejszym terminie.




    – Znasz te róże? – spytał, wyciągając swój portfel, w którym skrywał kilka zwiędłych kwiatów.
    – Nie! – odpowiedziała z niewinnym zaciekawieniem. – Czy to ja je panu ofiarowałam?
    – Nie! Próżności, nie! Nie ty mi je ofiarowałaś. Ale prawdopodobnie przystrajałaś się ich siostrami.
Spojrzała na nie, przez chwilę coś rozważała, aż nagle lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
    – One są z Helstone, prawda? Pamiętam te głębokie wcięcia na obwodzie liści. Och! Naprawdę był pan tam? Kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsce, gdzie Margaret dorastała, gdzie stała się tym, kim jest. Pragnąłem tego nawet w najgorszych chwilach, gdy nie miałem nadziei, że kiedykolwiek będę mógł nazwać ją swoją. Byłem tam w drodze powrotnej z Hawru.
    – Musi mi je pan dać – stwierdziła, próbując delikatnie zmusić go do puszczenia kwiatów.
    – Doskonale. Tylko mi za nie zapłać.
    – Ale jak ja mam o tym powiedzieć ciotce Shaw? – wyszeptała po pierwszych chwilach rozkosznego milczenia.
    – Ja mogę z nią porozmawiać.
    – Och, nie. Jestem jej to winna. Ale co ona powie?
    – Zgaduję, że najpierw wykrzyknie: „Ten człowiek?!”.
    – Sza! – uciszyła go Margaret. – W przeciwnym razie będę musiała zademonstrować oburzony ton, w jakim pani Thornton zawoła: „Ta kobieta?!”.

***

W mojej wyobraźni róże z Helstone mają kolor żółty, całkiem zresztą niesłusznie. Tutaj przejawia się potęga ekranu, w tym przypadku małego ekranu, na którym obejrzałam serial BBC z 2004 r. na podstawie „Północy i Południa” Elizabeth Gaskell. Twórcy tego serialu przeczytali powieść dosyć pobieżnie, ale mieli na tyle rozsądku, żeby do roli Johna Thorntona zaangażować Richarda Armitage’a (choć niestety czasami kazali mu się zachowywać niezgodnie z charakterem postaci), co sprawiło, że serial na skali „kultowości” plasuje się na podobnej pozycji, co słynna serialowa ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem. W finałowej scenie serialu (a właściwie przedostatniej) widzimy jak Thornton wydobywa zza pazuchy właśnie żółte róże, które zerwał w Helstone. Ale jeśli chwilę się nad tym zastanowić – te róże nie mogły być żółte. I nie były. A odnalezienie w powieści sceny – jednej jedynej – w której Gaskell pisze o kolorze róż z Helstone, pozwala w pełni zrozumieć znaczenie przytoczonego powyżej fragmentu kończącego powieść i docenić kunszt pisarski Elizabeth Gaskell.

Prawie na samym początku powieści, wkrótce po tym, jak Margaret wróciła z Londynu do domu rodzinnego, czyli na plebanię w Helstone, zjawia się tam Henry Lennox. Spaceruje z Margaret i maluje akwarelę z jej postacią. Przed obiadem Margaret przystaje w ogrodzie:

    Pan Hale szedł w kierunku domu jako pierwszy, natomiast Margaret celowo zwlekała, bo chciała zerwać róże i przybrać nimi do obiadu swą codzienną suknię. […]
    – Proszę poczekać – zawołał [Lennox]. – Proszę pozwolić sobie pomóc.
    Zebrał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie była w stanie dosięgnąć, i podzielił zebrany bukiet – dwa kwiaty zatrzymał dla siebie i umieścił w butonierce, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę, aby mogła je ułożyć.

Róże z Helstone były więc szkarłatne i oczywiście tylko takie – jako symbol miłości namiętnej – były na miejscu w scenie zamykającej powieść. (Żółtej przypisuje się natomiast takie znaczenia symboliczne, jak radość i przyjaźń, ale w czasach wiktoriańskich żółta róża symbolizowała przede wszystkim… zazdrość). Thornton pokazuje Margaret uschnięty symbol swojego żywego uczucia, przechowywany pieczołowicie niczym skarb. Zupełnie inaczej zachował się Henry Lennox. Nie zwróciłam większej uwagi na jego gest, kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, dopiero za drugim razem, i w relacji z tą drugą sceną, jego znaczenie do mnie dotarło. Henry (który za parę godzin ma zamiar się oświadczyć) „dwa kwiaty zatrzymał dla siebie, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę”. Jeśli kwiat jest symbolem miłości, to tym gestem Henry Lennox daje wyraz przede wszystkim miłości własnej. Gaskell używa więc róż z Helstone nie tylko po to, żeby stworzyć kompozycyjną klamrę powieści, ale przede wszystkim te symetryczne sceny to środek charakterystyki postaci, a zestawienie gestów Lennoxa i Thorntona dobitnie pokazuje istniejące między mini różnice. Jedna róża wystarcza tu za setki słów.

Wróćmy jeszcze do zakończenia powieści, którym Gaskell zyskała u mnie tytuł mistrzyni zakończeń romansów. Bo zakończenie tej miłosnej historii jest rzeczywiście idealne (przynajmniej jak na mój gust). On co prawda pada przed nią na kolana (ale powstrzymuje się od całowania rąbka jej sukni), ona co prawda krzyczy: „ach, panie Thornton, jam niegodna!” (parafrazuję), ale jakimś cudem nie ma w tym kiczu (i zwróćmy uwagę, z jakim wdziękiem Thornton na te słowa Margaret odpowiada). Gaskell odrzuca patos i pozwala swoim bohaterom na wykazanie się poczuciem humoru. W ostatnich zdaniach powieści on i ona żartobliwie się przekomarzają, na równej stopie, nareszcie pewni siebie – i siebie nawzajem. Ale chwileczkę, przecież wszystkie wielkie historie miłosne powinny zakończyć się pocałunkiem! (Tak, wiem, że w dzisiejszych czasach historie miłosne zaczynają się… dużo śmielej, ale umówmy się: to nie są wielkie historie). I pocałunek oczywiście tam jest, choć Gaskell, czy to z wiktoriańskiej powściągliwości, czy z pisarskiej przekory, sprytnie go ukryła między wierszami. Dokładnie w „pierwszych chwilach rozkosznego milczenia”.

***

Na koniec jeszcze bonus: dotarłam do anonimowego dziewiętnastowiecznego przekładu "Północy i południa", który był drukowany w odcinkach w "Tygodniku Ilustrowanym". Poniżej cytuję fragment końcowy. Nic dziwnego, że przekład był anonimowy, bo pomijając styl, tłumacz (tłumaczka) wykazał się doprawdy niewielkim zrozumieniem oryginału. Nie dość, że nie zauważył pocałunku, to jeszcze kazał Thorntonowi zwracać się do Margaret per "drogie dziewczę", podczas gdy jest oczywistym, że gdyby Thornton chciał się do niej zwrócić jakimś pieszczotliwym imieniem, byłoby to coś pomiędzy królową a boginią. No i z niewiadomych przyczyn Margaret zwana jest Cecylią.

    – Czy znasz te róże? rzekł, dobywając z pugilaresu kilka zeschłych kwiatów.
    – Nie, odparła z naiwną ciekawością. Czy to ja dałam je tobie?
    – Nie, drogié dziewczę; ale pewnie nieraz nosiłaś ich siostry.
    Spojrzała na niego pytająco, potém rzekła z uśmiechem:
    – To róże z Helstone, nieprawdaż? poznaję je po kształcie listków. Więc byłeś tam? kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsca, gdzie Cecylia stała się tém czém jest… choć wtedy byłem nieszczęśliwy, bo wątpiłem, czy skarb ten kiedykolwiek posiąść zdołam. Byłem w Helstone, wracając z podróży do Havru.
    – Daj mi te róże, rzekła, biorąc mu kwiaty z ręki.
    – I owszem, ale żądam zapłaty.
    – Jak ja to wyznam ciotce Shaw? rzekła cichutko Cecylia, po chwili milczenia.
    – Może chcesz żebym ja powiedział?...
    – O nie!... ja sama powiem… ale co ona na to powié?
    – Słyszę już, jak zawoła: „co, ten człowiek?”
    – Sza! odparła Cecylia, bo inaczej zacznę naśladować głos twéj matki, wołającej z oburzeniem: „co, ta kobiéta?”

(Tygodnik Ilustrowany, 1873.
Źródło: http://bcul.lib.uni.lodz.pl/dlibra/docmetadata?id=1219&from=&dirids=1&ver_id=&lp=2&QI=
Powieści należy szukać w dodatkach do numerów 295-309; dodatki są zgrupowane na końcu publikacji.)

---
Elizabeth Gaskell, "Północ i Południe". Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Industrialny (więcej niż) romans. "Północ i Południe" Elizabeth Gaskell




    
Powiedzieć, że "Północ i Południe" jest romansem, byłoby rażącym uproszczeniem. Wątek miłosny co prawda dominuje w tej powieści (co więcej, jest świetnie skonstruowany i, pomimo że biegnie według dobrze nam znanych reguł gatunku, naprawdę trzyma w napięciu), ale jest właściwie pretekstem do przedstawienia problemów społecznych i opowieści o zderzeniu dwóch światów - jeden powoli odchodzi w przeszłość, drugi właśnie się narodził. Bohaterowie tej miłosnej historii są bowiem dobrani na zasadzie społecznego kontrastu: ona jest dobrze urodzoną, choć bez grosza przy duszy, panną z południa Anglii, on bogatym fabrykantem z Północy. W ich osobach, stara, rolnicza i feudalna Anglia jest przeciwstawiona nowej, przemysłowej i kapitalistycznej. Jest połowa XIX w. Trwa rewolucja przemysłowa.

Elizabeth Gaskell była mniej więcej o pokolenie młodsza od Jane Austen, w ciągu czasu, dzielącego ich pisarską aktywność, sporo się w Anglii zmieniło - wybudowano kolej żelazną, na tronie zasiadła królowa Wiktoria, zwiewne empirowe sukienki zostały zastąpione przez ciężkie krynoliny - ale pierwsze rozdziały "Północy i Południa" przypominają nieco klimatem powieści Austen. Główna bohaterka, Margaret Hale, po latach spędzonych w Londynie u bogatej ciotki wraca do domu rodzinnego, czyli na plebanię w małej, idyllicznej wiosce. Spędza tam czas tak, jak czyniły to bohaterki Jane Austen: spacerując po łąkach i lasach, malując pejzaże i spełniając dobre uczynki wśród okolicznych ubogich wieśniaków (to znaczy składając im wizyty, po których ci poczciwi ludzie z pewnością czuli się niesłychanie pokrzepieni).

Paralelę z Austen można jeszcze przeprowadzić względem konstrukcji wątku romansowego, który przypomina "Dumę i uprzedzenie" (te pierwsze wrażenia, które są oczywiście błędne, ta niemożność wyjrzenia poza pozory, nieznajomość własnego serca), jednak są to podobieństwa powierzchowne. Austen była mistrzynią ironii, jej powieści są pisane lekko, a jednocześnie niezwykle kunsztownie: każde zdanie u niej ma się ochotę obracać na wszystkie strony i odnajdywać ukryte znaczenia. Gaskell natomiast pisze w tonie zdecydowanie poważnym (można co prawda doszukać się przebłysków poczucia humoru, jednak będzie to przeważnie gorzki sarkazm) i bardziej wprost (na tyle, na ile wiktoriańska dama mogła pisać wprost). Przede wszystkim - Gaskell oddaje głos przedstawicielom wszystkich klas społecznych, pełnoprawnymi bohaterami stają się u niej ludzie, których Austen, zajmująca się wyłącznie swoją własną sferą, nie zaszczyciłaby nawet wymienieniem z imienia. U Austen wszystko kręci się wokół pieniędzy, ale one po prostu są, albo ich nie ma. Gaskell pokazuje, skąd się biorą.

Sielankę początkowych rozdziałów powieści przerywa nagła decyzja ojca Margaret, który występuje ze stanu duchownego i z Kościoła anglikańskiego. Rodzina musi opuścić plebanię, a pan Hale znaleźć inne zajęcie, umożliwiające mu jej utrzymanie. Z pomocą przychodzi dawny przyjaciel z Oxfordu, który rekomenduje Hale'a jako prywatnego nauczyciela w swoim rodzinnym mieście, gdzie posiada duży majątek. W ten sposób Margaret Hale z pachnącej różami południowoangielskiej arkadii trafia do zasnutego wyziewami kominów przemysłowego Milton (to fikcyjne miasto wzorowane na Manchesterze). Ten nowy dla niej świat początkowo wywołuje w niej odrazę i strach. Z czasem zaczyna go odkrywać - z dwóch perspektyw: za pośrednictwem Johna Thorntona, przemysłowca i jednego z najbardziej wpływowych obywateli miasta, a jednocześnie ucznia jej ojca, poznaje punkt widzenia właścicieli fabryk, dzięki znajomości z Higginsem i jego córką może spojrzeć na Milton również z perspektywy robotników.

feedbooks.com
Tyle mogę napisać tytułem wstępu, nie narażając się na zarzuty o zamieszczanie spojlerów. A podsumować mogę tylko w jeden sposób: nie ma to jak porządna dziewiętnastowieczna powieść! "Północ i Południe" to kawał solidnej literatury, który może zadowolić czytelników o różnych gustach. Elizabeth Gaskell w ciekawy sposób, również z dzisiejszej perspektywy, opisała ścieranie się interesów dwóch klas społecznych, wykazując godny podziwu obiektywizm. Nie idealizuje żadnej ze stron, a przedstawia punkt widzenia obu i jestem zdania, że robi to w sposób uczciwy. A kogo nie interesują rozważania o społeczeństwie i ekonomii, pracy i kapitale, i płucach zniszczonych wdychaniem pyłu z kłaczków bawełny, ten może po prostu dać się porwać historii miłosnej, którą Gaskell rozwija naprawdę umiejętnie, nie pozwalając nam oderwać się od lektury. Nie jest to powieść pozbawiona wad, ale zapewniam: minusy nie przesłaniają plusów, no i mamy jeszcze te wszystkie wiktoriańskie smaczki: wiedzieliście, że damie nie wypadało uczestniczyć w pogrzebach (nawet najbliższej rodziny)? A to dlatego, że zbyt gwałtownie mogłaby dawać wyraz swoim emocjom...




Na zakończenie zapowiedź: tych, którzy "Północ i Południe" już przeczytali (albo nie boją się spojlerów) zapraszam na drugą część wpisu, gdzie nie odmówię sobie przyjemności bardziej szczegółowego przeanalizowania tej powieści. Wkrótce. A jutro na Czytam to i owo... dzień pytań i odpowiedzi.

---
Elizabeth Gaskell, "North and  South". Feedbooks.com (link do e-booka znajduje się w zakładce "Książki z domeny publicznej").

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Birdsong

*** "Birdsong" (2012). Kadr z filmu ***


Odwieczny dylemat* - co lepiej zrobić najpierw: obejrzeć film, czy przeczytać książkę? Oba podejścia do tego problemu mają swoje zalety i wady. Czytając powieści, zazwyczaj wyobrażam sobie, jakie świetne filmy można by zrobić na ich podstawie. Jednak prawda jest taka, że kiedy ogląda się ekranizację ulubionej książki, to nawet jeżeli jest ona arcydziełem, trudno się powstrzymać od reakcji typu: zaraz, zaraz, to było inaczej, to opuścili, a tamtego w ogóle nie było. Dlatego skłaniam się raczej ku opcji, żeby (jeśli mamy taki wybór) dać najpierw szansę adaptacji filmowej. A potem sięgnąć po książkę. Bo książka to zazwyczaj dużo, dużo więcej.

Tę konkretną parę filmowo-książkową zauważyłam już prawie dwa lata temu, ale tak się złożyło, że zupełnie przegapiłam polskie wydanie książki (luty 2014), a film obejrzałam dopiero w miniony weekend. "Birdsong" to dwuczęściowy brytyjski film zrealizowany dla telewizji BBC na podstawie powieści Sebastiana Faulksa pod tym samym tytułem. W wersji polskiej nadano mu bardzo wyeksploatowany tytuł "Wojna i miłość", na szczęście książka ukazała się jako "Ptasi śpiew". Po obejrzeniu filmu spodziewam się po niej wszystkiego najlepszego.

*** "Birdsong" (2012). Kadry z filmu ***
***

Jest rok 1916. Francja. Młody Anglik, porucznik Stephen Wraysford (Eddie Redmayne) w okopach na linii frontu zachodniego I wojny światowej powraca pamięcią do czasów swojej jedynej, krótkiej miłości. Sześć lat wstecz, gdy jako praktykant w fabryce tekstyliów w Amiens, bardzo blisko miejsca, gdzie znajduje się teraz, mieszkał w domu swojego pracodawcy, przeżył romans z jego młodą żoną. W filmie sekwencje z roku 1916 są przeplatane scenami z roku 1910 pokazującymi historię tej zakazanej miłości. Rzeczywiście mamy więc tu "wojnę i miłość" i film mógłby z łatwością osunąć się w stronę kiczu i nadmiernego sentymentalizmu, ale tak się nie stało (choć zakończenie budzi u mnie pewne zastrzeżenia).

"Birdsong" jest filmem eleganckim, pięknym plastycznie i dopracowanym w każdym szczególe. Płynie powolnym rytmem, pełno w nim długich, intensywnych spojrzeń, zamyśleń, pauz. Wolne tempo nie jest tu jednak wadą, przeciwnie, bardzo pasuje do tej opowieści. Nawet sekwencje frontowe, choć niepozbawione dramatyzmu i napięcia prowadzone są w jakby spowolnionym rytmie. Napięcie nie jest rodem z filmów akcji, jest to raczej wyczuwalny stały ciężar przytłaczający bohaterów i wydaje mi się, że "Birdsong" bardzo dobrze pozwala wczuć się widzowi w klimat wojny pozycyjnej.

Od strony wizualnej część wojenna filmu pokazana jest w przytłumionej, wyblakłej palecie barw, kontrastującej ze scenami sprzed wojny, wywołującymi skojarzenia z Arkadią. Intensywne kolory, zieleń, kwiaty, bujne ogrody, piękne wnętrza, wspaniałe stroje sprawią niemałą przyjemność wielbicielom filmów kostiumowych. Z perspektywy kurzu okopów to wszystko sprawia wrażenie raju utraconego. Ale życie w tej Arkadii jest oczywiście dalekie od beztroski. Isabelle Azaire (Clémence Poésy) jest nieszczęśliwa w małżeństwie i choć wszystkie okoliczności zdają się pchać ją i Stephena ku sobie, to jednak wydaje się również oczywiste, że ich uczucie/namiętność, stojące w sprzeczności z powinnością, nie może przynieść obojgu szczęścia.

Jednak emocjonalnie to sceny wojenne są mocniejszą częścią filmu. Okrucieństwo wojny momentami pokazane jest w sposób bardzo naturalistyczny. Śmierć żołnierzy jest bezsensowna, zarówno w sensie uniwersalnym - bo jaki był sens i cel tamtej wojny, w imię czego walczyli i umierali młodzi chłopcy i ojcowie rodzin? - jak i jednostkowym. Oglądając sekwencję pokazującą natarcie Anglików w czasie bitwy nad Sommą, wiemy, że żołnierze idą na rzeź, nie będąc w stanie osiągnąć celów militarnych sztabu. Podobnie jak u Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" żołnierze giną również w momencie, kiedy wojna właściwie przestała się już toczyć.

Nie mam zastrzeżeń do występu Clémence Poésy, choć równocześnie wydaje mi się, że gdyby zastąpić ją inną blond aktorką o delikatnej urodzie, nie wpłynęłoby to zasadniczo na wartość filmu.W rolach drugoplanowych wystąpili też między innymi Matthew Goode (jako kapitan Gray), Richard Madden (jako kapitan Weir) i Joseph Mawle (jako Jack Firebrace). W pamięć zapada szczególnie rola - i postać - tego ostatniego. Ale "Birdsong" to właściwie film jednego aktora. Jeżeli więc komuś nie odpowiada uroda Eddie'ego Redmayne'a, on sam, albo obsadzenie go w roli - jak to się kiedyś mówiło - amanta (podejrzewam, że teraz mówi się romantic lead), to właściwie może sobie ten film podarować. Moim zdaniem trudno wyobrazić sobie lepszego odtwórcę roli Wraysforda. (Stephen Wraysford dla mnie już zawsze będzie miał twarz Eddie'ego Redmayne'a - co mi zupełnie nie przeszkadza). Specyficzny typ urody Eddie'ego predestynuje go do ról wrażliwych, nieco zagubionych chłopców i do grania postaci młodszych niż on sam (oraz do mówienia o nim "Eddie"). Zaskoczyło mnie jednak, jak dobrze wypadł w roli Stephena z roku 1916, już nie chłopca, ale mężczyzny, którego wrażliwość musiała zostać stępiona przez lata w okopach, wyalienowanego, zimnego, nieco antypatycznego, nawet bezwzględnego.

Oglądając "Birdsong" łatwiej jest zrozumieć, dlaczego I wojna światowa tak mocno odcisnęła się w zbiorowej świadomości wielu narodów - choć nie w naszej. Polecam. A po książce spodziewam się dużo, dużo więcej.


*** "Birdsong" (2012). Kadr z filmu ***




  

---
"Birdsong"/"Wojna i miłość". Working Title Films dla BBC (2012). Reż. Philip Martin. Scenariusz Abi Morgan na podstawie powieści Sebastiana Faulksa.

* "Odwieczny" w sensie całkiem dosłownym, bo przenoszenie literatury na ekran jest zjawiskiem prawie tak starym jak samo kino. Pierwszą zekranizowaną książką było "Quo vadis", a stało się to w roku 1912 (podaję za Wikipedią).

wtorek, 7 października 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: Tristan 1946



To moja ulubiona książka Marii Kuncewiczowej. Parafraza celtyckiej legendy o Tristanie i Izoldzie. Jest smagane wiatrem wybrzeże Kornwalii, jest dwoje młodych kochanków i stary król. Ale zamiast mitycznego średniowiecza mamy rok 1946, świat powoli otrząsa się z koszmaru wojny, ludzie próbują odnaleźć się w tym świecie, zaleczyć wojenne rany - te na ciele i te na duszy - i zacząć życie od nowa.

On jest Polakiem i ma na imię Michał; nie zabił Morhołta ani smoka (choć "smoczy język" pojawia się i w tej historii), walczył z innym przeciwnikiem - w konspiracji, w partyzantce, wreszcie w Powstaniu. "Po upadku powstania w 1944 wywieziono go z Warszawy jako jeńca, ale znalazł się w bardzo cywilnym obozie i kiedy go Amerykanie wyzwolili, nie umiał chodzić, więc długo przebywał w szpitalach. Potem uciekł Amerykanom i robił różne rzeczy." - relacjonuje Wanda, jedna z narratorek powieści, list od syna, w którym prosił ją, żeby sprowadziła go do Anglii, dokąd Wanda wyjechała w 1939 r.

Ona, złotowłosa Irlandka o imieniu Kathleen, pracuje jako laborantka w szpitalu. Ma za zadanie nakłonić Michała, by poddał się badaniom i leczeniu. Tak się poznają. A potem Michał robi z Kasią, jak ją nazywa, to co Tristan zrobił z Izoldą: rzuca ją w ramiona starego króla. W roku 1946 jest nim sławny i bogaty profesor, patronujący Michałowi. Dalej wszystko toczy się jak w legendzie. W wielkomiejskim gąszczu Londynu można ukryć się jak w lesie moreńskim.

Jest to wszystko melodramatyczne, może nawet zbyt (czy jednak historia Tristana i Izoldy może nie być melodramatyczna?) i powieść Kuncewiczowej bardzo zbliża się do romansu. Ale są też wnikliwe portrety psychologiczne, autorka mistrzowsko operuje stylem, przekazując narrację kolejnym bohaterom i prowadząc ją częściowo w formie ich monologów wewnętrznych. Jest bogate tło obyczajowe. "Tristan 1946" to nie tylko opowieść o tragicznej miłości i namiętności, mit przeniesiony w realia XX wieku. Kuncewiczowa pokazuje środowisko i sytuację polskiej emigracji w powojennej Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim analizuje zawikłane losy Polaków w dwudziestym wieku, ich wybory (wyjechać, czy zostać; walczyć, czy starać się przetrwać) i cenę, jaką za te wybory płacili.

Mitycznych kochanków na zawsze połączyła dopiero śmierć. Jak zakończy się historia Tristana i Izoldy z roku 1946?

"[...] w nocy z grobu Tristana wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy. Ludzie miejscowi ucięli głóg: nazajutrz odrósł na nowo, równie zielony, równie kwitnący, równie żywy, i znowuż utopił się w łożu Izoldy Jasnowłosej. Po trzykroć chcieli go zniszczyć, na próżno. Wreszcie donieśli o cudzie królowi Markowi. Król zabronił odtąd ucinać głóg."
Joseph Bédier "Dzieje Tristana i Izoldy", przekład: Tadeusz Boy-Żeleński

*** Głogi jesienią. Beskid Wyspowy, październik 2014 ***

---
Maria Kuncewiczowa, "Tristan 1946". Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1980.

niedziela, 21 września 2014

Anna Przedpełska-Trzeciakowska "Jane Austen i jej racjonalne romanse" - recenzja



"[...]kiedy człowiek znajdzie się w towarzystwie Jane Austen, trudno mu się z nią rozstać." - pisze w przedmowie do swojej książki Anna Przedpełska-Trzeciakowska i nie mogę się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. "Jane Austen i jej racjonalne romanse" to nie jest, jak zaznacza autorka , książka o ambicjach naukowych. Jest to swobodnie płynąca opowieść tłumacza o pisarzu, którego darzy wielką sympatią, co w książce widać wyraźnie,
i z którego dziełami spędził wiele czasu.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska swoją opowieść o życiu Austen przeplata rozważaniami na temat jej powieści, książka jest więc czymś pomiędzy biografią a analizą literacką, a może bardziej interpretacją czytelnika, bo autorka unika, jak wspomniałam, "naukowości".  Została pomyślana - jak pisze autorka - "jako towarzysz lektury sześciu znakomitych powieści Jane Austen". Autorka zarysowuje tło społeczne i kulturalne epoki, czasem wspomina o kłopotach tłumacza dzieł Jane Austen (na ten temat bardzo chętnie przeczytałabym więcej), ale przede wszystkim stara się odtworzyć emocje i przemyślenia, które towarzyszyły Jane podczas pisania jej książek i określić wydarzenia, które inspirowały jej twórczość. Jest to zadanie bardzo trudne, bo o tym co myślała i co przeżywała Jane Austen, możemy wnioskować głównie na podstawie jej powieści. Jej listy, te które się zachowały (jest to przede wszystkim korespondencja z siostrą Cassandrą), są jak "zapisy rozmów telefonicznych", na tematy bieżące i trywialne. Można się domyślać, że nie jest to próba reprezentatywna, że te listy, w których Jane daje wyraz swoim uczuciom i poglądom jako zbyt prywatne zostały po jej śmierci zniszczone przez rodzinę.

Książka Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej jest więc w dużej mierze oparta na przypuszczeniach i domysłach, co jednak nie umniejsza jej wartości. Autorka, choć przedstawia swoją jej wizję, stara się zachować obiektywizm względem swojej bohaterki. Jane z jej książki to nie tylko słodka siostra i cioteczka, momentami jest to również kobieta sfrustrowana, zniechęcona, a nawet kąśliwa. Sporo miejsca poświęcone zostało życiu uczuciowemu Jane i te rozważania mają charakter zdecydowanie spekulatywny. Mocno podkreślony jest wątek feministyczny w twórczości Jane Austen, autorka stara się zidentyfikować wydarzenia z życia Jane i jej rodziny, które mogły wpłynąć na kształtowanie się poglądów pisarki. Jednocześnie dowiadujemy się wielu faktów z życia Jane Austen: jak wyglądało jej wychowanie i edukacja, jakie książki Jane mogła znaleźć w bibliotece swojego ojca, jak potoczyły się losy jej licznego rodzeństwa i krewnych, jak wyglądały ich wzajemne relacje. Poznajemy miejsca, w których Jane mieszkała i te, do których podróżowała.

Wciąż nie mogę się pogodzić z tym, jak niechlujne pod względem korektorskim są współcześnie wydawane w Polsce książki. Także w tej nie zabrakło tego typu błędów, które czasami są wręcz zabawne. Kilka razy wspomniane są "Sale Ansamblowe", a w dalszej części "Sale Asamblowe". Dodam że chodzi o te same obiekty, znajdujące się w Bath i oczekiwałabym konsekwencji w nazewnictwie. Na str. 356 możemy przeczytać o "Rozważnej i romantycznej w reżyserii Lang Lee", co oczywiście nikogo nie wprowadzi w błąd, bo każdy fan Jane Austen zapewne obejrzał film Anga Lee, ale wolałabym takich błędów nie oglądać.

Ogólnie, "Jane Austen i jej racjonalne romanse" to książka, po którą warto sięgnąć, jeśli chce się zawrzeć bliższą znajomość z ta pisarką. Myślę, że sprawi przyjemność każdemu świeżo upieczonemu fanowi Jane Austen. Jest ciekawie napisana, dobrze się ją czyta, całość (około 360 str.) pochłonęłam za jednym razem.
Plusem jest świetny tytuł, "racjonalne romanse" bardzo dobrze korespondują z twórczością Austen. Swoją długoletnią "przyjaźń" z Jane Austen Anna Przedpełska-Trzeciakowska podsumowuje anegdotą:

"Wiele lat po jej śmierci znalazłam się w Winchesterze [...]. Łatwo było znaleźć grób Jane Austen w mrocznej północnej nawie. [...]
    Przyklęknęłam, by podziękować pisarce, która swoją twórczością towarzyszyła mi niemal przez całe życie.
    W tym momencie poczułam potężne pchnięcie w plecy. Męski, tubalny głos pełen tłumionej wściekłości zacharczał mi w ucho:
    - Lady, never do it again!
    Tęgi, masywny kształt zakolebał się nade mną, w ostatniej chwili złapał równowagę i wielki, gniewny, oburzony zniknął w głębi kościoła.
    Już nigdy więcej nie uklęknę w anglikańskiej świątyni. Ale też nie mam wątpliwości, kto tę scenę wyreżyserował."

Moja ocena: 4 (w skali szkolnej)

---
Anna Przedpełska-Trzeciakowska, "Jane Austen i jej racjonalne romanse", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014

czwartek, 28 sierpnia 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: 200 lat "Mansfield Park"




*** Po lewej: bursztynowy krzyżyk i dwa naszyjniki - moja ilustracja jednej z istotnych scen w "Mansfield Park" ***

 

Piękne panny na wydaniu z szacownych (choć niekoniecznie majętnych) rodzin, w zwiewnych, białych sukienkach w stylu empire, w wiązanych pod brodą kapeluszach-budkach; dziedzice wielkich fortun lub, przeciwnie, młodsi synowie bez szans na majątek; pikniki, bale i tańce, podwieczorki z muzyką, oczywiście wykonywaną na harfie przez owe powabne panny, wizyty i rewizyty; sielanka angielskiej prowincji, bujne ogrody, pachnące różami w rozkwicie lata i miłosne perypetie, zawsze prowadzące najlepiej dobrane pary na ślubny kobierzec, choć drogami zazwyczaj krętymi – z tym właśnie kojarzy się świat książek Jane Austen. Brzmi jak wstęp do taniego romansidła, ale powieści Jane Austen na pewno tanimi romansidłami nie są.
 
Nie jestem pewna, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością, ale wydaje mi się, że było to w czasach szkolnych, kiedy obejrzałam w telewizji serial BBC „Duma i uprzedzenie” ze słynną (i wielokrotnie cytowaną przez popkulturę – patrz np. Bridget Jones) rolą Colina Firtha wcielającego się w postać pana Darcy. Potem były inne filmy i seriale, i próba, również w czasach szkolnych, przeczytania „Sense and sensibility” w oryginale. Bardzo mnie ta lektura zmęczyła (być może względu na niedostateczną wówczas znajomość angielskiego, a może dlatego, że w dorobku Austen „Rozważna i romantyczna” najmniej mi się podoba, o czym się niedawno przekonałam), rzuciłam ją po kilku rozdziałach i do książek panny Austen przez długie lata już nie wróciłam. Aż do tego (już ubiegłego) lata. Właśnie w tym roku minęła dwusetna rocznica wydania „Mansfield Park” (książka wyszła drukiem w maju 1814 roku) - natknęłam się na jakiś rocznicowy artykuł w Internecie, co zainspirowało mnie do nadrobienia zaległości i zapoznania się z tą i pozostałymi powieściami Jane Austen. Wcześniej nic mnie do tego nie skłaniało, historie uważałam za błahe, a przecież znałam je już z filmów. Błąd, bo wśród lepszych i gorszych ekranizacji - książek w ogóle - nie pojawiła się jeszcze chyba taka, która w pełni oddałaby sprawiedliwość literackiemu pierwowzorowi i być może nigdy się nie pojawi.


  
  
Postać Jane Austen to w całej historii literatury zjawisko niezwykłe. Czy komuś jeszcze udała się sztuka utrzymywania przez 200 lat na "światowych listach bestsellerów"? Jej książki, choć można je zaklasyfikować jako komedie lub romanse, są jednak podszyte czymś znacznie głębszym, niż chęcią dostarczenia czytelnikowi rozrywki. Jane Austen to wnikliwa obserwatorka społeczeństwa, znawczyni ludzkiej natury, promotorka oświecenia kobiet i prekursorka feminizmu. Obdarzonej mądrością, błyskotliwą inteligencją i wyrafinowanym poczuciem humoru (oraz prawdopodobnie dosyć poślednią urodą i zdecydowanie niewystarczającym majątkiem), z pewnością ciężko jej było żyć w wąskich ramach, w które kobiety wtłaczało społeczeństwo Anglii początku XIX w. Ale w jej książkach próżno szukać głosu zgorzkniałej starej panny. 

 „Mansfield Park” to powieść szczególna w dorobku Austen. Pierwsza napisana przez dojrzałą pisarkę; jej poprzednie (i najsłynniejsze) książki były przeróbkami utworów pisanych przez bardzo młodą Jane. Poważna w tonie, choć nie brak w niej tak charakterystycznej dla Jane Austen ciepłej ironii. (W ogóle "ironia" to słowo-klucz w pisarstwie panny Jane; czytając jej książki trzeba się stale mieć na baczności, czy aby narratorka nie stroi sobie właśnie żartów z bohaterów albo z czytelników; również wiele z jej postaci wypowiada się w sposób cudownie ironiczny, a czasem sarkastyczny). „Mansfield Park” jest książką równie niepozorną, co jej główna bohaterka, małomówna i trzymająca się w cieniu Fanny Price. Akcja toczy się rytmem od spaceru do kolacji, a najbardziej ekscytujące wydarzenia, w których uczestniczy bohaterka, to całodzienna wycieczka do posiadłości narzeczonego kuzynki (dzięki tej wyprawie dowiedziałam się co to takiego jest ha-ha, a także barouche - po polsku: kalesza) oraz próby do domowego przedstawienia teatralnego, w których zresztą Fanny odmawia aktywnego udziału. Jest jeszcze rozdzierający serce dylemat: który naszyjnik założyć na bal? Nie, nie piszę tego ironicznie, scena z wyborem naszyjnika jest naprawdę jedną z najważniejszych w powieści i w całej krasie prezentuje nieskazitelny charakter Fanny i jej umiejętność postąpienia właściwie w każdej sytuacji.


*** Po lewej ilustracja C.E. Brocka do wydania "Mansfield Park" z 1908 r. Źródło: www.mollands.net ***
 

„Mansfield Park” można odczytać jako głębokie studium charakterów i traktat o moralności. Fanny Price, choć nieśmiała, cicha i niepozorna, wykazująca daleko posuniętą niechęć do bycia w centrum uwagi, jest również bardzo inteligentna, ma rozwinięty zmysł obserwacji, niezależność opinii i trafność osądów. Paradoksalnie, ta skromna dziewczyna jest chyba najsilniejszą i najbardziej niezależną z austenowskich bohaterek. Dziesięcioletnia Fanny, najstarsza córka spośród licznej gromadki rodzeństwa, została oddana pod opiekę arystokratycznych, bogatych krewnych. W posiadłości Mansfield Park dorasta i zmienia się w kobietę, a także uświadamia sobie, że uczucia, którymi darzy swojego kuzyna Edmunda, towarzysza i jedynego przyjaciela, nie są wcale z gatunku tych siostrzanych. (Co nie jest niestosowne w sposób, w jaki dziś moglibyśmy na to patrzeć; jedyna niestosowność takiego związku wynika z faktu, że Fanny jest biedna, a od Edmunda oczekuje się, że znajdzie majętną żonę). Jednak gdy w sąsiedztwie pojawia się piękna, utalentowana i błyskotliwa Mary Crawford, Edmund wkrótce znajduje się pod jej urokiem. Zanim w ostatnim rozdziale (jak zwykle u Jane Austen – i za to właśnie ją lubię) każdy z bohaterów dostanie to, na co zasłużył, Fanny odrzuci wygodne pozory szczęścia, wykaże się niezłomnością postanowień i hartem ducha. Nie ulegnie namowom i nigdy nie straci z oczu swojego wewnętrznego moralnego drogowskazu. „We have all a better guide in ourselves – mówi Fanny – if we would attend to it, than any other person can be.”


*** Po lewej: współczesna ilustracja inspirowana "Mansfield Park" autorstwa Jennifer Jermantowicz (źródło: pasaii.com) - tak właśnie wyobrażam sobie Fanny; po prawej: okładka jednego z wydań Penguina; wspominałam, że moment z naszyjnikami jest bardzo istotny? ***