Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 maja 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O kobiecie w wieku balzakowskim


Dobrze znane zdanie Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” przywołuje się często w kontekście twórczości innego wielkiego pisarza francuskiego, Honoré de Balzaca. Jeśli Balzac naprawdę kierował się tą zasadą, to po lekturze „Kobiety trzydziestoletniej” mogłabym się zastanawiać, czy jego pojęcie o zwierciadłach nie było cokolwiek skrzywione, a także zachodzić w głowę, dlaczego uważa się go za wybitnego przedstawiciela realizmu. Czytając, momentami przecierałam oczy ze zdumienia, bo to, co początkowo brałam za wnikliwe studium obyczajowo-psychologiczne przerodziło się w pewnym momencie w wytwór doprawdy wybujałej fantazji.   

wtorek, 23 stycznia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Emancypantki w Bostonie



Czytelnik sięgający po  „Bostończyków” Henry’ego Jamesa może doznać rozczarowania, jeśli spodziewa się szeroko zakrojonej fabuły ukazującej panoramę, co zdaje się sugerować tytuł, społeczności Bostonu drugiej połowy XIX w. Polskie tłumaczenie tytułu jest nieco mylące i powinno raczej brzmieć  „Bostonki” (nie dziwię się jednak, że tłumaczka/wydawca nie zdecydowali się na tę opcję), bo jest to właściwie kameralna – mimo pokaźnej objętości – powieść  o dwóch bostonkach oraz zamieszkałym w Nowym Jorku dżentelmenie z Południa. Basil Ransom, młody prawnik z Missisipi,  jest dalekim kuzynem Olive Chancellor, majętnej starej – choć młodej wiekiem – panny z Bostonu, zaangażowanej w ruch feministyczny. Na zaproszenie kuzynki Basil składa jej wizytę. Oboje nie przypadają sobie do gustu, łagodnie rzecz ujmując, jednak Basil towarzyszy Olive na spotkaniu „reformatorów” społecznych, gdzie oboje doznają objawienia, a tym samym poznają trzecią postać dramatu. Tym objawieniem jest Verena Tarrant, córka uzdrowiciela-mesmerysty, oczarowująca wszystkich zdolnością wygłaszania płomiennych przemówień. Pod urokiem Vereny są również Basil i Olive, przy czym w jego przypadku zauroczenie dziewczyną łączy się z równie silną dezaprobatą dla feministycznej treści wygłoszonej mowy; Ransom jest konserwatystą i gardzi emancypacyjnymi bzdurami. Powieść jest opisem walki stoczonej pomiędzy Olive Chancellor a Basilem Ransomem o względy Vereny i – pozwolę sobie ująć to w patetyczny sposób – rząd nad jej duszą.

piątek, 2 stycznia 2015

O "Emancypantkach" Bolesława Prusa







Po świętach wybrałam się w krótką podróż, porzuciłam więc lśniącą złotymi grudkami Eleanor Catton na stronie 246 i do pociągu zabrałam ze sobą lekki i zgrabny czytnik e-booków, wypełniony głównie klasyką. Nie ma to jak porządna, prawdziwa dziewiętnastowieczna powieść. Tak się złożyło, że po powrocie z podróży byłam zmuszona na jakiś czas zapakować się do łóżka (gdzie pozostaję do dzisiaj), ale do Catton jeszcze nie wróciłam. Wciąż leży przy łóżku z zakładką pomiędzy stronami 246 a 247, na których ciągle jest ten sam dzień, który rozpoczął się na stronie pierwszej, a akcja dopiero się zawiązuje. Do gorączki złota w mieście Hokitika zapewne wrócę niebawem, tymczasem całkowicie pochłonęły mnie zdumiewające przypadki Madzi Brzeskiej.

Kto dzisiaj czyta „Emancypantki” Prusa? Może studenci polonistyki, ale mam wrażenie, że szersze grono czytelników o tej książce zapomniało. Niesłusznie, bo lektura „Emancypantek” może dostarczyć współczesnemu czytelnikowi wiele przyjemności i kilku tematów do refleksji. Z jednej strony to taka pozytywistyczna baśń o Kopciuszku, z tym że czytelnik nie jest ani przez chwilę pewny, czy piękne i pełne cnót dziewczę poślubi w końcu swojego księcia, który nie jest co prawda szczególnie urodziwy, za to z całą pewnością inteligentny i posiada pałac. „Tylko Bóg wie o tym” – pozwolę sobie zacytować matkę Apolonię. Co więcej, czytelnik w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy takiego właśnie losu powinien owemu Kopciuszkowi życzyć. Z drugiej strony „Emancypantki” to gorzka satyra społeczno-obyczajowa, ale i to jeszcze nie wszystko, bo Prus z dużą dozą wnikliwości zagląda w dusze i umysły swoich bohaterów, jest to więc również powieść psychologiczna. Daje też kilka wykładów naukowych i filozoficznych, próbując pogodzić naukowy materializm z religijną duchowością, ustami schorowanego matematyka Dębickiego naukowo dowodząc istnienia duszy, a dowód ten opierając między innymi na fizycznych właściwościach eteru (owej tajemniczej substancji, która do dnia dzisiejszego przetrwała w wyrażeniu „fale eteru”, ale próżno by jej szukać we współczesnych podręcznikach fizyki). Wykłady te mogą być nieco nużące, ale jednocześnie są wspaniałym przykładem intelektualnego fermentu, którym odznaczała się druga połowa XIX w. (boleśnie kontrastującego z marazmem, który charakteryzuje nasze czasy).

Na stronach „Emancypantek” znajdziemy całą galerię ciekawych postaci kobiecych i męskich, ale główną bohaterką powieści jest Madzia Brzeska, w chwili gdy ją poznajemy panienka osiemnasto- czy dziewiętnastoletnia, niedawna absolwentka renomowanej pensji pani Latter, obecnie na tej pensji pełniąca obowiązki damy klasowej, czyli nauczycielki. Panna Brzeska jest córką niezamożnego prowincjonalnego lekarza i ten fakt dobitnie wyznacza jej miejsce w społeczeństwie i aspiracje życiowe, dlatego, otrzymawszy posadę prawie darmowej nauczycielki, sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Madzia, czy też panna Magdalena, jest śliczna (ale o tym nie wie), wesoła, bardzo zdolna, a przy tym bardzo naiwna. Ale co najważniejsze – Madzia ma anielskie serce. Nie ma w niej ani śladu egoizmu, a jej postępowaniem kieruje przede wszystkim chęć ulżenia innym w kłopotach. Nietrudno się domyślić, że tak kryształowa osoba jest najlepszym celem plotek i obmowy. A to właśnie plotka rządzi tym światem i trzeba przyznać, że odmalowując to polskie piekiełko, wszystko jedno, czy jest nim prowincjonalne powiatowe miasteczko, czy stolica, Prus wykonał świetną robotę.


Kiedy zaczynałam czytać tę powieść, sądziłam, że ostrze satyry będzie wymierzone właśnie w kobiety, w tytułowe emancypantki, i że to słowo z pewnością jest opatrzone ironicznym cudzysłowem. Jest tak do pewnego stopnia, bo naprawdę niewiele trzeba, by kobiecie przyczepiono łatkę „emancypantki” (określenie pejoratywne). To prawda, że przedstawione w powieści „emancypantki-aktywistki” to postacie groteskowe. Ale jednocześnie Prus przedstawił sytuację kobiet w ówczesnym społeczeństwie w sposób realistyczny i rzetelny i niewątpliwie odnosił się do „sprawy kobiet” ze zrozumieniem i sympatią. Napiętnował społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet nawet tam, gdzie nie dostrzegały jej jego bohaterki, bo większość z nich nie rozmyślała ani nad podwójnymi standardami moralno-obyczajowymi, ani nad faktem, że ich praca jest kilkukrotnie niżej wynagradzana niż porównywalna z nią praca mężczyzny, ani nad tym, że dominująca rola mężczyzny, jako rzekomego opiekuna kobiety, bardzo często pozwalała mu po prostu na pracy kobiety pasożytować. W powieści Prusa mamy różnorodne typy kobiet, które zresztą przetrwały do naszych czasów. Są „wojujące feministki”, są „strażniczki patriarchatu”, są wreszcie kobiety „samodzielne” – przeważnie nie z pobudek ideologicznych, a z konieczności życiowej. Niektóre z tych kobiet występują w podwójnych rolach, np. pani Latter, właścicielka pensji, jest samodzielną kobietą sukcesu (niestety w chwili, gdy ją poznajemy, sukces odchodzi już w przeszłość), a jednocześnie wychowuje swoje dzieci w sposób, który petryfikuje krzywdzący kobiety porządek społeczny.

Co ciekawe, w powieści mówi się o „samodzielności” kobiet i „emancypacji”, ale nigdy nie padają słowa „niezależność” i „równouprawnienie”. Zastanawiam się, czy te pojęcia nie funkcjonowały wówczas w dyskursie społecznym, czy też dobór słownictwa był wynikiem politycznej (auto?)cenzury. Bo przecież od niezależności tylko krok do niepodległości, a wspominanie o prawach w ogóle jest niebezpieczne. Czytając „Emancypantki” możemy porozmyślać nad tym, jak daleką drogę przebyło nasze społeczeństwo przez te 140 lat, a z drugiej strony – jak niewiele się w pewnych kwestiach zmieniło. Bo przecież wiele problemów, z którymi borykały się kobiety w latach 1870-tych, jest wciąż naszymi problemami, chociażby dyskryminacja zarobkowa.

Przyznam się, że pod koniec powieści anielskość i naiwność Madzi zaczęły mnie męczyć i miałam ochotę nieco nią potrząsnąć (sama Madzia też coraz bardziej męczyła się życiem). Mimo to książkę gorąco polecam wszystkim, kobietom i mężczyznom, tym z lewej i z prawej strony sceny politycznej. To naprawdę świetny kawał literatury, wypełniony celnymi obserwacjami społecznymi i niepozbawiony humoru (choć nieco gorzkiego). Może tylko satyra jest czasem kreślona trochę zbyt grubą kreską (np. satyryczne nazwiska większości postaci dalszego planu nieco mnie irytowały). Ale ta powieść jest pełna skarbów, ot chociażby taki fragment sprawił mi dużo radości – to jakby pierwszy szkic scenariusza filmu „Melancholia”:

Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: "W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną."
W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. "Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca." Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie? Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga - nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.
"Ale i w tym wypadku - pisali pesymiści - tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód."
"To jeszcze można wytrzymać!" - powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów. Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.(...)

---
Link do tekstu "Emancypantek" znajduje się się w zakładce "Książki z domeny publicznej".
Na "okładce" "Emancypantek" zamieszczonej w tym wpisie umieściłam obraz George'a Clausena.

wtorek, 7 października 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: Tristan 1946



To moja ulubiona książka Marii Kuncewiczowej. Parafraza celtyckiej legendy o Tristanie i Izoldzie. Jest smagane wiatrem wybrzeże Kornwalii, jest dwoje młodych kochanków i stary król. Ale zamiast mitycznego średniowiecza mamy rok 1946, świat powoli otrząsa się z koszmaru wojny, ludzie próbują odnaleźć się w tym świecie, zaleczyć wojenne rany - te na ciele i te na duszy - i zacząć życie od nowa.

On jest Polakiem i ma na imię Michał; nie zabił Morhołta ani smoka (choć "smoczy język" pojawia się i w tej historii), walczył z innym przeciwnikiem - w konspiracji, w partyzantce, wreszcie w Powstaniu. "Po upadku powstania w 1944 wywieziono go z Warszawy jako jeńca, ale znalazł się w bardzo cywilnym obozie i kiedy go Amerykanie wyzwolili, nie umiał chodzić, więc długo przebywał w szpitalach. Potem uciekł Amerykanom i robił różne rzeczy." - relacjonuje Wanda, jedna z narratorek powieści, list od syna, w którym prosił ją, żeby sprowadziła go do Anglii, dokąd Wanda wyjechała w 1939 r.

Ona, złotowłosa Irlandka o imieniu Kathleen, pracuje jako laborantka w szpitalu. Ma za zadanie nakłonić Michała, by poddał się badaniom i leczeniu. Tak się poznają. A potem Michał robi z Kasią, jak ją nazywa, to co Tristan zrobił z Izoldą: rzuca ją w ramiona starego króla. W roku 1946 jest nim sławny i bogaty profesor, patronujący Michałowi. Dalej wszystko toczy się jak w legendzie. W wielkomiejskim gąszczu Londynu można ukryć się jak w lesie moreńskim.

Jest to wszystko melodramatyczne, może nawet zbyt (czy jednak historia Tristana i Izoldy może nie być melodramatyczna?) i powieść Kuncewiczowej bardzo zbliża się do romansu. Ale są też wnikliwe portrety psychologiczne, autorka mistrzowsko operuje stylem, przekazując narrację kolejnym bohaterom i prowadząc ją częściowo w formie ich monologów wewnętrznych. Jest bogate tło obyczajowe. "Tristan 1946" to nie tylko opowieść o tragicznej miłości i namiętności, mit przeniesiony w realia XX wieku. Kuncewiczowa pokazuje środowisko i sytuację polskiej emigracji w powojennej Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim analizuje zawikłane losy Polaków w dwudziestym wieku, ich wybory (wyjechać, czy zostać; walczyć, czy starać się przetrwać) i cenę, jaką za te wybory płacili.

Mitycznych kochanków na zawsze połączyła dopiero śmierć. Jak zakończy się historia Tristana i Izoldy z roku 1946?

"[...] w nocy z grobu Tristana wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy. Ludzie miejscowi ucięli głóg: nazajutrz odrósł na nowo, równie zielony, równie kwitnący, równie żywy, i znowuż utopił się w łożu Izoldy Jasnowłosej. Po trzykroć chcieli go zniszczyć, na próżno. Wreszcie donieśli o cudzie królowi Markowi. Król zabronił odtąd ucinać głóg."
Joseph Bédier "Dzieje Tristana i Izoldy", przekład: Tadeusz Boy-Żeleński

*** Głogi jesienią. Beskid Wyspowy, październik 2014 ***

---
Maria Kuncewiczowa, "Tristan 1946". Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1980.