Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirytyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirytyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

O "Emancypantkach" Bolesława Prusa







Po świętach wybrałam się w krótką podróż, porzuciłam więc lśniącą złotymi grudkami Eleanor Catton na stronie 246 i do pociągu zabrałam ze sobą lekki i zgrabny czytnik e-booków, wypełniony głównie klasyką. Nie ma to jak porządna, prawdziwa dziewiętnastowieczna powieść. Tak się złożyło, że po powrocie z podróży byłam zmuszona na jakiś czas zapakować się do łóżka (gdzie pozostaję do dzisiaj), ale do Catton jeszcze nie wróciłam. Wciąż leży przy łóżku z zakładką pomiędzy stronami 246 a 247, na których ciągle jest ten sam dzień, który rozpoczął się na stronie pierwszej, a akcja dopiero się zawiązuje. Do gorączki złota w mieście Hokitika zapewne wrócę niebawem, tymczasem całkowicie pochłonęły mnie zdumiewające przypadki Madzi Brzeskiej.

Kto dzisiaj czyta „Emancypantki” Prusa? Może studenci polonistyki, ale mam wrażenie, że szersze grono czytelników o tej książce zapomniało. Niesłusznie, bo lektura „Emancypantek” może dostarczyć współczesnemu czytelnikowi wiele przyjemności i kilku tematów do refleksji. Z jednej strony to taka pozytywistyczna baśń o Kopciuszku, z tym że czytelnik nie jest ani przez chwilę pewny, czy piękne i pełne cnót dziewczę poślubi w końcu swojego księcia, który nie jest co prawda szczególnie urodziwy, za to z całą pewnością inteligentny i posiada pałac. „Tylko Bóg wie o tym” – pozwolę sobie zacytować matkę Apolonię. Co więcej, czytelnik w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy takiego właśnie losu powinien owemu Kopciuszkowi życzyć. Z drugiej strony „Emancypantki” to gorzka satyra społeczno-obyczajowa, ale i to jeszcze nie wszystko, bo Prus z dużą dozą wnikliwości zagląda w dusze i umysły swoich bohaterów, jest to więc również powieść psychologiczna. Daje też kilka wykładów naukowych i filozoficznych, próbując pogodzić naukowy materializm z religijną duchowością, ustami schorowanego matematyka Dębickiego naukowo dowodząc istnienia duszy, a dowód ten opierając między innymi na fizycznych właściwościach eteru (owej tajemniczej substancji, która do dnia dzisiejszego przetrwała w wyrażeniu „fale eteru”, ale próżno by jej szukać we współczesnych podręcznikach fizyki). Wykłady te mogą być nieco nużące, ale jednocześnie są wspaniałym przykładem intelektualnego fermentu, którym odznaczała się druga połowa XIX w. (boleśnie kontrastującego z marazmem, który charakteryzuje nasze czasy).

Na stronach „Emancypantek” znajdziemy całą galerię ciekawych postaci kobiecych i męskich, ale główną bohaterką powieści jest Madzia Brzeska, w chwili gdy ją poznajemy panienka osiemnasto- czy dziewiętnastoletnia, niedawna absolwentka renomowanej pensji pani Latter, obecnie na tej pensji pełniąca obowiązki damy klasowej, czyli nauczycielki. Panna Brzeska jest córką niezamożnego prowincjonalnego lekarza i ten fakt dobitnie wyznacza jej miejsce w społeczeństwie i aspiracje życiowe, dlatego, otrzymawszy posadę prawie darmowej nauczycielki, sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Madzia, czy też panna Magdalena, jest śliczna (ale o tym nie wie), wesoła, bardzo zdolna, a przy tym bardzo naiwna. Ale co najważniejsze – Madzia ma anielskie serce. Nie ma w niej ani śladu egoizmu, a jej postępowaniem kieruje przede wszystkim chęć ulżenia innym w kłopotach. Nietrudno się domyślić, że tak kryształowa osoba jest najlepszym celem plotek i obmowy. A to właśnie plotka rządzi tym światem i trzeba przyznać, że odmalowując to polskie piekiełko, wszystko jedno, czy jest nim prowincjonalne powiatowe miasteczko, czy stolica, Prus wykonał świetną robotę.


Kiedy zaczynałam czytać tę powieść, sądziłam, że ostrze satyry będzie wymierzone właśnie w kobiety, w tytułowe emancypantki, i że to słowo z pewnością jest opatrzone ironicznym cudzysłowem. Jest tak do pewnego stopnia, bo naprawdę niewiele trzeba, by kobiecie przyczepiono łatkę „emancypantki” (określenie pejoratywne). To prawda, że przedstawione w powieści „emancypantki-aktywistki” to postacie groteskowe. Ale jednocześnie Prus przedstawił sytuację kobiet w ówczesnym społeczeństwie w sposób realistyczny i rzetelny i niewątpliwie odnosił się do „sprawy kobiet” ze zrozumieniem i sympatią. Napiętnował społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet nawet tam, gdzie nie dostrzegały jej jego bohaterki, bo większość z nich nie rozmyślała ani nad podwójnymi standardami moralno-obyczajowymi, ani nad faktem, że ich praca jest kilkukrotnie niżej wynagradzana niż porównywalna z nią praca mężczyzny, ani nad tym, że dominująca rola mężczyzny, jako rzekomego opiekuna kobiety, bardzo często pozwalała mu po prostu na pracy kobiety pasożytować. W powieści Prusa mamy różnorodne typy kobiet, które zresztą przetrwały do naszych czasów. Są „wojujące feministki”, są „strażniczki patriarchatu”, są wreszcie kobiety „samodzielne” – przeważnie nie z pobudek ideologicznych, a z konieczności życiowej. Niektóre z tych kobiet występują w podwójnych rolach, np. pani Latter, właścicielka pensji, jest samodzielną kobietą sukcesu (niestety w chwili, gdy ją poznajemy, sukces odchodzi już w przeszłość), a jednocześnie wychowuje swoje dzieci w sposób, który petryfikuje krzywdzący kobiety porządek społeczny.

Co ciekawe, w powieści mówi się o „samodzielności” kobiet i „emancypacji”, ale nigdy nie padają słowa „niezależność” i „równouprawnienie”. Zastanawiam się, czy te pojęcia nie funkcjonowały wówczas w dyskursie społecznym, czy też dobór słownictwa był wynikiem politycznej (auto?)cenzury. Bo przecież od niezależności tylko krok do niepodległości, a wspominanie o prawach w ogóle jest niebezpieczne. Czytając „Emancypantki” możemy porozmyślać nad tym, jak daleką drogę przebyło nasze społeczeństwo przez te 140 lat, a z drugiej strony – jak niewiele się w pewnych kwestiach zmieniło. Bo przecież wiele problemów, z którymi borykały się kobiety w latach 1870-tych, jest wciąż naszymi problemami, chociażby dyskryminacja zarobkowa.

Przyznam się, że pod koniec powieści anielskość i naiwność Madzi zaczęły mnie męczyć i miałam ochotę nieco nią potrząsnąć (sama Madzia też coraz bardziej męczyła się życiem). Mimo to książkę gorąco polecam wszystkim, kobietom i mężczyznom, tym z lewej i z prawej strony sceny politycznej. To naprawdę świetny kawał literatury, wypełniony celnymi obserwacjami społecznymi i niepozbawiony humoru (choć nieco gorzkiego). Może tylko satyra jest czasem kreślona trochę zbyt grubą kreską (np. satyryczne nazwiska większości postaci dalszego planu nieco mnie irytowały). Ale ta powieść jest pełna skarbów, ot chociażby taki fragment sprawił mi dużo radości – to jakby pierwszy szkic scenariusza filmu „Melancholia”:

Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: "W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną."
W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. "Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca." Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie? Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga - nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.
"Ale i w tym wypadku - pisali pesymiści - tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód."
"To jeszcze można wytrzymać!" - powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów. Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.(...)

---
Link do tekstu "Emancypantek" znajduje się się w zakładce "Książki z domeny publicznej".
Na "okładce" "Emancypantek" zamieszczonej w tym wpisie umieściłam obraz George'a Clausena.

wtorek, 9 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: sir Arthur i ktoś jeszcze

(Wpis pierwotnie opublikowany 10.05.2014 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")




Nie tylko jego dzieła wciąż inspirują (patrz: fenomenalny, inteligentnie zabawny "Sherlock" na miarę naszych czasów), również życie sir Arthura Conan Doyle'a jest pożywką dla współczesnej twórczości. Doyle - niespełniony okulista, ale uznany pisarz, szacowny ojciec rodziny i członek elity edwardiańskiej Anglii jest jednym z tytułowych bohaterów powieści Juliana Barnesa "Arthur & George", niezwykłej podwójnej biografii. Drugim jest George Edalji, syn anglikańskiego pastora, skromny prawnik.

Arthur i George żyją w różnych światach, ich ścieżki skrzyżują się w pierwszych latach XX w. w dramatycznych okolicznościach. W wiosce Great Wyrley dochodzi do serii brutalnych okaleczeń zwierząt. Oskarżenie pada na George'a, który zostaje postawiony przed sądem i otrzymuje drakoński wyrok. Oskarżenie jest absurdalne i nie ma żadnych racjonalnych podstaw. George zostaje wytypowany jako sprawca wyłącznie z jednego powodu: lokalna społeczność jest zdania, że "żaden Anglik nie byłby zdolny do popełnienia takiej zbrodni", a społeczność ta widzi w George'u obcego. George bowiem, choć urodził się w Anglii, otrzymał angielskie wychowanie i wykształcenie i sam uważa się za Brytyjczyka, w pełni identyfikując się z brytyjską kulturą, przez innych nie jest tak postrzegany. Różni go jeden, z pozoru bez znaczenia, szczegół: nieco ciemniejszy odcień skóry. Ojciec Georga, ów anglikański pastor, wyemigrował do Anglii z Indii - jest Hindusem.


Pomimo oczywistych błędów w dochodzeniu i postępowaniu sądowym George zostaje skazany na ciężkie roboty i nie ma żadnej możliwości odwołania - w Anglii nie funkcjonują wówczas sądy apelacyjne, wyrok jest ostateczny. Wtedy właśnie w życie George'a wkracza Arthur. Doyle na chwilę wciela się w swojego bohatera Sherlocka i prowadzi śledztwo, które ma wskazać prawdziwego sprawcę wydarzeń z Great Wyrley. Organizuje też kampanię społeczną mającą na celu oczyszczenie imienia George'a, która wpłynęła na wprowadzenie do systemu wymiaru sprawiedliwości sądów apelacyjnych.

Julian Barnes dotarł do listów, dokumentów sądowych, rządowych raportów i tekstów z ówczesnych gazet związanych ze sprawą z Great Wyrley. Na jej kanwie snuje opowieść o brytyjskości, tożsamości, rasizmie, winie. Ale również o miłości, wierności i granicach poznania. Sprawa procesu George'a i walki o jego uniewinnienie jest klamrą spinającą powieść, ale w warstwie fabularnej poznajemy też dzieciństwo obydwu bohaterów, a także ich późniejsze losy. Barnes pokazuje również dzieje pierwszego małżeństwa Doyle'a, jego związku z Jean Leckie, z którą Doyle ożeni się po śmierci pierwszej żony, a także zaangażowania pisarza (lekarza i racjonalisty!) w ruch spirytystyczny. Fascynująca lektura.

A wracając do "Sherlocka", który zasługuje na osobny esej (ale się powstrzymam), to nie przypominam sobie, kiedy ostatnio oglądałam serial, który tak by mnie rozbawił. Jednak widzom TVP2, którzy musieli oglądać go w tłumaczeniu i z lektorem, należą się wyrazy współczucia, w telewizyjnym tłumaczeniu "Sherlock" był dwa razy mniej śmieszny niż w oryginale. Tłumacz serialu chyba nie zrozumiał niektórych żartów i sytuacji, a w wielu przypadkach zamiast tłumaczyć słowa bohaterów, obrażał inteligencję widzów (zapewne sądził po sobie) i tłumaczył, co bohaterowie mają na myśli. A inteligencja to tutaj słowo-klucz. No skandal jednym słowem.

---
Julian Barnes "Arthur & George". Świat Książki, Warszawa 2010. Przekład Joanna Puchalska.