Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 stycznia 2021

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Marcie" Elizy Orzeszkowej, czyli jak się czyta powieść tendencyjną po 150 latach

Na pierwszym Pikniku z klasyką w 2021 r. (mam nadzieję, że nie ostatnim) spotykamy się z Pyzą (pierogipruskie.pl), żeby porozmawiać o powieści, która ukazała się 148 lat temu. Wtedy jej odbiór był bardzo żywy, a czyta się ją teraz?


***


Tarnina: „Marta” Elizy Orzeszkowej, to sztandarowa powieść tendencyjna. To pierwsza rzecz, której dowie się każdy czytelnik zasięgający informacji na temat tej książki, bądź to w ramach zinstytucjonalizowanego procesu edukacji, bądź własnych poszukiwań czytelniczych. To odstraszająca etykieta zważywszy, że właściwie w samej definicji powieści tendencyjnej jako gatunku jest zawarty kompromis pomiędzy wartością literacką utworu, a jego przekazem dydaktyczno-publicystycznym, rozstrzygany na korzyść tego ostatniego. Nie lubimy, kiedy prowadzi się nas jak na postronku do przyjęcia promowanej nachalnie przez autora tezy. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że w przypadku „Marty” warto przełamać niechęć, bo chociaż tendencyjna – nie da się tego faktu przegapić podczas lektury – to jest to powieść napisana przez artystkę. Ze smutkiem muszę również zauważyć, że ta publicystyka sprzed półtora wieku nie całkiem się zdezaktualizowała. Co o tym sądzisz, Pyzo?


Pyza: Właśnie tutaj chyba jest pies - a właściwie to mój problem z “Martą” - pogrzebany. Przez pierwszą część książki, tak powiedzmy do momentu, w którym Marta trafia do szwalni, miałam ochotę rzucić czytnikiem gdzieś daleko, daleko, a potem udawać, że wcale nawet nie zaczynałam lektury. Czemu? Tutaj szukałabym wyjaśnienia: “kompromis pomiędzy wartością literacką utworu, a jego przekazem dydaktyczno-publicystycznym, rozstrzygany na korzyść tego ostatniego”. Póki nie złapałam tego momentu, w którym dotarło do mnie, żeby traktować Martę nie jako bohaterkę, ale raczej jako ucieleśnienie idei, lektura szła mi jak po grudzie. Orzeszkowa owszem, jest artystką, ale równocześnie - i zwróć uwagę na ten zwrot do czytelnika w samym środku powieści, musiała czuć, że coś tu nie styka - tak strasznie chce w “Marcie” pokazać pewne zjawiska społeczne, że jest to miejscami niestrawne i denerwujące. Dopiero w drugiej części, a zwłaszcza w zakończeniu, do głosu dochodzi tenże artyzm… A czy Tobie też “Marta” tak wyraźnie rozpadła się przy lekturze na dwie części?


Tarnina: Nie, nie miałam takiego wrażenia. Dosyć szybko udało mi się dostroić do formy i przestałam np. oczekiwać naturalności dialogów, a zamiast tego zaczęłam się przyglądać, jak te dialogi, które w dużej mierze są szeregiem publicystycznych tez i kontrargumentów (część z nich jest też wprost podawana w komentarzu narratora), służą celowi obranemu przez pisarkę, i doszłam do wniosku, że Orzeszkowa jest niesłychanie skuteczna. Może powiedzmy krótko – bo da się to streścić w kilku zdaniach – o czym jest ta historia: Martę Świcką, z urodzenia szlachciankę z dworku, a potem przez pięć lat szczęśliwą żonę zamożnego urzędnika, nagła choroba i śmierć męża pozbawia całkowicie środków do życia. Kobieta rozpaczliwie szuka pracy, próbując zapewnić byt sobie i czteroletniej córeczce, w tych poszukiwaniach zaliczając kolejne kręgi piekła. Bo oto okazuje się, że tej młodej i inteligentnej kobiecie, która jeszcze przed chwilą mogła być ozdobą towarzystwa, społeczeństwo nie daje żadnej szansy utrzymanie się dzięki własnej pracy. Jest to więc bohaterka, jak napisałaś, wykreowana w celu przedstawienia „kwestii kobiecej” i pozbawiona w zasadzie cech indywidualnych, ale skłamałabym mówiąc, że jej los mnie nie wzruszył. A jeśli miałam ochotę rzucić czytnikiem, to raczej z oburzenia na absurdalność przeszkód stojących przed Martą i postawę wielu „życzliwych”, których spotyka na swojej drodze.


Pyza: Tak, i pod tym względem “Marta” pozostaje bardzo, bardzo - aż za bardzo - aktualna. Mnie najbardziej chyba uderzyła scena u jubilera, bo przecież tam doskonale było widać, że to tylko źle pojęta “tradycja” czy przyzwyczajenia blokują Marcie pracę. Obrzydliwa była za to scena u księgarza, kiedy z ust “uczonego” padały pod adresem Marty oskarżenia bez pokrycia. Zresztą właśnie to kumulowanie się napięć, absurdów i nieszczęść, które sprawiły, że Marta nie mogła zdobyć żadnej pracy, doskonale Orzeszkowa zilustrowała tą ostatnią, najlepszą moim zdaniem sceną w całej powieści. Kiedy społeczeństwo goni niby-złodziejkę, urządzając sobie radosną orgię oskarżeń, i cofa się w ostatnim momencie, kiedy jest już za późno i kiedy, co więcej, wszyscy już nagle zdają sobie z tego sprawę. Z drugiej jednak strony nie mogę nie zauważyć, że Orzeszkowa chcąc obrazowo przedstawić swoje tezy wycina Martę od początku trochę z papieru i wstawia w dogodne ramki. Bo czemu Marta nie ma absolutnie żadnych znajomych, którzy mogliby ją wspomóc? Jest totalnie wyizolowana i oczywiście to zamysłowi Autorki sprzyja, ale jest… Nienaturalne? Nie wiem do końca, jakim przymiotnikiem się posłużyć...


Tarnina: Rzeczywiście, o tym samym myślałam sobie, czytając książkę – nikt nie jest samotną wyspą; wiemy, że Marta straciła już rodziców i nie miała rodzeństwa, ale przecież powinni być jacyś dalsi krewni, wujowie, ciotki, kuzynostwo, do których można byłoby się zwrócić. Rodzina męża? Widać tutaj, że Orzeszkowa poświęca realizm dla ostrości przekazu. Z drugiej strony z łatwością można sobie wyobrazić, że gdyby taka rodzina istniała, Marta i tak nie otrzymałaby pomocy, bo nic tak skutecznie nie odstrasza ludzi, jak nieszczęście. Mamy zresztą pewien przykład, przecież Marta zwraca się w pewnym momencie do dawnego znajomego, który nawet bywał w jej domu, czyli wspomnianego księgarza. Przytoczyłaś tę scenę ze względu na pojawiającego się tam literata, który wygłasza swoje antyfeministyczne poglądy i podpiera je poglądami naukowca. Ale właśnie poglądami, a nie ustaleniami naukowymi. Theodor Bischoff był rzeczywiście lekarzem i biologiem ze sporymi osiągnięciami naukowymi w kilku dziedzinach, ale szowinistyczny literat powołuje się akurat na tę jego publikację, która ma charakter raczej pseudonaukowy. Otóż Bischoff twierdził, że kobiety nie nadają się intelektualnie do studiów wyższych i pracy akademickiej, a szczególnie ostro występował przeciwko dopuszczeniu kobiet do studiowania i praktykowania medycyny. Jako dowód na poparcie tych twierdzeń podawał dane porównawcze z pomiarów mózgu i czaszki kobiet i mężczyzn. Poglądy Bischoffa bardzo dobrze zaprezentował w powieści literat:

„Piękność, łagodność, skromność , uległość i pobożność – oto są cnoty właściwe kobiecie, gospodarstwo domowe – oto zakres jej pracy, miłość dla męża – oto jedyna stosowna i pożyteczna dla nich cnota!”


Ale to tytułem dygresji i ciekawostki, bo chcę zwrócić uwagę na postawę księgarza wobec Marty. Otóż ten dobry człowiek, przedsiębiorca, namówił przymierającą głodem i pracującą ponad siły w szwalni kobietę, w której domu w lepszych czasach bywał, zapewne całował ją w rękę, i z której mężem się przyjaźnił, żeby „na próbę” przetłumaczyła całą książkę, obiecując jej w razie powodzenia sporą kwotę. Marta, ślęcząc po nocach, dokonała tego w ciągu sześciu tygodni, w sposób, jak się wydaje, nie najgorszy. Oczywiście nie mając kierunkowego wykształcenia, a co za tym idzie znajomości fachowej terminologii, a w swojej sytuacji materialnej żadnych możliwości, żeby wiedzę uzupełnić, Marta nie mogła przełożyć książki w sposób idealny, o czym pan księgarz-wydawca powinien był wiedzieć, jeśli miał choć trochę oleju w głowie. On tymczasem zdaje się być tym faktem zaskoczony i wielce zasmucony i zamiast cokolwiek zapłacić kobiecie za wykonaną bądź co bądź, choć w sposób niedoskonały, ale jednak, pracę, zwraca Marcie rękopis z wetkniętą w niego niewielką jałmużną. Na dodatek częstuje Martę bardzo uwłaczającym w gruncie rzeczy „kazaniem”, w którym hipokryzja i poczucie wyższości są ukryte pod pozorem dobrej rady i współczucia. Treść tej przemowy jest zresztą dokładnie taka sama jak ta, którą otrzymała wcześniej od redaktora Rudzińskiego, starając się o pracę ilustratorki.

W całej historii Marty uderza mnie najbardziej nie jej brak adekwatnego wykształcenia i umiejętności, ale to jak szybko „społeczeństwu” udaje się jej wmówić, że jest nic niewarta. Marta cały czas szuka winy w sobie. Tymczasem, patrząc obiektywnie na jej sytuację, widzimy, że posiada cały szereg umiejętności, które mogłaby spieniężyć, gdyby tylko jej na to pozwolono. Z całą pewnością nadawałaby się do każdej pracy biurowej, oczywiście także na „pannę sklepową”, a jeśli nie na wykwalifikowaną nauczycielkę, to przynajmniej na guwernantkę lub opiekunkę młodszych dzieci. Wydaje się też, że Marta mogłaby się wyrobić jako tłumaczka, gdyby dać jej zaliczkę, zaopatrzyć w słowniki i pozwolić pracować nad przekładem w godziwych warunkach (nie mogę przejść do porządku nad postępowaniem księgarza). No i scena u jubilera, którą wspomniałaś, dobitnie pokazuje że problem nie tkwi w samej Marcie, tylko w oporze społecznym. Hasło „bądź kowalem własnego losu” w przypadku Marty nie może zadziałać, prawda?

Pyza: Ano właśnie, tutaj wychodzi trochę chyba nasze czytanie "Marty" z perspektywy czasów, w których same żyjemy. Oczywiście, postępowanie księgarza było karygodne. Przecież Marta przełożyła książkę, a jeśli nie spodobało mu się - cóż, trudno, ale powinien jej był zapłacić. Orzeszkowa doskonale go zresztą charakteryzuje przy drugiej wizycie Marty: że to dobry człowiek był, ale jak każdy dobry człowiek umiał się rozproszyć i w ten sposób jego zachowanie (i, dodajmy, poziom dobroci) zależał od tego, w jakim akurat był nastroju. A ów paskudny literat - cóż, zdaje się, że do dzisiaj są ludzie wyznający podobne poglądy na temat miejsca kobiet w społeczeństwie. Ale wracając do początku mojej wypowiedzi, czyli Marta a współczesność. Czy uważasz, że to jest bohaterka na nasze czasy?

Tarnina: To jest taka bardzo dickensowska historia, motyw nagłej odmiany losu i nędzy, z tym że u Dickensa mielibyśmy jakiś zwrot akcji po drodze i los Marty mógłby się odwrócić ponownie. Ale miałam też bardzo współczesne skojarzenia. Opis heroicznych, ale w gruncie rzeczy bezsensownych i z góry skazanych na klęskę wysiłków Marty, jej walki o pracę, ale też o własną godność, przypominał mi kino społecznie zaangażowanego realizmu, a konkretnie film „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Oprócz tytułowego bohatera, który podobnie jak Marta jest postawiony przez „system” – w tym przypadku opieki społecznej – w sytuacji wewnętrznie sprzecznej i niemożliwej do rozwiązania przez niego, jest tam też motyw samotnej matki, dla której w pewnym momencie prostytucja staje się jedynym sposobem na utrzymanie dzieci. Nie powiedziałabym, że Marta to „bohaterka na nasze czasy”, ale sądzę, że jest to bohaterka, która rezonuje w naszych czasach.

Wyróżniłabym trzy kwestie z powieści, które są w jakiś sposób aktualne obecnie. Po pierwsze to, o czym właściwie do tej pory pisałyśmy, czyli sytuacja kobiet na rynku pracy. Tu się oczywiście bardzo wiele zmieniło, ale przecież wciąż, nawet w Europie, mamy do czynienia z nierównością płci i w dostępie do pewnych zawodów i stanowisk, i płacy, i warunków pracy. Po drugie – to są sprawy związane z ubóstwem, bezrobociem, opieką społeczną (lub jej brakiem), godną pracą, które możemy odnieść nie tylko do kobiet, ale do całego społeczeństwa. W czasie covidowego kryzysu ekonomicznego widmo utraty źródła dochodu dla wielu osób jest całkiem realne. A są takie sytuacje, z których człowiek nie jest w stanie sam się wydobyć. No i jest jeszcze trzecia, nieco inna sprawa, na określenie której posłużę się cytatem z Orzeszkowej: „pan stworzeń” , czyli mężczyzna, któremu wszystko wolno, ponieważ jest mężczyzną, i ponieważ ma pozycję i pieniądze (ponieważ jest mężczyzną) w relacji z kobietą, która nie ma jak się bronić. To z kolei skojarzyło mi się z ruchem „me too”.

Pyza: Wow, muszę powiedzieć, że faktycznie czuję się całkiem przekonana, a już miałam smęcić w duchu “oj nie, jako bohaterka Marta strasznie się zestarzała…”. Bo miałam naprawdę takie wrażenie! Owszem, nie zestarzały się problemy, z którymi się zmaga - jak świetnie pokazałaś wyżej - ale jej podejście, zwłaszcza tej Marty z początków powieści jest, no nie wiem, na ile aktualne? Przede wszystkim chodzi mi o Martę, która zupełnie nie wie, jak działa świat: wyhodowaną w cieplarnianych warunkach, które tylko karmiły jej złudzenia i, jak sądzę, kazały nie myśleć. I stąd wynika jej początkowe zdziwienie tym, że nic nie umie, a jeśli umie, to dość słabo i powierzchownie. Orzeszkowa jest tu zresztą trochę niekonsekwentna, bo u jubilera okazuje się, że Marta jednak nieźle sobie radzi z rysowaniem, za które besztają ją w redakcji gazety. Niemniej - to przerażające, ile razy bohaterka musi sobie uświadomić, że niewiele umie i że wynika to nie z zaniedbania przecież, ale z dobrych chęci jej rodziców czy męża, którzy przystosowali ją do takiego świata, w którym na swojej pozycji mogłaby mieć się nieźle, gdyby jej nie straciła. Zresztą to nie tylko przypadek Marty - weźmy Karolinę i jej gorzką historię, która jest dosłownie historią hodowli, gdzie bogata krewna “hoduje” ją tak samo jak psy, w związku z czym bohaterka ponownie nie tylko nie ma w ręku żadnych narzędzi, żeby sobie poradzić poza tą jedną jedyną rolą, jaką jej przypisała jej “pani”, ani też wielkiej świadomości tego, jak wygląda świat - póki się z nim boleśnie nie zetknie.

Przywołałabym tutaj w kontekście tego, o czym mówisz, jeszcze jeden, bardzo mocny, cytat, właśnie z wypowiedzi Karoliny (trochę go tnę, ale zostawiam sedno):

“(...) ale wedle praw i obyczajów ludzkich kobieta nie jest człowiekiem, ko­bieta to rzecz. (...) Patrz na mężczyzn. Każdy z nich żyje na świecie sam przez się, nie potrzebuje, aby dopisywano doń jakąś cyfrę dlatego, aby przestał być zerem. Kobieta jest zerem, jeśli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełnia­jąca. Kobiecie dają błyszczącą oprawę, aby jak w sklepie jubilera kunsztownie wypolerowany diament ściągała na siebie oczy jak największej liczby nabywców. Jeżeli nie znajdzie dla siebie nabywcy albo znalazłszy utraci go, pokrywa się rdzą wiecznej boleści, plamami bezzaradnej nędzy, staje się na powrót zerem, ale zerem chudym z gło­du, trzęsącym się z zimna, rozszarpującym się na szmaty w nadaremnych próbach ruszania się i dźwigania. Przy­pomnij sobie wszystkie stare panny, opuszczone lub owdowiałe kobiety, jakie znałaś w swym życiu, spójrz na koleżanki swe z zakładu Szwejcowej, spójrz na samą siebie… (...) Jesteście roślinami, któ­rych łodygi wyhodowane w cieplarniach nie mają siły opierać się wiatrom i burzom, i tak być musi przecież, skoro wieszcze i mędrcy świata nazwali kobietę „naj­piękniejszym z kwiatów przyrodzenia”. Kobieta to kwiat, kobieta to zero, kobieta to przedmiot nieobdarzony siłą samodzielnego ruchu. Nie ma dla niej ani szczęścia, ani chleba bez mężczyzny. Kobieta musi koniecznie uczepić się, w jakikolwiek sposób uczepić się mężczyzny, jeśli chce żyć. Inaczej idzie do szwalni Szwejcowej i umiera z wolna.”

Gorzkie to, ale podsumowuje właśnie tę grupę, którą Orzeszkowa portretuje w “Marcie”: “kobiety bez mężczyzn”, owe “stare panny”, wdowy, kobiety bez fachu i wykształcenia. Ale jest rewers tej sytuacji - postać młodej szwaczki, Klary, nie sądzisz?

Tarnina: Zanim przejdę do ostatniego wątku, który poruszyłaś, wrócę jeszcze do wcześniejszych. No tak, postawa Marty z początku powieści jest oczywiście całkowicie niedzisiejsza i bardziej irytuje, niż wzbudza współczucie. Ale wraz z dojrzewaniem Marty zachodzi też ewolucja postawy czytelnika wobec niej, uświadamiamy sobie to, o czym napisałaś powyżej, że właściwie winimy Martę tylko za to, że jest kobieta swoich czasów i swojej sfery, a pod koniec powieści zapominamy już o tej uprzywilejowanej i roszczeniowej paniusi, a rozpaczamy razem z matką, która wie, że nie jest w stanie uratować własnego dziecka. Używanie dziecka do grania na emocjach czytelnika to jest dosyć tani chwyt, ale Orzeszkowa moim zdaniem pokazała tu duży kunszt pisarski, nie mamy wrażenia, że to jest jakieś sztuczne pompowanie dramatyzmu.

Wrócę jeszcze do tej sceny u jubilera, bo ona jest rzeczywiście kluczowa. Tutaj właściwie po raz pierwszy Marta w pełni przejmuje inicjatywę i kiedy to robi, okazuje się, że merytorycznie nic jej nie można zarzucić. Jej rysunek jest dobry, bo jest to jej autorski projekt. Być może to jest niekonsekwencja autorki, ale niekoniecznie. Nie miałaś wrażenia, że wcześniej sposób oceniania umiejętności Marty był dosyć dziwny? Gdy Marta stara się o posadę ilustratorki, każą jej skopiować pracę innego artysty i werdykt o jej umiejętnościach zostaje wydany na podstawie tego jednego rysunku. Dlaczego nie kazano jej po prostu przygotować kilku własnych ilustracji do zadanego tekstu? Może Marta nie jest dobra w kopiowaniu dlatego, że jest bardziej twórczynią niż odtwórczynią? Czy Monet byłby dobry w kopiowaniu obrazów Matejki?

Co do przytoczonego gorzkiego, jak napisałaś, monologu Karoliny, to dla mnie jego sens jest jeszcze szerszy.
„[Mężczyzna] żyje na świecie sam przez się, nie potrzebuje, aby dopisywano doń jakąś cyfrę dlatego, aby przestał być zerem. Kobieta jest zerem, jeśli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełnia­jąca.”
Dzisiaj te słowa już nie mają odniesienia do sytuacji ekonomicznej kobiet, do starych panien i wdów bez wykształcenia i fachu, ale niestety wciąż odnoszą się do kobiet w ogóle. W naszym społeczeństwie – w roku 2021 – kobieta niestety liczy się wciąż przede wszystkim jako żona i matka, te, które nie dorobiły się takiego statusu są społecznie marginalizowane. Mężczyzna może być samotny z wyboru, kobieta – bo nikt jej nie chciał.

Ale wracając do powieści – tak, w „Marcie” jest też grupa kobiet-fachowców. Począwszy od pani Żmudzkiej, pośredniczącej w zatrudnianiu nauczycielek, a skończywszy właśnie na tej życzliwej młodej szwaczce, pannie Klarze. Tutaj widać , że problem Marty to przede wszystkim problem jej sfery społecznej. Marta jest kobietą uprzywilejowaną, która nagle straciła przywileje. Klara od początku wiedziała, że będzie w życiu musiała liczyć tylko na siebie, jako mało urodziwa córka robotnika, wiedzieli to też jej rodzice, którzy postarali się, żeby miała możliwości zarobkowania. W tej scenie, kiedy się spotykają, widać wyraźny kontrast między tymi postaciami: Marta, znękana „ofiara losu”, Klara, znająca swoją wartość i pewna własnych umiejętności. Klarę na tle innych kobiet pracujących wyróżnia coś jeszcze: ona nie patrzy na Martę jako na konkurentkę. Próba Marty zatrudnienia się w dobrym zakładzie krawieckim nie powiodła się chyba przez pannę Bronisławę, obawiającą się być może utraty własnej pozycji w zakładzie? Czy uważasz, że Orzeszkowa mówi coś tutaj o solidarności kobiet?

Pyza: Dobre pytanie, bo można by je poszerzyć o inne przykłady - choćby Eweliny, która nie chce zatrudnić Marty z podobnych co jubiler powodów, bo nie ma takiej tradycji albo dlatego, że mężczyźni za ladą po prostu przynoszą jej sklepowi więcej dochodów (Maria zresztą dobrze z niej powyciąga w trakcie rozmowy te różne, słabe jednak, argumenty przeciwko zatrudnieniu Marty - i sama dowie się więcej o niezbyt przyjaznym kobietom chcącym pracować świecie). Ale z drugiej strony mamy te wszystkie kobiety Marcie sprzyjające - i to już od początku, od momentu trudnego rozstania z dawną służącą. Myślę, że większe znaczenie niż płeć czy nawet klasa społeczna mają tutaj własne interesy, ewentualnie uprzedzenia starannie hodowane i karmione - jak w przypadku pana literata niby-naukowymi teoriami, czy u Szwejcowej - pseudomiłosierdziem umoszczonym na wyzysku.

Tarnina: O, świetna jest ta scena rozmowy Marii z Eweliną! Tutaj Orzeszkowa bardzo celnie punktuje miałkość argumentów przeciwko zatrudnieniu kobiet (w tym przypadku w sklepie z towarami dla kobiet, dodajmy), a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że są one wygłaszane przez kobietę. I zupełnie mi nie przeszkadzało, że znajome rozmawiają ze sobą, jakby uczestniczyły w publicystycznej debacie.

Zmierzając już do podsumowania moich wrażeń z lektury, uważam, że „Marta” to jest bardzo dobra książka, warta czytania dzisiaj. Można się oczywiście zastanawiać, czy uniwersalność tej powieści polega bardziej na sile literatury, czy na słabości naszego świata, wciąż nie potrafiącego rozwiązać starych problemów. Ale być może nie ma sensu tego rozstrzygać, a na pewno warto o tych problemach sobie przypominać, dlatego poleciłabym lekturę każdemu. Jestem też zdania, że Orzeszkowej udało się przedstawić swoją tezę bez uszczerbku dla wartości artystycznych.

Pyza: Ja nadal pamiętam swoje zdenerwowanie z początków lektury i jestem zdania, że trzeba być przygotowaną, że czyta się powieść tendencyjną. Ale też pamiętać, że “tendencyjny” to tutaj przymiotnik na określenie sposobu pisania, a nie coś jednoznacznie negatywnego - jak zwykle kojarzy się u nas to słówko. Więc na pytanie, czy czytać “Martę”, też odpowiadam twierdząco!

***

Jak zwykle zachęcamy do włączenia się do naszej dyskusji. Ten wpis ukazał się też na blogu Pyzy, i to właśnie tam zapraszamy tym razem do komentowania (opcja komentowania pod tym postem jest wyłączona).

niedziela, 20 grudnia 2020

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Eliza Orzeszkowa, "Cham"


 

Witam po długiej przerwie na kolejnym Pikniku z klasyką (czyli wspólnym przedsięwzięciu moim i Pyzy - blog pierogipruskie.pl, przypominam, bo od ostatniego pikniku minęło sporo czasu). Dzisiaj pora na klasykę polską, Orzeszkową i "Chama". Mam nadzieję, że przyłączycie się do dyskusji.


***


Pyza: Zapytam od razu na wstępie. O czym według Ciebie jest “Cham”? I nie czekając na odpowiedź - wybacz tę drobną nieuprzejmość na wstępie - powiem od razu, że dla mnie to jest przede wszystkim powieść o miłości. Wielkiej, toksycznej, przypadkowej… Taka powieść, którą śmiało można postawić obok “Pani Bovary”, a może nawet jeszcze śmielej, bo Eliza Orzeszkowa trochę rozrzedza ten obłok panów z epoki, piszących na zbliżony temat.

piątek, 2 stycznia 2015

O "Emancypantkach" Bolesława Prusa







Po świętach wybrałam się w krótką podróż, porzuciłam więc lśniącą złotymi grudkami Eleanor Catton na stronie 246 i do pociągu zabrałam ze sobą lekki i zgrabny czytnik e-booków, wypełniony głównie klasyką. Nie ma to jak porządna, prawdziwa dziewiętnastowieczna powieść. Tak się złożyło, że po powrocie z podróży byłam zmuszona na jakiś czas zapakować się do łóżka (gdzie pozostaję do dzisiaj), ale do Catton jeszcze nie wróciłam. Wciąż leży przy łóżku z zakładką pomiędzy stronami 246 a 247, na których ciągle jest ten sam dzień, który rozpoczął się na stronie pierwszej, a akcja dopiero się zawiązuje. Do gorączki złota w mieście Hokitika zapewne wrócę niebawem, tymczasem całkowicie pochłonęły mnie zdumiewające przypadki Madzi Brzeskiej.

Kto dzisiaj czyta „Emancypantki” Prusa? Może studenci polonistyki, ale mam wrażenie, że szersze grono czytelników o tej książce zapomniało. Niesłusznie, bo lektura „Emancypantek” może dostarczyć współczesnemu czytelnikowi wiele przyjemności i kilku tematów do refleksji. Z jednej strony to taka pozytywistyczna baśń o Kopciuszku, z tym że czytelnik nie jest ani przez chwilę pewny, czy piękne i pełne cnót dziewczę poślubi w końcu swojego księcia, który nie jest co prawda szczególnie urodziwy, za to z całą pewnością inteligentny i posiada pałac. „Tylko Bóg wie o tym” – pozwolę sobie zacytować matkę Apolonię. Co więcej, czytelnik w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy takiego właśnie losu powinien owemu Kopciuszkowi życzyć. Z drugiej strony „Emancypantki” to gorzka satyra społeczno-obyczajowa, ale i to jeszcze nie wszystko, bo Prus z dużą dozą wnikliwości zagląda w dusze i umysły swoich bohaterów, jest to więc również powieść psychologiczna. Daje też kilka wykładów naukowych i filozoficznych, próbując pogodzić naukowy materializm z religijną duchowością, ustami schorowanego matematyka Dębickiego naukowo dowodząc istnienia duszy, a dowód ten opierając między innymi na fizycznych właściwościach eteru (owej tajemniczej substancji, która do dnia dzisiejszego przetrwała w wyrażeniu „fale eteru”, ale próżno by jej szukać we współczesnych podręcznikach fizyki). Wykłady te mogą być nieco nużące, ale jednocześnie są wspaniałym przykładem intelektualnego fermentu, którym odznaczała się druga połowa XIX w. (boleśnie kontrastującego z marazmem, który charakteryzuje nasze czasy).

Na stronach „Emancypantek” znajdziemy całą galerię ciekawych postaci kobiecych i męskich, ale główną bohaterką powieści jest Madzia Brzeska, w chwili gdy ją poznajemy panienka osiemnasto- czy dziewiętnastoletnia, niedawna absolwentka renomowanej pensji pani Latter, obecnie na tej pensji pełniąca obowiązki damy klasowej, czyli nauczycielki. Panna Brzeska jest córką niezamożnego prowincjonalnego lekarza i ten fakt dobitnie wyznacza jej miejsce w społeczeństwie i aspiracje życiowe, dlatego, otrzymawszy posadę prawie darmowej nauczycielki, sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Madzia, czy też panna Magdalena, jest śliczna (ale o tym nie wie), wesoła, bardzo zdolna, a przy tym bardzo naiwna. Ale co najważniejsze – Madzia ma anielskie serce. Nie ma w niej ani śladu egoizmu, a jej postępowaniem kieruje przede wszystkim chęć ulżenia innym w kłopotach. Nietrudno się domyślić, że tak kryształowa osoba jest najlepszym celem plotek i obmowy. A to właśnie plotka rządzi tym światem i trzeba przyznać, że odmalowując to polskie piekiełko, wszystko jedno, czy jest nim prowincjonalne powiatowe miasteczko, czy stolica, Prus wykonał świetną robotę.


Kiedy zaczynałam czytać tę powieść, sądziłam, że ostrze satyry będzie wymierzone właśnie w kobiety, w tytułowe emancypantki, i że to słowo z pewnością jest opatrzone ironicznym cudzysłowem. Jest tak do pewnego stopnia, bo naprawdę niewiele trzeba, by kobiecie przyczepiono łatkę „emancypantki” (określenie pejoratywne). To prawda, że przedstawione w powieści „emancypantki-aktywistki” to postacie groteskowe. Ale jednocześnie Prus przedstawił sytuację kobiet w ówczesnym społeczeństwie w sposób realistyczny i rzetelny i niewątpliwie odnosił się do „sprawy kobiet” ze zrozumieniem i sympatią. Napiętnował społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet nawet tam, gdzie nie dostrzegały jej jego bohaterki, bo większość z nich nie rozmyślała ani nad podwójnymi standardami moralno-obyczajowymi, ani nad faktem, że ich praca jest kilkukrotnie niżej wynagradzana niż porównywalna z nią praca mężczyzny, ani nad tym, że dominująca rola mężczyzny, jako rzekomego opiekuna kobiety, bardzo często pozwalała mu po prostu na pracy kobiety pasożytować. W powieści Prusa mamy różnorodne typy kobiet, które zresztą przetrwały do naszych czasów. Są „wojujące feministki”, są „strażniczki patriarchatu”, są wreszcie kobiety „samodzielne” – przeważnie nie z pobudek ideologicznych, a z konieczności życiowej. Niektóre z tych kobiet występują w podwójnych rolach, np. pani Latter, właścicielka pensji, jest samodzielną kobietą sukcesu (niestety w chwili, gdy ją poznajemy, sukces odchodzi już w przeszłość), a jednocześnie wychowuje swoje dzieci w sposób, który petryfikuje krzywdzący kobiety porządek społeczny.

Co ciekawe, w powieści mówi się o „samodzielności” kobiet i „emancypacji”, ale nigdy nie padają słowa „niezależność” i „równouprawnienie”. Zastanawiam się, czy te pojęcia nie funkcjonowały wówczas w dyskursie społecznym, czy też dobór słownictwa był wynikiem politycznej (auto?)cenzury. Bo przecież od niezależności tylko krok do niepodległości, a wspominanie o prawach w ogóle jest niebezpieczne. Czytając „Emancypantki” możemy porozmyślać nad tym, jak daleką drogę przebyło nasze społeczeństwo przez te 140 lat, a z drugiej strony – jak niewiele się w pewnych kwestiach zmieniło. Bo przecież wiele problemów, z którymi borykały się kobiety w latach 1870-tych, jest wciąż naszymi problemami, chociażby dyskryminacja zarobkowa.

Przyznam się, że pod koniec powieści anielskość i naiwność Madzi zaczęły mnie męczyć i miałam ochotę nieco nią potrząsnąć (sama Madzia też coraz bardziej męczyła się życiem). Mimo to książkę gorąco polecam wszystkim, kobietom i mężczyznom, tym z lewej i z prawej strony sceny politycznej. To naprawdę świetny kawał literatury, wypełniony celnymi obserwacjami społecznymi i niepozbawiony humoru (choć nieco gorzkiego). Może tylko satyra jest czasem kreślona trochę zbyt grubą kreską (np. satyryczne nazwiska większości postaci dalszego planu nieco mnie irytowały). Ale ta powieść jest pełna skarbów, ot chociażby taki fragment sprawił mi dużo radości – to jakby pierwszy szkic scenariusza filmu „Melancholia”:

Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: "W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną."
W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. "Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca." Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie? Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga - nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.
"Ale i w tym wypadku - pisali pesymiści - tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód."
"To jeszcze można wytrzymać!" - powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów. Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.(...)

---
Link do tekstu "Emancypantek" znajduje się się w zakładce "Książki z domeny publicznej".
Na "okładce" "Emancypantek" zamieszczonej w tym wpisie umieściłam obraz George'a Clausena.