Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 maja 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O kobiecie w wieku balzakowskim


Dobrze znane zdanie Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” przywołuje się często w kontekście twórczości innego wielkiego pisarza francuskiego, Honoré de Balzaca. Jeśli Balzac naprawdę kierował się tą zasadą, to po lekturze „Kobiety trzydziestoletniej” mogłabym się zastanawiać, czy jego pojęcie o zwierciadłach nie było cokolwiek skrzywione, a także zachodzić w głowę, dlaczego uważa się go za wybitnego przedstawiciela realizmu. Czytając, momentami przecierałam oczy ze zdumienia, bo to, co początkowo brałam za wnikliwe studium obyczajowo-psychologiczne przerodziło się w pewnym momencie w wytwór doprawdy wybujałej fantazji.   

piątek, 20 stycznia 2017

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O początkach polskiej powieści obyczajowej


Odkąd przeczytałam powieści Jane Austen, intrygowało mnie, jak wypada jej pisarstwo na tle tego, co w ogóle pisywały kobiety w jej czasach, a szczególnie co wówczas pisały (i czytały) kobiety w Polsce? I czy w ogóle istniały polskie powieściopisarki na początku XIX w.? Cóż, była przynajmniej jedna: Maria Wirtemberska, a właściwie Maria Anna z Czartoryskich, księżna von Württemberg-Montbéliard, urodzona w 1768 r. (czyli kilka lat przed Austen) jako córka Adama Kazimierza Czartoryskiego, pisarza, działacza politycznego, mecenasa nauki i sztuki oraz Izabeli z Flemmingów, twórczyni ośrodka życia intelektualnego i kulturalnego w Puławach. Powieść Marii Wirtemberskiej "Malwina, czyli domyślność serca", wydaną w roku 1816, czytają dzisiaj studenci polonistyki, bo była to pierwsza powieść obyczajowa napisana w naszym języku. Ja nie jestem polonistką i moje uwagi na temat "Malwiny" wygłoszę z pozycji dzisiejszego "zwykłego czytelnika".



piątek, 30 grudnia 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Straszny dwór. "Jalna" Mazo de la Roche



  

Czytanie „Jalny” to była dla mnie swego rodzaju podróż sentymentalna. Bo ja tę powieść (a także większość cyklu o rodzinie Whiteoaków) już kiedyś czytałam. Złamałam więc tutaj zasadę, którą kierujemy się z Pyzą, że tematem naszych Pikników mają być książki, których dotychczas nie przeczytałyśmy. Było to – czytanie „Jalny” – jednak na tyle dawno, że uznałam, że powrót do tej lektury jest usprawiedliwiony. Rzut oka na datę wydania uświadomił mi, że musiałam się zapoznać z „Jalną” jako jedenastolatka, co mnie samą nieco zaskoczyło, bo to nie jest najbardziej oczywisty wybór czytelniczy dla jedenastolatki. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest proza young adult (jak się obecnie mówi) w stylu innej słynnej Kanadyjki, L.M. Montgomery. (Chociaż, jak się teraz nad tym zastanawiam, to właśnie to skojarzenie musiało mnie do tych książek przyciągnąć: tu Kanada, tam Kanada, a pamiętam też, że wówczas marzyłam o zamieszkaniu w Kanadzie (zresztą dziś też, gdyby nadarzyła się taka okazja, zapewne chętnie bym z niej skorzystała)). Mazo de la Roche zdecydowanie celowała w dorosłego odbiorcę, czy też raczej odbiorczynię, bo przecież czytelnikami powieści obyczajowych są w większości kobiety (w ogóle czytelnikami są w większości kobiety). Tak, „Jalna” to obyczajówka, a nie romans, gdyby ktoś – patrząc na okładki większości edycji, choć akurat nie tej, o której piszę, ta ma okładkę bardzo przyzwoitą – miał wątpliwości. 

niedziela, 20 marca 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ": Prowincjonalne misteczko "Middlemarch" George Eliot





Przyznam się, że "Middlemarch" to mój pierwszy kontakt z twórczością George Eliot - tylko po części satysfakcjonujący. Tu muszę się przyznać również do drugiej rzeczy: nie skończyłam jeszcze lektury i w chwili, gdy czytacie ten tekst, ja wciąż tkwię w prowincjonalnym angielskim miasteczku na przełomie lat 20. i 30. XIX w.* Po pierwsze przewidziałam zbyt mało czasu na przeczytanie tej, jednak bardzo obszernej, powieści, a po drugie - zbyt późno zorientowałam się, że nie mam skąd zdobyć polskiego przekładu i jestem zmuszona czytać "Middlemarch" w oryginale. Tutaj czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. O ile do tej pory angielska dziewiętnastowieczna literatura nie sprawiała mi poważniejszych trudności językowych, przez prozę George Eliot brnę jak po grudzie. Jej złożone zdania są dla mnie na tyle zawiłe, że nawet jeśli rozumiem każdą poszczególną frazę, to złożenie ich wszystkich i wydobycie ogólnego sensu zdania sprawia mi niekiedy spore problemy. Poza tym Eliot pisze bardzo rozwlekle, a jej nieskończenie długie akapity potrafią być nużące i, nie potrafię tego ukryć, po prostu nudne. Nie oznacza to, że tak właśnie określiłabym całą powieść - "Middlemarch" nie jest nudne, ale jest to książka, która może sprawić czytelnikowi, a zwłaszcza nie-Brytyjczykowi, spore trudności. Wikipedia poinformowała mnie, że Virginia Woolf określiła "Middlemarch" jako "jedną z niewielu angielskich powieści napisanych dla ludzi dorosłych". Nawet jeśli nie całkiem zgadzam się z tą opinią, to wcale mnie ona nie dziwi - wszystko w tej powieści sugeruje, że mamy do czynienia z poważnym dziełem dla poważnych czytelników: począwszy od męskiego pseudonimu autorki (naprawdę Mary Ann Evans), poprzez poważny, skomplikowany język (przebłyski humoru pojawiają się od czasu do czasu, ale nie nadają tonu stylowi powieści), rozmach dzieła, głębię i złożoną tematykę.

czwartek, 7 stycznia 2016

Pierwszy krok w dorosłość. Dodie Smith, "Zdobywam zamek"



„Zdobywam zamek” to książka powstała z nostalgii. Dodie (Dorothy Gladys) Smith, która na długo zanim została autorką powieści, była dramatopisarką, a także aktorką i pracownicą sklepu meblarskiego, pisała ją w wojennych latach czterdziestych, w Stanach  Zjednoczonych, z dala od domu. W Connecticut, Pensylwanii i Kalifornii tęskniła za Anglią z jej łąkami, wiejskimi drogami i żywopłotami; z przycupniętymi wśród nich małymi wioskami z jednym sklepem, pocztą i gospodą, kościołem i plebanią, gdzie sympatyczny pastor ugości strapioną duszę kieliszkiem madery w bibliotece pełnej starych tomów, z przyjaznym ogniem płonącym na kominku, udzielając przy okazji najbardziej taktownej i najmądrzejszej rady. Wymyśliła wtedy takiego pastora w takiej wiosce, a przede wszystkim rodzinę Mortmainów i razem z nimi przeniosła się o dekadę wstecz, do zrujnowanego zamczyska w hrabstwie Suffolk.

piątek, 20 listopada 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Charles Dickens, "Samotnia"



Przeczytanie „Samotni” należy do poważnych przedsięwzięć czytelniczych: ponad tysiąc stron drobnym druczkiem. Współcześni Dickensa mogli sobie tę przyjemność rozłożyć na raty, powieść ukazywała się w odcinkach pomiędzy 1852 a 1853. Co miesiąc można sobie było za szylinga kupić broszurkę zawierającą zazwyczaj trzy rozdziały „Bleak House” i dwie ilustracje autorstwa Phiza. Dzisiaj widok opasłego tomu o pożółkłych kartkach być może odstręcza czytelników. Tak, kartki na pewno będą pożółkłe, bo „Samotnia” ostatni raz była wydana w Polsce 40 lat temu (Czytelnik 1975, w tłumaczeniu Tadeusza Jana Dehnela)! Było to zresztą w ogóle jedyne do tej pory pełne wydanie tej powieści po polsku. Przyznam się, że odkrycie tego faktu mnie zdumiało, bo „Samotnia” jest uznawana przez wielu za największe osiągnięcie Dickensa, zajmuje poczesne miejsce w kanonie literatury światowej, co samo w sobie może być wystarczającym powodem, żeby się z nią zapoznać. A jeśli to się komuś wyda niewystarczającym powodem, powiem więcej: po ponad 160 latach „Samotnię” wciąż się świetnie czyta. Z chęcią postawiłabym sobie własny egzemplarz na półce. Wydawcy! Czytelnicy domagają się wznowienia „Samotni”!

wtorek, 20 października 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O wychowaniu młodych dziewcząt. "Małe kobietki" Louisy May Alcott




Treść „Małych kobietek” Louisy May Alcott można streścić w jednym zdaniu: rok z życia rodziny Marchów. Opowieść zaczyna się przed Bożym Narodzeniem, a kończy po kolejnym Nowym Roku. Głównymi bohaterkami są cztery dorastające siostry:  najstarsza, szesnastoletnia Meg – rozważna piękność; piętnastoletnia, impulsywna Jo – chłopczyca o literackich ambicjach; łagodna i chorobliwie nieśmiała trzynastoletnia Beth – posiadaczka złotego serca i ogromnego talentu muzycznego; wreszcie – rozpieszczona dwunastoletnia artystka Amy,  „o niebieskich oczach i złotych lokach”. Trwa wojna secesyjna. Ojciec rodziny, pastor, służy jako kapelan w szeregach armii Unii. Dziewczynki mieszkają z matką, pieszczotliwie zwaną przez nie Marmisią, i wierną służącą Hanną. Z pogodą ducha i godnością znoszą biedę, w którą popadła rodzina, niegdyś zamożna, zapewne należąca do „wyższej klasy średniej”.  Powieść  śledzi ich dojrzewanie, drogę, na której „małe kobietki” staną się po prostu kobietami.

niedziela, 6 września 2015

„Piorun przeszył niebo” albo moje wrażenia z lektury I tomu „Stulecia Winnych” Ałbeny Grabowskiej





Przed wizytą w bibliotece mam zwyczaj przeglądać w katalogu internetowym listę ostatnio zakupionych książek. Zazwyczaj lwia ich część jest już opatrzona informacją: „wszystkie egzemplarze są wypożyczone”. Ostatnim razem udało mi się jednak wrócić do domu nie tylko z paroma zakurzonymi dziełami klasycznymi (kurz jest na szczęście metaforyczny), ale też z dwoma tomami cyklu „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej, które pożyczyłam jako pierwsza czytelniczka wprost z rąk pani bibliotekarki, oprawiającej je w grubą plastikową folię.

***

Są tacy pisarze, których nazwałabym autorami drugiego obiegu, przy czym wszelkie skojarzenia z drugim obiegiem, funkcjonującym w czasach PRL, są całkowicie błędne – mam na myśli obieg blogowy. Ci autorzy w blogosferze są świetnie znani i uwielbiani, natomiast próżno szukać informacji o nich w „oficjalnym” obiegu literackim. Milczą o nich profesjonalni krytycy, nie pojawiają się na poświęconych kulturze stronach gazet, w czasopismach literackich, ani innych tradycyjnych mediach. Te obiegi nie są oczywiście ściśle rozdzielone, niemniej daje się je rozróżnić. Mam wrażenie, że taką właśnie „autorką drugiego obiegu” jest Ałbena Grabowska. O jej istnieniu pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby jej nazwisko nie zwróciło mojej uwagi na blogach. Jeśli poszukacie recenzji książek Ałbeny Grabowskiej w Internecie, na blogach i portalach czytelniczych, to dowiecie się jednego: czytelnicy ją uwielbiają. Ze świecą trzeba szukać opinii chociażby lekko krytycznych. Skupmy się na pierwszym tomie „Stulecia Winnych”, bo o tej książce będę pisać: Biblionetka – ocena użytkowników: 4,9/6; Lubimyczytać: 8,0/10; Granice: 5,4/6. Odważycie się poznać obiekt tych zachwytów? No to zaczynamy!

piątek, 22 maja 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Mężczyzna tak zawadza w domu!". "Cranford" Elizabeth Gaskell



Jednym słowem, cokolwiek dzieje się z panami - tu ich nie ma. Bo i cóż by tu mogli robić, gdyby pozostali? Nasz doktor objeżdża pacjentów w promieniu trzydziestu mil i sypia w Cranford, ale nie każdy może być doktorem. Aby utrzymać strzyżone ogrody, pełne wspaniałych kwiatów, bez jednego chwastu; aby odstraszać małych chłopców, zawistnie spoglądających przez sztachety na rzeczone kwiaty; aby przepędzać gęsi wpadające czasem przez niedomkniętą furtkę do tych ogrodów; aby rozstrzygać wszystkie problemy literatury i polityki bez zamęczania się zbędnym rozumowaniem czy argumentacją; aby posiąść dokładną i nieomylną znajomość spraw każdego w naszej parafii; aby utrzymać schludne pokojóweczki w podziwu godnym rygorze; aby okazywać biednym dobroć (nieco po dyktatorsku), a sobie nawzajem świadczyć w złej godzinie rzeczywiste przysługi - na to w Cranford zupełnie wystarczą panie. "Mężczyzna - jak jedna z nich zauważyła w rozmowie ze mną - tak zawadza w domu!".

Czytając "Panie z Cranford", trudno się nie uśmiechnąć, a przyznam się, że parę razy roześmiałam się na cały głos. Dodać należy, że stan z przytoczonego powyżej cytatu dotyczy "wszystkich domów o nieco wyższym czynszu". Nieobecność mężczyzn jest w Cranford cechą dobrego towarzystwa, czyli wąskiego kręgu naszych bohaterek. Poza nim, jak wszystko zdaje się wskazywać, Cranford jest całkiem zwyczajnym prowincjonalnym miasteczkiem: nie brak tam rzeźników, sklepikarzy i szewców. Może tylko fakt, że owi szewcy wieczorami dorabiają jako lektykarze, stanowi specyficzny lokalny koloryt, bo przypuszczam, że około połowy XIX wieku lektyka nie była już powszechnym środkiem lokomocji w Anglii. No i nie wszędzie można się natknąć na krowy odziane we flanelowe piżamy.

Z pozoru życie grupki niezbyt mądrych starych (naprawdę starych) panien i wdów w miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, nie jest pasjonującym materiałem na powieść. Elizabeth Gaskell z prozy życia stworzyła jednak opowieść, z którą czytelnik nie chce się rozstawać. Jej bohaterki, mimo że obrała je za cel satyry, nie są zdziwaczałymi, starymi snobkami (chociaż snobkami są i mają też swoje dziwactwa), a osobami sympatycznymi, a nawet na swój sposób uroczymi (z wyjątkiem jednej). "Panie z Cranford" to taka książka na deszczowy dzień, która powie nam, że ludzie są z natury dobrzy, a dobre uczynki prędzej czy później do nas wrócą; pozwoli nam się pośmiać z przedziwnych zwyczajów i poglądów na społeczeństwo, które nawet w czasach, gdy Gaskell o nich pisała, były już anachroniczne; wreszcie zaoferuje nam chwilę zadumy nad życiem i naturą ludzką. Dydaktyzm? Oczywiście, ale ten dydaktyzm Gaskell jest równie uroczy, co mieszkanki Cranford.

*** Takie rzeczy tylko w Cranford. Ilustracja C.M. Brocka ***
Pisząc o "Paniach z Cranford", nie uniknę porównania ich do twórczości Jane Austen, a w szczególności do "Emmy", w której problematyka klasy społecznej, podobnie jak w "Paniach z Cranford", jest bardzo wyraźnie podkreślona. (Choć zdaję sobie sprawę, że to porównanie może wynikać z mojej jednak bardzo wybiórczej znajomości angielskiej dziewiętnastowiecznej prozy). "Panie z Cranford" do tego stopnia kojarzyły mi się z "Emmą", że zastanawiałam się nawet, czy Gaskell nie miała intencji parodystycznych wobec Austen. Nie znaczy to, że uważam "Cranford" za utwór wtórny wobec powieści Jane Austen. Elizabeth Gaskell ma swój własny styl i zupełnie inny sposób narracji. Nie ma tutaj też podobieństw na poziomie fabuły. Jest za to ironia, w której Gaskell wcale nie ustępuje Austen (choć Austen przede wszystkim posługuje się komedią charakterów, natomiast satyra Gaskell ma w dużej mierze – ale nie tylko – charakter społeczny). Obie powieści mają ten sam klimat, świat przedstawiony w „Cranford” bardzo przypomina ten z „Emmy”. Wyobraźcie sobie „Emmę” bez Emmy i pana Knightleya; wioskę Highbury, jednak bez sąsiedztwa tak wspaniałych siedzib, jak Hartfield i Donwell Abbey; wyobraźcie sobie, że główną bohaterką powieści jest panna Bates, i że jest jakieś trzydzieści lat później, a dostaniecie Cranford. Dni, podobnie jak w Highbury, upływają na składaniu sobie wizyt i rewizyt – trwających nie dłużej niż piętnaście minut. Nie ma jednak wycieczek na Box Hill, tego typu aktywności zostałyby uznane w Cranford za przejaw wulgarnej ostentacji.

Wulgarne w Cranford jest też serwowanie na przyjęciach czegokolwiek poza bułkami z masłem, a trudno wyobrazić sobie większy nietakt towarzyski, niż przyznanie się do swojej skromnej sytuacji finansowej. Eleganckie panie z Cranford spędzają większość czasu na zaprzeczaniu rzeczywistości: wytworne jest chodzenie wszędzie pieszo i ach, jakże odświeżający po przyjęciu (złożonym z bułek i herbaty) jest spacer! Siedzenie po ciemku jest wygodne, bo światło świec razi oczy, a mężczyzna tak zawadzałby w domu! (Bycie mężczyzną jest w Cranford uważane za szczególny wyraz wulgarności). Poza tym kranfordzkie panie strzegą swojej pozycji na klasowym piedestale. Strzegą tylko pozornie (a i pozycja nie jest tak wysoka, jak same chciałyby wierzyć). W rzeczywistości te dobre kobiety, kiedy tylko nikt nie patrzy, traktują swoje służące jak przyjaciółki i całkiem chętnie dopuszczają do swojego grona panie nie mogące się pochwalić tak szlachetną pozycją społeczną, jak bycie córką duchownego, czy wdową po oficerze. Skłonne są nawet – bardzo wspaniałomyślnie, oczywiście jedynie by nie urazić uczuć niewyrobionej towarzysko gospodyni – przymknąć oko na podanie na proszonym podwieczorku „tego, co najlepsze i najsłodsze” (patrz wczorajszy wpis), a nawet mocnych trunków: „Panna Barker w poprzednim etapie swego życia poznała, jak sądzę, napój zwany cherry-brandy. Żadna z nas nigdy nie widziała czegoś podobnego […] – Bardzo to mocne – rzekła panna Pole, odstawiając pusty kieliszek. – Sądzę, że jest w tym alkohol.

*** Gaskell w r. 1832. William John Thomson ***
Powieść podzielona jest na rozdziały, które kompozycyjnie są czymś w rodzaju odrębnych opowiadań, połączonych dość luźną nicią fabularną. Pierwotnie „Panie z Cranford” (oryginalny tytuł: „Cranford”) publikowane były w odcinkach w periodyku wydawanym przez Dickensa, „Household Words”, więc być może taka struktura utworu była w jakiejś mierze podyktowana trybem publikacji. Jednak i w wydaniu książkowym czyta się te scenki bardzo dobrze. Wspaniały jest np. rozdział V, „Stare listy”, który rozpoczyna się od rozważań na temat przejawów ludzkiego skąpstwa (to jest, oczywiście, oszczędności). Narratorka przechodzi potem do nawyków w tej dziedzinie panny Matty Jenkyns, oszczędzającej na świecach, a następnie opisuje pewien melancholijny wieczór spędzony z nią przy jednej świecy na czytaniu starych rodzinnych listów. W listach wymienianych w okresie narzeczeństwa i małżeństwa przez rodziców panny Matty możemy prześledzić ewolucję ich związku. Jak zmieniają się uczucia, gdy „najdroższy John” zaczyna być tytułowany „szanownym małżonkiem”? Niestety końcowy rozdział jest dosyć słaby, wszystkie wątki znajdują w nim satysfakcjonujące czytelnika rozwiązanie, ale sprawia on wrażenie, jakby autorce zwyczajnie nie chciało się ciągnąć opowieści dalej. Finałowa scena mogłaby stanowić bardzo zabawny epizod, tymczasem Gaskell załatwia wszystko w jednym zdaniu: „w jakiś sposób to osiągnąłrzecz jasna, ale chciałabym zobaczyć jak. Na końcu spotkało mnie więc małe rozczarowanie... cóż, nie ma rzeczy doskonałych.

Jak wynika z poprzedniego akapitu, narracja jest pierwszoosobowa. Postać narratorki bardzo mnie intryguje. O paniach z Cranford mówi „my” i używa czasowników w pierwszej osobie liczby mnogiej, co jest z jej strony bardzo uprzejme, bo daje się wyczuć, że jej poglądy jednak się różnią od wyznawanych w Cranford. Nie jest mieszkanką Cranford, choć była nią w przeszłości. Obecnie często odwiedza miasteczko i utrzymuje z paniami z Cranford kontakt korespondencyjny. Dopiero w ostatnich rozdziałach przedstawia się czytelnikowi z imienia i nazwiska jako Mary Smith i poznajemy również jej ojca (zgaduję, że Johna Smitha, choć jego imię nie jest nigdzie wspomniane) – bo jest to osoba (stosunkowo?) młoda. I tutaj właśnie tkwi pewien problem, czy też niekonsekwencja autorki. Bo z wydarzeń fabuły można się zorientować, że rozciąga się ona na przestrzeni co najmniej kilkunastu lat. Tymczasem panna Smith ciągle jest młoda, choć jeśli nawet w rozdziale pierwszym miałaby 18 lat, to pod koniec książki powinna być dobrze po trzydziestce, co w owych czasach plasowało ją raczej w okolicach wieku średniego. I dlaczego młoda osoba tak wiele czasu spędza wśród samotnych starych kobiet, dlaczego woli wieczory spędzone z robótką przy jednej świecy od przyjęć, na których bywają mężczyźni, i tańców? W jednym z rozdziałów panna Smith określa się jako osoba pozbawiona trosk finansowych, skąd więc, w innym rozdziale, na jej głowie cerowany czepeczek i cerowany kołnierzyk pod szyją? Czepeczek dałoby się wytłumaczyć delikatnością panny Smith, która nie chcąc ranić uczuć gospodyni dostosowuje się do jej stylu życia (z drugiej strony, skąd czepeczek w ogóle, młode niezamężne osoby ich nie nosiły). Gorzej z wieczną młodością. Nie potrafię powiedzieć, czy jest to niedopatrzenie autorki, czy też w ten sposób Gaskell daje czytelnikowi coś do zrozumienia (choć skłaniam się ku pierwszej opcji).

Mam też problemy z umiejscowieniem fabuły w czasie, a jest on dosyć istotny, zważywszy że bohaterki tak usilnie zajmują się ignorowaniem przynoszonych przez niego zmian. Z częstych wzmianek na temat królowej Adelajdy wnoszę, że akcja dzieje się w latach 1830-37, bo to były lata panowania jej małżonka, Wilhelma IV, później na tron wstąpiła Wiktoria. Z drugiej strony, może czasy królowej Adelajdy już dawno minęły, ale świadomość tego nie zakorzeniła się jeszcze w umysłach pań z Cranford? To również wydaje mi się możliwe. Powieść ukazywała się w r. 1851, jest więc prawdopodobne, że akcja kończy się w tym właśnie czasie. Aby czytelnik mógł w pełni ocenić i docenić tę powieść, musi dobrze orientować się w realiach ówczesnego życia. W przeciwnym razie skąd może mieć pewność, czy np. wspomniana już przeze mnie lektyka jest czymś dziwnym tylko z naszego punktu widzenia, czy też była śmieszna już wtedy, kiedy podróżowały nią kranfordzkie damy? (Nie ma natomiast wątpliwości, że stroje lektykarzy w Cranford były śmieszne, a cała scena z podróżą panny Matty z biegnącymi za lektyką pozostałymi paniami ma charakter komiczny). To jest oczywiście szerszy problem: ile w ogóle jesteśmy w stanie zrozumieć z powieści napisanych kilkadziesiąt lub kilkaset lat temu, czy dobrze odczytujemy znaczenie gestów i słów bohaterów, uwag narratorów. Po pobieżnym przejrzeniu wydawało mi się, że przypisy w wydaniu Świata Książki są wystarczające, teraz jednak nie obraziłabym się, gdyby było ich więcej; te które są, są dosyć suche i nie bardzo trafiają w sedno (tzn. wyjaśniają szczegóły mniej istotne dla zrozumienia treści).

Pora jednak kończyć ten meandrujący wywód i zmierzać ku jakiemuś podsumowaniu. Może jest to przejaw czytelniczego eskapizmu, ale nic na to nie poradzę, „Panie z Cranford” bardzo mi się podobały. Elizabeth Gaskell pióro ma lekkie, zmysł obserwacji doskonały i świetne poczucie humoru. To mogłaby być właściwie całkiem gorzka opowieść, gdyby nie ogromna ilość ciepła, którą pisarka w nią wlała. Dzięki temu zamiast historii zmarnowanych lat dostajemy pean na cześć dobroci i skromności i czujemy się pokrzepieni. I chociaż nie uważam, żeby literaturę koniecznie należało tworzyć ku pokrzepieniu serc, od czasu do czasu nie mam nic przeciwko temu. „Wszyscy kochamy pannę Matty i myślę, że wszyscy stajemy się lepsi, gdy ona jest w pobliżu.

***
Koniecznie przeczytajcie wpis o "Paniach z Cranford" na Pierogach pruskich. Na kolejny Piknik z klasyką zapraszamy 20. czerwca. Zmieniamy czasy, miejsca i tematykę: będziemy dyskutować o "Popiołach" Stefana Żeromskiego.

---
Elizabeth Gaskell, "Panie z Cranford". Przełożyła Aldona Szpakowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

czwartek, 26 marca 2015

Opowieść o prawdziwej kobiecie. "Wędrówka Joanny" i "Ludzie z wosku" Ewy Szelburg-Zarembiny




  
Wiedziała przecież tylko tyle, że gdzieś tam był świat, po którym chodzili ludzie, którzy umieli leczyć ciała z chorób, uzdrawiać dusze z grzechów, cieszyć oczy barwami farb, a uszy dźwiękami instrumentów, i tacy, którzy po imieniu nazywali gwiazdy… Ale to wszystko byli mężczyźni. Gdyby ona urodziła się choć tamtym chłopcem na fotografii, opartym o gipsową kolumnę, w szkolnym mundurze z guzikami, z książką w ręce, może danym by jej było spotkać się z nimi. Bo gdyby była kobietą nawet tak piękną jak Róża, na jej drodze z pewnością stanąłby tylko Szczęsny Dederko.
Ewa Szelburg-Zarembina, „Wędrówka Joanny”

***
„Wędrówka Joanny” i „Ludzie z wosku” , wydane po raz pierwszy w r. 1935 i 1936, to pierwsze tomy cyklu „Rzeka kłamstwa”, początkowo zaplanowanego przez autorkę jako trylogia, ostatecznie zamkniętego już w latach powojennych w pięciu tomach. Kiedy czytam „Wędrówkę Joanny”, a potem „Ludzi z wosku”, o życiu Ewy Szelburg-Zarembiny i jej twórczości dla dorosłych nie wiem właściwie nic. Chwilowo tak jest lepiej, jestem sam na sam z tekstem, nieobciążona balastem wiedzy o genezie utworu, życiorysie autora i jego poglądach, o recepcji jego dzieła. Pamiętam tylko, że kiedy zaczęłam szkołę – a było to dokładnie w roku śmierci pisarki – półki mojej szkolnej biblioteki, i zapewne szkolnych bibliotek w całym kraju, pełne były jej książek. Jest więc oczywiste, że autorka o takim statusie nie mogła być kontestatorką ówcześnie obowiązującego ustroju. Musiała się z nim – co najmniej – w jakiś sposób zgodzić.

Nietrudno sobie wyobrazić, że „władza ludowa” mogła łaskawym okiem spoglądać na autorkę tych dwóch powieści (po wojnie zostały wznowione w r. 1947 i 48). W najbardziej prymitywnej interpretacji mogły uchodzić za obraz niedoli prostego ludu wyzyskiwanego przez panów. To również tłumaczyłoby, dlaczego potem popadły w zapomnienie. Ale sprawa nie jest tak prosta, powieści Szelburg-Zarembiny zdecydowanie nie są propagandą, są literaturą, i to bardzo dobrą, zupełnie niesłusznie odesłaną do lamusa. Miałabym ochotę napisać, że to literatura kobieca, ale żeby uniknąć nieporozumień lepiej będzie, jeśli użyję określenia: feministyczna. Kobieca w takim sensie, jak „Noce i dnie” Dąbrowskiej albo „Krystyna córka Lavransa” Sigrid Undset. W opozycji do „literatury kobiecej”, opowiadającej o kobiecie zmyślonej (słowa „zmyślenie” nie używam tu oczywiście w znaczeniu „fikcja”), te książki są opowieścią o życiu kobiety prawdziwej, która „ma dość siły, żeby udźwignąć życie, jakie jej przypadło. I nie ustanie przed metą.”1 Życiu raczej gorzkim, jeśli zdarzają się w nim niedziele, słono trzeba za nie zapłacić.

Jest koniec XIX w. Jedenastoletnia Joanna jest wiejską dziewczyną, urodzoną jako córka młynarza, a więc w stosunkowo zamożnej kaście. Jednak wszelkie „przywileje”, jakie mogły wynikać z tego urodzenia, odebrało Joannie sieroctwo. I tak pewnego dnia macocha Wincenta pakuje mały węzełek i wysyła dziewczynkę z domu przy młynie do wuja i wujenki. Będziesz tam za córkę - mówi. Ale to dopiero początek wędrówki Joanny.

Podziwiam warsztat pisarski Ewy Szelburg-Zarembiny. Urodę i obrazowość języka. Wiele mówiące niedomówienia. Sposób prowadzenia narracji za pomocą bardzo plastycznie przedstawionych epizodów, z których każdy mógłby stanowić osobną nowelę. Możemy prawie zobaczyć pogrzeb młodego Celestyna, trzeciego już męża pięknej Wincenty, i wdowę pochylająca się nad trumną; małą dziewczynkę wędrującą samotnie nieznaną drogą z dwoma czerwonymi jabłkami w węzełku; niemal rajski ogród, a w nim młodego ogrodnika i piękną dziewczynę, opiekująca się gromadką dzieci. Ale również spalony młyn, a w nim ciała nieszczęśliwej Krystyny i jej nowo narodzonego dziecka; leżącą na klepisku wiejskiej chaty, w nędzy i brudzie, niemal zagłodzoną położnicę i jej niemowlę, wiezione na wozie ciała zabitych przez chłopów Cyganów. Świat, w którym żyje Joanna, jest okrutny i obojętny, ale Szelburg-Zarembina opisuje go w sposób dziwnie piękny, poetycki. 

„Realizm magiczny” to co prawda określenie zupełnie innej literatury, ale w pewien sposób pasuje też do „Wędrówki Joanny”. Pisarka umiejętnie łączy brutalny realizm z baśniowością, naturalizm zestawia z echami wierzeń i legend ludowych – taka jest wyprawa Joanny po dobry, nieswarliwy ogień i epizod zaklinania szczurów, których plaga nawiedziła wieś. Zresztą sam motyw wędrówki też jest baśniowy – sytuacje, z którymi styka się Joanna w każdym domu, do którego trafia, przypominają próby, jakim poddawane są bohaterki baśni. Jeżeli dziewczyna pomyślnie przejdzie próby i nie ustanie w drodze, zdobędzie mądrość i odnajdzie swoje miejsce w życiu, a na końcu tej drogi czeka ją – szczęście? Z drugiej strony wiemy przecież, że Joanna nie do szczęścia się urodziła. Jednak rzeczywiście wydaje się, że po latach tułaczki  („cudze domy, przez które przechodziła ze smutkiem, ze wstydem, z nienawiścią, ze strachem, i - ludzie obcy w tych domach, którzy ją mijali potrącając, napastując lub wcale jej nie widząc”2) Joanna odnajduje miłość i szczęście w osobie – nie, nie księcia – pięknego młodego ogrodnika.

„Wędrówki Joanny” nie można traktować jako odrębnej całości. Autorka ujęła wprawdzie powieść w kompozycyjną klamrę – rozpoczyna od sceny pogrzebu, a kończy narodzinami córki Joanny – ale w ostatnich rozdziałach otwiera nowy wątek, wiemy, że mozolna wędrówka Joanny będzie trwała nadal. Tam, gdzie Szelburg-Zarembina-autorka baśni mogłaby napisać: i żyli długo i szczęśliwie, Szelburg-Zarembina-powieściopisarka wprowadza do opowieści świekrę Joanny. Pani Cezaryna nie uosabia matczynej czułości (której Joanna tak pragnęła, a której nigdy nie zaznała), jej przybycie przypomina raczej o wrogim świecie, przed którym nasi bohaterowie nie będą w stanie się obronić.

„Ludzie z wosku” podejmują opowieść w miejscu, gdzie urywa się „Wędrówka…”.  To historia małżeńskiego życia Joanny. Miłość, nawet odwzajemniona i potwierdzona złotą obrączką, to jednak nie to samo, co szczęście. Wraz z chorobą Kaja, męża Joanny, który nie jest już w stanie wykonywać zawodu ogrodnika, na młodą rodzinę spada nędza, a Joanna musi przejąć na swoje barki cały ciężar utrzymania męża, dziecka i siebie. Wieje wiatr historii. Jest rok 1905, Rosja walczy z Japonią, a Joanna, znalazłszy się na krótko w Warszawie, ociera się o rewolucję, bierze udział w ulicznych protestach. W kraju trwa ferment, znów budzą się aspiracje narodowe, ale do głosu dochodzą również te społeczne. Ścierają się ze sobą PPS i endecja. Te wydarzenia są pokazane z perspektywy Joanny oraz jej córeczki Salomei. 

W prozie Szelburg-Zarembiny widać wyraźnie jej wrażliwość na kwestie społeczne, w szczególności sytuację kobiet. Oprócz Joanny i całej galerii drugoplanowych postaci kobiecych, w ten lub inny sposób tragicznych, w obu powieściach znajdziemy rzeszę kobiet bezimiennych.
    – „O, Maryjo, wspomóż nas.” – Zginając się w proszalnych pokłonach drgały grzbiety kobiet, wyschnięte, krzywe, zgarbione od bezustannej ciężkiej pracy. Trzęsły się, wsparte o kolana, słabe, miękkie brzuchy, pełne chorych wnętrzności, nadwerężonych częstymi porodami i jeszcze częstszym ronieniem.
    – „Maria może nas wspomóc”. 
    Wygryzione przez kuchenny ogień, przez swąd żelazek, przez mydlane opary, przez gorzką słoność codziennych łez – oczy ich szukały pilnie spojrzenia świętego obrazu, które to spojrzenie jest Nieustającą Pomoc niosące. 
    – „Maria może nas wspomóc”. 
    Nie starzejące się nigdy dziewczęce serca biją pod zwiotczałymi, obwisłymi, wyssanymi piersiami. Wołają ufnie przez spierzchnięte usta:
    – „Maria nas wspomoże!3 

Ale to nie wielka historia i polityka, nie dramat w skali społecznej, a osobista historia Joanny, Kaja i ich córeczki Mei i kameralny dramat tej małej rodziny najbardziej mnie w „Ludziach z wosku” interesują. Joanna i Kaj nie mają niczego, oprócz dumy i honoru. Oboje zbyt dobrzy, żeby im mogło być dobrze w życiu. On łatwo zjednuje sympatię wszystkich, lecz ile warta jest ta sympatia? Ona przeciwnie. Joanna dumna, nieprzejednana, bezkompromisowa, choć równocześnie wrażliwa, współczująca i uczynna nie jest osobą łatwo dającą się lubić, zbyt się różni od otaczających ją kobiet. Ewa Szelburg-Zarembina opisuje losy tej pary i ich miłość, którą można określić jedynie jako tragiczną, w sposób przejmujący i rozdzierająco smutny. 

 ***

Po przeczytaniu „Wędrówki...” i „Ludzi z wosku” zaglądam do hasła poświęconego Ewie Szelburg-Zarembinie w Wikipedii (nawiasem mówiąc, daty pierwszego wydania tych dwóch powieści są tam błędnie podane). Teraz staje się dla mnie jasne, że pisarka Joanny i Kaja nie stworzyła z wyobraźni, nadała fikcyjną formę postaciom własnych rodziców, a dzieciństwo małej Salomei było dzieciństwem Ireny Ewy Szelburg. Ta wiedza nie była mi jednak potrzebna, żeby się tymi książkami zachwycić, a Joannę, ich bohaterkę uznać za kobietę z krwi i kości.

***
Do sięgnięcia po powieści Ewy Szelburg-Zarembiny zainspirował mnie wpis na blogu Czytanki Anki dotyczący "Śladów nieobecności", eseju biograficznego poświęconego tej pisarce. Tej książki jeszcze nie znam, ale do twórczości Ewy Szelburg-Zarembiny z pewnością będę wracać.

*** Dom młynarza - początek XX w. ***
---  
Ewa Szelburg-Zarembina, „Wędrówka Joanny”, „Ludzie z wosku”. W: „Dzieła, tom piąty”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1971. 
   
1,3„Ludzie z wosku”
2„Wędrówka Joanny”


sobota, 21 lutego 2015

Złoto czy tombak? "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton





– Co pana skłoniło, żeby zawierzyć pannie Wetherell?

– Nic nie może człowieka skłonić, żeby obdarzył kogoś zaufaniem! – wybuchnął […]. – Po prostu ufamy komuś albo nie, bez powodu! Jak, na litość boską, mógłbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie?

– Uproszczę je – odrzekł prokurator. Dlaczego ufa pan pannie Wetherell?

– Ponieważ ją kocham – odparł […].

– A jak to się stało, że ją pan pokochał?

– Pokochałem ją, albowiem jej zaufałem, oczywiście!

– Broni się pan, stosując tautologię.

– Tak, ponieważ nie mam innego wyjścia! – zawołał […]. – Prawdziwa miłość jest zawsze tautologiczna… Tautologiczna albo paradoksalna, po prostu dlatego, że jej przyczyna i skutek to dwie połówki jednej całości! Nie da się sprowadzić uczucia do katalogu jego przyczyn, tak jak z katalogu tych przyczyn nie wyprowadzi się uczucia. Każdy, kto się ze mną nie zgadza, nigdy nie kochał naprawdę.*

Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"



***Te rysunki pewnie mają głębokie znaczenie...***
Na pytanie postawione przez prokuratora Eleanor Catton zdaje się odpowiadać, że jest to zapisane w gwiazdach. Nagrodzona Bookerem autorka zadała sobie wiele trudu, by losy swoich bohaterów, a nawet formę powieści, podporządkować układom ciał  niebieskich. "Wszystko, co lśni" jest powieścią astrologiczną, począwszy od kompozycji rozdziałów (części), odpowiadających dwunastu fazom księżyca, które skracają się w miarę przechodzenia od pełni do nowiu (rozdziały, nie fazy), poprzez występujących w niej bohaterów (dwanaście "postaci gwiezdnych", siedem "postaci planetarnych" oraz "terra firma"), a skończywszy na działaniach bohaterów, zgodnych z ich horoskopami na dany dzień - akcja toczy się podczas kilku dni 1866 i 1865 r. Catton użyła bardzo współczesnych narzędzi - aplikacji komputerowej i interaktywnej mapy nieba dostępnej w Internecie - do wyznaczenia pozycji gwiazd i planet i według nich zaplanowała swoją wiktoriańską powieść. Zapewne ogrom pracy. O tym wszystkim przeciętny czytelnik, tzn. nieobeznany z astrologią, dowie się jednak z materiałów prasowych i wywiadów udzielanych przez autorkę, a nie z samej lektury. Ów czytelnik zauważy ciekawą formę powieści, która może mu się spodobać lub nie, ale nie dostrzeże zapewne astrologicznego znaczenia tej formy. Zauważy rysunki, którymi rozpoczynają się poszczególne części, ale nie będzie się w nich doszukiwał wskazówek co do ich treści. Nie wiem, czy to właśnie ten astrologiczny aspekt powieści wzbudził powszechny aplauz (jesienią, kiedy ukazało się polskie wydanie sporo można było usłyszeć o książce w mediach - w samych superlatywach), sądzę jednak, że miał duże znaczenie. Ta książka jest rzeczywiście bardzo sprytnie skonstruowana. Ale pomijając ten cały astrologiczny sztafaż (dla mnie zupełnie zbędny), "Wszystko, co lśni" jest po prostu dobrą powieścią. Tylko tyle (więc chór pochwał może jednak zbyt głośny). I aż tyle.

Pomijając kwestie astrologiczne, "Wszystko, co lśni" jest powieścią kryminalno-obyczajowo-filozoficzną, w której można by się też doszukać pewnych elementów powieści gotyckiej (ta skrzynia w ładowni statku i powstający z niej upiór, ten zakrwawiony fontaź). Kryminalną, bo akcja toczy się wokół śmierci - w niejasnych okolicznościach - ubogiego, zdawało się, samotnika Crosbiego Wellsa, w którego chacie wkrótce potem odkryto wielki skarb w złotych sztabkach. Obyczajową, bo autorka maluje w niej obraz dziewiętnastowiecznego nowozelandzkiego miasteczka, do którego gorączka złota ściąga ludzi z całego świata. Poszukiwaczy złota, handlarzy opium, prostytutki. Tych, którzy chcą zacząć nowe życie i tych, którzy pracują na "bilet do domu". Miasto Hokitika dopiero co się narodziło. Fortuny powstają tu w ciągu jednego dnia, ale nie wszyscy mają równe szanse na ich zdobycie - chińscy imigranci skazani są na rolę wyrobników. W osobie "poszukiwacza zielonego kamienia" pojawiają się Maorysi, zepchnięci na obrzeża tego świata. Filozoficzną, bo wraz z bohaterami zmuszeni jesteśmy do rozmyślania nad takim kwestiami jak: czym jest prawda i skąd się bierze miłość. A to wszystko przybiera formę swego rodzaju pastiszu powieści wiktoriańskiej. Autorka prowadzi z czytelnikiem grę (żeby nie powiedzieć, że sobie z nim pogrywa), na czterystu stronach relacjonując wydarzenia jednego tylko dnia i racząc go drobiazgowymi opisami surdutów, fontazi, moleskinowych spodni i serżowych płaszczy, i tego, co można wyczytać z wyglądu bohaterów, a także zagłębiając się w długie dygresje dotyczące ich przeszłości, które nie mają wyraźnego związku z akcją powieści (ale pamiętajmy, że to wszystko zapisane jest w gwiazdach).

"Wszystko, co lśni" skojarzyło mi się z wydaną ćwierć wieku temu powieścią Charlesa Pallisera "Kwinkunks". Nie tylko ze względu na objętość dzieła (niemal tysiąc stron w przypadku "Wszystko, co lśni " i ponad tysiąc w przypadku "Kwinkunksa") i kolor okładki. Obie książki są współczesnymi wersjami powieści wiktoriańskich, jednak Palliser jest w tym bardziej konsekwentny. Catton nawiązuje do prozy dziewiętnastowiecznej w języku i sposobie prowadzenia narracji, ale otwarcie pisze o sprawach, które w powieści wiktoriańskiej pojawiałyby się jedynie w zawoalowanych aluzjach. Palliser potraktował sprawę bardziej finezyjnie. "Kwinkunks" nie przyniósł Charlesowi Palliserowi tak znaczącej nagrody, jaką zdobyła Catton, choć ja oceniam go wyżej. Obie książki wymagają od czytelnika koncentracji, ale u Pallisera nagrodą będzie rozwiązanie zagadki, wszelkie luki w opowieści wynikają z nieuwagi czytelnika, a wydarzenia są logiczną konsekwencją tego, co stało się w przeszłości. Catton umyślnie pozostawia luki i kwestie, których nie da się racjonalnie wyjaśnić (a wyjaśnienie nieracjonalne też nie jest do końca pewne). Dziewiętnastowieczny Londyn odtworzony przez Pallisera jest prawdziwym, żyjącym miastem, możemy niemal poczuć jego zapach (co nie musi być przyjemne). Hokitika Catton sprawiła na mnie wrażenie jedynie teatralnej dekoracji.

Zastanawiam się, czy to, co ma mi do powiedzenia Eleanor Catton rzeczywiście wymaga 930 stron i dochodzę do wniosku, że raczej nie. Ale warto po książkę Catton sięgnąć. Także dlatego, że oprócz wszystkich właściwości, o których napisałam powyżej, jest też subtelną opowieścią o miłości.



---
Eleanor Catton, "Wszystko , co lśni". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014. Przełożył Maciej Świerkocki.

* Imię bohatera wykropkowałam - w końcu Anną interesowali się wszyscy mężczyźni i być może niektórzy czytelnicy nie chcieliby zawczasu wiedzieć, który kochał ją naprawdę i poświadczył to w sądzie. Choć przecież i tak wszystko od początku było zapisane w gwiazdach.