Czytanie „Jalny” to była dla mnie swego rodzaju podróż sentymentalna. Bo ja tę powieść (a także większość cyklu o rodzinie Whiteoaków) już kiedyś czytałam. Złamałam więc tutaj zasadę, którą kierujemy się z Pyzą, że tematem naszych Pikników mają być książki, których dotychczas nie przeczytałyśmy. Było to – czytanie „Jalny” – jednak na tyle dawno, że uznałam, że powrót do tej lektury jest usprawiedliwiony. Rzut oka na datę wydania uświadomił mi, że musiałam się zapoznać z „Jalną” jako jedenastolatka, co mnie samą nieco zaskoczyło, bo to nie jest najbardziej oczywisty wybór czytelniczy dla jedenastolatki. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest proza young adult (jak się obecnie mówi) w stylu innej słynnej Kanadyjki, L.M. Montgomery. (Chociaż, jak się teraz nad tym zastanawiam, to właśnie to skojarzenie musiało mnie do tych książek przyciągnąć: tu Kanada, tam Kanada, a pamiętam też, że wówczas marzyłam o zamieszkaniu w Kanadzie (zresztą dziś też, gdyby nadarzyła się taka okazja, zapewne chętnie bym z niej skorzystała)). Mazo de la Roche zdecydowanie celowała w dorosłego odbiorcę, czy też raczej odbiorczynię, bo przecież czytelnikami powieści obyczajowych są w większości kobiety (w ogóle czytelnikami są w większości kobiety). Tak, „Jalna” to obyczajówka, a nie romans, gdyby ktoś – patrząc na okładki większości edycji, choć akurat nie tej, o której piszę, ta ma okładkę bardzo przyzwoitą – miał wątpliwości.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 grudnia 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Straszny dwór. "Jalna" Mazo de la Roche
Czytanie „Jalny” to była dla mnie swego rodzaju podróż sentymentalna. Bo ja tę powieść (a także większość cyklu o rodzinie Whiteoaków) już kiedyś czytałam. Złamałam więc tutaj zasadę, którą kierujemy się z Pyzą, że tematem naszych Pikników mają być książki, których dotychczas nie przeczytałyśmy. Było to – czytanie „Jalny” – jednak na tyle dawno, że uznałam, że powrót do tej lektury jest usprawiedliwiony. Rzut oka na datę wydania uświadomił mi, że musiałam się zapoznać z „Jalną” jako jedenastolatka, co mnie samą nieco zaskoczyło, bo to nie jest najbardziej oczywisty wybór czytelniczy dla jedenastolatki. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest proza young adult (jak się obecnie mówi) w stylu innej słynnej Kanadyjki, L.M. Montgomery. (Chociaż, jak się teraz nad tym zastanawiam, to właśnie to skojarzenie musiało mnie do tych książek przyciągnąć: tu Kanada, tam Kanada, a pamiętam też, że wówczas marzyłam o zamieszkaniu w Kanadzie (zresztą dziś też, gdyby nadarzyła się taka okazja, zapewne chętnie bym z niej skorzystała)). Mazo de la Roche zdecydowanie celowała w dorosłego odbiorcę, czy też raczej odbiorczynię, bo przecież czytelnikami powieści obyczajowych są w większości kobiety (w ogóle czytelnikami są w większości kobiety). Tak, „Jalna” to obyczajówka, a nie romans, gdyby ktoś – patrząc na okładki większości edycji, choć akurat nie tej, o której piszę, ta ma okładkę bardzo przyzwoitą – miał wątpliwości.
piątek, 20 maja 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: O sprawczej mocy ceramiki, czyli „W pajęczynie życia” (a.k.a. „Dzban ciotki Becky”) L.M. Montgomery
Nie będę tego ukrywać: po przeczytaniu „Dzbana...” – a właściwie w trakcie lektury – stało się dla mnie jasne, dlaczego jest to jedna z mniej znanych powieści Lucy Maud Montgomery. Są tacy pisarze, których darzymy tak wielkim sentymentem, że wybaczamy im znacznie więcej niż innym, i nawet jeśli czytaniu ich książek towarzyszy pobłażliwy uśmieszek albo nawet uczucie lekkiego zażenowania, to i tak z przyjemnością do nich wracamy. Dla mnie taką pisarką jest bez wątpienia L.M.M. Wybaczam jej rozwiązania fabularne „Błękitnego zamku”, których nie powstydziłaby się brazylijska opera mydlana, wybaczam cudowną (dosłownie) sekwencję wydarzeń, która uwolniła Ewę (Leslie) Moore w „Wymarzonym domu Ani” i co jakiś czas mam ochotę przypomnieć sobie te książki. Ale nie sądzę, żebym kiedyś miała jeszcze ochotę wrócić do „W pajęczynie życia”. W tym przypadku uczucie zażenowania zdecydowanie przeważyło nad pobłażliwym uśmieszkiem. Krótko mówiąc – polecam wyłącznie badaczom dorobku literackiego L.M.M. (w takim ujęciu lektura jest interesująca, bo można wyłowić motywy powtarzające się w całej twórczości pisarki). Tym, którzy nigdy nie poznali Ani Shirley, zdecydowanie odradzam.
wtorek, 20 stycznia 2015
Ania wyrusza w szeroki świat
Zgadza się. Rudowłosa dziewczyna z książką z poprzedniego wpisu to według mnie Ania Shirley. W dzisiejszym wpisie Ania opuszcza arkadyjską Wyspę Księcia Edwarda i rusza w świat zdobywać wiedzę, nie tylko tę naukową, ale również o sobie samej.
„Anię na
uniwersytecie” (Anne of the Island) Lucy Maud Montgomery napisała jako trzecią powieść z cyklu. Dedykowała ją „wszystkim dziewczętom
na świecie, które chciały więcej o Ani” (w polskim wydaniu – Naszej Księgarni
– dedykacja się nie pojawia). Książkę po raz pierwszy wydano w r. 1915, sześć
lat po „Ani z Avonlea”. Ta stosunkowo długa przerwa po poprzednim tomie przygód
Ani i dedykacja mogą wskazywać na to,
że pisarka zasiadła do pisania tej książki nie tyle z własnej chęci, co odpowiadając
na zapotrzebowanie czytelników – i wydawcy. Mimo to wiele osób właśnie „Anię na
uniwersytecie” uważa za swoją ulubioną książkę z serii. Ja nie do końca tę opinię podzielam, choć przyznaję, że to urocza, ciepła lektura – w sam raz na zimowy wieczór.
Ania ma lat 18 i właśnie spełnia się jej wielkie marzenie –
rozpoczyna studia na uniwersytecie (a wraz z nią grupa przyjaciół z Wyspy
Księcia Edwarda). Czytelnik dostaje więc opis życia studenckiego początku
ubiegłego wieku i jest to całkiem zajmujące. Nauka, współzawodnictwo, stres
przedegzaminacyjny, ale również organizacje i zabawy studenckie (czasem nawet
nieco frywolne, np. aby zostać przyjętym do pewnego stowarzyszenia, Gilbert
musi paradować po głównej ulicy miasta w damskim fartuszku kuchennym i czepku –
no, no, toż to jakimś dżenderem trąci) i uczestnictwo w całkiem intensywnym życiu
towarzyskim. Zabawnie się to czyta, zwłaszcza mając już swoje lata studenckie
dawno za sobą.
Na pierwszym roku Ania i jej przyjaciółki mieszkają na
stancji, ale potem udaje im się wynająć najbardziej uroczy domek, jaki tylko
można sobie wyobrazić, przycupnięty w zacisznym ogródku pomiędzy willami
bogaczy (właścicielkami są dwie wielce oryginalne stare panny – w każdym sensie
tego wyrażenia – ciotka i bratanica, udające się właśnie w podróż do Europy).
Gospodarstwo dziewczętom prowadzi ciotka Jakubina – urocza starsza dama. Kiedy
czytałam to jako dziecko, nie mogłam zrozumieć na czym właściwe polegała jej
rola – czyżby cztery dorosłe dziewczyny nie potrafiły zrobić zakupów i ugotować
sobie obiadu? Teraz oczywiście jest dla mnie jasne, że ciotka Jakubina znalazła
się tam tylko z jednego powodu – jako przyzwoitka. Bo nawet jeśli możliwe
byłoby, żeby młode panienki prowadziły same dom, to z pewnością nie mogłyby w
tym domu organizować spotkań towarzyskich. A z ciotką Jakubiną dziergającą przy
kominku nawet wizyty młodych kawalerów nie mogły budzić niczyich zastrzeżeń.
(Na marginesie dodam, że ów uroczy domek nosił w oryginale bezpretensjonalną
nazwę Patty’s Place. Nieoceniona Janina Zawisza-Krasucka przetłumaczyła ją jako
Ustronie Patty i odnoszę wrażenie, że panna Patty uznałaby tę nazwę za wydumaną).
Spośród zapewne wielu nowych znajomych Ani bliżej poznajemy
jedną – Philippę Gordon, nie wiedzieć czemu w polskim przekładzie występującą
jako Izabela. Iza/Phil jest dziewczyną o zniewalającej urodzie, w dodatku
pochodzącą z bogatej rodziny. Niezbyt to prawdopodobna towarzyszka dla Ani i
jej przyjaciółek, ale Iza okazuje się naprawdę miłą osobą, choć spędza
większość czasu na zabawach i przy poważnej Ani wydaje się być trzpiotką i
głuptaskiem. Ale L.M.M. na szczęście nie popada w schemat „ładnej i głupiej”.
Iza jest jedną z najlepszych studentek na roku, a w dodatku świetną
matematyczką (choć pozostaje tajemnicą, jak przy intensywnym życiu towarzyskim
udaje się jej to osiągnąć). I w końcu – to Iza okazuje się bardziej dorosła od
Ani.
No właśnie, Ania w tej książce moim zdaniem niezbyt się
L.M.M. udała. Jest momentami wręcz irytująca i nie jestem w stanie uwierzyć w
jej postać. Z jednej strony jest bardzo dojrzała, nie zapominajmy, że ma
doświadczenie jako nauczycielka i razem z Marylą wychowuje dwójkę dzieci – i
świetnie sobie radzi w tej roli. Sprawia wrażenie osoby bardzo poważnie
podchodzącej do życia i sporo już o nim wiedzącej. Z drugiej strony, żywi
niesłychanie dziecinne wyobrażenia na temat idealnej miłości i w kwestii
własnych uczuć okazuje się głupiutką gąską. Nagle przyszła mi do głowy myśl, że Ania pod pewnymi względami przypomina Madzię Brzeską z "Emancypantek"... tak, to zdecydowanie dobre porównanie. Zapewne psychoanalityk miałby wiele do powiedzenia, dlaczego Ania uparcie broni się przed przyjęciem faktu, że jej znajomość z Gilbertem, najpierw szkolnym wrogiem, a później serdecznym przyjacielem, może mieć kontekst erotyczny (ja jednak nie będę drążyć tutaj tego tematu).
![]() |
| Okładka wydawnictwa Simon & Schuster, 2014 |
Tekst oryginalny zawiera motto, wiele mówiący cytat z
Tennysona (również pominięty w wydaniach Naszej Księgarni):
All precious things discovered lateTo those that seek them issue forth,For Love in sequel works with Fate,And draws the veil from hidden worth.
Skarby, które odkrywa się późno... W końcu Ania odkryje to, co dla jej przyjaciół – i dla
czytelników – jest jasne od początku: że takiego faceta jak Gilbert nie spotyka
się codziennie, a właściwie, że spotyka się go tylko raz w życiu. I że w żadnym wypadku nie wolno
pozwolić mu odejść. Wcześniej jednak odrzuci jego oświadczyny i uwikła się w
znajomość z, jak sądzi, idealnym kandydatem na Tego Jedynego, Royalem Gardnerem
(tutaj w pełni popieram tłumaczkę, która przerobiła go na Roberta, choć być
może w zamyśle L.M.M. to imię miało mu dodać jeszcze więcej splendoru w oczach
Ani). Po dwóch latach Robert/Roy poprosi Anię o rękę w sposób doskonały,
niesłychanie elokwentny i poetyczny (a więc tak różny od prostolinijnych
oświadczyn Gilberta). A nasza bohaterka… na szczęście również tym razem stwierdzi, że to
jednak nie to. Fabuła jest właściwie bardzo przewidywalna, choć akurat to mi
nie przeszkadza, bo po drodze mamy mnóstwo zabawnych i wzruszających epizodów.
Naiwność Ani w kwestii uczuć jest jednak mało przekonująca (Madzi Brzeskiej dużo bardziej z tym do twarzy).
Jak to się często L.M.M. zdarza, słoneczny i lekki ton „Ani na uniwersytecie” jest przełamany fragmentami o zgoła innym
charakterze. Szkolna koleżanka Ani, Ruby Gillis, umiera na „galopujące
suchoty”. Ale znacznie mroczniejsza jest historia, z którą Ania styka się
pewnego lata, gdy zastępując koleżankę, pracuje w wiejskiej szkole – polecam
zapoznać się z rozdziałami od „List Ani do Izy” do „Jan Douglas przemówił”. To
historia, która właściwie nadawałaby się na osobną powieść (psychologiczną), bardzo smutną i dla
dorosłych – o matce, która przez długie lata psychicznie torturuje syna i jego
ukochaną. Czyste zło ukryte w banalnej codzienności. A wracając do weselszych tematów – natrafiłam w tej książce na coś,
co można chyba uznać za swego rodzaju manifest literacki L.M.M., rozpisany na dwa głosy: Ani i
jej sąsiada z Avonlea, pana Harrisona.
Otóż Ania nie tylko studiuje, rozmyśla o idealnej miłości i
odrzuca oferty matrymonialne. Próbuje także swoich sił jako pisarka. Jej
pierwszą próbą literacką jest utwór zatytułowany „Pokuta Aweryli” (który
później Diana, kierując się zresztą najszczerszymi intencjami, tak straszliwie
– w mniemaniu Ani – zbezcześci). Ania prosi pana Harrisona o opinię na temat
swojego opowiadania i przy tej okazji ma między nimi miejsce bardzo ciekawa
rozmowa. Pan Harrison krytykuje Anię miedzy innymi za „kwieciste ustępy”.
„Zostawiłam tylko opis zachodu słońca, bo ten według mnie był najlepszy –
szepnęła nieśmiało” Ania. Panu Harrisonowi nie podoba się również, że bohaterowie
„zbyt dużo mówią i wyrażają się trochę za górnolotnie”. Ta krytyka bardzo mnie
rozbawiła, bo wiele zarzutów pana Harrisona wobec Ani sama mogłabym postawić
L.M.M. Autorka albo nie wie, że sama popełnia niektóre z grzechów swojej bohaterki,
albo przeciwnie, ten fragment powieści można potraktować jako jej polemikę z
krytykami (przy czym wydaje mi się, że swoje poglądy autorka wkłada w usta obojga – spierających się ze sobą – interlokutorów) i jeśli L.M.M. każe swoim bohaterom wyrażać się nieco górnolotnie i
robi wiele szumu wokół wschodów i zachodów słońca, robi to z pełną
premedytacją.
Muszę jednak przyznać, że w niektórych momentach L.M.M. umie
wykazać się podziwu godnym umiarem i prostotą. W ostatnim akapicie powieści,
kiedy już Ania i Gilbert wszystko sobie wyjaśnili „Gilbert drew her close to
him and kissed her”. Nie mogę natomiast tego samego powiedzieć o tłumaczce. W
wersji Janiny Zawiszy-Krasuckiej Gilbert nie mógł oczywiście Ani tak po prostu pocałować:
„przytulił ją do siebie i złożył na jej ustach pierwszy gorący
pocałunek”.
---
Lucy Maud
Montgomery, “Anne of the Island” (link do tekstu znajduje się w zakładce "Książki z domeny publicznej").
Lucy Maud Montgomery, „Ania na uniwersytecie”. Przekład
Janina Zawisza-Krasucka, ilustracje Bogdan Zieleniec. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1968.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Pamiętniki Lucy Maud Montgomery
"Jeden z recenzentów - pisze Lucy Maud Montgomery w swoim dzienniku 15 października 1908 r. - stwierdza: "ta książka ["Ania z Zielonego Wzgórza"] promieniuje szczęściem i optymizmem". Kiedy pomyślę o troskach, smutku i strapieniach, które towarzyszyły jej powstawaniu, dziwię się temu. Dzięki Bogu, potrafię oddzielić ciemne strony mego życia od mojej pracy. Nie chciałabym rzucać cienia na życie innych - chcę być zwiastunką optymizmu i słońca."
*** Zakręty na drodze (życiowej) z ciekawością i wyczekiwaniem witała optymistka Ania Shirley ***"Krajobraz dzieciństwa" i "Uwięziona dusza" to polska edycja "The Selected Journals of L.M. Montgomery - Volume 1". "Krajobraz dzieciństwa" obejmuje lata 1889-1897, "Uwięziona dusza" - 1898-1910, a więc w sumie okres od 15 do 35 roku życia L.M.M. "Krajobraz..." rozpoczyna się wesołą paplaniną piętnastolatki, drugą książkę kończą zapiski uznanej już autorki, mającej w swoim dorobku trzy bestsellerowe powieści - uznanej autorki, lecz nie kobiety szczęśliwej i spełnionej. Nie znałam wcześniej tych pamiętników (właściwie są to dzienniki, ale "Nasza Księgarnia" wydała je jako "Pamiętniki") - więc tym razem nie jest to powrót do "L.M.M. po latach" - przede wszystkim dlatego, że kiedy ukazały się w Polsce, od dawna uważałam, że z książek L.M.M. już wyrosłam (jak się teraz okazuje - sądziłam tak całkiem niesłusznie).
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia" postanowiło nadać tym książkom szatę graficzną jednoznacznie sugerującą, że powinny się znaleźć na półkach z literaturą dziecięcą, i rzeczywiście aby je wypożyczyć z lokalnej biblioteki musiałam się udać do oddziału dla dzieci. Nie jest to jednak lektura, którą należałoby polecać dzieciom. Oczywiście nie dlatego, że jest w nich coś gorszącego - L.M.M. prowadziła bardzo przykładne, "grzeczne" życie, sumiennie spełniając obowiązki wobec rodziny i społeczeństwa. Ale nie trzeba być geniuszem, żeby zorientować się, że osobisty dziennik kobiety trzydziestoparoletniej niekoniecznie zawiera treści, które mogą być zrozumiane i docenione przez dwunastolatkę, choćby nawet owa kobieta zajmowała się pisaniem wesołych opowiastek dla młodych dziewcząt. Z czystym sumieniem mogę natomiast polecić pamiętniki L.M.M. wszystkim dorosłym wielbicielom jej twórczości - ale nie tylko im, także wszystkim tym, którzy lubią zaglądać pod podszewkę cudzego życia. Brzmi to może niezbyt szlachetnie, ale w tym przypadku możemy się czuć rozgrzeszeni - bo można te książki potraktować po prostu jako poruszający zapis życia kobiety, obraz zwykłego, monotonnego życia wypełnionego pracą, obowiązkami, zachwytem, małymi radościami i większymi smutkami, i fakt, że chodzi o życie słynnej pisarki może być bez znaczenia (choć niewątpliwie wpływa na literacką formę dzienników).
Jeśli zna się powieści L.M.M., ale nie wie nic o jej biografii, lektura jej pamiętników będzie zaskoczeniem. Życie L.M.M. nie było tak słoneczne, jak można by sądzić na podstawie pisanych przez nią książek.
Czytając jej osobiste zapiski, zobaczymy w nich Anię Shirley, ale możemy też zauważyć, skąd się wzięły te mroczniejsze pokłady nieszczęść, rozczarowań i zawiedzionych nadziei, pulsujące jak lawa pod powierzchnią jej "promieniujących szczęściem i optymizmem" książek, które tu i ówdzie wydostają się na powierzchnię, przeważnie za sprawą postaci epizodycznych. Pamiętnik nastoletniej Maud (prywatnie nigdy nie używała swojego pełnego imienia), mieszkającej u dziadków w Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda, czyta się tak, jakby jego autorką była sama Ania Shirley. Widać w nim inteligentną, wrażliwą dziewczynę, obdarzoną nieprzeciętną wyobraźnią, zamiłowaniem do czytania i nauki i ambicjami literackimi. A przy tym wesołą i łaknącą towarzystwa trzpiotkę, może trochę mniej dojrzałą niż Ania w jej wieku. Te strony są zapełnione przede wszystkim wydarzeniami z życia szkolnego i mam wrażenie, że panna Gordon, nauczycielka w Cavendish, została potem uwieczniona jako ulubiona nauczycielka Ani Shirley, Mollie jako Diana Barry, a szkolny kolega Nate - jedyna osoba w Cavendish, którą tak jak Maud interesowały książki, użyczył przynajmniej kilku swoich cech młodemu Gilbertowi Blythe'owi. Maud czasem wspomina o przykrościach i ograniczeniach swojego życia, ale nie ma w tych notatkach rozgoryczenia i smutku. Inaczej opisze ten czas po latach, kiedy w pamiętniku będzie wracać we wspomnieniach do dzieciństwa. Wtedy odmaluje obraz dziecka samotnego, niezrozumianego przez najbliższych i wiecznie głodnego emocjonalnie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że L.M.M. nadała Ani Shirley nie tylko wiele cech własnego charakteru, ale obdarzyła jej życie również tym wszystkim, czego w swoim nie mogła doświadczyć.
Chociażby droga do zdobycia wykształcenia dla Maud okazała się dużo bardziej wyboista niż dla Ani, nigdy też nie udało się jej zdobyć tytułu naukowego - po uzyskaniu kwalifikacji nauczycielskich i odłożeniu nieco oszczędności, mogła sobie pozwolić tylko na roczny specjalny kurs na Uniwersytecie Dalhousie w Halifaksie. (Dygresja: mniej więcej w tym samym czasie Maria Skłodowska musiała wyjechać do Paryża, by się kształcić, bo polskie uniwersytety nie przyjmowały wówczas kobiet. Jak widać Kanada była bardziej postępowa.) Nie chcę w tym miejscu streszczać życiorysu L.M.M., ale śledząc jej życie rok po roku byłam zdumiona, że było ono tak trudne. Maud co prawda straciła matkę w wieku dwóch lat, ale miała żyjącego ojca. Oboje jej rodzice pochodzili z dobrych rodzin (czym Maud zresztą bardzo się szczyciła), dziadek ze strony ojca był senatorem, dziadkowie ze strony matki, którzy ją wychowywali, prowadzili urząd pocztowy i materialnie raczej dobrze im się powodziło, L.M.M. miała również cały zastęp dalszych krewnych. Jednak o wszystko musiała walczyć sama i zdobywać to wielkim wysiłkiem.
Życie uczuciowe L.M.M. również nie ułożyło się pomyślnie. W momencie, w którym kończy się "Uwięziona dusza" wiedzie samotne i monotonne życie w Cavendish, opiekując się babcią (uważa, że opieka nad babcią aż do jej śmierci jest jej obowiązkiem - choć babcia ma pięcioro żyjących dzieci i wiele innych wnucząt, nikt jej w tym obowiązku nie pomaga). Jest wówczas narzeczoną pastora Ewena Macdonalda, ale decyzja o przyjęciu jego oświadczyn wypływała raczej z poczucia samotności, a nie z gorącego uczucia, a później okaże się bardzo niefortunna (ale w tym miejscu wybiegam w przyszłość). Jako młoda dziewczyna Maud była atrakcyjna, lubiana wszędzie, gdzie się pojawiła i nie brakowało jej adoratorów. Wyznawano jej miłość, kilkakrotnie proponowano małżeństwo. Jedne z tych oświadczyn przyjęła i zaraz zorientowała się, że popełniła błąd. Zerwanie zaręczyn okazało się bardzo trudne i bolesne. Mniej więcej w tym samym czasie sama zakochała się namiętnie w innym mężczyźnie, którego jednak nie uważała za odpowiedniego kandydata na męża i uznała, że musi zdusić w sobie to uczucie. Życie jest sztuką wyboru i nigdy się nie dowiemy, czy wybraliśmy dobrze. Czy żałowała, że odtrąciła uczucia szkolnego kolegi i innych chłopców, którzy w następnych latach wyznawali jej miłość? Jeżeli tak było, jej pamiętnik o tym milczy. Ale być może właśnie dlatego w jej twórczości tak często pojawia się motyw dawnej, utraconej miłości, odzyskanej po latach?
Te gwałtowne przeżycia bardzo Maud wyczerpały i chyba właśnie od czasu owych nieszczęsnych zaręczyn zaczęła ją nawiedzać zmora, która nie opuściła jej już do końca życia. L.M.M. bardzo sugestywnie opisuje stany wielkiego psychicznego cierpienia, spadające na nią nagle, bez przyczyny, całkowicie pozbawiające ją sił i zdolności do normalnego funkcjonowania. Dziś nazywamy takie stany depresją, mamy na nie leki i terapeutów, i przyzwolenie społeczne. Maud musiała zmagać się z nimi samotnie i ukrywać je przed światem.
Jeżeli chodzi o formę tych pamiętników/dzienników, to są pisane w typowo "aniowo-emilkowym" stylu. Irytuje mnie maniera pisania bardzo wielu wyrażeń w cudzysłowie (coś, czego wybitnie nie lubię) i podkreśleń (rozstrzelony druk). Maud równie często zachwyca się klonowymi zagajnikami, szemrzącymi strumieniami i zachodami słońca co jej bohaterki (choć może jeszcze częściej wzdraga się na myśl o śnieżycach i wichurach, które odetną ją od świata). Początkowo dziennik stanowią bieżące zapiski, w późniejszych latach wpisy pojawiają się mniej regularnie, L.M.M. coraz częściej wraca też do wydarzeń z przeszłości, analizuje je i snuje długie wspomnienia. Z pamiętników można też wyłowić frazy bądź sytuacje, których L.M.M. użyje później w swoich książkach, niemal w tym samym brzmieniu. Ot, chociażby taki ustęp:
"W domu przeczytałam niezwykle przerażającą opowieść o duchach. Była po prostu makabryczna. Czytałam ją w łóżku, a gdy skończyłam, czy przypuszczasz, że mogłam wstać i zgasić światło? Ależ skąd!! I gdyby Kate M. nie przyszła o późnej porze, lampa paliłaby się do samego rana. Słysząc lekkie kroki Kate na schodach, zawołałam ją, wyjaśniłam moje kłopotliwe położenie i poprosiłam o zgaszenie światła. Gdybym chciała to zrobić sama, z pewnością coś złapałoby mnie za nogę w chwili kładzenia się z powrotem do łóżka."Dokładnie taka sama "przygoda" przydarzyła się Izie (Philipie) Gordon w "Ani na uniwersytecie". Powiedzonko panny Kornelii o "ludziach, którzy znają Józefa" L.M.M. zaczerpnęła ze słownika swojej kuzynki i przyjaciółki Fredy. Również wiele z tych "przyrodozachwytczych" fraz z pamiętników znalazło się potem w powieściach. A kiedy Maud odrzuca awanse rozmaitych chłopców i młodych mężczyzn, to zachowuje się zupełnie tak samo jak Ania w "Ani na uniwersytecie".
Ta część pamiętników L.M.M. kończy się na początku lutego 1910 roku. I chociaż wiem, jak dalej potoczy się jej życie - niestety małżeństwo nie da jej szczęścia, a upragnione macierzyństwo przyniesie więcej trosk niż radości - to chętnie dowiedziałabym się o tym więcej od niej samej, w kolejnych częściach dzienników.
*** Okładka "Ani" z 1956 r. ***
---
Lucy Maud Montgomery, "Krajobraz dzieciństwa. Pamiętniki 1889-1897". Przekład: Ewa Horodyska. Nasza Księgarnia, Warszawa 1998.
Lucy Maud Montgomery, "Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898-1910". Przekład: Ewa Horodyska. Nasza Księgarnia, Warszawa 1998.
sobota, 1 listopada 2014
"Rilla ze Złotego Brzegu" L.M. Montgomery: tekst oryginalny i polski przekład
![]() | |
| *** Nasza Księgarnia, 1970. Pierwsze powojenne wydanie. *** |
Do tej pory w Polsce opublikowano cztery tłumaczenia "Rilli ze Złotego Brzegu", w sumie w 22 wydaniach (dane z katalogu Biblioteki Narodowej). Autorką pierwszego tłumaczenia jest Janina Zawisza-Krasucka (Księgarnia Czesława Kozłowskiego, Warszawa 1933). Pierwsze powojenne wydanie ukazało się w r. 1970 nakładem Naszej Księgarni, również w przekładzie Janiny Zawiszy-Krasuckiej (w jednym tomie razem z "Doliną Tęczy"). Nasza Księgarnia wydawała jeszcze "Rillę..." w r. 1972, 74, 77, 83, 86, 87, 89, 90, 91, 93, 96, 97, 98 i 2001, w tym samym tłumaczeniu. Oprócz Zawiszy-Krasuckiej "Rillę..." tłumaczyli również: Anna Dorożalska (Podsiedlik-Raniowski i Spółka, 1998 i Świat Książki 2003), Jolanta Bartosik (Prószyński i S-ka, 1999) i Grzegorz Rejs (Zielona Sowa, 2004). Wydawnictwo Literackie (2005, 2008) powróciło do przekładu Janiny Zawiszy-Krasuckiej, prawdopodobnie do jego pełnej wersji - w edycji Naszej Księgarni dokonano bowiem skrótów, o czym za chwilę.
O ile "Rilla of Ingleside" L.M.M. jest książką wciąż wartą uwagi w r. 2014, wciąż ciekawą i wzruszającą, o czym starałam się przekonać w poprzednim wpisie, to tłumaczenie Janiny Zawiszy-Krasuckiej jest już niestety tylko ramotką*, która u osób znających ten przekład z dzieciństwa może wywołać pobłażliwy uśmiech, ale obawiam się, że dzisiejszych młodych czytelników po prostu zniechęci. Mam do niego pewien sentyment, ale, powiedzmy to sobie szczerze, zęby bolą, jak się to czyta. L.M.M. jest oczywiście sentymentalna i ma nieuleczalną skłonność do "kwiecistości", ale Zawisza-Krasucka bije ją w tym na głowę. L.M.M. miała jednak dużo lepsze wyczucie stylu i jej bohaterowie nie wyrażają się tak niedorzecznie, jak można by sądzić z polskiego przekładu:
"Wszystko razem z szaloną siłą przytłoczyło mą duszę, a żadna chmurka na niebie nie miała wyglądu srebrnego obłoczka." (Nasza Księgarnia 1993, str. 86)- mówi Gertruda Oliver o bezsennych nocach, spowodowanych niepokojącymi doniesieniami wojennymi. Ale chwileczkę, dlaczego niby miałaby w takiej sytuacji rozmyślać o obłoczkach? W rzeczywistości powiedziała:
"Everything presses on my soul [in the night] and no cloud has a silver lining."Wbrew pozorom, nie ma tu ani słowa o obłoczkach (ani o szalonej sile). Gertruda nawiązuje do powiedzenia funkcjonującego w języku angielskim, że "każda chmura ma srebrną podszewkę", co po polsku znaczy tyle, co "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Mówi więc po prostu, że nocą nie przychodzi jej na myśl nic, co mogłoby ją podnieść na duchu.
To Walter. Oj, bardzo mi ta "dziewoja" zgrzyta. Czy on naprawdę się w ten sposób wyrażał?"Biała brzoza jest niby piękna pogańska dziewoja, która nigdy nie poznała tajemnic raju." (str. 84)
*** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni ***
Naprawdę było tak:
"A white birch is a beautiful pagan maiden who has never lost the Eden secret of being naked and unashamed."Jakby lepiej, prawda? Mogę jeszcze taki cytat przytoczyć:
"Z nogą moją jest zupełnie dobrze. Rillo - rzekł namiętnym szeptem - jesteś najsłodszym stworzeniem na świecie."
No dobrze, tutaj trochę oszukałam. Te dwie wypowiedzi Krzysztofa Forda dzieli kilkadziesiąt stron (str. 94 i 141), ale chciałam pokazać, jak śmiesznie te teksty brzmią dzisiaj. Biorę poprawkę na to, że to przekład z lat 30. XX w. i wtedy inaczej się mówiło i pisało niż dziś, ale... tak właśnie wyobrażam sobie język Mniszkówny, bo te pisarki dwudziestolecia, które czytywałam, nie wyrażały się jednak tak zabawnie. Czasem zresztą te archaizmy brzmią ładnie (np. zdanie: "Ach, tak, to dziecko, które wychowujesz podług książki" (str. 116) podoba mi się), ale zazwyczaj tylko niezamierzenie śmieszą.
Nazwy Złoty Brzeg nie będę się czepiać, choć to dosyć dalekie od Ingleside. Tu jednak tłumaczka miała twardy orzech do zgryzienia i wybrnęła z tej trudności w sposób zadowalający. Zupełnie nie rozumiem jednak jej polityki w zakresie imion. Zdaję sobie sprawę, że przed wojną było ogólnie przyjęte podawanie imion w wersji spolszczonej, co jeszcze gdzieniegdzie przetrwało do naszych czasów, np. w odniesieniu do głów koronowanych. Rozumiem, że Anne będzie Anią, Susan można przerobić na Zuzannę, Sophię na Zofię itd. Ale konsekwencji nie ma tu żadnej, bo np. Mary Vance pozostała Mary, a Jerry Meredith również występuje pod oryginalnym imieniem. Jema (zdrobnienie od James) nie nazywa się Kubą, ale Jimem. Oczywiście, gdyby pani Janina wykazała się w tej kwestii konsekwencją i logiką, to tytułowa bohaterka powinna być nazywana Marylką (uff! całe szczęście, że tak się nie stało). Ciekawie robi się, gdy tłumaczka napotyka imię, które nie istnieje w wersji polskiej, a którego z jakiegoś powodu nie chciała pozostawić w wersji oryginalnej. Mogła popuścić wodze fantazji, czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, jedno obce imię zostaje zastąpione innym. I tak: Faith (czyli Wiara, imię jak najbardziej odpowiednie dla córki pastora) zostaje Florą, a mały Bruce Meredith otrzymuje imię Bertie. Przeżyłam mały szok, kiedy zorientowałam się, że ukochany Rilli to Kenneth, w zdrobnieniu Ken. Zawsze uważałam go za Christophera, czyli Chrisa, bo w wersji polskiej nazywany był Krzysztofem/Krzysiem. Krzysiem!
| *** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni *** |
Tym samym doszliśmy do kwestii błędów w tłumaczeniu. Przykład ze "srebrnymi obłoczkami", który przytoczyłam powyżej, można zaliczyć do tej kategorii. Najbardziej oczywistym błędem jest Kobziarz, który był w rzeczywistości dudziarzem (Piper). Ale są też inne. Np. w rozdziale "Kłopoty Rilli" odwiedza ją Irena Howard:
"I knew she was making fun of me and I began to boil inside—but outside no sign of a simmer. I was determined I would not scrap with Irene."Irena dokucza Rilli, a Rilla aż się w środku gotuje, ale na zewnątrz pozostaje niewzruszona, jak później zapisała w pamiętniku. Janina Zawisza-Krasucka przedstawia to tak:
"Wiedziałam, że kpi ze mnie i że w gruncie rzeczy wszystko się w niej gotuje, ale na zewnątrz ani cienia złości." (str.90)No tak, ważne, że się gotuje, a kto, to już mniejsza z tym. Na str. 166 Zuzanna oznajmia:
"Trzeba także coś robić dla kraju, więc uporządkuję kartofle w ogrodzie, a ty mogłabyś wziąć nóż i pomóc mi, Zofio Crawford."Hmm... ciekawe, jak się porządkuje kartofle, w dodatku nożem. Okazuje się, że Zuzanna ma zamiar przygotować bulwy ziemniaków do posadzenia ("cut potato sets for the back garden"). I tak dalej.
To wszystko są w zasadzie zabawne drobnostki, ale mam do tego przekładu (lub do tej edycji, bo nie jestem pewna, czy wina leży po stronie tłumaczki, czy wydawnictwa) poważniejsze zastrzeżenia. Pomimo, że Zawisza-Krasucka nie stroni od stylistycznych "zawijasów", jednocześnie skraca i upraszcza tekst, a w konsekwencji - spłyca. Zostaje tak potraktowana większość bardziej rozbudowanych wypowiedzi bohaterów, ale nie tylko. Czasem znikają całe akapity. Np. rozdział "Odpływ nadchodzi" rozpoczyna się taką scenką:
"- Szukacie, panie, jakiejś nowej gwiazdy? - zapytał pan Meredith, zbliżając się do panny Oliver i Rilli, które stały w ogródku, wpatrzone w niebo.
- Tak, znalazłyśmy ją. Proszę spojrzeć, świeci ona nad wierzchołkiem najwyższej jodły."
| *** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni *** |
Czego jeszcze nie ma w polskim przekładzie? Nie ma np. wzmianki, o której pisałam poprzednio, że w Polsce "powymierały" wszystkie dzieci poniżej ośmiu lat. A właściwie jest, ale Polskę zamieniono na Rosję (str. 150). Ale najważniejsze: w edycji Naszej Księgarni nie ma całych trzech rozdziałów. Pomiędzy "I Shirley poszedł" a "Ranny zaginiony" powinny znajdować się jeszcze: "Zuzanna otrzymuje propozycję małżeństwa" (Susan Has a Proposal of Marriage), "Czekanie" (Waiting) i "Czarna Niedziela" (Black Sunday). Co znajduje się w tych rozdziałach? Dalsze obrazki z życia w kraju biorącym udział w wojnie. Mieszkańcy Złotego Brzegu obserwują lecące po niebie samoloty i myślą o Shirleyu, który wstąpił do sił powietrznych. W Glen pojawiają się pierwsze automobile, w tym jeden należący do doktora Blythe'a. Dziewczyny w ramach pomocy sąsiedzkiej idą pracować w polu przy żniwach, bo brakuje mężczyzn, a Mary Vance postanawia zaszokować swoją przyszłą teściową, ubierając się do tego zajęcia w kombinezon roboczy. Zuzanna, która pomimo przekroczonej sześćdziesiątki też się włącza w te prace, pozostaje jednak przy podkasanej do kolan spódnicy. Właśnie wtedy zwróciła na siebie uwagę znienawidzonego miejscowego pacyfisty, Księżycowego Brodacza, co zaowocowało z jego strony propozycją małżeństwa - jak się można domyślić, odrzuconą w nietuzinkowy sposób. Wszyscy kupują i włączają się w propagowanie Victory Loan - rządowych obligacji przeznaczonych na potrzeby wojenne, a Zuzanna w tym celu nawet wygłasza publicznie ogniste mowy. Lenin przejmuje władzę w Rosji.
W rozdziale "Waiting" opisany jest conscription crisis, sprawa, która podzieliła kanadyjskie społeczeństwo. Mężczyźni, którzy wstępowali do wojska od początku wojny, byli wszyscy ochotnikami, ale w r. 1917 ochotników już nie wystarczało, pojawiła się potrzeba poboru powszechnego. Dwie siły polityczne, które miały się zmierzyć w nadchodzących wyborach, miały odmienne zapatrywania w tej kwestii. W tych wyborach po raz pierwszy kanadyjskie kobiety otrzymały prawo głosu - ale tylko te, które miały mężów, synów lub braci na froncie. Oczywiście nietrudno zgadnąć, jakie poglądy prezentowali mieszkańcy Złotego Brzegu. Wybory wygrała "właściwa" frakcja. W tym rozdziale zostają też wydane rządowe zalecenia dotyczące prowadzenia gospodarstw domowych, mające na celu oszczędzanie żywności. Nadchodzą wiadomości o awansie Krzysia do stopnia kapitana, a Jima - porucznika. Pies Wtorek, zesztywniały od reumatyzmu, wciąż wiernie czeka na stacji kolejowej. "Black Sunday" opisuje wydarzenia z marca r. 1918, kiedy do mieszkańców Glen dotarła wiadomość, że Niemcy złamali brytyjskie linie obrony i ostrzeliwują Paryż. Sytuacja okazuje się jednak nie być tak tragiczną, jak się początkowo wydawało, dlatego kolejny rozdział, pt. "Ranny zaginiony", mógł się zacząć od słów: "Linia załamana, lecz nie przerwana".
Bardzo jestem ciekawa, jak sobie poradzili z przekładem "Rilli..." pozostali tłumacze. Jeżeli ktoś mógłby się podzielić wrażeniami z lektury innych przekładów, będę bardzo wdzięczna za komentarze. Oczywiście za wszelkie inne uwagi również.
---
Lucy Maud Montgomery, "Rilla ze Złotego Brzegu". Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 1993.
* Słowa "ramotka" używam nie na określenie utworu całkowicie pozbawionego wartości literackich, a jedynie śmiesznie przestarzałego. Ten przekład swoją wartość ma i właściwie dostarczył mi dodatkowej przyjemności - pośmiania się i skrytykowania ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




