 |
| *** Nasza Księgarnia, 1970. Pierwsze powojenne wydanie. *** |
|
"Rilla of Ingleside" (polski tytuł: "Rilla ze Złotego Brzegu") to szósta (w kolejności pisania, a ósma jeśli przyjmiemy chronologię życia bohaterów) powieść L.M. Montgomery z cyklu o Ani Shirley, wydana po raz pierwszy w r. 1921. Pisałam o niej w poprzednim poście z cyklu
"L.M.M. po latach". Dziś zajmę się polskim przekładem. Jeśli czytaliście "Rillę..." przed r. 1998, to (na pewno, a jeśli czytaliście ją później, to również prawdopodobnie) znacie przekład
Janiny Zawiszy-Krasuckiej w edycji Naszej Księgarni, z ilustracjami Bogdana Zieleńca (to lwia część wydań,
które w ogóle ukazały się po polsku) - właśnie o nim napiszę.
Do tej pory w Polsce opublikowano cztery tłumaczenia "Rilli ze Złotego Brzegu", w sumie w 22 wydaniach (dane z katalogu Biblioteki Narodowej). Autorką pierwszego tłumaczenia jest Janina Zawisza-Krasucka (Księgarnia Czesława Kozłowskiego, Warszawa 1933). Pierwsze powojenne wydanie ukazało się w r. 1970 nakładem Naszej Księgarni, również w przekładzie Janiny Zawiszy-Krasuckiej (w jednym tomie razem z "Doliną Tęczy"). Nasza Księgarnia wydawała jeszcze "Rillę..." w r. 1972, 74, 77, 83, 86, 87, 89, 90, 91, 93, 96, 97, 98 i 2001, w tym samym tłumaczeniu. Oprócz Zawiszy-Krasuckiej "Rillę..." tłumaczyli również: Anna Dorożalska (Podsiedlik-Raniowski i Spółka, 1998 i Świat Książki 2003), Jolanta Bartosik (Prószyński i S-ka, 1999) i Grzegorz Rejs (Zielona Sowa, 2004). Wydawnictwo Literackie (2005, 2008) powróciło do przekładu Janiny Zawiszy-Krasuckiej, prawdopodobnie do jego pełnej wersji - w edycji Naszej Księgarni dokonano bowiem skrótów, o czym za chwilę.
O ile "Rilla of Ingleside" L.M.M. jest książką wciąż wartą uwagi w r. 2014, wciąż ciekawą i wzruszającą, o czym starałam się przekonać w poprzednim
wpisie, to tłumaczenie Janiny Zawiszy-Krasuckiej jest już niestety tylko ramotką*, która u osób znających ten przekład z dzieciństwa może wywołać pobłażliwy uśmiech, ale obawiam się, że dzisiejszych młodych czytelników po prostu zniechęci. Mam do niego pewien sentyment, ale, powiedzmy to sobie szczerze, zęby bolą, jak się to czyta. L.M.M. jest oczywiście sentymentalna i ma nieuleczalną skłonność do "kwiecistości", ale Zawisza-Krasucka bije ją w tym na głowę. L.M.M. miała jednak dużo lepsze wyczucie stylu i jej bohaterowie nie wyrażają się tak niedorzecznie, jak można by sądzić z polskiego przekładu:
"Wszystko razem z szaloną siłą przytłoczyło mą duszę, a żadna chmurka na niebie nie miała wyglądu srebrnego obłoczka." (Nasza Księgarnia 1993, str. 86)
- mówi Gertruda Oliver o bezsennych nocach, spowodowanych niepokojącymi doniesieniami wojennymi. Ale chwileczkę, dlaczego niby miałaby w takiej sytuacji rozmyślać o obłoczkach? W rzeczywistości powiedziała:
"Everything presses on my soul [in the night] and no cloud has a silver lining."
Wbrew pozorom, nie ma tu ani słowa o obłoczkach (ani o szalonej sile). Gertruda nawiązuje do powiedzenia funkcjonującego w języku angielskim, że "każda chmura ma srebrną podszewkę", co po polsku znaczy tyle, co "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Mówi więc po prostu, że nocą nie przychodzi jej na myśl nic, co mogłoby ją podnieść na duchu.
 |
| *** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni *** |
"Biała brzoza jest niby piękna pogańska dziewoja, która nigdy nie poznała tajemnic raju." (str. 84)
To Walter. Oj, bardzo mi ta "dziewoja" zgrzyta. Czy on naprawdę się w ten sposób wyrażał?
Naprawdę było tak:
"A white birch is a beautiful pagan maiden who has never lost the Eden secret of being naked and unashamed."
Jakby lepiej, prawda? Mogę jeszcze taki cytat przytoczyć:
"Z nogą moją jest zupełnie dobrze. Rillo - rzekł namiętnym szeptem - jesteś najsłodszym stworzeniem na świecie."
No dobrze, tutaj trochę oszukałam. Te dwie wypowiedzi Krzysztofa Forda dzieli kilkadziesiąt stron (str. 94 i 141), ale chciałam pokazać, jak śmiesznie te teksty brzmią dzisiaj. Biorę poprawkę na to, że to przekład z lat 30. XX w. i wtedy inaczej się mówiło i pisało niż dziś, ale... tak właśnie wyobrażam sobie język Mniszkówny, bo te pisarki dwudziestolecia, które czytywałam, nie wyrażały się jednak tak zabawnie. Czasem zresztą te archaizmy brzmią ładnie (np. zdanie: "Ach, tak, to dziecko, które wychowujesz podług książki" (str. 116) podoba mi się), ale zazwyczaj tylko niezamierzenie śmieszą.
Nazwy Złoty Brzeg nie będę się czepiać, choć to dosyć dalekie od Ingleside. Tu jednak tłumaczka miała twardy orzech do zgryzienia i wybrnęła z tej trudności w sposób zadowalający. Zupełnie nie rozumiem jednak jej polityki w zakresie imion. Zdaję sobie sprawę, że przed wojną było ogólnie przyjęte podawanie imion w wersji spolszczonej, co jeszcze gdzieniegdzie przetrwało do naszych czasów, np. w odniesieniu do głów koronowanych. Rozumiem, że Anne będzie Anią, Susan można przerobić na Zuzannę, Sophię na Zofię itd. Ale konsekwencji nie ma tu żadnej, bo np. Mary Vance pozostała Mary, a Jerry Meredith również występuje pod oryginalnym imieniem. Jema (zdrobnienie od James) nie nazywa się Kubą, ale Jimem. Oczywiście, gdyby pani Janina wykazała się w tej kwestii konsekwencją i logiką, to tytułowa bohaterka powinna być nazywana Marylką (uff! całe szczęście, że tak się nie stało). Ciekawie robi się, gdy tłumaczka napotyka imię, które nie istnieje w wersji polskiej, a którego z jakiegoś powodu nie chciała pozostawić w wersji oryginalnej. Mogła popuścić wodze fantazji, czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, jedno obce imię zostaje zastąpione innym. I tak: Faith (czyli Wiara, imię jak najbardziej odpowiednie dla córki pastora) zostaje Florą, a mały Bruce Meredith otrzymuje imię Bertie. Przeżyłam mały szok, kiedy zorientowałam się, że ukochany Rilli to Kenneth, w zdrobnieniu Ken. Zawsze uważałam go za Christophera, czyli Chrisa, bo w wersji polskiej nazywany był Krzysztofem/Krzysiem. Krzysiem!
 |
| *** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni *** |
No właśnie, skąd ta mania upupiania, nazywania bohaterów (już wcale nie dzieci) zdrobnieniami rodem z piaskownicy? Szczególnie widoczne jest to w odniesieniu do postaci dalszego planu: Ethel zostaje Elżunią, Miranda Maniusią (jest chyba jeszcze druga Maniusia, której oryginalne imię brzmiało zupełnie inaczej, niż pierwszej Maniusi), jest Józio, Henio i Henryś, Janek i Halinka. Wszystkie te osoby są rodowitymi mieszkańcami Wyspy Księcia Edwarda! Żeby zakończyć wątek imion, dodam jeszcze tylko, że podejrzewam, że pani marszałkowa Elliot jest w rzeczywistości panią Marshallową Elliot - bo niby skąd by się tam wziął marszałek?
Tym samym doszliśmy do kwestii błędów w tłumaczeniu. Przykład ze "srebrnymi obłoczkami", który przytoczyłam powyżej, można zaliczyć do tej kategorii. Najbardziej oczywistym błędem jest Kobziarz, który był w rzeczywistości dudziarzem (Piper). Ale są też inne. Np. w rozdziale "Kłopoty Rilli" odwiedza ją Irena Howard:
"I knew she was making fun of me and I began to boil inside—but outside no sign of a simmer. I was determined I would not scrap with Irene."
Irena dokucza Rilli, a Rilla aż się w środku gotuje, ale na zewnątrz pozostaje niewzruszona, jak później zapisała w pamiętniku. Janina Zawisza-Krasucka przedstawia to tak:
"Wiedziałam, że kpi ze mnie i że w gruncie rzeczy wszystko się w niej gotuje, ale na zewnątrz ani cienia złości." (str.90)
No tak, ważne, że się gotuje, a kto, to już mniejsza z tym. Na str. 166 Zuzanna oznajmia:
"Trzeba także coś robić dla kraju, więc uporządkuję kartofle w ogrodzie, a ty mogłabyś wziąć nóż i pomóc mi, Zofio Crawford."
Hmm... ciekawe, jak się porządkuje kartofle, w dodatku nożem. Okazuje się, że Zuzanna ma zamiar przygotować bulwy ziemniaków do posadzenia ("cut potato sets for the back garden"). I tak dalej.
To wszystko są w zasadzie zabawne drobnostki, ale mam do tego przekładu (lub do tej edycji, bo nie jestem pewna, czy wina leży po stronie tłumaczki, czy wydawnictwa) poważniejsze zastrzeżenia. Pomimo, że Zawisza-Krasucka nie stroni od stylistycznych "zawijasów", jednocześnie skraca i upraszcza tekst, a w konsekwencji - spłyca. Zostaje tak potraktowana większość bardziej rozbudowanych wypowiedzi bohaterów, ale nie tylko. Czasem znikają całe akapity. Np. rozdział "Odpływ nadchodzi" rozpoczyna się taką scenką:
"- Szukacie, panie, jakiejś nowej gwiazdy? - zapytał pan Meredith, zbliżając się do panny Oliver i Rilli, które stały w ogródku, wpatrzone w niebo.
- Tak, znalazłyśmy ją. Proszę spojrzeć, świeci ona nad wierzchołkiem najwyższej jodły."
 |
| *** Ilustracja Bogdana Zieleńca do wyd. Naszej Księgarni *** |
Potem następuje dłuższa i dosyć filozoficzna konwersacja. Trwa wojna, a bohaterowie powieści patrzą w niebo i dyskutują o astronomii. Ale L.M.M. zaplanowała ten rozdział inaczej. Z początku rozdziału wycięto ponad stronę tekstu, z którego dowiedzielibyśmy się między innymi, że tamtej wiosny zaorano piękny trawnik na Złotym Brzegu i obsadzono ziemniakami. Zuzanna bardzo nad tym bolała, ale nie protestowała, nawet kiedy taki los spotkał również jej dumę - grządkę z piwoniami. Kiedy więc pastor Meredith zagadnął Rillę i Gertrudę o nową gwiazdę, one rzeczywiście stały w ogródku, ale wśród kwitnących ziemniaków. Ten szczegół zmienia wymowę sceny. Mamy tu przemieszanie "poezji i prozy" życia, tak charakterystyczne dla twórczości L.M.M. Ale chodzi też o coś więcej. Trwa wojna, która zabrała bohaterom powieści bardzo wiele: zabrała im bliskich - na kilka lat lub na zawsze, zabrała beztroską młodość, poczucie bezpieczeństwa, dotychczasowy styl życia, zmusiła ich wszystkich do poświęceń, małych i dużych. Ale nie pozwolili, żeby wojna odebrała im to, co najważniejsze, to, kim naprawdę są, a co w tej scenie symbolizuje spoglądanie w niebo i rozmowa o gwiazdach. Bo oni zawsze będą myśleć o gwiazdach, nawet jeśli stoją na polu ziemniaków. Właściwie to bardzo piękne.
Czego jeszcze nie ma w polskim przekładzie? Nie ma np. wzmianki, o której pisałam poprzednio, że w Polsce "powymierały" wszystkie dzieci poniżej ośmiu lat. A właściwie jest, ale Polskę zamieniono na Rosję (str. 150). Ale najważniejsze: w edycji Naszej Księgarni nie ma całych trzech rozdziałów. Pomiędzy "I Shirley poszedł" a "Ranny zaginiony" powinny znajdować się jeszcze: "Zuzanna otrzymuje propozycję małżeństwa" (Susan Has a Proposal of Marriage), "Czekanie" (Waiting) i "Czarna Niedziela" (Black Sunday). Co znajduje się w tych rozdziałach? Dalsze obrazki z życia w kraju biorącym udział w wojnie. Mieszkańcy Złotego Brzegu obserwują lecące po niebie samoloty i myślą o Shirleyu, który wstąpił do sił powietrznych. W Glen pojawiają się pierwsze automobile, w tym jeden należący do doktora Blythe'a. Dziewczyny w ramach pomocy sąsiedzkiej idą pracować w polu przy żniwach, bo brakuje mężczyzn, a Mary Vance postanawia zaszokować swoją przyszłą teściową, ubierając się do tego zajęcia w kombinezon roboczy. Zuzanna, która pomimo przekroczonej sześćdziesiątki też się włącza w te prace, pozostaje jednak przy podkasanej do kolan spódnicy. Właśnie wtedy zwróciła na siebie uwagę znienawidzonego miejscowego pacyfisty, Księżycowego Brodacza, co zaowocowało z jego strony propozycją małżeństwa - jak się można domyślić, odrzuconą w nietuzinkowy sposób. Wszyscy kupują i włączają się w propagowanie Victory Loan - rządowych obligacji przeznaczonych na potrzeby wojenne, a Zuzanna w tym celu nawet wygłasza publicznie ogniste mowy. Lenin przejmuje władzę w Rosji.
W rozdziale "Waiting" opisany jest
conscription crisis, sprawa, która podzieliła kanadyjskie społeczeństwo. Mężczyźni, którzy wstępowali do wojska od początku wojny, byli wszyscy ochotnikami, ale w r. 1917 ochotników już nie wystarczało, pojawiła się potrzeba poboru powszechnego. Dwie siły polityczne, które miały się zmierzyć w nadchodzących wyborach, miały odmienne zapatrywania w tej kwestii. W tych wyborach po raz pierwszy kanadyjskie kobiety otrzymały prawo głosu - ale tylko te, które miały mężów, synów lub braci na froncie. Oczywiście nietrudno zgadnąć, jakie poglądy prezentowali mieszkańcy Złotego Brzegu. Wybory wygrała "właściwa" frakcja. W tym rozdziale zostają też wydane rządowe zalecenia dotyczące prowadzenia gospodarstw domowych, mające na celu oszczędzanie żywności. Nadchodzą wiadomości o awansie Krzysia do stopnia kapitana, a Jima - porucznika. Pies Wtorek, zesztywniały od reumatyzmu, wciąż wiernie czeka na stacji kolejowej. "Black Sunday" opisuje wydarzenia z marca r. 1918, kiedy do mieszkańców Glen dotarła wiadomość, że Niemcy złamali brytyjskie linie obrony i ostrzeliwują Paryż. Sytuacja okazuje się jednak nie być tak tragiczną, jak się początkowo wydawało, dlatego kolejny rozdział, pt. "Ranny zaginiony", mógł się zacząć od słów: "Linia załamana, lecz nie przerwana".
Bardzo jestem ciekawa, jak sobie poradzili z przekładem "Rilli..." pozostali tłumacze. Jeżeli ktoś mógłby się podzielić wrażeniami z lektury innych przekładów, będę bardzo wdzięczna za komentarze. Oczywiście za wszelkie inne uwagi również.
---
Lucy Maud Montgomery, "Rilla ze Złotego Brzegu". Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 1993.
* Słowa "ramotka" używam nie na określenie utworu całkowicie pozbawionego wartości literackich, a jedynie śmiesznie przestarzałego. Ten przekład swoją wartość ma i właściwie dostarczył mi dodatkowej przyjemności - pośmiania się i skrytykowania ;)