Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2020

Kiedy czarownica spotyka wampira, a magia wkracza do laboratorium genetyki molekularnej




Kiedy Deborah Harkness, na co dzień profesor historii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, zabrała się za pisanie swojej pierwszej powieści, postanowiła zdyskontować sukces kilku popularnych serii książkowych końca XX i początku XXI w. To się udało, bo powieść "A Discovery of Witches" (po polsku ukazała się jako "Księga czarownic"), wydana w 2011, została bestsellerem - tak samo jak jej dwie kontynuacje: "Shadow of Night" ("Cień nocy") i "The Book of Life" ("Księga życia"). Całość znana jest jako "All Souls Trilogy", a po polsku jako "Księga wszystkich dusz". Książki stały się też podstawą serialu telewizyjnego, którego drugi sezon będzie miał premierę w styczniu.

sobota, 30 listopada 2019

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Co się czai w "Domu o siedmiu szczytach"?





Tarnina: Na dzisiejszym pikniku spotykamy się z klasykiem amerykańskim i to przez duże „K”. Nathaniela Hawthorne’a wymienia się w gronie największych XIX-wiecznych twórców literatury amerykańskiej, obok nazwisk takich jak Edgar Allan Poe z jednej, czy Henry James z drugiej strony, mam jednak wrażenie, że polskiemu czytelnikowi znany jest bardziej ze słyszenia – bo kto o jakim takim rozeznaniu w historii literatury nie słyszał o Szkarłatnej literze? – niż z własnej lektury. My bierzemy na warsztat inną powieść Hawthorne’a, która wedle słów tłumaczki Bronisławy Bałutowej z posłowia do polskiego wydania („Czytelnik”, Warszawa 1959) „stała się równie sławna jak Szkarłatna litera i jest przez niektórych krytyków, a także a także przez samego Hawthorne’a, wyżej od niej stawiana. Jest to w każdym razie najbardziej dojrzałe z dzieł Hawthorne’a. Zarzucają mu nawet zbytnią doskonałość formy, zbyt staranne wypracowanie artystyczne szczegółów”. Dom o siedmiu szczytach wydaje się lekturą idealną na listopad i na dzisiejszy (czy też wczorajszy) wieczór wróżb i przepowiedni. Oto mamy stare, ponure domiszcze w Nowej Anglii, zamieszkałe już głównie przez duchy, a sięgające historią wieku XVII i słynnych procesów czarownic, klątwę sprzed 200 lat rzuconą na protoplastę rodu przez czarownika tuż przed wykonaniem wyroku, gwałtowne, niewyjaśnione zgony i zbrodnię popełnioną w kręgu rodzinnym, a wszystko owiane mgłą legendy i tajemnicy. Początek wielce obiecujący, zgodzisz się ze mną, Pyzo?

środa, 28 listopada 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya. Historia pewnej znajomości.



"Pożegnanie z bronią" znalazło się na liście Pikników klasyką, ponieważ listopad 2018 to (między innymi) setna rocznica zakończenia I wojny światowej i z tej okazji postanowiłyśmy włączyć do naszego cyklu coś tematycznie związanego z tą rocznicą. Hemingway to oczywiście klasyka jak się patrzy, więc "Pożegnanie z bronią" wydało się wyborem idealnym. Jak wiadomo, Hemingway był jednym z tych chłopców, którzy ochoczo przyłączyli się do wojny, a potem nigdy całkiem się z niej nie otrząsnęli. Postać głównego bohatera, tenente (porucznika) Frederica Henry'ego, Amerykanina służącego na froncie włoskim jako kierowca ambulansu, dzieli elementy biografii z autorem. Obraz wojny, który wyłania się z powieści, rzecz jasna nie zaskakuje: demoralizacja, brutalność, bezsens i marnotrawstwo istnień ludzkich. Jednak (częściowo być może dlatego, że w literaturze dotyczącej I wojny światowej oczytałam się już trochę cztery lata temu) ten wątek nie zrobił na mnie wrażenia, właściwie odebrałam go jako tło do drugiego, równoległego wątku, którym jest historia pewnej znajomości.

wtorek, 20 lutego 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Wiek niewinności" Edith Wharton



W Nowym Jorku lat tysiąc osiemset siedemdziesiątych przyszłość Newlanda Archera rysuje się prosto i jasno: o karierę zawodową nie musi się martwić, w biurach kancelarii prawnej pojawia się tylko w celu zachowania pozorów posiadania odpowiedniego dla dżentelmena zajęcia, a jego prawdziwą profesją jest bycie członkiem nowojorskiej wyższej sfery. Jakiś czas temu wykaraskał się z niefortunnego romansu z mężatką, a w chwili obecnej nic już nie stoi na przeszkodzie jego rychłego małżeństwa z uroczą May Welland, uosobieniem wszelkich cnót oczekiwanych od młodej żony. W dodatku w małżeństwie tym połączą się dwa z najświetniejszych rodów miasta, czegóż więcej młody mężczyzna mógłby oczekiwać od życia? Spokój przyjemnej egzystencji Newlanda zostaje zburzony pojawieniem się w kręgu nowojorskiej socjety – w atmosferze skandalu – kuzynki jego narzeczonej, hrabiny Ellen Olenskiej, która właśnie wróciła z Europy, opuściwszy wcześniej swojego męża, polskiego magnata. 
  
„Wiek niewinności” ukazał się po raz pierwszy w roku 1920. Edith Wharton opisuje w nim Amerykę swojego dzieciństwa. Maluje obraz nowojorskiej „arystokracji” z dużą dozą artyzmu, bogactwem szczegółów i trafnością ironicznych obserwacji. Jednak „Wiek niewinności” powieść o tytule mocno ironicznym, a może nawet szyderczym, jest przede wszystkim znakomitym studium hipokryzji i konformizmu i tragedią rozpisaną na trzech aktorów, banalne z pozoru postaci miłosnego trójkąta. Młodzieniec będący idealnym wytworem i przedstawicielem swojej sfery, jego równie idealna, niewinna narzeczona i tajemnicza i egzotyczna kusicielka. Jednak każda z tych postaci ma „drugie dno”, jest fascynująca w swojej niejednoznaczności. Archer jest z jednej strony beneficjentem systemu społecznego, przyznającego całą wolność mężczyźnie, a na kobiecie wymuszającym życie w ściśle określonych ramach, a z drugiej strony jego ofiarą. May Welland może być niewinnym, nieszczęśliwym dziewczęciem, ale również wprawną i bezwzględną manipulantką. I wreszcie hrabina Olenska jest czymś znacznie więcej, niż femme fatale, pojawiającą się, żeby zniszczyć szczęście swojej młodej kuzynki, i znacznie więcej, niż ofiarą bezduszności i obłudy społeczeństwa.

Muszę przyznać, że porównanie z piknikową lekturą z ubiegłego miesiąca, czyli "Bostończykami" Henry'ego Jamesa, które samo się nasuwa ze względu na tło społeczne i obecny w obu powieściach "trójkąt", a także motyw "feministyczny" wypada bardzo na niekorzyść Jamesa. Wydanie tych powieści dzieli około 35 lat, ale wydaje się to całą epoką. Wharton przedstawia swoich bohaterów, ich emocje i motywacje z całą ich głębią, podczas gdy Henry James raczy czytelnika pustym efekciarstwem. 
 
Zachęcam gorąco do dyskusji o książce, tym razem pod wpisem Pyzy, który znajdziecie TUTAJ.W tym miesiącu dołączyła do nas również Marta z bloga "Między sklejonymi kartkami", jej wpis znajdziecie TU.

wtorek, 23 stycznia 2018

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Emancypantki w Bostonie



Czytelnik sięgający po  „Bostończyków” Henry’ego Jamesa może doznać rozczarowania, jeśli spodziewa się szeroko zakrojonej fabuły ukazującej panoramę, co zdaje się sugerować tytuł, społeczności Bostonu drugiej połowy XIX w. Polskie tłumaczenie tytułu jest nieco mylące i powinno raczej brzmieć  „Bostonki” (nie dziwię się jednak, że tłumaczka/wydawca nie zdecydowali się na tę opcję), bo jest to właściwie kameralna – mimo pokaźnej objętości – powieść  o dwóch bostonkach oraz zamieszkałym w Nowym Jorku dżentelmenie z Południa. Basil Ransom, młody prawnik z Missisipi,  jest dalekim kuzynem Olive Chancellor, majętnej starej – choć młodej wiekiem – panny z Bostonu, zaangażowanej w ruch feministyczny. Na zaproszenie kuzynki Basil składa jej wizytę. Oboje nie przypadają sobie do gustu, łagodnie rzecz ujmując, jednak Basil towarzyszy Olive na spotkaniu „reformatorów” społecznych, gdzie oboje doznają objawienia, a tym samym poznają trzecią postać dramatu. Tym objawieniem jest Verena Tarrant, córka uzdrowiciela-mesmerysty, oczarowująca wszystkich zdolnością wygłaszania płomiennych przemówień. Pod urokiem Vereny są również Basil i Olive, przy czym w jego przypadku zauroczenie dziewczyną łączy się z równie silną dezaprobatą dla feministycznej treści wygłoszonej mowy; Ransom jest konserwatystą i gardzi emancypacyjnymi bzdurami. Powieść jest opisem walki stoczonej pomiędzy Olive Chancellor a Basilem Ransomem o względy Vereny i – pozwolę sobie ująć to w patetyczny sposób – rząd nad jej duszą.

niedziela, 8 stycznia 2017

Klub Podróżniczy Craigh na Dun, czyli spotkajmy się w XVIII stuleciu!




Jeszcze pół roku temu nazwisko Diany Gabaldon było mi całkowicie obce i ten stan pewnie trwałby nadal (bo jej książki są zaszufladkowane w takiej szufladce, do której ja nigdy nie zaglądam), gdyby nie to, że zupełnie nieoczekiwanie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a serialem  „Outlander”, będącym telewizyjną adaptacją jej bestsellerowego cyklu powieściowego. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo opis tej produkcji  nie wydawał mi się szczególnie zachęcający. Motyw podróży w czasie – na którym książki i serial są oparte – po pierwsze jest bardzo wyświechtany, a po drugie zawiera w sobie niemożliwy do obejścia błąd logiczny (typu: cofnę się w czasie i zrobię coś, co uniemożliwi moje przyjście na świat). A jeśli na to ma być jeszcze nałożona miłość silniejsza niż wszystko, wszechogarniająca namiętność, dramat, wojna i przygoda, to.... ehm, chyba nie moja bajka. Tak myślałam, ale – jak się okazało – byłam w wielkim błędzie. Serial obejrzałam jednym ciągiem, a potem postanowiłam sprawdzić, jak to było napisane.

środa, 20 stycznia 2016

PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Czuła jest noc", F. Scott Fitzgerald


"Czuła jest noc". Jedyne, co mnie w tej powieści ujęło, to tytuł. Ale ten Fitzgerald zaczerpnął z "Ody do słowika" Keatsa. Tak, to nie będzie poprawny tekst o przyjemności obcowania z dziełem, co zresztą jest zaskoczeniem dla mnie samej, bo sporo sobie po tej książce obiecywałam. Przyznaję, że nie znam bliżej twórczości Fitzgeralda, czytałam tylko "Wielkiego Gatsby'ego" (oraz biografię Scotta i Zeldy) i po tamtej lekturze pozostało mi przekonanie, że sława pisarza była zasłużona i jest on jednym z tych klasyków, do których będę chciała wrócić.


czwartek, 12 listopada 2015

Stary człowiek, pszczoły i harmonika szklana. Mitch Cullin, "Pan Holmes" - recenzja


               


It was a slight trick of the mind, a game of sorts, though often beneficial: Within the rocks’ domain, he could meditate, thinking warmly of those who were gone – and later, when stepping beyond the patch, whatever grief he’d brought into the space was kept there, if only for a short time. “Mens sana in corpore sano” was his incantation, spoken once inside the patch, repeated afterword when stepping from it. “Everything comes in circles, even the poet Juvenal.”
Był to taki trik umysłu, swoista gra, która jednak często okazywała się zbawienna: w obrębie kamieni Holmes mógł oddawać się kontemplacjom, myśląc ciepło o tych, którzy odeszli – a później wychodził poza krąg, uwolniony choćby na krótką chwilę od smutku, który go przygnał między kamienie.
    Mens sana in corpore sano – brzmiało jego zaklęcie, wypowiadane po wejściu w krąg i powtarzane przy wychodzeniu. – Wszystko zatacza koła, nawet poeta Juwenalis.

Tłum. Nina Dzierżawska
                    

Zastanawia mnie zwyczaj wydawnictw promowania publikowanych książek jako czegoś zupełnie innego niż to, czym są w rzeczywistości, i sprzedawania ich tym czytelnikom, którzy w konsekwencji najprawdopodobniej poczują się rozczarowani. Coś takiego chyba przydarzyło się wydanemu we wrześniu „Panu Holmesowi”.

Książka ukazała się u nas dopiero w tym roku, ale nie jest to rzecz nowa. Mitch Cullin opublikował „A Slight Trick of the Mind” – taki jest oryginalny tytuł – w r. 2005, a więc już dekadę temu. Powieść przeżyła swoisty renesans w zeszłym roku, kiedy rozeszła się wieść o powstającej ekranizacji z Ianem McKellenem w roli głównej. Pojawiły się wznowienia, sypnęło znów recenzjami w prasie, a nawet wystosowany został pozew sądowy o naruszenie praw autorskich wobec pisarza i producentów filmu, a wobec samego Cullina również o plagiat. (Przedstawiciele spadkobierców Doyle’a twierdzą, że postać Sherlocka-Holmesa-na-emeryturze jest w USA wciąż objęta majątkowymi prawami autorskimi). To wszystko świadczy z jednej strony o sukcesie powieści, ale z drugiej o tym, że towarzyszący jej rozgłos zawdzięcza pośrednictwu wielkiego ekranu. Polski przekład też zapewne powstał na fali zainteresowania filmem (który jednak jakoś wciąż nie może się u nas doczekać dystrybucji, choć premierę na świecie miał na początku roku). Tytuł polskiej edycji nawiązuje właśnie do filmu („Mr. Holmes”) zamiast do subtelnego (i znacznie trudniejszego do przetłumaczenia) tytułu powieści. „Wyobrażasz sobie Sherlocka Holmesa na emeryturze? Masz rację, to niemożliwe!” – możemy przeczytać na skrzydełku okładki. W tym momencie przed oczami staje nam obraz dziarskiego staruszka, który pomimo trapiących go dolegliwości związanych z wiekiem, jeszcze raz dowiedzie swojego geniuszu, w błyskotliwy sposób rozwiązując jakąś niezwykle zawikłaną zagadkę kryminalną sprzed lat. Ale ten, kto właśnie tego będzie oczekiwał od „Pana Holmesa”, zapewne się zawiedzie.

wtorek, 20 października 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: O wychowaniu młodych dziewcząt. "Małe kobietki" Louisy May Alcott




Treść „Małych kobietek” Louisy May Alcott można streścić w jednym zdaniu: rok z życia rodziny Marchów. Opowieść zaczyna się przed Bożym Narodzeniem, a kończy po kolejnym Nowym Roku. Głównymi bohaterkami są cztery dorastające siostry:  najstarsza, szesnastoletnia Meg – rozważna piękność; piętnastoletnia, impulsywna Jo – chłopczyca o literackich ambicjach; łagodna i chorobliwie nieśmiała trzynastoletnia Beth – posiadaczka złotego serca i ogromnego talentu muzycznego; wreszcie – rozpieszczona dwunastoletnia artystka Amy,  „o niebieskich oczach i złotych lokach”. Trwa wojna secesyjna. Ojciec rodziny, pastor, służy jako kapelan w szeregach armii Unii. Dziewczynki mieszkają z matką, pieszczotliwie zwaną przez nie Marmisią, i wierną służącą Hanną. Z pogodą ducha i godnością znoszą biedę, w którą popadła rodzina, niegdyś zamożna, zapewne należąca do „wyższej klasy średniej”.  Powieść  śledzi ich dojrzewanie, drogę, na której „małe kobietki” staną się po prostu kobietami.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Coś się stało. Coś, coś, coś? ("Przebudzenie" Stephena Kinga)

*** King na stosiku książek z biblioteki ***
Stephena Kinga nikomu zapewne nie trzeba przedstawiać. Zdobył reputację króla horroru i od dziesięcioleci utrzymuje się w światowej czołówce autorów literatury popularnej w ogóle - bo King to przecież nie tylko horrory. Takie filmowe przeboje, jak "Zielona mila" czy "Skazani na Shawshank" również powstały na podstawie jego utworów. Prozę Stephena Kinga można określić jako powieści obyczajowe z "dodatkiem". Warstwa obyczajowa, a także psychologiczna, jest zazwyczaj rozbudowana i ciekawie poprowadzona, a napięcie związane z tym "dodatkiem", czy będą to zjawiska nadprzyrodzone, horror, elementy kryminału czy thrillera, niepostrzeżenie chwyta czytelnika w kleszcze i nie puszcza aż do finału (a czasem utrzymuje się jeszcze po).

Nie jestem wielką fanką Kinga i nie znam całości jego twórczości (oj, sporo tego jest), ale w życiu kilka jego książek przeczytałam i za każdym razem moje wrażenia czytelnicze były pozytywne. "Lśnienie" przeczytałam chyba jeszcze w podstawówce (wtedy wydane jako "Jasność") i hotele po sezonie, piwnice i piece do dziś wywołują we mnie pewien dreszczyk. W "Jasności" King stworzył nie tylko jeden z najbardziej przekonujących "domów złych" w literaturze, ale też pokazał rozpad rodziny i małżeństwa i narastające w człowieku zło (którego źródeł niekoniecznie trzeba szukać w siłach nadprzyrodzonych) w sposób niepozbawiony głębi i daleki od banału. Potem było "Miasteczko Salem", "Smętarz dla zwierzaków" - chyba najbardziej przerażający horror w moim czytelniczym życiu, "Zielona mila", "Dolores Claiborne" i prawdopodobnie jeszcze parę innych tytułów. W ubiegłoroczne wakacje natknęłam się w Biedronce na "Misery", dołożyłam do koszyka z artykułami spożywczymi, po czym przeczytałam z zainteresowaniem i przyjemnością, pomimo, że znałam oczywiście wersję filmową. ("Misery" jest nie tylko thrillerem, ale też satyrą na pewnego typu literaturę, jej twórców i odbiorców).

"Przebudzenie" to najnowsza powieść Stephena Kinga, która polską premierę miała pod koniec ubiegłego roku i spotkała się z pozytywnym przyjęciem. Wziąwszy pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia z Kingiem, wszystko wskazywało na to, że będzie to i tym razem udane spotkanie. Ponieważ nie jestem mistrzem budowania napięcia i grozy, zdradzę od razu, że była to jednak lektura rozczarowująca. Stephen King albo już nie umie mnie wystraszyć, albo mu się nie chce. Opowieść obyczajowa, czyli to, co zawsze najbardziej przyciągało mnie do książek Kinga, niestety też wypada blado - choć nie powinna, bo mamy tu dorastanie w Ameryce lat 60., pierwszą miłość, początek i rozkwit rock and rolla. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że King jest już autorem, u którego pisarska rutyna zastąpiła talent.

W "Przebudzeniu" znajdziemy wiele elementów często obecnych w twórczości Kinga. Małe prowincjonalne miasteczko (właściwie wioska) w stanie Maine, wydarzenia oglądane z perspektywy małego chłopca, szczęśliwe życie rodzinne przerwane tragicznym wydarzeniem. I to coś złowrogiego, nieuchwytnego gdzieś w tle. Jamie Morton, główny bohater i narrator powieści, ma sześć lat w roku 1962, gdy posadę pastora w jego parafii obejmuje Charles Jacobs. Młody pastor i jego rodzina (żona i dwuletni synek) szybko zyskują sympatię parafian, a ulubieńcem pastora zostaje właśnie mały Jamie. Jacobs wnosi strumień energii (wyrażenie nieprzypadkowe) w życie małej, dosyć sennej wspólnoty metodystów. Trwa to wszystko trzy lata, tragedia rodzinna pozbawi pastora wiary i w konsekwencji - stanowiska w parafii. Jacobs znika z życia mieszkańców Harlow, ale nie z życia Jamiego. Istnieje między nimi dziwna więź i ich ścieżki jeszcze nie raz się skrzyżują w niezwykłych okolicznościach.

"Przebudzenie" prawie do końca pozostaje powieścią obyczajową, w której jednak obecne jest to podskórne napięcie (napięcie to również wyrażenie nieprzypadkowe). A właściwie - powinniśmy je czuć, ale w rzeczywistości o tym, że coś się stanie wiemy po prostu dlatego, że znamy reguły rządzące powieściami Kinga. Przekonuje nas o tym też wydawca na okładce, a od strony 220 do 534, czyli ostatniej, również sam główny bohater: "Coś. Coś. Coś. Się stało. Się stało, się stało. Coś się stało." Ale czytelnik nie jest w stanie tego naprawdę odczuć. Powieść ociera się o wielkie tematy (dlaczego dotykają nas nieszczęścia, czy Bóg istnieje, co się z nami dzieje po śmierci), ale jest to bardzo powierzchowne i nawet nieco nudne. Wątki, które wydały mi się najciekawsze, były tymi, o których autor ledwie napomknął. Chętnie dowiedziałabym się więcej o siostrze Jamiego, ale sam główny bohater nie wzbudził mojego zainteresowania. Wydał mi się postacią bez właściwości, nie umiem powiedzieć, jaki on naprawdę jest. Samo zakończenie utworu, które powinno być kulminacją tego mozolnie budowanego przez autora napięcia, właściwie mogę określić jako antyklimaks. Nie jestem w stanie wziąć wizji przedstawionej przez autora na poważnie, a to jest konieczne, żeby się przestraszyć (w końcu po to sięgamy po horror).

Stephen King napisał powieść dosyć poprawną - jest to w końcu autor o wyrobionej renomie, który chyba nie schodzi poniżej pewnego poziomu - ale nijaką. Do pominięcia. I chyba nieprędko skuszę się na kolejną powieść "króla horroru".

---
Stephen King, "Przebudzenie". Prószyński i S-ka, Warszawa 2014. Przełożył Tomasz Wilusz.

czwartek, 27 listopada 2014

Kosogłos - o najnowszej filmowej odsłonie "Igrzysk śmierci" i ich książkowym pierwowzorze



Dzisiejszy wpis jest przede wszystkim recenzją filmu "Kosogłos. Część 1", który od piątku możemy oglądać w kinach - ekranizacji połowy (mniej więcej) ostatniej części trylogii Suzanne Collins "Igrzyska śmierci". (Wygląda na to, że wirus dzielenia nawet niezbyt obszernych książek, po to by sfilmować je w kilku częściach, się rozprzestrzenia...) Nie mogę jednak przejść do filmu nie wspomniawszy o książkowym pierwowzorze.

Nie jestem znawczynią literatury dla młodzieży, ale wydaje mi się, że to właśnie Suzanne Collins wynalazła nowy gatunek literacki (i filmowy), czyli młodzieżową dystopię romantyczną ("romantyczną" w sensie np. komedii romantycznej, a nie "Dziadów"). Cechami charakterystycznymi tego gatunku jest ponura wizja świata przyszłości, młodzi bohaterowie poddawani ciężkim próbom oraz trójkąt miłosny. Sukces powieści Collins zaowocował licznymi mniej lub bardziej udanymi naśladownictwami, opierającymi się właśnie na tym schemacie. Ale cyklu Suzanne Collins nie powinno się zbywać młodzieżową łatką i paroma ironicznymi zdaniami. To takie książki, które chętnie widziałabym na liście lektur szkolnych, bo traktują o sprawach, nad którymi warto (i trzeba) się zastanawiać. Zadają pytania, które ludzkość stawia od wieków - co nie znaczy wcale, że są trywialne - nie dając przy tym łatwych i jednoznacznych odpowiedzi, bo nie ma tu natrętnego i taniego dydaktyzmu. Jednocześnie przekazują wartości i postawy, które powinniśmy pielęgnować. Słowa takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, poświęcenie mają dla bohaterów "Igrzysk..." sens. A także wolność (i równość, i braterstwo). Mamy więc do czynienia z fabułą dużego kalibru, z którym autorka radzi sobie całkiem nieźle.

Nieco gorzej wypada sam sposób przedstawienia tej historii, przynajmniej z mojego punktu widzenia - osoby dorosłej, która "czytuje to i owo". Krótko mówiąc, nie jest to proza szczególnie finezyjna. Co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że narratorką powieści jest Katniss, ich kilkunastoletnia bohaterka (i że książki są przeznaczone dla kilkunastoletnich czytelników), niemniej jednak trochę mi to przeszkadzało. Uważam taki sposób narracji za dosyć niefortunną decyzję autorki, nie sam fakt opowiadania wydarzeń z punktu widzenia Katniss - to akurat, że czytelnik wie tyle co Katniss i stopniowo razem z nią odkrywa pewne rzeczy, wydaje mi się trafnym posunięciem - ale to, że narracja jest pierwszoosobowa i te wydarzenia są opowiadane jej "własnymi słowami". Dodatkowo narracja prowadzona jest konsekwentnie w czasie teraźniejszym, co jest dosyć nienaturalne. Zabieg ten ma zapewne na celu utrzymanie czytelnika w niepewności co do ostatecznego losu Katniss, choć moim zdaniem nie ma to większego sensu. Mimo wszystko treść książek jest na tyle interesująca, że rekompensuje pewne niedostatki formy.

Można się oczywiście spierać, na ile świat przedstawiony w książkach jest realistycznie skonstruowany i czy Panem rzeczywiście mogłoby funkcjonować tak, jak przedstawia to Collins. Odpowiedź brzmi (oczywiście): nie. Kapitol jest niesamowicie zaawansowany technologicznie, a mieszkańcy większości dystryktów żyją w warunkach niemal dziewiętnastowiecznych (wyjąwszy wszechobecną telewizję, która rządzi tym światem - a raczej za pomocą której rządzi się tym światem) i takimi metodami pracują. "Strażnicy pokoju" uzbrojeni po zęby w zdobycze techniki, o jakich nam się nie śniło, mogą pilnować ludzi wydobywających węgiel za pomocą kilofów. Również biorąc pod uwagę bardzo niską liczebność populacji i rozległość terytorium Panem, nie wydaje się możliwe, aby Kapitol mógł upilnować mieszkańców dystryktów, nawet przy użyciu super zaawansowanych technologii. (Wydaje się, że na obszarze odpowiadającym USA jest tylko 13 niewielkich miasteczek). Ci, którzy nie chcieliby się podporządkować reżimowi Kapitolu, mogliby po prostu uciec i założyć gdzieś pionierskie enklawy wolności. Jednak nawet jeśli konstrukcja tego świata nie jest całkowicie spójna i logiczna, nie osłabia to ładunku emocjonalnego i przesłania książek. Należy je po prostu potraktować jako przypowieść i nie roztrząsać szczegółowo kwestii technicznych.

Nie napisałam do tej pory, o czym właściwie opowiadają te książki. Przypuszczam jednak, że wszyscy mniej więcej znają zarys fabuły, a jeśli do tej pory nie zetknęliście się z Katniss Everdeen i "Igrzyskami śmierci", to radzę czym prędzej nadrobić zaległości i obejrzeć poprzednie części cyklu filmowego ("Igrzyska śmierci" i "W pierścieniu ognia"), które dosłownie wbijają widza w fotel i utrzymują w stanie napięcia przez 2,5 godziny każda. Potem proponuję przeczytać będące ich pierwowzorami książki (sądzę, że taka kolejność będzie najlepsza), a następnie wrócić do dalszej części tego wpisu. Nie chcę nikomu psuć przyjemności, a nie jestem w stanie pisać o "Kosogłosie" nie zdradzając, co się wydarzyło w poprzednich częściach cyklu.


*** Materiały promocyjne filmu. Dystrykt 13 jest społecznością termitów, w której nie ma miejsca na indywidualizm ***


"Kosogłos. Część 1". Ten film nie mógł kontynuować schematu, który sprawdził się w "Igrzyskach śmierci" i został doprowadzony do perfekcji w "W pierścieniu ognia". Wynika to oczywiście z fabuły książek. Podczas igrzysk ćwierćwiecza Katniss wysadziła w powietrze arenę, czym (niezamierzenie) dała już jawny sygnał do rebelii przeciw Kapitolowi. Kolejnych igrzysk więc już, przynajmniej na razie, nie będzie. Katniss oraz Finnick zostali uratowani z areny i trafili do Dystryktu 13 (gdzie znaleźli się również mieszkańcy zniszczonej po wyczynie Katniss Dwunastki, w tym jej rodzina i przyjaciel/chłopak Gale), który przewodzi powstaniu, ale z pewnością nie odpowiada naszym wyobrażeniom o stolicy wolnego świata. Przywódcy rebelii chcą, aby Katniss odgrywała rolę symbolu powstania i występowała w materiałach propagandowych jako Kosogłos, nawołując mieszkańców dystryktów do buntu. W rękach Kapitolu jest jednak Peeta, a także Johanna oraz ukochana Finnicka Annie Cresta, których prezydent Snow zamierza użyć jako narzędzia nacisku na Katniss.

Decyzja producentów o sfilmowaniu książki w dwóch częściach niekoniecznie musiała być z zasady zła, ale sposób, w jaki ten plan wykonano, nie wyszedł filmowi na dobre. Pierwsza część "Kosogłosa" jest bardzo statyczna. Nie znaczy to, że w filmie nic się nie dzieje, ale niestety widz odnosi takie wrażenie. Z przyczyn fabularnych "Kosogłos. Część 1" nie mógł być filmem akcji takim jak dwie poprzednie części, ale z punktu wyjścia, który pokrótce przedstawiłam powyżej, twórcy filmu mogli go rozwinąć w kilku całkiem innych kierunkach. Pierwszy: dramat psychologiczny. Emocje, które przeżywa Katniss (albo powinna przeżywać), a także inni bohaterowie - Finnick, Haymitch i Gale z pewnością mogłyby dostarczyć materiału na wypełnienie filmu. Drugi: thriller polityczny. Rozgrywka pomiędzy Snowem a przywódczynią Trzynastki, prezydent Almą Coin. Wojna propagandowa i militarna. Działania i przeciwdziałania. Kierunek trzeci: antyutopia/moralitet. Czy cel uświęca środki? Jak daleko można się posunąć, wykorzystując innych do osiągnięcia słusznego celu (i czy ten cel jest słuszny)? Czy państwo, które powstanie po zwycięstwie rebelii, na pewno będzie lepsze i sprawiedliwsze niż władza Kapitolu? Twórcy filmu robią krok we wszystkich tych kierunkach, co zostawia ich w dosyć niewygodnym rozkroku. W efekcie powstaje film nijaki i zadziwiająco wyprany z emocji.

Najbardziej interesujący i najlepiej pokazany z tej sterty nie do końca wykorzystanych pomysłów wydał mi się watek "antyutopijny". Jak już wspomniałam, Dystrykt 13 bardzo odbiega od naszych wyobrażeń o enklawie wolności. Katniss też zapewne niezbyt przypadł do gustu (tej książkowej na pewno, w filmie jest to trochę mniej uwypuklone) i nie podejmuje współpracy z Coin ochoczo. Oglądając "Kosogłosa" mamy wrażenie, że Katniss trafiła z Niemiec Hitlera do Kraju Rad. Dystrykt 13, wydrążone pod ziemią miasto ludzi ubranych w identyczne, szare uniformy, przypomina społeczność termitów, gdzie życie jednostki jest całkowicie podporządkowane celom ogółu i nie ma miejsca na indywidualizm. Kiedy zgromadzeni mieszkańcy Trzynastki wyrażają aplauz dla przemówienia prezydent Coin, ich chóralne, zdyscyplinowane i miarowe "uuu-raa" wywołuje nieprzyjemne skojarzenia ze stalinowskim Związkiem Radzieckim i każe widzowi zastanawiać się, czy tak właśnie będzie wyglądało życie w wolnym od tyranii Panem.

Stonowana gra Julianne Moore idealnie oddaje postać Almy Coin - opanowanej, zimnej uczestniczki rozgrywki o najwyższą stawkę. Niestety gorzej tym razem wypada Jennifer Lawrence - jej grze zabrakło subtelności, Katniss w jej wykonaniu jest tym razem przede wszystkim dosyć histeryczna. Philip Seymour Hoffman w swojej niestety już ostatniej roli - jako Plutarch Heavensbee - znów sprawdził się bardzo dobrze, ale jego postać nie jest w filmie wyeksponowana. I znów można zadać sobie pytanie, czym wobec tego wypełnione są te dwie godziny, bo niemal zupełnie zmarginalizowani zostają też Haymitch (Woody Harrelson) i Finnick (Sam Claflin) - ze szkodą dla filmu.

"Kosogłos. Część 1" jest nie tyle filmem złym, co rozczarowującym. Być może po poprzednich świetnych częściach miałam wobec niego zbyt duże oczekiwana, a może zawiniło to, że znałam już książkę i wiedziałam, co ma się wydarzyć - a w tym filmie bardzo długo trzeba czekać, aż wydarzy się cokolwiek. Polecam przede wszystkim wielbicielom serii i czekam z nadzieją na część drugą "Kosogłosa".


*** Niestety części pierwszej nie miałam pod ręką, ale "Igrzyska śmierci" to trylogia. ***