Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 31 sierpnia 2017
PIKNIKI Z KLASYKĄ: tym razem z klasyką przed duże "K" - "Frankenstein"
Jeśli uwierzyć zapewnieniom Mary Shelley, wyrażonym w przedmowie do trzeciego wydania jej słynnej powieści, że starała się wymyślić "opowieść [...] taką, która przemawiałaby do tajemnych lęków naszej natury i budziła dreszcz grozy, taką, żeby czytelnik bał się spojrzeć przez ramię, żeby szybciej zabiło mu serce, a krew ścięła się w żyłach", to trzeba przyznać, że udało się jej to połowicznie. "Frankenstein" rzeczywiście przemawia do głębokich lęków ludzkości i w swojej warstwie filozoficznej nie zestarzał się ani trochę, a można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego główny motyw, odpowiedzialność stwórcy za stworzenie, czyli etyczna strona badań naukowych, ich zastosowań i potencjalnych konsekwencji dziś, w dobie gwałtownego rozwoju nauk przyrodniczych, przede wszystkim takich dziedzin biologii jak genetyka i biotechnologia, zyskuje jeszcze większe znaczenie. Jeśli natomiast chodzi o ów "dreszcz grozy", jakiego oczekiwalibyśmy od horroru, to wypada on bardzo blado. Krótko mówiąc, "Frankenstein" sprawdza się jako przypowieść, jako literatura grozy - według standardów XXI w. - już nie (choć oczywiście nie mogę wykluczyć, że współcześni Mary Shelley rzeczywiście bali się spojrzeć przez ramię, czy aby nie podąża ich śladem przerażający, odrażający wielkolud). Zapewne wynika to po części z faktu, że został przeżuty na papkę przez popkulturę tak gruntownie, że stał się swoją własną karykaturą. Równocześnie jednak ten proces doprowadził do jego unieśmiertelnienia, nawet jeśli w dosyć skrzywionej postaci. Jeśli więc Frankenstein kojarzy się wam z olbrzymem o kanciastej głowie udekorowanej wielkimi szwami i równie kanciastych ruchach, pobudzonym do życia w ponurym zamczysku przy błyskach piorunów i wyładowaniach w elektrycznej maszynerii, gorąco zachęcam do zapoznania się z jego literackim, bezimiennym pierwowzorem.
sobota, 27 sierpnia 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Gaskell po raz drugi
O ile dobrze pamiętam, Elizabeth Gaskell i jej "Panie z Cranford" były bohaterkami naszego pierwszego piknikowego spotkania. Dzisiaj Gaskell występuje w roli autorki opowiadań, w naszym zamierzeniu miały być to opowiadania grozy, ale okazało się, że zbiorek, który wybrałyśmy, pomimo obiecującego tytułu zawiera w dużej mierze opowieści innego typu, niektórym z nich całkiem zresztą blisko do ciepłych obrazków z życia obywatelek Cranford. (Tym, którzy mają zapoznać się z Gaskell w jeszcze innej roli, polecam moje notki o „Północy i Południu”).
“The Grey Woman and other Tales” to zbiór ośmiu opowiadań. Najciekawsze (i najbardziej przystające do miana opowieści grozy) jest to tytułowe, zostawię je sobie na koniec. Właściwie „Szara kobieta...” jest kompilacją pozbawioną motywu przewodniego, na upartego mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że jest nim kobieca przyjaźń – ten wątek występuje w większości opowiadań, choć nie we wszystkim. Widoczne jest także, jak we wspomnianych wyżej powieściach Gaskell, pewne feministyczne zacięcie.
czwartek, 20 sierpnia 2015
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Opowiadania M.R. Jamesa, czyli straszenie erudycyjne
Jego spuścizna literacka ogranicza się do czterech tomów opowiadań (1904-25), które w dodatku można zebrać w jednym, liczącym zaledwie 350 stron. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, zważywszy, że fikcja literacka – z gatunku „ghost story” – była hobby M.R. Jamesa, a jego głównym zajęciem była praca naukowa: był mediewistą przez lata pracującym w King’s College w Cambridge, później w Eton. Jako pisarz okazał się jednak bardzo wpływowy, w świecie anglosaskim zajmuje pozycję niekwestionowanego klasyka literatury grozy. Na dzisiejsze spotkanie wybrałyśmy, w sposób dość intuicyjny, trzy opowiadania:
środa, 29 lipca 2015
Naiwna panienka, upiorny staruszek i straszny dwór
Z postacią Josepha Sheridana Le Fanu zetknęłam się, szukając klasycznego horroru do wspólnego przeczytania z Pyzą na naszym sierpniowym Pikniku. Ten dziewiętnastowieczny irlandzki pisarz był autorem opowieści niesamowitych - głównie opowiadań, często inspirowanych irlandzkimi podaniami ludowymi, ale również powieści. Mało znany u nas Le Fanu rzeczywiście wywarł duży wpływ na twórców angielskiej literatury grozy i jest zaliczany do klasyków horroru. Jego najsłynniejszym do dziś utworem jest nowela „Carmilla” o lesbijskiej wampirzycy (chyba dosyć odważna jak na wiktoriańskiego pisarza), znane i czytane są również jego dwie powieści: „Dom przy cmentarzu” i „Stryj Silas”. I choć ostatecznie Sheridan Le Fanu nie zakwalifikował się do naszego piknikowego cyklu, z tą drugą powieścią, jako że znajduje się w księgozbiorze mojej lokalnej biblioteki, postanowiłam zapoznać się na własną rękę.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Coś się stało. Coś, coś, coś? ("Przebudzenie" Stephena Kinga)
| *** King na stosiku książek z biblioteki *** |
Nie jestem wielką fanką Kinga i nie znam całości jego twórczości (oj, sporo tego jest), ale w życiu kilka jego książek przeczytałam i za każdym razem moje wrażenia czytelnicze były pozytywne. "Lśnienie" przeczytałam chyba jeszcze w podstawówce (wtedy wydane jako "Jasność") i hotele po sezonie, piwnice i piece do dziś wywołują we mnie pewien dreszczyk. W "Jasności" King stworzył nie tylko jeden z najbardziej przekonujących "domów złych" w literaturze, ale też pokazał rozpad rodziny i małżeństwa i narastające w człowieku zło (którego źródeł niekoniecznie trzeba szukać w siłach nadprzyrodzonych) w sposób niepozbawiony głębi i daleki od banału. Potem było "Miasteczko Salem", "Smętarz dla zwierzaków" - chyba najbardziej przerażający horror w moim czytelniczym życiu, "Zielona mila", "Dolores Claiborne" i prawdopodobnie jeszcze parę innych tytułów. W ubiegłoroczne wakacje natknęłam się w Biedronce na "Misery", dołożyłam do koszyka z artykułami spożywczymi, po czym przeczytałam z zainteresowaniem i przyjemnością, pomimo, że znałam oczywiście wersję filmową. ("Misery" jest nie tylko thrillerem, ale też satyrą na pewnego typu literaturę, jej twórców i odbiorców).
"Przebudzenie" to najnowsza powieść Stephena Kinga, która polską premierę miała pod koniec ubiegłego roku i spotkała się z pozytywnym przyjęciem. Wziąwszy pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia z Kingiem, wszystko wskazywało na to, że będzie to i tym razem udane spotkanie. Ponieważ nie jestem mistrzem budowania napięcia i grozy, zdradzę od razu, że była to jednak lektura rozczarowująca. Stephen King albo już nie umie mnie wystraszyć, albo mu się nie chce. Opowieść obyczajowa, czyli to, co zawsze najbardziej przyciągało mnie do książek Kinga, niestety też wypada blado - choć nie powinna, bo mamy tu dorastanie w Ameryce lat 60., pierwszą miłość, początek i rozkwit rock and rolla. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że King jest już autorem, u którego pisarska rutyna zastąpiła talent.
W "Przebudzeniu" znajdziemy wiele elementów często obecnych w twórczości Kinga. Małe prowincjonalne miasteczko (właściwie wioska) w stanie Maine, wydarzenia oglądane z perspektywy małego chłopca, szczęśliwe życie rodzinne przerwane tragicznym wydarzeniem. I to coś złowrogiego, nieuchwytnego gdzieś w tle. Jamie Morton, główny bohater i narrator powieści, ma sześć lat w roku 1962, gdy posadę pastora w jego parafii obejmuje Charles Jacobs. Młody pastor i jego rodzina (żona i dwuletni synek) szybko zyskują sympatię parafian, a ulubieńcem pastora zostaje właśnie mały Jamie. Jacobs wnosi strumień energii (wyrażenie nieprzypadkowe) w życie małej, dosyć sennej wspólnoty metodystów. Trwa to wszystko trzy lata, tragedia rodzinna pozbawi pastora wiary i w konsekwencji - stanowiska w parafii. Jacobs znika z życia mieszkańców Harlow, ale nie z życia Jamiego. Istnieje między nimi dziwna więź i ich ścieżki jeszcze nie raz się skrzyżują w niezwykłych okolicznościach.
"Przebudzenie" prawie do końca pozostaje powieścią obyczajową, w której jednak obecne jest to podskórne napięcie (napięcie to również wyrażenie nieprzypadkowe). A właściwie - powinniśmy je czuć, ale w rzeczywistości o tym, że coś się stanie wiemy po prostu dlatego, że znamy reguły rządzące powieściami Kinga. Przekonuje nas o tym też wydawca na okładce, a od strony 220 do 534, czyli ostatniej, również sam główny bohater: "Coś. Coś. Coś. Się stało. Się stało, się stało. Coś się stało." Ale czytelnik nie jest w stanie tego naprawdę odczuć. Powieść ociera się o wielkie tematy (dlaczego dotykają nas nieszczęścia, czy Bóg istnieje, co się z nami dzieje po śmierci), ale jest to bardzo powierzchowne i nawet nieco nudne. Wątki, które wydały mi się najciekawsze, były tymi, o których autor ledwie napomknął. Chętnie dowiedziałabym się więcej o siostrze Jamiego, ale sam główny bohater nie wzbudził mojego zainteresowania. Wydał mi się postacią bez właściwości, nie umiem powiedzieć, jaki on naprawdę jest. Samo zakończenie utworu, które powinno być kulminacją tego mozolnie budowanego przez autora napięcia, właściwie mogę określić jako antyklimaks. Nie jestem w stanie wziąć wizji przedstawionej przez autora na poważnie, a to jest konieczne, żeby się przestraszyć (w końcu po to sięgamy po horror).
Stephen King napisał powieść dosyć poprawną - jest to w końcu autor o wyrobionej renomie, który chyba nie schodzi poniżej pewnego poziomu - ale nijaką. Do pominięcia. I chyba nieprędko skuszę się na kolejną powieść "króla horroru".
---
Stephen King, "Przebudzenie". Prószyński i S-ka, Warszawa 2014. Przełożył Tomasz Wilusz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


