Przeczytanie „Samotni” należy do poważnych przedsięwzięć
czytelniczych: ponad tysiąc stron drobnym druczkiem. Współcześni Dickensa mogli
sobie tę przyjemność rozłożyć na raty, powieść ukazywała się w odcinkach pomiędzy
1852 a 1853. Co miesiąc można sobie było za szylinga kupić broszurkę
zawierającą zazwyczaj trzy rozdziały „Bleak House” i dwie ilustracje autorstwa Phiza.
Dzisiaj widok opasłego tomu o pożółkłych kartkach być może odstręcza czytelników.
Tak, kartki na pewno będą pożółkłe, bo „Samotnia” ostatni raz była wydana w Polsce
40 lat temu (Czytelnik 1975, w tłumaczeniu Tadeusza Jana Dehnela)! Było to
zresztą w ogóle jedyne do tej pory pełne wydanie tej powieści po polsku.
Przyznam się, że odkrycie tego faktu mnie zdumiało, bo „Samotnia” jest uznawana
przez wielu za największe osiągnięcie Dickensa, zajmuje poczesne miejsce w
kanonie literatury światowej, co samo w sobie może być wystarczającym powodem,
żeby się z nią zapoznać. A jeśli to się komuś wyda niewystarczającym powodem,
powiem więcej: po ponad 160 latach „Samotnię” wciąż się świetnie czyta. Z
chęcią postawiłabym sobie własny egzemplarz na półce. Wydawcy! Czytelnicy
domagają się wznowienia „Samotni”!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść wiktoriańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść wiktoriańska. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 listopada 2015
wtorek, 3 listopada 2015
Sarah Waters, "Złodziejka". Pozwól się oszukać
Chciałaby panienka poznać swoją przyszłość? Można odczytać ją z kart. Król karo, rycerz pik. Królowa karo. Dwójka kier. Podróż i bogactwo. Miłość.
Ale co jest prawdą, a co grą? I kto rozdaje w niej karty?
Londyn, rok 1862. Wiatr hula, deszcz zacina, psy wyją, a ogień na kominku i nikłe płomyki lamp naftowych nie są w stanie rozproszyć mroku. W taki wieczór do domu w podejrzanym zaułku, zajmowanego przez równie podejrzanych pana Ibbsa, panią Sucksby oraz dziwną gromadkę ich „podopiecznych”, wkracza Richard Rivers zwany Dżentelmenem, i składa wychowanicy pani Sucksby propozycję nie do odrzucenia. Jej przedmiotem jest udział w iście szatańskim przedsięwzięciu. W ten sposób splatają się ścieżki Susan Trinder, sieroty z półświatka, córki morderczyni, i Maud Lilly, panienki z wyższych sfer, również sieroty, która od swego wuja i opiekuna – w tym miejscu nazwijmy go bibliofilem – otrzymała nader szczególne wychowanie. Wkrótce Susan opuszcza Londyn i udaje się na wieś, do posiadłości Briar, gdzie zostaje pokojówką panny Lilly. Jeśli wiecie cokolwiek o pisarstwie Sary Waters, to możecie się domyślić, że między młodymi kobietami, a właściwie dziewczynami, które dopiero poznają same siebie, coś się wydarzy. Coś, czego żadna z nich się nie spodziewała. To jednak dopiero początek tej opowieści, bo przecież Susan nie przybyła do Briar tylko po to, żeby ubierać panienkę i dotrzymywać jej towarzystwa. Powierzono jej jeszcze inne zadanie, które skrzętnie skrywa przed Maud.
środa, 29 lipca 2015
Naiwna panienka, upiorny staruszek i straszny dwór
Z postacią Josepha Sheridana Le Fanu zetknęłam się, szukając klasycznego horroru do wspólnego przeczytania z Pyzą na naszym sierpniowym Pikniku. Ten dziewiętnastowieczny irlandzki pisarz był autorem opowieści niesamowitych - głównie opowiadań, często inspirowanych irlandzkimi podaniami ludowymi, ale również powieści. Mało znany u nas Le Fanu rzeczywiście wywarł duży wpływ na twórców angielskiej literatury grozy i jest zaliczany do klasyków horroru. Jego najsłynniejszym do dziś utworem jest nowela „Carmilla” o lesbijskiej wampirzycy (chyba dosyć odważna jak na wiktoriańskiego pisarza), znane i czytane są również jego dwie powieści: „Dom przy cmentarzu” i „Stryj Silas”. I choć ostatecznie Sheridan Le Fanu nie zakwalifikował się do naszego piknikowego cyklu, z tą drugą powieścią, jako że znajduje się w księgozbiorze mojej lokalnej biblioteki, postanowiłam zapoznać się na własną rękę.
piątek, 22 maja 2015
PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Mężczyzna tak zawadza w domu!". "Cranford" Elizabeth Gaskell
Jednym słowem, cokolwiek dzieje się z panami - tu ich nie ma. Bo i cóż by tu mogli robić, gdyby pozostali? Nasz doktor objeżdża pacjentów w promieniu trzydziestu mil i sypia w Cranford, ale nie każdy może być doktorem. Aby utrzymać strzyżone ogrody, pełne wspaniałych kwiatów, bez jednego chwastu; aby odstraszać małych chłopców, zawistnie spoglądających przez sztachety na rzeczone kwiaty; aby przepędzać gęsi wpadające czasem przez niedomkniętą furtkę do tych ogrodów; aby rozstrzygać wszystkie problemy literatury i polityki bez zamęczania się zbędnym rozumowaniem czy argumentacją; aby posiąść dokładną i nieomylną znajomość spraw każdego w naszej parafii; aby utrzymać schludne pokojóweczki w podziwu godnym rygorze; aby okazywać biednym dobroć (nieco po dyktatorsku), a sobie nawzajem świadczyć w złej godzinie rzeczywiste przysługi - na to w Cranford zupełnie wystarczą panie. "Mężczyzna - jak jedna z nich zauważyła w rozmowie ze mną - tak zawadza w domu!".
Czytając "Panie z Cranford", trudno się nie uśmiechnąć, a przyznam się, że parę razy roześmiałam się na cały głos. Dodać należy, że stan z przytoczonego powyżej cytatu dotyczy "wszystkich domów o nieco wyższym czynszu". Nieobecność mężczyzn jest w Cranford cechą dobrego towarzystwa, czyli wąskiego kręgu naszych bohaterek. Poza nim, jak wszystko zdaje się wskazywać, Cranford jest całkiem zwyczajnym prowincjonalnym miasteczkiem: nie brak tam rzeźników, sklepikarzy i szewców. Może tylko fakt, że owi szewcy wieczorami dorabiają jako lektykarze, stanowi specyficzny lokalny koloryt, bo przypuszczam, że około połowy XIX wieku lektyka nie była już powszechnym środkiem lokomocji w Anglii. No i nie wszędzie można się natknąć na krowy odziane we flanelowe piżamy.
Z pozoru życie grupki niezbyt mądrych starych (naprawdę starych) panien i wdów w miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, nie jest pasjonującym materiałem na powieść. Elizabeth Gaskell z prozy życia stworzyła jednak opowieść, z którą czytelnik nie chce się rozstawać. Jej bohaterki, mimo że obrała je za cel satyry, nie są zdziwaczałymi, starymi snobkami (chociaż snobkami są i mają też swoje dziwactwa), a osobami sympatycznymi, a nawet na swój sposób uroczymi (z wyjątkiem jednej). "Panie z Cranford" to taka książka na deszczowy dzień, która powie nam, że ludzie są z natury dobrzy, a dobre uczynki prędzej czy później do nas wrócą; pozwoli nam się pośmiać z przedziwnych zwyczajów i poglądów na społeczeństwo, które nawet w czasach, gdy Gaskell o nich pisała, były już anachroniczne; wreszcie zaoferuje nam chwilę zadumy nad życiem i naturą ludzką. Dydaktyzm? Oczywiście, ale ten dydaktyzm Gaskell jest równie uroczy, co mieszkanki Cranford.
![]() | |
| *** Takie rzeczy tylko w Cranford. Ilustracja C.M. Brocka *** |
![]() |
| *** Gaskell w r. 1832. William John Thomson *** |
Jak wynika z poprzedniego akapitu, narracja jest pierwszoosobowa. Postać narratorki bardzo mnie intryguje. O paniach z Cranford mówi „my” i używa czasowników w pierwszej osobie liczby mnogiej, co jest z jej strony bardzo uprzejme, bo daje się wyczuć, że jej poglądy jednak się różnią od wyznawanych w Cranford. Nie jest mieszkanką Cranford, choć była nią w przeszłości. Obecnie często odwiedza miasteczko i utrzymuje z paniami z Cranford kontakt korespondencyjny. Dopiero w ostatnich rozdziałach przedstawia się czytelnikowi z imienia i nazwiska jako Mary Smith i poznajemy również jej ojca (zgaduję, że Johna Smitha, choć jego imię nie jest nigdzie wspomniane) – bo jest to osoba (stosunkowo?) młoda. I tutaj właśnie tkwi pewien problem, czy też niekonsekwencja autorki. Bo z wydarzeń fabuły można się zorientować, że rozciąga się ona na przestrzeni co najmniej kilkunastu lat. Tymczasem panna Smith ciągle jest młoda, choć jeśli nawet w rozdziale pierwszym miałaby 18 lat, to pod koniec książki powinna być dobrze po trzydziestce, co w owych czasach plasowało ją raczej w okolicach wieku średniego. I dlaczego młoda osoba tak wiele czasu spędza wśród samotnych starych kobiet, dlaczego woli wieczory spędzone z robótką przy jednej świecy od przyjęć, na których bywają mężczyźni, i tańców? W jednym z rozdziałów panna Smith określa się jako osoba pozbawiona trosk finansowych, skąd więc, w innym rozdziale, na jej głowie cerowany czepeczek i cerowany kołnierzyk pod szyją? Czepeczek dałoby się wytłumaczyć delikatnością panny Smith, która nie chcąc ranić uczuć gospodyni dostosowuje się do jej stylu życia (z drugiej strony, skąd czepeczek w ogóle, młode niezamężne osoby ich nie nosiły). Gorzej z wieczną młodością. Nie potrafię powiedzieć, czy jest to niedopatrzenie autorki, czy też w ten sposób Gaskell daje czytelnikowi coś do zrozumienia (choć skłaniam się ku pierwszej opcji).
***
Koniecznie przeczytajcie wpis o "Paniach z Cranford" na Pierogach pruskich. Na kolejny Piknik z klasyką zapraszamy 20. czerwca. Zmieniamy czasy, miejsca i tematykę: będziemy dyskutować o "Popiołach" Stefana Żeromskiego.---
Elizabeth Gaskell, "Panie z Cranford". Przełożyła Aldona Szpakowska. Świat Książki, Warszawa 2015.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Industrialny (więcej niż) romans. "Północ i Południe" Elizabeth Gaskell
Powiedzieć, że "Północ i Południe" jest romansem, byłoby rażącym uproszczeniem. Wątek miłosny co prawda dominuje w tej powieści (co więcej, jest świetnie skonstruowany i, pomimo że biegnie według dobrze nam znanych reguł gatunku, naprawdę trzyma w napięciu), ale jest właściwie pretekstem do przedstawienia problemów społecznych i opowieści o zderzeniu dwóch światów - jeden powoli odchodzi w przeszłość, drugi właśnie się narodził. Bohaterowie tej miłosnej historii są bowiem dobrani na zasadzie społecznego kontrastu: ona jest dobrze urodzoną, choć bez grosza przy duszy, panną z południa Anglii, on bogatym fabrykantem z Północy. W ich osobach, stara, rolnicza i feudalna Anglia jest przeciwstawiona nowej, przemysłowej i kapitalistycznej. Jest połowa XIX w. Trwa rewolucja przemysłowa.
Elizabeth Gaskell była mniej więcej o pokolenie młodsza od Jane Austen, w ciągu czasu, dzielącego ich pisarską aktywność, sporo się w Anglii zmieniło - wybudowano kolej żelazną, na tronie zasiadła królowa Wiktoria, zwiewne empirowe sukienki zostały zastąpione przez ciężkie krynoliny - ale pierwsze rozdziały "Północy i Południa" przypominają nieco klimatem powieści Austen. Główna bohaterka, Margaret Hale, po latach spędzonych w Londynie u bogatej ciotki wraca do domu rodzinnego, czyli na plebanię w małej, idyllicznej wiosce. Spędza tam czas tak, jak czyniły to bohaterki Jane Austen: spacerując po łąkach i lasach, malując pejzaże i spełniając dobre uczynki wśród okolicznych ubogich wieśniaków (to znaczy składając im wizyty, po których ci poczciwi ludzie z pewnością czuli się niesłychanie pokrzepieni).
Paralelę z Austen można jeszcze przeprowadzić względem konstrukcji wątku romansowego, który przypomina "Dumę i uprzedzenie" (te pierwsze wrażenia, które są oczywiście błędne, ta niemożność wyjrzenia poza pozory, nieznajomość własnego serca), jednak są to podobieństwa powierzchowne. Austen była mistrzynią ironii, jej powieści są pisane lekko, a jednocześnie niezwykle kunsztownie: każde zdanie u niej ma się ochotę obracać na wszystkie strony i odnajdywać ukryte znaczenia. Gaskell natomiast pisze w tonie zdecydowanie poważnym (można co prawda doszukać się przebłysków poczucia humoru, jednak będzie to przeważnie gorzki sarkazm) i bardziej wprost (na tyle, na ile wiktoriańska dama mogła pisać wprost). Przede wszystkim - Gaskell oddaje głos przedstawicielom wszystkich klas społecznych, pełnoprawnymi bohaterami stają się u niej ludzie, których Austen, zajmująca się wyłącznie swoją własną sferą, nie zaszczyciłaby nawet wymienieniem z imienia. U Austen wszystko kręci się wokół pieniędzy, ale one po prostu są, albo ich nie ma. Gaskell pokazuje, skąd się biorą.
Sielankę początkowych rozdziałów powieści przerywa nagła decyzja ojca Margaret, który występuje ze stanu duchownego i z Kościoła anglikańskiego. Rodzina musi opuścić plebanię, a pan Hale znaleźć inne zajęcie, umożliwiające mu jej utrzymanie. Z pomocą przychodzi dawny przyjaciel z Oxfordu, który rekomenduje Hale'a jako prywatnego nauczyciela w swoim rodzinnym mieście, gdzie posiada duży majątek. W ten sposób Margaret Hale z pachnącej różami południowoangielskiej arkadii trafia do zasnutego wyziewami kominów przemysłowego Milton (to fikcyjne miasto wzorowane na Manchesterze). Ten nowy dla niej świat początkowo wywołuje w niej odrazę i strach. Z czasem zaczyna go odkrywać - z dwóch perspektyw: za pośrednictwem Johna Thorntona, przemysłowca i jednego z najbardziej wpływowych obywateli miasta, a jednocześnie ucznia jej ojca, poznaje punkt widzenia właścicieli fabryk, dzięki znajomości z Higginsem i jego córką może spojrzeć na Milton również z perspektywy robotników.
![]() |
| feedbooks.com |
Na zakończenie zapowiedź: tych, którzy "Północ i Południe" już przeczytali (albo nie boją się spojlerów) zapraszam na drugą część wpisu, gdzie nie odmówię sobie przyjemności bardziej szczegółowego przeanalizowania tej powieści. Wkrótce. A jutro na Czytam to i owo... dzień pytań i odpowiedzi.
---
Elizabeth Gaskell, "North and South". Feedbooks.com (link do e-booka znajduje się w zakładce "Książki z domeny publicznej").
sobota, 21 lutego 2015
Złoto czy tombak? "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton
– Co pana skłoniło, żeby zawierzyć pannie Wetherell?
– Nic nie może człowieka skłonić, żeby obdarzył kogoś zaufaniem! –
wybuchnął […]. – Po prostu ufamy komuś albo nie, bez powodu! Jak, na litość
boską, mógłbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie?
– Uproszczę je – odrzekł prokurator. Dlaczego ufa pan pannie Wetherell?
– Ponieważ ją kocham – odparł […].
– A jak to się stało, że ją pan pokochał?
– Pokochałem ją, albowiem jej zaufałem, oczywiście!
– Broni się pan, stosując tautologię.
– Tak, ponieważ nie mam innego wyjścia! – zawołał […]. – Prawdziwa miłość
jest zawsze tautologiczna… Tautologiczna albo paradoksalna, po prostu dlatego,
że jej przyczyna i skutek to dwie połówki jednej całości! Nie da się sprowadzić
uczucia do katalogu jego przyczyn, tak jak z katalogu tych przyczyn nie
wyprowadzi się uczucia. Każdy, kto się ze mną nie zgadza, nigdy nie kochał
naprawdę.*
Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"
![]() |
| ***Te rysunki pewnie mają głębokie znaczenie...*** |
Pomijając kwestie astrologiczne, "Wszystko, co lśni" jest powieścią kryminalno-obyczajowo-filozoficzną, w której można by się też doszukać pewnych elementów powieści gotyckiej (ta skrzynia w ładowni statku i powstający z niej upiór, ten zakrwawiony fontaź). Kryminalną, bo akcja toczy się wokół śmierci - w niejasnych okolicznościach - ubogiego, zdawało się, samotnika Crosbiego Wellsa, w którego chacie wkrótce potem odkryto wielki skarb w złotych sztabkach. Obyczajową, bo autorka maluje w niej obraz dziewiętnastowiecznego nowozelandzkiego miasteczka, do którego gorączka złota ściąga ludzi z całego świata. Poszukiwaczy złota, handlarzy opium, prostytutki. Tych, którzy chcą zacząć nowe życie i tych, którzy pracują na "bilet do domu". Miasto Hokitika dopiero co się narodziło. Fortuny powstają tu w ciągu jednego dnia, ale nie wszyscy mają równe szanse na ich zdobycie - chińscy imigranci skazani są na rolę wyrobników. W osobie "poszukiwacza zielonego kamienia" pojawiają się Maorysi, zepchnięci na obrzeża tego świata. Filozoficzną, bo wraz z bohaterami zmuszeni jesteśmy do rozmyślania nad takim kwestiami jak: czym jest prawda i skąd się bierze miłość. A to wszystko przybiera formę swego rodzaju pastiszu powieści wiktoriańskiej. Autorka prowadzi z czytelnikiem grę (żeby nie powiedzieć, że sobie z nim pogrywa), na czterystu stronach relacjonując wydarzenia jednego tylko dnia i racząc go drobiazgowymi opisami surdutów, fontazi, moleskinowych spodni i serżowych płaszczy, i tego, co można wyczytać z wyglądu bohaterów, a także zagłębiając się w długie dygresje dotyczące ich przeszłości, które nie mają wyraźnego związku z akcją powieści (ale pamiętajmy, że to wszystko zapisane jest w gwiazdach).
"Wszystko, co lśni" skojarzyło mi się z wydaną ćwierć wieku temu powieścią Charlesa Pallisera "Kwinkunks". Nie tylko ze względu na objętość dzieła (niemal tysiąc stron w przypadku "Wszystko, co lśni " i ponad tysiąc w przypadku "Kwinkunksa") i kolor okładki. Obie książki są współczesnymi wersjami powieści wiktoriańskich, jednak Palliser jest w tym bardziej konsekwentny. Catton nawiązuje do prozy dziewiętnastowiecznej w języku i sposobie prowadzenia narracji, ale otwarcie pisze o sprawach, które w powieści wiktoriańskiej pojawiałyby się jedynie w zawoalowanych aluzjach. Palliser potraktował sprawę bardziej finezyjnie. "Kwinkunks" nie przyniósł Charlesowi Palliserowi tak znaczącej nagrody, jaką zdobyła Catton, choć ja oceniam go wyżej. Obie książki wymagają od czytelnika koncentracji, ale u Pallisera nagrodą będzie rozwiązanie zagadki, wszelkie luki w opowieści wynikają z nieuwagi czytelnika, a wydarzenia są logiczną konsekwencją tego, co stało się w przeszłości. Catton umyślnie pozostawia luki i kwestie, których nie da się racjonalnie wyjaśnić (a wyjaśnienie nieracjonalne też nie jest do końca pewne). Dziewiętnastowieczny Londyn odtworzony przez Pallisera jest prawdziwym, żyjącym miastem, możemy niemal poczuć jego zapach (co nie musi być przyjemne). Hokitika Catton sprawiła na mnie wrażenie jedynie teatralnej dekoracji.
Zastanawiam się, czy to, co ma mi do powiedzenia Eleanor Catton rzeczywiście wymaga 930 stron i dochodzę do wniosku, że raczej nie. Ale warto po książkę Catton sięgnąć. Także dlatego, że oprócz wszystkich właściwości, o których napisałam powyżej, jest też subtelną opowieścią o miłości.
---
Eleanor Catton, "Wszystko , co lśni". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014. Przełożył Maciej Świerkocki.
* Imię bohatera wykropkowałam - w końcu Anną interesowali się wszyscy mężczyźni i być może niektórzy czytelnicy nie chcieliby zawczasu wiedzieć, który kochał ją naprawdę i poświadczył to w sądzie. Choć przecież i tak wszystko od początku było zapisane w gwiazdach.
czwartek, 4 września 2014
Z MOJEJ PÓŁKI: "Kwinkunks"
(Ten wpis pierwotnie ukazał się 27.11.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")
Napisanie
tej powieści zajęło autorowi 12 lat. Co prawda jej przeczytanie zajmie znacząco mniej
czasu, ale jeżeli szukacie książki na długie (naprawdę długie) zimowe wieczory, jest
to propozycja warta rozważenia. Powieść w polskim wydaniu liczy 1155 stron (plus posłowie autora).

Charles Palliser
jest mi znany wyłącznie jako autor tej jednej powieści. Po chwili szperania w
Internecie dowiedziałam się, że istotnie książki wychodzą spod jego ręki
niezmiernie rzadko. Od roku 1989, gdy Palliser, przez wiele lat uniwersytecki
wykładowca literatury, zadebiutował jako powieściopisarz (właśnie „Kwinkunksem”), wydał zaledwie pięć książek. I nie ma w tym
nic dziwnego, jeśli wszystkie jego powieści są równie misternie skonstruowane.
„Kwinkunks” jest owocem fascynacji
autora literaturą dziewiętnastowieczną – jest to współczesna rekonstrukcja
powieści wiktoriańskiej. Z pozoru to książka, jaka mogłaby wyjść spod pióra
Dickensa. Głównym bohaterem jest chłopiec mieszkający z matką - niczym w
Arkadii - w wiejskim domu gdzieś w spokojnym zakątku Anglii. Dzieciństwo Johna upływa beztrosko i w dobrobycie, ale żyje on wśród
tajemnic. Nie zna swojego ojca, ani też rodziny matki, i nic nie wie o wrogich siłach,
czyhających na niego od chwili jego przyjścia na świat. Wkrótce siły te
dochodzą do głosu; John i jego matka tracą swoje niebo i trafiają do piekła
londyńskich dzielnic biedoty. Aby odzyskać utracony raj, John musi rozwikłać
zagadkę swojego pochodzenia. Owa zagadka wiąże się z historią pięciu rodów,
których losy splecione są ze sobą, i z symbolem kwinkunksa, który okaże się
również kluczem do jej rozwiązania.
Tę tajemnicę musi również odkryć czytelnik - i to na własną rękę. Okazuje się bowiem, że „Kwinkunks” jest tylko powierzchownie podporządkowany zasadom powieści dziewiętnastowiecznej. W rzeczywistości autor prowadzi ze współczesnym czytelnikiem inteligentną grę (w istocie „Kwinkunks” jest rekonstrukcją „ironiczną”). Nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele, by nie psuć przyjemności czytania i samodzielnego odkrywania tej książki. Niektóre z tajemnic swojego warsztatu (i powieści) Palliser zdradza w posłowiu (a to, jak wiadomo, czytamy po zapoznaniu się z dziełem). Zdradzę tylko, że narrator, a jest nim John, nie jest w tej powieści do końca wiarygodny i pewne swoje odkrycia i wnioski wręcz ukrywa przed czytelnikiem.
Tę tajemnicę musi również odkryć czytelnik - i to na własną rękę. Okazuje się bowiem, że „Kwinkunks” jest tylko powierzchownie podporządkowany zasadom powieści dziewiętnastowiecznej. W rzeczywistości autor prowadzi ze współczesnym czytelnikiem inteligentną grę (w istocie „Kwinkunks” jest rekonstrukcją „ironiczną”). Nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele, by nie psuć przyjemności czytania i samodzielnego odkrywania tej książki. Niektóre z tajemnic swojego warsztatu (i powieści) Palliser zdradza w posłowiu (a to, jak wiadomo, czytamy po zapoznaniu się z dziełem). Zdradzę tylko, że narrator, a jest nim John, nie jest w tej powieści do końca wiarygodny i pewne swoje odkrycia i wnioski wręcz ukrywa przed czytelnikiem.
Na kartach „Kwinkunksa” Charles
Palliser odmalował panoramę społeczeństwa Anglii pierwszej połowy XIX w. Śledząc
losy Johna, zaglądamy na pełne przepychu salony arystokracji i do zamożnych
domów przedstawicieli klasy średniej; razem z biedakami przeszukujemy kanały i
jesteśmy świadkami przestępczych procederów. Na pewien czas trafiamy do
więzienia dla dłużników, do szkoły z internatem, która z placówką oświatową ma
tyle wspólnego, co obóz pracy z obozem harcerskim (bardzo po dickensowsku), a
nawet do zakładu dla obłąkanych. Poznajemy ludzi i podłych, i szlachetnych,
drobnych cwaniaczków i wielkich oszustów.
W powieści bardzo wiele miejsca
zajmują kwestie ekonomii i ustroju społecznego. To pieniądz jest motorem całej
fabuły, a walka o parę pensów na kawałek chleba jest równie dramatyczna, jak
gra o wielką fortunę. Filozoficzne dysputy dotyczące problemów
polityczno-ekonomicznych, a zarazem moralnych, toczy ze sobą – w
mieszkaniu
składającym się z połowy podnajętego pokoju w jakimś zaułku biedoty –
para zdeklasowanych dżentelmenów, niegdyś parających się prawem, obecnie
aktorów teatrzyku
kukiełkowego. Poruszanie tych kwestii w powieści dziewiętnastowiecznej
byłoby
jak najbardziej zrozumiałe, to przecież właśnie wtedy formowały się
teorie
Marksa i Engelsa. Ten aspekt książki jednak równie mocno odzwierciedla
czasy, w których ona
rzeczywiście powstawała, czyli lata 80. wieku dwudziestego, okres rządów
Margaret
Thatcher, kiedy w Wielkiej Brytanii społeczna dyskusja dotycząca
tych kwestii była niezwykle gorąca. Również teraz, prawie ćwierć wieku
po ukazaniu się drukiem, ta powieść
wydała mi się zaskakująco aktualna. Drobni ciułacze tracący oszczędności
życia
wskutek machinacji spekulantów, którzy budują na ich naiwności swoje fortuny, nieodparcie
przywodzą na myśl współczesne afery i kryzys finansowy roku 2008, kiedy
pękła
spekulacyjna bańka, podatnicy składali się na ratowanie upadających
banków, a
ich prezesi wypłacali sobie wielomilionowe premie.
Czytanie „Kwinkunksa” jest
zajęciem tyleż ciekawym, co meczącym. Ta powieść wymaga ciągłego skupienia
uwagi i zapamiętywania szczegółów, co przy jej objętości może stanowić nie lada
wyzwanie. (Choć przy okazji jest to świetny trening umysłowy, godny polecenia
osobom chcącym rozruszać swoje szare komórki). Czytelnik nie może sobie
pozwolić nawet na moment dekoncentracji, bo wszystkie elementy w powieści są
częścią bardzo precyzyjnej układanki. Kiedy pewnej zimowej nocy do domu matki
Johna puka dwoje zmarzniętych wędrowców, proszących o wsparcie, można być
pewnym, że ich rola w tej historii na tym się nie skończy (a być może nawet rozpoczęła
się dużo wcześniej). Jakkolwiek akcja obfituje w wiele zwrotów i emocjonujących
wydarzeń, to cała powieść skonstruowana jest w ten sposób, że „czytamy […] nie
tyle dlatego, że chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej, lecz raczej dlatego,
że chcielibyśmy dowiedzieć się, co się przedtem wydarzyło, aby móc zrozumieć
to, co już do tej pory przeczytaliśmy” – jak pisze autor w posłowiu.
Po raz pierwszy czytałam tę
książkę dziesięć lat temu, kiedy została wydana w Polsce. Niedawno przeczytałam
ją powtórnie. Jeżeli chodzi o główny wątek, doszłam do tych samych wniosków, co
za pierwszym razem, ale teraz wyjaśniłam sobie wszystko w sposób dużo bardziej
zadowalający, rozwikłałam również zagadki dotyczące większości wątków
pobocznych. (Mówiąc precyzyjnie, za pierwszym razem stawiałam prawdopodobne hipotezy,
teraz wydaje mi się, że znalazłam na ich poparcie wystarczające dowody). Przyznam
jednak, że jeden aspekt tej powieści, związany z jej formą, umknął mojej uwadze
zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem (w międzyczasie zdążyłam zapomnieć,
że czytałam posłowie, gdzie autor wyjaśniał tę kwestię; oczywiście zapomniałam też
zawiłości fabuły). Pocieszam się, że nie byłam w tym osamotniona. Nadanie
powieści tej szczególnej formy „okazało się niezwykle trudne i czasochłonne – ujawnia
Palliser. – Jak na ironię jednak ten akurat aspekt powieści prawie nie został
zauważony ani przez krytyków, ani przez czytelników”.
Więcej już nie zdradzę.
Czytajcie i odkrywajcie, a ja za kolejne dziesięć lat pewnie znów sięgnę po tę
książkę i być może zgłębię wtedy wszystkie jej tajemnice (kilka zdań ciągle
jest dla mnie zagadkowych).
***
Charles Palliser "Kwinkunks". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003. Przekład Maria Streszewska-Hallab.
Charles Palliser "Kwinkunks". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003. Przekład Maria Streszewska-Hallab.
Etykiety:
Anglia,
Charles Palliser,
historia,
industrializacja,
kapitalizm,
Kwinkunks,
Londyn,
powieść,
powieść wiktoriańska,
rekonstrukcja,
tajemnica,
z mojej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)












