Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2016

Kobieta w zielonej sukni. Kobieta? – Diana Gabaldon, „Lord John and the Private Matter”( „Lord John i sprawa osobista”)




Ponieważ w tym roku mój blog bardzo podupadł (mam jednak wielką nadzieję, że podźwignie się w 2017), nie dziwi mnie wcale, że w wyzwaniu „Zielona sukienka” również panuje zastój. Ale wyzwanie jednak trwa i wciąż można przesyłać swoje zgłoszenia, do czego gorąco zachęcam.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że wśród moich tegorocznych lektur również panowała posucha na zielone sukienki, dopiero niedawno natknęłam się na zieloną suknię, która nie tylko się w książce pojawia, ale w dodatku odgrywa istotną rolę w fabule.

Londyn, rok 1757. Pewnego przyjemnego czerwcowego dnia angielski arystokrata major John Grey dokonuje bardzo nieprzyjemnego odkrycia. Natury osobistej. Nie chodzi o jego sobę, ale sprawa dotyczy kogoś, kto niedługo ma wejść do rodziny majora. To znaczy ożenić się z jego kuzynką. A na to w zaistniałych okolicznościach, jeśli to rzeczywiście prawda, a nie pomyłka, Grey nie może pozwolić. Jakby tego było mało, spada na niego jeszcze jeden niemiły obowiązek: major Grey zostaje wyznaczony do przeprowadzenia śledztwa w sprawie brutalnego morderstwa popełnionego na żołnierzu z jego pułku. Sprawa jest delikatna i nagląca, bo zaginęły również poufne dokumenty wojskowe, które byłyby łakomym kąskiem dla walczących z Anglikami Francuzów, a zamordowany żołnierz był podejrzewany o szpiegostwo. I tak wkraczamy w świat angielskiej armii i arystokracji, i tajnych służb, by razem z lordem Johnem przemierzać londyńskie zaułki i zaglądać do przybytków uciech i domów schadzek... dla specyficznej klienteli. Podążamy śladem tajemniczej kobiety w zielonej aksamitnej sukni, która może być kluczem do rozwiązania obu zagadek. Albo zaprowadzić Greya w ślepy zaułek.

niedziela, 8 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: Dwie damy w podróży do Włoch


*** Augustus Egg, "The Travelling Companions" (1862) ***


Angielski malarz Augustus Egg obracał się w wiktoriańskim światku literackim. Przyjaźnił się z Charlesem Dickensem i Wilkie Collinsem. Wraz z nimi oddawał się takim rozrywkom, jak udział w przedstawieniach teatralnych, nie tylko domowych, razem z Dickensem wystąpił nawet przed królową Wiktorią (a przynajmniej tak twierdzi Wikipedia). W późniejszych latach życia ze względu na stan zdrowia przeniósł się na południe Europy. Z tego okresu pochodzi właśnie obraz "Towarzyszki w podróży".

Kompozycja jest niemal symetryczna, przedstawia wnętrze przedziału kolejowego i podróżujące nim dwie młode kobiety, zapewne siostry bliźniaczki, ubrane w identyczne, szare suknie z nonsensownie obfitymi spódnicami - zgodnie z modą połowy XIX w. Dama po prawej zajęta jest czytaniem książki, ta po lewej drzemie. Gdyby któraś z nich spojrzała za okno, zobaczyłaby cudowną panoramę wybrzeża Morza Śródziemnego (czasem warto jednak podnieść wzrok znad książki). Ten obraz bardzo mnie intryguje - i bawi. Zapewne Augustus Egg nie zdawał sobie sprawy, jak komiczny może się w przyszłości wydawać pomysł wtłoczenia do przedziału pociągu dwóch takich niedorzecznych sukien (a może jemu też wydawały się niedorzeczne?). Jednocześnie zachwyca mnie intymność tej sceny, podkreślona przez zamkniętą przestrzeń przedziału i rozległy pejzaż za oknem.


  
Obraz znajduje się w Birmingham Museum and Art Gallery.

niedziela, 21 września 2014

Anna Przedpełska-Trzeciakowska "Jane Austen i jej racjonalne romanse" - recenzja



"[...]kiedy człowiek znajdzie się w towarzystwie Jane Austen, trudno mu się z nią rozstać." - pisze w przedmowie do swojej książki Anna Przedpełska-Trzeciakowska i nie mogę się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. "Jane Austen i jej racjonalne romanse" to nie jest, jak zaznacza autorka , książka o ambicjach naukowych. Jest to swobodnie płynąca opowieść tłumacza o pisarzu, którego darzy wielką sympatią, co w książce widać wyraźnie,
i z którego dziełami spędził wiele czasu.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska swoją opowieść o życiu Austen przeplata rozważaniami na temat jej powieści, książka jest więc czymś pomiędzy biografią a analizą literacką, a może bardziej interpretacją czytelnika, bo autorka unika, jak wspomniałam, "naukowości".  Została pomyślana - jak pisze autorka - "jako towarzysz lektury sześciu znakomitych powieści Jane Austen". Autorka zarysowuje tło społeczne i kulturalne epoki, czasem wspomina o kłopotach tłumacza dzieł Jane Austen (na ten temat bardzo chętnie przeczytałabym więcej), ale przede wszystkim stara się odtworzyć emocje i przemyślenia, które towarzyszyły Jane podczas pisania jej książek i określić wydarzenia, które inspirowały jej twórczość. Jest to zadanie bardzo trudne, bo o tym co myślała i co przeżywała Jane Austen, możemy wnioskować głównie na podstawie jej powieści. Jej listy, te które się zachowały (jest to przede wszystkim korespondencja z siostrą Cassandrą), są jak "zapisy rozmów telefonicznych", na tematy bieżące i trywialne. Można się domyślać, że nie jest to próba reprezentatywna, że te listy, w których Jane daje wyraz swoim uczuciom i poglądom jako zbyt prywatne zostały po jej śmierci zniszczone przez rodzinę.

Książka Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej jest więc w dużej mierze oparta na przypuszczeniach i domysłach, co jednak nie umniejsza jej wartości. Autorka, choć przedstawia swoją jej wizję, stara się zachować obiektywizm względem swojej bohaterki. Jane z jej książki to nie tylko słodka siostra i cioteczka, momentami jest to również kobieta sfrustrowana, zniechęcona, a nawet kąśliwa. Sporo miejsca poświęcone zostało życiu uczuciowemu Jane i te rozważania mają charakter zdecydowanie spekulatywny. Mocno podkreślony jest wątek feministyczny w twórczości Jane Austen, autorka stara się zidentyfikować wydarzenia z życia Jane i jej rodziny, które mogły wpłynąć na kształtowanie się poglądów pisarki. Jednocześnie dowiadujemy się wielu faktów z życia Jane Austen: jak wyglądało jej wychowanie i edukacja, jakie książki Jane mogła znaleźć w bibliotece swojego ojca, jak potoczyły się losy jej licznego rodzeństwa i krewnych, jak wyglądały ich wzajemne relacje. Poznajemy miejsca, w których Jane mieszkała i te, do których podróżowała.

Wciąż nie mogę się pogodzić z tym, jak niechlujne pod względem korektorskim są współcześnie wydawane w Polsce książki. Także w tej nie zabrakło tego typu błędów, które czasami są wręcz zabawne. Kilka razy wspomniane są "Sale Ansamblowe", a w dalszej części "Sale Asamblowe". Dodam że chodzi o te same obiekty, znajdujące się w Bath i oczekiwałabym konsekwencji w nazewnictwie. Na str. 356 możemy przeczytać o "Rozważnej i romantycznej w reżyserii Lang Lee", co oczywiście nikogo nie wprowadzi w błąd, bo każdy fan Jane Austen zapewne obejrzał film Anga Lee, ale wolałabym takich błędów nie oglądać.

Ogólnie, "Jane Austen i jej racjonalne romanse" to książka, po którą warto sięgnąć, jeśli chce się zawrzeć bliższą znajomość z ta pisarką. Myślę, że sprawi przyjemność każdemu świeżo upieczonemu fanowi Jane Austen. Jest ciekawie napisana, dobrze się ją czyta, całość (około 360 str.) pochłonęłam za jednym razem.
Plusem jest świetny tytuł, "racjonalne romanse" bardzo dobrze korespondują z twórczością Austen. Swoją długoletnią "przyjaźń" z Jane Austen Anna Przedpełska-Trzeciakowska podsumowuje anegdotą:

"Wiele lat po jej śmierci znalazłam się w Winchesterze [...]. Łatwo było znaleźć grób Jane Austen w mrocznej północnej nawie. [...]
    Przyklęknęłam, by podziękować pisarce, która swoją twórczością towarzyszyła mi niemal przez całe życie.
    W tym momencie poczułam potężne pchnięcie w plecy. Męski, tubalny głos pełen tłumionej wściekłości zacharczał mi w ucho:
    - Lady, never do it again!
    Tęgi, masywny kształt zakolebał się nade mną, w ostatniej chwili złapał równowagę i wielki, gniewny, oburzony zniknął w głębi kościoła.
    Już nigdy więcej nie uklęknę w anglikańskiej świątyni. Ale też nie mam wątpliwości, kto tę scenę wyreżyserował."

Moja ocena: 4 (w skali szkolnej)

---
Anna Przedpełska-Trzeciakowska, "Jane Austen i jej racjonalne romanse", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014

piątek, 19 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: Opactwo Northanger. "Natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."





To taki drobiazg, fraszka, błahostka. A trifle - jak mogłaby powiedzieć Jane Austen. Bardzo zabawna (naprawdę, polecam jako lekarstwo na chandrę i jesienne smutki) opowieść o młodej, głupiutkiej i naiwnej dziewczynie, która tak się zaczytała w gotyckich powieściach, że fikcja pomyliła jej się z życiem, co miało swoje konsekwencje - i śmieszne, i poważne. Owszem, w fabule znajdziemy słabe punkty, ale celność języka, wspaniale nakreślone postaci i słynny austenowski humor z nawiązką nam je wynagrodzą. Ktoś inny mógłby zrobić z tej historii pustą komedyjkę, albo jedynie dydaktyczną powiastkę: uważaj, co czytasz i jaki robisz z tego użytek; nie daj się ponieść wyobraźni. Ktoś inny mógłby z Catherine Morland zrobić irytującą głupią gęś. Mamy jednak do czynienia z dziełem mistrzyni, główna bohaterka została również wyposażona w przymioty, które czynią ją postacią wzbudzającą sympatię i zdecydowanie uroczą, a w powieści doszukamy się wielu warstw, jak zwykle zresztą u Austen. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że Jane Austen nie mogła napisać powieści naprawdę błahej? No i Jane w "Opactwie Northanger" stworzyła Henry'ego Tilneya, a byłoby wielką stratą dla ludzkości, gdyby mężczyzna taki jak Henry nigdy nie istniał, choćby tylko na papierze (doprawdy, Darcy jest przereklamowany).

Interpretując "Opactwo Northanger", możemy podążyć kilkoma tropami. Poniżej, bardzo pobieżnie, zaznaczę najważniejsze z nich.

Trop pierwszy: Literackie credo Jane Austen. W "Opactwie...", pierwszej powieści przygotowanej przez Austen do druku (ostatecznie wydano ją dopiero po jej śmierci), pisarka obiera swoją literacką drogę, podążając w zupełnie innym kierunku niż jej "siostrzyce po piórze"*. W owym czasie ogromnie popularna wśród czytelników jest sentymentalna powieść grozy i czołowa przedstawicielka tego nurtu, Ann Radcliffe. Młoda Jane manifestuje swoją artystyczną niezależność. Odrzuca niesamowite zwroty akcji, egzotyczne, mroczne scenerie, sensacyjne zdarzenia i sekrety zabarwione horrorem. Ucieka się w tym celu do parodii, jej powieść zawiera wszystkie elementy znane z owych "gotyckich" powieści - a właściwie ich zaprzeczenie. Catherine nie jest bohaterką, a anty-bohaterką i przeżywa anty-przygody. Zamiast młodości upływającej w cieniu mrocznej tajemnicy przeżywa beztroskie dzieciństwo w szacownej rodzinie. Zamiast w daleką, pełną mrożących krew w żyłach przygód podróż wyjeżdża pod opieką znajomych do nudnego uzdrowiska, a niebezpieczeństwa, jakie tam na nią czyhają, to na przykład porwanie - na przejażdżkę powozem - przez niezbyt przyjemnego kolegę jej brata. A gdy wreszcie znajdzie się w starym opactwie, okaże się ono całkiem nowoczesną i wygodną siedzibą - zamiast szkieletu za zasłoną Catherine znajdzie tam spis rzeczy do prania. Takie będzie pisarstwo Jane Austen, wydarzenia zwykłego życia z jego radościami i rozczarowaniami. Komizm i dramat codzienności.

Jednak Austen "nie uznaje brzydkiego i niemądrego obyczaju, powszechnie przyjętego wśród powieściopisarzy, który polega na umniejszaniu wzgardliwą krytyką wartości dzieł, do których powstania sami się przyczyniają". Bierze w obronę powieść jako gatunek literacki i bardzo wyraźnie podkreśla jej wartość. Bo czym jest powieść? To "tylko utwór, który świadczy o talencie, utwór, w którym dogłębna znajomość natury ludzkiej i celne obrazy jej różnorakich odmian, polotu, żywego dowcipu i humoru przekazane są światu w najwyborniejszym języku". Dosyć to wszystko przewrotne: powieść przestrzegająca przed czytaniem, parodiująca i wyśmiewająca inne powieści, jednocześnie będąca afirmacją powieści jako gatunku. A mamy również taki cytat:
- [...] Ale pan na pewno wcale nie czyta powieści.
   - Czemu bym miał ich nie czytać?
   - Bo nie są one dla pana dosyć mądre. Panowie czytają lepsze książki.
   - Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi."
To fragment rozmowy Catherine i Henry'ego. Wcześniej John Thorpe - bufon, błazen i łowca posagu - wyparł się przed Catherine czytania powieści, jako rozrywki zbyt błahej dla mężczyzny. Stąd zapewne wziął się jej pomysł, że "panowie czytają lepsze książki". Taka jednak była ówcześnie powszechnie przyjęta opinia, powieść to co najwyżej rozrywka i to drugiej kategorii, dobra może dla kobiet, ale tylko dla nich. Nie możemy uciec przed pytaniem, czy to aby nie właśnie dlatego, że odbiorcami powieści były głównie kobiety, a często również ich autorkami, tak małym poważaniem darzony był ten gatunek? To naprowadza nas na


trop drugi: Jane Austen a sprawa kobiet. Panna Austen nie była rewolucjonistką, nie miała zamiaru burzyć istniejącego porządku społecznego. Była jednak dzieckiem epoki Oświecenia, marzyła o świecie bardziej racjonalnym, sprawiedliwszym, lepszym. A to nie mogło się ziścić, dopóki oświecenie nie stanie się udziałem kobiet. Jego potrzeba nigdzie chyba nie została przez pisarkę bardziej dobitnie wyrażona, niż w "Opactwie Northanger".

Rozmowa Catherine i Henry'ego (uczestniczy w niej również jego siostra), której fragment powyżej przytoczyłam, jest ze wszech miar ciekawa. Rozmawia się nie tylko o literaturze, ale też o udręce (słowo Catherine) edukacji, malarskich walorach krajobrazu i polityce, od "której tylko jeden krok do milczenia". Catherine wstydzi się swojej ignorancji, a narratorka czyni spostrzeżenia, które cytowałam w poprzednim poście. W toku konwersacji Henry zostaje nakłoniony do wygłoszenia następującej uwagi:
"Panno Morland, nikt nie może mieć wyższego mniemania o rozumie kobiet niż ja. W moim przekonaniu natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."
Nie miejmy Henry'emu za złe tej ironicznej deklaracji. Po pierwsze włożyła ją w jego usta kobieta, a po drugie: ma rację. Henry (zostawmy ironię) słusznie zauważa, że kobiety nie są dotknięte wrodzonym brakiem zdolności intelektualnych (stwierdzenie bardzo postępowe, jak na owe czasy). One ich nie wykorzystują. Dlaczego? Bo ani ich tego nie uczono, ani się tego od nich nie oczekuje. Edukacja kobiet obejmowała tylko to, dzięki czemu zdobędą męża, a potem będą mogły wytwornie zabawiać gości i prowadzić dom. Te najgruntowniej edukowane, jak Julia i Maria Bertram z "Mansfield Park", mogły nauczyć się głównych rzek Rosji, ale nikt nie uczył ich myślenia. Ono nie było potrzebne, żeby zapewnić sobie opiekę mężczyzny, a nawet, jak gorzko zauważa Austen, całkiem niepożądane. Głupiutka Catherine wierzy we wszystko, co słyszy od innych, nigdy nie podaje w wątpliwość cudzych opinii. Oczekuje, że ktoś ją poinstruuje, co ma myśleć o sprawach tak różnych, jak niezrozumiałe dla niej zachowanie przyjaciółki i piękno - bądź jego brak - krajobrazu, który ma przed oczami. Catherine oczekuje tego od Henry'ego, którego podziwia, choć rzadko kiedy jest w stanie zrozumieć. On jednak, mimo że duchowny, mężczyzna i starszy (od niej), odmawia (zazwyczaj) przyjęcia roli moralnego i intelektualnego mentora. Nie dlatego, że chce zachować Catherine w stanie ignorancji. Henry nie należy ani do tych mężczyzn, dla których "głupota kobiety niezwykle podnosi jej urok osobisty", ani do tych "zbyt rozsądnych i zbyt wykształconych, by szukać w kobiecie czegokolwiek więcej nad ignorancję" (nie jest też oczywiście mizoginem). Henry opiera się pokusie kształtowania młodego umysłu na własne podobieństwo, odmawia objaśniania świata Catherine po to, żeby nauczyła się myśleć s a m o d z i e l n i e. I to mu się udaje.

I tu natrafiamy na trop trzeci: Wkraczanie w dorosłość. Bo przecież dorosłość to zdolność do rozumienia i oceniania tego, co się wokół nas dzieje i podejmowania właściwych decyzji w oparciu o własny rozsądek. Podróż Catherine z domu do Bath, Northanger i z powrotem okazała się dużo dalszą, niż ekscytujące podróże bohaterek czytywanych przez nią gotyckich powieści. Podczas niej z naiwnej dziewczynki Catherine zmieniła się w racjonalnie myślącą kobietę.

To wszystko (i dużo, dużo więcej) znajdziemy w "Opactwie Northanger", tej najbardziej błahej powieści Jane Austen, opisane lekko, wdzięcznie i błyskotliwie. A kto nie rozumie jeszcze, dlaczego tak lubię Henry'ego Tilneya pomimo wygłaszanych przez niego opinii na temat kobiet, ten po prostu musi sięgnąć po książkę.





Oczywiście "Opactwo Northanger", jak wszystkie powieści Jane Austen, doczekało się ekranizacji. Zapewne niejednej, ja obejrzałam wersję z 2007 roku w reżyserii Jona Jonesa, według scenariusza Andrew Daviesa (który jest znany z ekranizacji klasyki, również Austen), zrealizowaną dla brytyjskiej telewizji ITV. Naturalnie w tej wersji "Opactwo..." jest tylko lekką komedyjką, ale jako telewizyjna rozrywka się broni, głównie za sprawą świetnie dobranej obsady.

*** JJ Feild i Felicity Jones jako Henry i Catherine,
"Northanger Abbey" (2007), źródło: fanpop.com ***
Felicity Jones jako Catherine jest słodka, uroczo naiwna i śliczna, a JJ Feild jest dokładnie takim Henrym, jakiego opisała Jane Austen ("[he had] a very intelligent and lively eye, and, if not quite handsome, was very near it"). Również Catherine Walker dobrze wypadła w roli poważnej Eleanor Tilney. Carey Mulligan jako Isabella Thorpe, jest nieco zbyt... wydekoltowana, to po pierwsze, wystarczy jedno spojrzenie na jej dekolt, żeby wiedzieć o niej wszystko. Po drugie, przez jej sztuczną słodycz zbyt wyraźnie przebija fałsz i obawiam się, że nawet osoba tak naiwna jak Catherine Morland mogłaby podejrzewać, że coś jest nie tak.

Twórcy ekranizacji dosyć nonszalancko obeszli się z materiałem literackim, odchodząc od pierwowzoru i inaczej rozmieszczając akcenty (i upraszczając, rzecz jasna), a niekiedy popuszczając wodze fantazji. W rezultacie powstał film nie o dojrzewaniu w sensie intelektualnym, ale o dojrzewaniu... w zupełnie innym aspekcie. Scena w wannie jest całkiem zabawna, ale sądzę, że Jane przewraca się w grobie. Choć po namyśle wydaje mi się jednak, że ją może też by rozbawiła. Film trwa niespełna 90 min. Szkoda, bo dodatkowe pół godziny pozwoliłoby lepiej poprowadzić akcję, zwłaszcza w końcówce. A ja chętnie pooglądałabym przez kolejne 30 min. te śliczne sukienki, płaszczyki, spencerki i kapelusze.

---
* Wszystkie cytaty w tłumaczeniu A. Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Jane Austen, "Opactwo Northanger", Oxford Educational, seria Klasyka Romansu.

wtorek, 9 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: sir Arthur i ktoś jeszcze

(Wpis pierwotnie opublikowany 10.05.2014 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")




Nie tylko jego dzieła wciąż inspirują (patrz: fenomenalny, inteligentnie zabawny "Sherlock" na miarę naszych czasów), również życie sir Arthura Conan Doyle'a jest pożywką dla współczesnej twórczości. Doyle - niespełniony okulista, ale uznany pisarz, szacowny ojciec rodziny i członek elity edwardiańskiej Anglii jest jednym z tytułowych bohaterów powieści Juliana Barnesa "Arthur & George", niezwykłej podwójnej biografii. Drugim jest George Edalji, syn anglikańskiego pastora, skromny prawnik.

Arthur i George żyją w różnych światach, ich ścieżki skrzyżują się w pierwszych latach XX w. w dramatycznych okolicznościach. W wiosce Great Wyrley dochodzi do serii brutalnych okaleczeń zwierząt. Oskarżenie pada na George'a, który zostaje postawiony przed sądem i otrzymuje drakoński wyrok. Oskarżenie jest absurdalne i nie ma żadnych racjonalnych podstaw. George zostaje wytypowany jako sprawca wyłącznie z jednego powodu: lokalna społeczność jest zdania, że "żaden Anglik nie byłby zdolny do popełnienia takiej zbrodni", a społeczność ta widzi w George'u obcego. George bowiem, choć urodził się w Anglii, otrzymał angielskie wychowanie i wykształcenie i sam uważa się za Brytyjczyka, w pełni identyfikując się z brytyjską kulturą, przez innych nie jest tak postrzegany. Różni go jeden, z pozoru bez znaczenia, szczegół: nieco ciemniejszy odcień skóry. Ojciec Georga, ów anglikański pastor, wyemigrował do Anglii z Indii - jest Hindusem.


Pomimo oczywistych błędów w dochodzeniu i postępowaniu sądowym George zostaje skazany na ciężkie roboty i nie ma żadnej możliwości odwołania - w Anglii nie funkcjonują wówczas sądy apelacyjne, wyrok jest ostateczny. Wtedy właśnie w życie George'a wkracza Arthur. Doyle na chwilę wciela się w swojego bohatera Sherlocka i prowadzi śledztwo, które ma wskazać prawdziwego sprawcę wydarzeń z Great Wyrley. Organizuje też kampanię społeczną mającą na celu oczyszczenie imienia George'a, która wpłynęła na wprowadzenie do systemu wymiaru sprawiedliwości sądów apelacyjnych.

Julian Barnes dotarł do listów, dokumentów sądowych, rządowych raportów i tekstów z ówczesnych gazet związanych ze sprawą z Great Wyrley. Na jej kanwie snuje opowieść o brytyjskości, tożsamości, rasizmie, winie. Ale również o miłości, wierności i granicach poznania. Sprawa procesu George'a i walki o jego uniewinnienie jest klamrą spinającą powieść, ale w warstwie fabularnej poznajemy też dzieciństwo obydwu bohaterów, a także ich późniejsze losy. Barnes pokazuje również dzieje pierwszego małżeństwa Doyle'a, jego związku z Jean Leckie, z którą Doyle ożeni się po śmierci pierwszej żony, a także zaangażowania pisarza (lekarza i racjonalisty!) w ruch spirytystyczny. Fascynująca lektura.

A wracając do "Sherlocka", który zasługuje na osobny esej (ale się powstrzymam), to nie przypominam sobie, kiedy ostatnio oglądałam serial, który tak by mnie rozbawił. Jednak widzom TVP2, którzy musieli oglądać go w tłumaczeniu i z lektorem, należą się wyrazy współczucia, w telewizyjnym tłumaczeniu "Sherlock" był dwa razy mniej śmieszny niż w oryginale. Tłumacz serialu chyba nie zrozumiał niektórych żartów i sytuacji, a w wielu przypadkach zamiast tłumaczyć słowa bohaterów, obrażał inteligencję widzów (zapewne sądził po sobie) i tłumaczył, co bohaterowie mają na myśli. A inteligencja to tutaj słowo-klucz. No skandal jednym słowem.

---
Julian Barnes "Arthur & George". Świat Książki, Warszawa 2010. Przekład Joanna Puchalska.

czwartek, 4 września 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: "Kwinkunks"

(Ten wpis pierwotnie ukazał się 27.11.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")



Napisanie tej powieści zajęło autorowi 12 lat. Co prawda jej przeczytanie zajmie znacząco mniej czasu, ale jeżeli szukacie książki na długie (naprawdę długie) zimowe wieczory, jest to propozycja warta rozważenia. Powieść w polskim wydaniu liczy 1155 stron (plus posłowie autora).

Charles Palliser jest mi znany wyłącznie jako autor tej jednej powieści. Po chwili szperania w Internecie dowiedziałam się, że istotnie książki wychodzą spod jego ręki niezmiernie rzadko. Od roku 1989, gdy Palliser, przez wiele lat uniwersytecki wykładowca literatury, zadebiutował jako powieściopisarz (właśnie „Kwinkunksem”), wydał zaledwie pięć książek. I nie ma w tym nic dziwnego, jeśli wszystkie jego powieści są równie misternie skonstruowane.  
 „Kwinkunks” jest owocem fascynacji autora literaturą dziewiętnastowieczną – jest to współczesna rekonstrukcja powieści wiktoriańskiej. Z pozoru to książka, jaka mogłaby wyjść spod pióra Dickensa. Głównym bohaterem jest chłopiec mieszkający z matką - niczym w Arkadii - w wiejskim domu gdzieś w spokojnym zakątku Anglii. Dzieciństwo Johna upływa beztrosko i w dobrobycie, ale żyje on wśród tajemnic. Nie zna swojego ojca, ani też rodziny matki, i nic nie wie o wrogich siłach, czyhających na niego od chwili jego przyjścia na świat. Wkrótce siły te dochodzą do głosu; John i jego matka tracą swoje niebo i trafiają do piekła londyńskich dzielnic biedoty. Aby odzyskać utracony raj, John musi rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia. Owa zagadka wiąże się z historią pięciu rodów, których losy splecione są ze sobą, i z symbolem kwinkunksa, który okaże się również kluczem do jej rozwiązania.

Tę tajemnicę musi również odkryć czytelnik - i to na własną rękę. Okazuje się bowiem, że „Kwinkunks” jest  tylko powierzchownie podporządkowany zasadom powieści dziewiętnastowiecznej. W rzeczywistości autor prowadzi ze współczesnym czytelnikiem inteligentną grę (w istocie „Kwinkunks” jest rekonstrukcją „ironiczną”). Nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele, by nie psuć przyjemności czytania i samodzielnego odkrywania tej książki. Niektóre z tajemnic swojego warsztatu (i powieści) Palliser zdradza w posłowiu (a to, jak wiadomo, czytamy po zapoznaniu się z dziełem). Zdradzę tylko, że narrator, a jest nim John, nie jest w tej powieści do końca wiarygodny i pewne swoje odkrycia i wnioski wręcz ukrywa przed czytelnikiem.
Na kartach „Kwinkunksa” Charles Palliser odmalował panoramę społeczeństwa Anglii pierwszej połowy XIX w. Śledząc losy Johna, zaglądamy na pełne przepychu salony arystokracji i do zamożnych domów przedstawicieli klasy średniej; razem z biedakami przeszukujemy kanały i jesteśmy świadkami przestępczych procederów. Na pewien czas trafiamy do więzienia dla dłużników, do szkoły z internatem, która z placówką oświatową ma tyle wspólnego, co obóz pracy z obozem harcerskim (bardzo po dickensowsku), a nawet do zakładu dla obłąkanych. Poznajemy ludzi i podłych, i szlachetnych, drobnych cwaniaczków i wielkich oszustów.
W powieści bardzo wiele miejsca zajmują kwestie ekonomii i ustroju społecznego. To pieniądz jest motorem całej fabuły, a walka o parę pensów na kawałek chleba jest równie dramatyczna, jak gra o wielką fortunę. Filozoficzne dysputy dotyczące problemów polityczno-ekonomicznych, a zarazem moralnych, toczy ze sobą – w mieszkaniu składającym się z połowy podnajętego pokoju w jakimś zaułku biedoty – para zdeklasowanych dżentelmenów, niegdyś parających się prawem, obecnie aktorów teatrzyku kukiełkowego. Poruszanie tych kwestii w powieści dziewiętnastowiecznej byłoby jak najbardziej zrozumiałe, to przecież właśnie wtedy formowały się teorie Marksa i Engelsa. Ten aspekt książki jednak równie mocno odzwierciedla czasy, w których ona rzeczywiście powstawała, czyli lata 80. wieku dwudziestego, okres rządów Margaret Thatcher, kiedy w Wielkiej Brytanii społeczna dyskusja dotycząca tych kwestii była niezwykle gorąca. Również teraz, prawie ćwierć wieku po ukazaniu się drukiem, ta powieść wydała mi się zaskakująco aktualna. Drobni ciułacze tracący oszczędności życia wskutek machinacji spekulantów, którzy budują na ich naiwności swoje fortuny, nieodparcie przywodzą na myśl współczesne afery i kryzys finansowy roku 2008, kiedy pękła spekulacyjna bańka, podatnicy składali się na ratowanie upadających banków, a ich prezesi wypłacali sobie wielomilionowe premie.
Czytanie „Kwinkunksa” jest zajęciem tyleż ciekawym, co meczącym. Ta powieść wymaga ciągłego skupienia uwagi i zapamiętywania szczegółów, co przy jej objętości może stanowić nie lada wyzwanie. (Choć przy okazji jest to świetny trening umysłowy, godny polecenia osobom chcącym rozruszać swoje szare komórki). Czytelnik nie może sobie pozwolić nawet na moment dekoncentracji, bo wszystkie elementy w powieści są częścią bardzo precyzyjnej układanki. Kiedy pewnej zimowej nocy do domu matki Johna puka dwoje zmarzniętych wędrowców, proszących o wsparcie, można być pewnym, że ich rola w tej historii na tym się nie skończy (a być może nawet rozpoczęła się dużo wcześniej). Jakkolwiek akcja obfituje w wiele zwrotów i emocjonujących wydarzeń, to cała powieść skonstruowana jest w ten sposób, że „czytamy […] nie tyle dlatego, że chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej, lecz raczej dlatego, że chcielibyśmy dowiedzieć się, co się przedtem wydarzyło, aby móc zrozumieć to, co już do tej pory przeczytaliśmy” – jak pisze autor w posłowiu.
Po raz pierwszy czytałam tę książkę dziesięć lat temu, kiedy została wydana w Polsce. Niedawno przeczytałam ją powtórnie. Jeżeli chodzi o główny wątek, doszłam do tych samych wniosków, co za pierwszym razem, ale teraz wyjaśniłam sobie wszystko w sposób dużo bardziej zadowalający, rozwikłałam również zagadki dotyczące większości wątków pobocznych. (Mówiąc precyzyjnie, za pierwszym razem stawiałam prawdopodobne hipotezy, teraz wydaje mi się, że znalazłam na ich poparcie wystarczające dowody). Przyznam jednak, że jeden aspekt tej powieści, związany z jej formą, umknął mojej uwadze zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem (w międzyczasie zdążyłam zapomnieć, że czytałam posłowie, gdzie autor wyjaśniał tę kwestię; oczywiście zapomniałam też zawiłości fabuły). Pocieszam się, że nie byłam w tym osamotniona. Nadanie powieści tej szczególnej formy „okazało się niezwykle trudne i czasochłonne – ujawnia Palliser. – Jak na ironię jednak ten akurat aspekt powieści prawie nie został zauważony ani przez krytyków, ani przez czytelników”. 
Więcej już nie zdradzę. Czytajcie i odkrywajcie, a ja za kolejne dziesięć lat pewnie znów sięgnę po tę książkę i być może zgłębię wtedy wszystkie jej tajemnice (kilka zdań ciągle jest dla mnie zagadkowych).


***
Charles Palliser "Kwinkunks". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003. Przekład Maria Streszewska-Hallab.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: William Golding w podróży na krańce świata. Trylogia morska




Na falach oceanu unosi się trzeszczący, wiekowy żaglowiec, zagubiony gdzieś w jego niezmierzonych przestworzach podczas podróży do Australii. Ni to pies, ni wydra - statek pasażerski, a jednocześnie okręt wojenny marynarki Jego Wysokości Jerzego III. Mamy pierwsze lata XIX w. Podczas wielomiesięcznego rejsu statek stanowi mikrokosmos, w którym rozgrywają się mniejsze i większe ludzkie dramaty. Obserwujemy je oczami jednego z pasażerów, młodego arystokraty Edmunda Talbota, który spisuje historię rejsu w dzienniku.

Zawsze unikałam  książek i filmów o tematyce marynistycznej, a to z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na monotonię scenerii, a po drugie - brak kobiet w tej scenerii. Jednym słowem: nuda. Ale trylogia Goldinga to jedna z najlepszych książek, z jakimi się w życiu zetknęłam. (A właściwie trzy książki, jedne z najlepszych... Pierwsza z nich, "Rites of Passage" - nagrodzona Bookerem - miała pierwotnie stanowić skończoną całość i wiele czasu minęło, zanim pisarz doszedł do przekonania, że nie może zostawić Edmunda, pozostałych pasażerów i członków załogi gdzieś na środku Atlantyku, na pastwę losu. Potrzebne były jeszcze dwie książki, by podróż doprowadzić do celu). Sceneria co prawda jest monotonna: stary żaglowiec, mocno wysłużony, właściwie niemal już wrak i wcale nie jest pewne, czy nie rozpadnie się przed końcem podróży (będzie to przedmiotem wielu niepokojów w części drugiej i trzeciej). Morze raz spokojne, raz wzburzone i wściekłe, ale nie o scenerię tu chodzi, ani o jakąś tam, nudną jak flaki z olejem, walkę człowieka z żywiołem (choć ona trwa nieustannie), a o to, co dzieje się w tym miniaturowym społeczeństwie, odzwierciedlającym społeczeństwo angielskie z jego podziałami klasowymi. Na statku ludzie rodzą się i umierają, zadzierzgnięte zostają silne więzy przyjaźni, kiełkuje miłość*. Ale natura ludzka ujawnia też swoją prymitywną, brutalną stronę. Kwestia statusu społecznego i tego, co z niego wynika, jest jednym z głównych tematów - przede wszystkim części pierwszej. Edmund, z racji swojego urodzenia i przynależności do rodu Talbotów lub też Fitzhenrych, a przede wszystkim dzięki protekcji swojego wpływowego "wielce czcigodnego" ojca chrzestnego, Jego Lordowskiej Mości, trzęsącego rządem angielskim, ma świat u swoich stóp - a przynajmniej tak mu się wydaje.

"Rytuały morza", polski tytuł pierwszej książki, spłaszcza wieloznaczność tytułu angielskiego. Passage może oznaczać po prostu podróż lub przeprawę, ale rites of passage to rytuały przejścia, w sensie obrzędów inicjacyjnych. Ten tytuł można odnieść do tego, co spotkało pastora Colleya podczas przekraczania równika, ale również do tego, co stało się z samym Edmundem podczas rejsu. Chodzi oczywiście o jego dojrzewanie, a także o przemianę (dzięki przeżyciu i zrozumieniu historii Colleya i swojego w niej udziału, przyjaźni z panem Summersem, pierwszym oficerem na statku, z panem Prettimanem, filozofem społecznym, demokratą i radykałem, panną Granham, która w postaci niepozornej guwernantki ukrywa umysł wyemancypowanej kobiety) z członka angielskiej klasy wyższej - w człowieka.

"To the Ends of the Earth" z pewnością zasługuje na długi esej i poważną analizę i na pewno na blogu do trylogii Goldinga jeszcze wrócę. Na razie poprzestanę na tej chaotycznej notce, mając nadzieję, że kogoś zachęci do sięgnięcia po książki. W części drugiej ("Close Quarters/Twarzą w twarz") atmosfera na statku jeszcze bardziej się zagęszcza, a w części trzeciej ("Fire Down Below/Piekło pod pokładem") ogień pod pokładem może wybuchnąć i dosłownie, i w przenośni. Dodam jeszcze, że mimo tak poważnej tematyki, książki zawierają sporą dozę komizmu i ich czytanie to prawdziwa przyjemność. (Polskie wydanie można znaleźć np. na Allegro, jeśli nie w bibliotece).

---
William Golding, "To the Ends of the Earth. A Sea Trilogy". Faber and Faber, London, 2005.

Pierwotnie wydane jako:
"Rites of Passage" (1980), "Close Quarters" (1987), "Fire Down Below" (1989).

Wydanie polskie:
"Rytuały morza", "Twarzą w twarz", "Piekło pod pokładem", (1994-1995).



Na zdjęciach wybrzeże Australii, gdzie dotarłam w roku 2010. Na szczęście podróżowałam statkiem powietrznym i moja podróż trwała znacznie krócej niż podróż pana Edmunda Talbota.

*Oczywiście nie ma tu na myśli Zenobii, miłość będzie w części drugiej i trzeciej.

sobota, 30 sierpnia 2014

Kolejny letni, jasny dzień

(Wpis pierwotnie opublikowany 25.05.2014 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA". Tutaj we fragmentach i z suplementem)







Dziś zakwitła pierwsza polna róża – a więc naprawdę zaczyna się lato! Dzień znowu jest piękny i jasny. Jedynie konieczność spełnienia obywatelskiego obowiązku trochę mi go psuje (znowu nie ma na kogo głosować).


Książkę znalazłam we własnym domu, chociaż pojęcia nie mam, skąd się u mnie wzięła. Okładki brak. Wydał ją „Czytelnik” w roku 1949. „Jasny dzień” autorstwa J.B. Priestleya (1894-1984). Postanowiłam przeczytać ją ze względu na rok wydania. Byłam ciekawa, jakie książki zagranicznych, zachodnich autorów można było publikować w Polsce w roku 1949. W dodatku chodzi o książkę (wtedy) nową, bo w Wielkiej Brytanii ukazała się zaledwie trzy lata wcześniej. A w Polsce „Jasny dzień” wydano przecież w bardzo mrocznych czasach. Być może zaważyło to, że Priestley miał lewicowe poglądy i uchodził za prokomunistycznego. 

Dopiero zaczęłam czytać i jeszcze nie wiem do końca o czym jest ta książka i czy mi się podoba. Akcja toczy się tuż po wojnie, bohaterem jest scenarzysta filmowy, który w sennym hotelu na wybrzeżu Kornwalii próbuje dokończyć scenariusz. Ta praca zostaje przerwana, gdy w starszej parze, zajmującej sąsiedni stolik w jadalni, dostrzega znajomych sprzed wielu lat. To spotkanie zmusza bohatera do sięgnięcia pamięcią 30 lat wstecz, do czasu, gdy się poznali; z jakiegoś powodu czuje, że przypomnienie sobie i poddanie analizie tamtych wydarzeń jest koniecznością. Fabuła cofa się do czasu tuż przed I wojną światową, kiedy młody bohater rozpoczyna swoją pierwszą w życiu pracę w firmie handlującej wełną i poznaje niezwykłą rodzinę dyrektora filii. A więc rzecz dzieje się w mojej ulubionej epoce (jednej z ulubionych), w Anglii na początku XX w. Czytam dalej (na razie ani słowa o Marksie i Leninie).

***

Aktualizacja 30.08.2014 

Wspomnienia lektury "Jasnego dnia" już się nieco zatarły w mojej pamięci, ale książka mi się podobała. W tym roku - obfitującym w okrągłe rocznice - natknęłam się na sporo książek rozliczających się z I wojną światową, dziwnym trafem bo nie było to moje zamierzenie, i tę można również wpisać w ten nurt. Zaludniają ją bohaterowie, którzy z okopów już nie wrócili. W imię czego zginęli? - zastanawia się główny bohater-narrator. Ale jest to dosyć dziwna powieść (nie umiem tego inaczej określić). Bohater, przebywszy we wspomnieniach ową daleką drogę do ostatniego roku, w którym istniał stary świat, prześledziwszy, co wydarzyło się wówczas - i potem - w kręgu jego znajomych, nie umie określić, jaki sens miały te wydarzenia, jaki sens miała dla niego ta podróż w czasie, po co ją odbył. Powieść nie kończy się żadną konkluzją, miałam wrażenie, że równie dobrze mogłaby się skończyć pięćdziesiąt stron wcześniej, jak i toczyć przez kolejne pięćdziesiąt. Jedynym jej podsumowaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest pytanie: czy życie jest historią, która biegnie do jakiegoś celu, czy jedynie ciągiem przypadkowych zdarzeń?

czwartek, 28 sierpnia 2014

Z MOJEJ PÓŁKI: 200 lat "Mansfield Park"




*** Po lewej: bursztynowy krzyżyk i dwa naszyjniki - moja ilustracja jednej z istotnych scen w "Mansfield Park" ***

 

Piękne panny na wydaniu z szacownych (choć niekoniecznie majętnych) rodzin, w zwiewnych, białych sukienkach w stylu empire, w wiązanych pod brodą kapeluszach-budkach; dziedzice wielkich fortun lub, przeciwnie, młodsi synowie bez szans na majątek; pikniki, bale i tańce, podwieczorki z muzyką, oczywiście wykonywaną na harfie przez owe powabne panny, wizyty i rewizyty; sielanka angielskiej prowincji, bujne ogrody, pachnące różami w rozkwicie lata i miłosne perypetie, zawsze prowadzące najlepiej dobrane pary na ślubny kobierzec, choć drogami zazwyczaj krętymi – z tym właśnie kojarzy się świat książek Jane Austen. Brzmi jak wstęp do taniego romansidła, ale powieści Jane Austen na pewno tanimi romansidłami nie są.
 
Nie jestem pewna, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością, ale wydaje mi się, że było to w czasach szkolnych, kiedy obejrzałam w telewizji serial BBC „Duma i uprzedzenie” ze słynną (i wielokrotnie cytowaną przez popkulturę – patrz np. Bridget Jones) rolą Colina Firtha wcielającego się w postać pana Darcy. Potem były inne filmy i seriale, i próba, również w czasach szkolnych, przeczytania „Sense and sensibility” w oryginale. Bardzo mnie ta lektura zmęczyła (być może względu na niedostateczną wówczas znajomość angielskiego, a może dlatego, że w dorobku Austen „Rozważna i romantyczna” najmniej mi się podoba, o czym się niedawno przekonałam), rzuciłam ją po kilku rozdziałach i do książek panny Austen przez długie lata już nie wróciłam. Aż do tego (już ubiegłego) lata. Właśnie w tym roku minęła dwusetna rocznica wydania „Mansfield Park” (książka wyszła drukiem w maju 1814 roku) - natknęłam się na jakiś rocznicowy artykuł w Internecie, co zainspirowało mnie do nadrobienia zaległości i zapoznania się z tą i pozostałymi powieściami Jane Austen. Wcześniej nic mnie do tego nie skłaniało, historie uważałam za błahe, a przecież znałam je już z filmów. Błąd, bo wśród lepszych i gorszych ekranizacji - książek w ogóle - nie pojawiła się jeszcze chyba taka, która w pełni oddałaby sprawiedliwość literackiemu pierwowzorowi i być może nigdy się nie pojawi.


  
  
Postać Jane Austen to w całej historii literatury zjawisko niezwykłe. Czy komuś jeszcze udała się sztuka utrzymywania przez 200 lat na "światowych listach bestsellerów"? Jej książki, choć można je zaklasyfikować jako komedie lub romanse, są jednak podszyte czymś znacznie głębszym, niż chęcią dostarczenia czytelnikowi rozrywki. Jane Austen to wnikliwa obserwatorka społeczeństwa, znawczyni ludzkiej natury, promotorka oświecenia kobiet i prekursorka feminizmu. Obdarzonej mądrością, błyskotliwą inteligencją i wyrafinowanym poczuciem humoru (oraz prawdopodobnie dosyć poślednią urodą i zdecydowanie niewystarczającym majątkiem), z pewnością ciężko jej było żyć w wąskich ramach, w które kobiety wtłaczało społeczeństwo Anglii początku XIX w. Ale w jej książkach próżno szukać głosu zgorzkniałej starej panny. 

 „Mansfield Park” to powieść szczególna w dorobku Austen. Pierwsza napisana przez dojrzałą pisarkę; jej poprzednie (i najsłynniejsze) książki były przeróbkami utworów pisanych przez bardzo młodą Jane. Poważna w tonie, choć nie brak w niej tak charakterystycznej dla Jane Austen ciepłej ironii. (W ogóle "ironia" to słowo-klucz w pisarstwie panny Jane; czytając jej książki trzeba się stale mieć na baczności, czy aby narratorka nie stroi sobie właśnie żartów z bohaterów albo z czytelników; również wiele z jej postaci wypowiada się w sposób cudownie ironiczny, a czasem sarkastyczny). „Mansfield Park” jest książką równie niepozorną, co jej główna bohaterka, małomówna i trzymająca się w cieniu Fanny Price. Akcja toczy się rytmem od spaceru do kolacji, a najbardziej ekscytujące wydarzenia, w których uczestniczy bohaterka, to całodzienna wycieczka do posiadłości narzeczonego kuzynki (dzięki tej wyprawie dowiedziałam się co to takiego jest ha-ha, a także barouche - po polsku: kalesza) oraz próby do domowego przedstawienia teatralnego, w których zresztą Fanny odmawia aktywnego udziału. Jest jeszcze rozdzierający serce dylemat: który naszyjnik założyć na bal? Nie, nie piszę tego ironicznie, scena z wyborem naszyjnika jest naprawdę jedną z najważniejszych w powieści i w całej krasie prezentuje nieskazitelny charakter Fanny i jej umiejętność postąpienia właściwie w każdej sytuacji.


*** Po lewej ilustracja C.E. Brocka do wydania "Mansfield Park" z 1908 r. Źródło: www.mollands.net ***
 

„Mansfield Park” można odczytać jako głębokie studium charakterów i traktat o moralności. Fanny Price, choć nieśmiała, cicha i niepozorna, wykazująca daleko posuniętą niechęć do bycia w centrum uwagi, jest również bardzo inteligentna, ma rozwinięty zmysł obserwacji, niezależność opinii i trafność osądów. Paradoksalnie, ta skromna dziewczyna jest chyba najsilniejszą i najbardziej niezależną z austenowskich bohaterek. Dziesięcioletnia Fanny, najstarsza córka spośród licznej gromadki rodzeństwa, została oddana pod opiekę arystokratycznych, bogatych krewnych. W posiadłości Mansfield Park dorasta i zmienia się w kobietę, a także uświadamia sobie, że uczucia, którymi darzy swojego kuzyna Edmunda, towarzysza i jedynego przyjaciela, nie są wcale z gatunku tych siostrzanych. (Co nie jest niestosowne w sposób, w jaki dziś moglibyśmy na to patrzeć; jedyna niestosowność takiego związku wynika z faktu, że Fanny jest biedna, a od Edmunda oczekuje się, że znajdzie majętną żonę). Jednak gdy w sąsiedztwie pojawia się piękna, utalentowana i błyskotliwa Mary Crawford, Edmund wkrótce znajduje się pod jej urokiem. Zanim w ostatnim rozdziale (jak zwykle u Jane Austen – i za to właśnie ją lubię) każdy z bohaterów dostanie to, na co zasłużył, Fanny odrzuci wygodne pozory szczęścia, wykaże się niezłomnością postanowień i hartem ducha. Nie ulegnie namowom i nigdy nie straci z oczu swojego wewnętrznego moralnego drogowskazu. „We have all a better guide in ourselves – mówi Fanny – if we would attend to it, than any other person can be.”


*** Po lewej: współczesna ilustracja inspirowana "Mansfield Park" autorstwa Jennifer Jermantowicz (źródło: pasaii.com) - tak właśnie wyobrażam sobie Fanny; po prawej: okładka jednego z wydań Penguina; wspominałam, że moment z naszyjnikami jest bardzo istotny? ***


Z MOJEJ PÓŁKI. Opętanie

(Wpis pierwotnie opublikowany 23.04.2013 na moim starszym blogu "Dom Pracy Twórczej TARNINA")




"Droga Panno LaMotte.
Nasza rozmowa na śniadaniu u drogiego Crabba sprawiła mi wielką przyjemność. [...] Czy wolno mi żywić nadzieję, że rozmowa ta ucieszyła również i Panią - i czy mogę mieć zaszczyt złożenia Pani wizyty? Wiem, że żyje Pani cicho na uboczu, ale ja będę bardzo cichy - pragnę jedynie omówić z panią Dantego, Szekspira, Wordswortha, Coleridge'a, Goethego, Schillera [...]. Proszę, niech Pani odpisze. Sądzę, że Pani wie, z jak wielką radością powita Pani przychylną odpowiedź
szczerze oddany
Randolph Henry Ash
[...]

Drogi Panie Ash.
[...] Żyję w zamkniętym kręgu, obcując sama ze sobą - tak jest najlepiej - nie jak Księżniczka w gąszczu cierni, w żadnym wypadku, lecz raczej jak tłusta i nader z siebie rada Pajęczyca w samym środku lśniącej pajęczyny, jeśli wybaczy Pan tę nieco niemiłą Analogię. [...] Jestem istotą Pióra, Panie Ash, Pióro to moja najlepsza cząstka, załączam tedy Wiersz, na znak szczerej wobec Ciebie życzliwości. Czy nie przedkłada Pan Wiersza, choćby niedoskonałego, nad talerz sandwiczów z ogórkiem, choćby najcudowniej pokrajanych i najdelikatniej osolonych? Wiesz przecież, co byś wolał, i ja także. [...]


Twoja do pewnych usług
Christabel LaMotte"

A.S. Byatt, "Opętanie" - fragment

***

Gdybym miała być zesłana na bezludną wyspę i mogła zabrać ze sobą tylko jedną książkę, być może wybrałabym właśnie "Opętanie" A.S. (Antonii Susan) Byatt. Nie dlatego, że uważam tę powieść za szczególnie istotną w historii literatury, ale dlatego, że jest wspaniałym towarzyszem i czytanie jej jest ogromną przyjemnością. Zresztą już raz mnie uratowała. Kupiłam ją parę lat temu w księgarni na lotnisku w Perth, za ostatnie australijskie dolary. Tylko dzięki niej przetrwałam ciągnący się w nieskończoność lot z Australii do domu, z przesiadkami w Kuala Lumpur i Londynie, który na domiar złego z powodu mgły zakończył się nieplanowo w Katowicach. Ani tytuł, ani nazwisko autorki nic mi wtedy nie mówiło, a do sięgnięcia po nią skłoniła mnie intrygująca okładka, przedstawiająca jętkę zamkniętą w szklanym kloszu... I notka na okładce, że ta książka zdobyła Nagrodę Bookera w 1990 roku. Książka na tyle mi się spodobała, że kiedy jakiś czas później w księgarni natknęłam się na polskie wydanie, postanowiłam przeczytać ją jeszcze raz, tym razem po polsku.

***

Był ranek pewnego wrześniowego dnia 1986 roku, gdy dr Roland Mitchell, młody, niespełniony i niedoceniany literaturoznawca, raczej zdolny, lecz z deficytem wiary w siebie i siły przebicia, wertując w czytelni Biblioteki Londyńskiej stare, zakurzone księgi, w jednej z nich znalazł coś, czego się zupełnie nie spodziewał. Kilka luźnych kartek, a na nich dwa brudnopisy gorączkowego listu, pisane ręką wiktoriańskiego poety, którego twórczość była przedmiotem badań Rolanda. Listy zaczynały się od słów "Droga Pani", a z ich treści wynikało, że spotkanie z ich adresatką, również zajmującą się literaturą, wywarło na poecie ogromne wrażenie. Zawierały namiętną wręcz prośbę o możliwość ponownego spotkania. Czy właściwy list został wysłany? Kim była owa niezwykła kobieta, do której był adresowany? Czy się spotkali i jak potoczyła się ich znajomość? Dla Rolanda odkrycie nieznanych dotąd faktów z życia słynnego poety mogło być wydarzeniem, które skierowałoby jego karierę naukową na właściwe tory. Ale... od początku Roland czuje, że ta zagadka jest dla niego czymś bardziej osobistym.

Tak zaczyna się ta opowieść. Dalej toczy się dwutorowo, śledzimy historię znajomości (i romansu - oczywiście nie skończyło się na dyskusjach o Szekspirze) dwójki dziewiętnastowiecznych (fikcyjnych) poetów i równocześnie tworzącą się relację między dwojgiem młodych naukowców badających ich życie (Roland zwrócił się o pomoc do dr Bailey, historyczki literatury z nurtu feministycznego). "Opętanie" to powieść literacko-detektywistyczna, romans, powieść kampusowa w stylu Davida Lodge'a. Satyryczna (w opisie środowiska akademickiego), momentami wręcz groteskowa, gdzie indziej wzruszająca i refleksyjna. A.S. Byatt mistrzowsko włada piórem i oddaje głos bezpośrednio swoim bohaterom. Narracja przerywana jest pisanymi przez nich utworami: listami, pamiętnikami, wierszami i poematami, a nawet naukowymi literaturoznawczymi pracami. Szczególnie w pamięć zapadają niepokojące baśnie tworzone przez Christabel LaMotte. Wszystko to są oczywiście fikcyjne utwory, stworzone przez autorkę na potrzeby powieści. Kilkanaście indywidualnych stylów pisarskich (nawet drugoplanowi bohaterowie parają się piórem i są dopuszczeni do głosu), kilka gatunków literackich. Jest to swoisty hołd oddany literaturze. Książka o tworzeniu literatury, jej czytaniu i odczytywaniu. O interpretacji i nadinterpretacji. Ale także o namiętności, miłości i poświęceniu; o życiu. Jednym słowem - idealna powieść na Dzień Książki.

"Opętanie" szczególnie polecam doktorantom i sfrustrowanym młodym naukowcom (nie tylko humanistom). Chociaż "współczesna" część akcji toczy się ćwierć wieku temu, w dodatku w innym kraju, jestem przekonana, że w opisie życia Rolanda znajdą echo własnych przeżyć. Pewne rzeczy są (niestety) niezmienne ;)



***
A.S. Byatt "Possession. A Romance". Vintage Books, London, 2009.
A.S. Byatt "Opętanie". Prószyński i S-ka, Warszawa 2010. Przekład Barbara Kopeć-Umiastowska.

***
Na zdjęciach: moja czytelnia pod modrzewiem i pogardzane przez Christabel sandwicze z ogórkiem.