Tytuł dzisiejszego wpisu nie oddaje dokładnie obecnej sytuacji pogodowej - zima już nadeszła. Ale nie chodzi o raport meteorologiczny, tylko o książkową fotoilustrację. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego tę
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotoilustracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotoilustracje. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 listopada 2015
Winter is coming!
Tytuł dzisiejszego wpisu nie oddaje dokładnie obecnej sytuacji pogodowej - zima już nadeszła. Ale nie chodzi o raport meteorologiczny, tylko o książkową fotoilustrację. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego tę
wtorek, 23 czerwca 2015
Zagadka fotograficzna
Przypomniałam sobie niedawno, że na swoim blogu mam zakładkę "Fotoilustracje". Kiedy zakładałam blog, pomyślałam, że od czasu do czasu będę tutaj zamieszczać zdjęcia ilustrujące czytane przeze mnie książki. Potem pomysł zupełnie wyleciał mi z głowy, wskutek czego tych fotograficznych ilustracji jest zaledwie kilka. Dzisiaj postanowiłam coś dołożyć, a przy okazji zabawić Was zagadką.
Podobno książka, której ilustracją jest poniższe zdjęcie, w zamyśle autorki miała być powieścią dla dorosłych czytelników. Jednak chociaż bohaterkę ma całkiem dojrzałą, w historii literatury zapisała się jednak jako klasyka literatury młodzieżowej - przy czym chodzi tu głównie o młodzież żeńską. Właściwie jest to klasyka młodzieżowego romansu. Liczy sobie już prawie dziewięćdziesiąt lat, ale wciąż jest darzona uwielbieniem przez liczne grono czytelniczek (Biblionetka: ocena 5/6; Lubimyczytać:7,5/10; Goodreads: 4,2/5). Na poniższych zdjęciach rekwizyty, które odegrały istotną rolę w rozwoju akcji w tej powieści. O jaką książkę chodzi?
A jeżeli chcielibyście sobie tę książkę przypomnieć (lub się z nią zapoznać), teraz jest dobry moment, bo najlepiej czyta się ją w czerwcu (ach, te opisy letnich wieczorów!).
piątek, 19 września 2014
Z MOJEJ PÓŁKI: Opactwo Northanger. "Natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."
To taki drobiazg, fraszka, błahostka. A trifle - jak mogłaby powiedzieć Jane Austen. Bardzo zabawna (naprawdę, polecam jako lekarstwo na chandrę i jesienne smutki) opowieść o młodej, głupiutkiej i naiwnej dziewczynie, która tak się zaczytała w gotyckich powieściach, że fikcja pomyliła jej się z życiem, co miało swoje konsekwencje - i śmieszne, i poważne. Owszem, w fabule znajdziemy słabe punkty, ale celność języka, wspaniale nakreślone postaci i słynny austenowski humor z nawiązką nam je wynagrodzą. Ktoś inny mógłby zrobić z tej historii pustą komedyjkę, albo jedynie dydaktyczną powiastkę: uważaj, co czytasz i jaki robisz z tego użytek; nie daj się ponieść wyobraźni. Ktoś inny mógłby z Catherine Morland zrobić irytującą głupią gęś. Mamy jednak do czynienia z dziełem mistrzyni, główna bohaterka została również wyposażona w przymioty, które czynią ją postacią wzbudzającą sympatię i zdecydowanie uroczą, a w powieści doszukamy się wielu warstw, jak zwykle zresztą u Austen. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że Jane Austen nie mogła napisać powieści naprawdę błahej? No i Jane w "Opactwie Northanger" stworzyła Henry'ego Tilneya, a byłoby wielką stratą dla ludzkości, gdyby mężczyzna taki jak Henry nigdy nie istniał, choćby tylko na papierze (doprawdy, Darcy jest przereklamowany).
Interpretując "Opactwo Northanger", możemy podążyć kilkoma tropami. Poniżej, bardzo pobieżnie, zaznaczę najważniejsze z nich.
Trop pierwszy: Literackie credo Jane Austen. W "Opactwie...", pierwszej powieści przygotowanej przez Austen do druku (ostatecznie wydano ją dopiero po jej śmierci), pisarka obiera swoją literacką drogę, podążając w zupełnie innym kierunku niż jej "siostrzyce po piórze"*. W owym czasie ogromnie popularna wśród czytelników jest sentymentalna powieść grozy i czołowa przedstawicielka tego nurtu, Ann Radcliffe. Młoda Jane manifestuje swoją artystyczną niezależność. Odrzuca niesamowite zwroty akcji, egzotyczne, mroczne scenerie, sensacyjne zdarzenia i sekrety zabarwione horrorem. Ucieka się w tym celu do parodii, jej powieść zawiera wszystkie elementy znane z owych "gotyckich" powieści - a właściwie ich zaprzeczenie. Catherine nie jest bohaterką, a anty-bohaterką i przeżywa anty-przygody. Zamiast młodości upływającej w cieniu mrocznej tajemnicy przeżywa beztroskie dzieciństwo w szacownej rodzinie. Zamiast w daleką, pełną mrożących krew w żyłach przygód podróż wyjeżdża pod opieką znajomych do nudnego uzdrowiska, a niebezpieczeństwa, jakie tam na nią czyhają, to na przykład porwanie - na przejażdżkę powozem - przez niezbyt przyjemnego kolegę jej brata. A gdy wreszcie znajdzie się w starym opactwie, okaże się ono całkiem nowoczesną i wygodną siedzibą - zamiast szkieletu za zasłoną Catherine znajdzie tam spis rzeczy do prania. Takie będzie pisarstwo Jane Austen, wydarzenia zwykłego życia z jego radościami i rozczarowaniami. Komizm i dramat codzienności.
Jednak Austen "nie uznaje brzydkiego i niemądrego obyczaju, powszechnie przyjętego wśród powieściopisarzy, który polega na umniejszaniu wzgardliwą krytyką wartości dzieł, do których powstania sami się przyczyniają". Bierze w obronę powieść jako gatunek literacki i bardzo wyraźnie podkreśla jej wartość. Bo czym jest powieść? To "tylko utwór, który świadczy o talencie, utwór, w którym dogłębna znajomość natury ludzkiej i celne obrazy jej różnorakich odmian, polotu, żywego dowcipu i humoru przekazane są światu w najwyborniejszym języku". Dosyć to wszystko przewrotne: powieść przestrzegająca przed czytaniem, parodiująca i wyśmiewająca inne powieści, jednocześnie będąca afirmacją powieści jako gatunku. A mamy również taki cytat:
" - [...] Ale pan na pewno wcale nie czyta powieści.To fragment rozmowy Catherine i Henry'ego. Wcześniej John Thorpe - bufon, błazen i łowca posagu - wyparł się przed Catherine czytania powieści, jako rozrywki zbyt błahej dla mężczyzny. Stąd zapewne wziął się jej pomysł, że "panowie czytają lepsze książki". Taka jednak była ówcześnie powszechnie przyjęta opinia, powieść to co najwyżej rozrywka i to drugiej kategorii, dobra może dla kobiet, ale tylko dla nich. Nie możemy uciec przed pytaniem, czy to aby nie właśnie dlatego, że odbiorcami powieści były głównie kobiety, a często również ich autorkami, tak małym poważaniem darzony był ten gatunek? To naprowadza nas na
- Czemu bym miał ich nie czytać?
- Bo nie są one dla pana dosyć mądre. Panowie czytają lepsze książki.
- Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi."
Rozmowa Catherine i Henry'ego (uczestniczy w niej również jego siostra), której fragment powyżej przytoczyłam, jest ze wszech miar ciekawa. Rozmawia się nie tylko o literaturze, ale też o udręce (słowo Catherine) edukacji, malarskich walorach krajobrazu i polityce, od "której tylko jeden krok do milczenia". Catherine wstydzi się swojej ignorancji, a narratorka czyni spostrzeżenia, które cytowałam w poprzednim poście. W toku konwersacji Henry zostaje nakłoniony do wygłoszenia następującej uwagi:
"Panno Morland, nikt nie może mieć wyższego mniemania o rozumie kobiet niż ja. W moim przekonaniu natura obdarzyła je tak bogato, że wystarczy im korzystać z połowy tych bogactw."Nie miejmy Henry'emu za złe tej ironicznej deklaracji. Po pierwsze włożyła ją w jego usta kobieta, a po drugie: ma rację. Henry (zostawmy ironię) słusznie zauważa, że kobiety nie są dotknięte wrodzonym brakiem zdolności intelektualnych (stwierdzenie bardzo postępowe, jak na owe czasy). One ich nie wykorzystują. Dlaczego? Bo ani ich tego nie uczono, ani się tego od nich nie oczekuje. Edukacja kobiet obejmowała tylko to, dzięki czemu zdobędą męża, a potem będą mogły wytwornie zabawiać gości i prowadzić dom. Te najgruntowniej edukowane, jak Julia i Maria Bertram z "Mansfield Park", mogły nauczyć się głównych rzek Rosji, ale nikt nie uczył ich myślenia. Ono nie było potrzebne, żeby zapewnić sobie opiekę mężczyzny, a nawet, jak gorzko zauważa Austen, całkiem niepożądane. Głupiutka Catherine wierzy we wszystko, co słyszy od innych, nigdy nie podaje w wątpliwość cudzych opinii. Oczekuje, że ktoś ją poinstruuje, co ma myśleć o sprawach tak różnych, jak niezrozumiałe dla niej zachowanie przyjaciółki i piękno - bądź jego brak - krajobrazu, który ma przed oczami. Catherine oczekuje tego od Henry'ego, którego podziwia, choć rzadko kiedy jest w stanie zrozumieć. On jednak, mimo że duchowny, mężczyzna i starszy (od niej), odmawia (zazwyczaj) przyjęcia roli moralnego i intelektualnego mentora. Nie dlatego, że chce zachować Catherine w stanie ignorancji. Henry nie należy ani do tych mężczyzn, dla których "głupota kobiety niezwykle podnosi jej urok osobisty", ani do tych "zbyt rozsądnych i zbyt wykształconych, by szukać w kobiecie czegokolwiek więcej nad ignorancję" (nie jest też oczywiście mizoginem). Henry opiera się pokusie kształtowania młodego umysłu na własne podobieństwo, odmawia objaśniania świata Catherine po to, żeby nauczyła się myśleć s a m o d z i e l n i e. I to mu się udaje.
I tu natrafiamy na trop trzeci: Wkraczanie w dorosłość. Bo przecież dorosłość to zdolność do rozumienia i oceniania tego, co się wokół nas dzieje i podejmowania właściwych decyzji w oparciu o własny rozsądek. Podróż Catherine z domu do Bath, Northanger i z powrotem okazała się dużo dalszą, niż ekscytujące podróże bohaterek czytywanych przez nią gotyckich powieści. Podczas niej z naiwnej dziewczynki Catherine zmieniła się w racjonalnie myślącą kobietę.
To wszystko (i dużo, dużo więcej) znajdziemy w "Opactwie Northanger", tej najbardziej błahej powieści Jane Austen, opisane lekko, wdzięcznie i błyskotliwie. A kto nie rozumie jeszcze, dlaczego tak lubię Henry'ego Tilneya pomimo wygłaszanych przez niego opinii na temat kobiet, ten po prostu musi sięgnąć po książkę.
Oczywiście "Opactwo Northanger", jak wszystkie powieści Jane Austen, doczekało się ekranizacji. Zapewne niejednej, ja obejrzałam wersję z 2007 roku w reżyserii Jona Jonesa, według scenariusza Andrew Daviesa (który jest znany z ekranizacji klasyki, również Austen), zrealizowaną dla brytyjskiej telewizji ITV. Naturalnie w tej wersji "Opactwo..." jest tylko lekką komedyjką, ale jako telewizyjna rozrywka się broni, głównie za sprawą świetnie dobranej obsady.
![]() |
| *** JJ Feild i Felicity Jones jako Henry i Catherine, "Northanger Abbey" (2007), źródło: fanpop.com *** |
Twórcy ekranizacji dosyć nonszalancko obeszli się z materiałem literackim, odchodząc od pierwowzoru i inaczej rozmieszczając akcenty (i upraszczając, rzecz jasna), a niekiedy popuszczając wodze fantazji. W rezultacie powstał film nie o dojrzewaniu w sensie intelektualnym, ale o dojrzewaniu... w zupełnie innym aspekcie. Scena w wannie jest całkiem zabawna, ale sądzę, że Jane przewraca się w grobie. Choć po namyśle wydaje mi się jednak, że ją może też by rozbawiła. Film trwa niespełna 90 min. Szkoda, bo dodatkowe pół godziny pozwoliłoby lepiej poprowadzić akcję, zwłaszcza w końcówce. A ja chętnie pooglądałabym przez kolejne 30 min. te śliczne sukienki, płaszczyki, spencerki i kapelusze.
---
* Wszystkie cytaty w tłumaczeniu A. Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Jane Austen, "Opactwo Northanger", Oxford Educational, seria Klasyka Romansu.
Etykiety:
Anglia,
ekranizacje,
film,
film kostiumowy,
fotoilustracje,
Jane Austen,
komedia,
literatura angielska,
Opactwo Northanger,
powieść,
z mojej półki
niedziela, 31 sierpnia 2014
Z MOJEJ PÓŁKI: William Golding w podróży na krańce świata. Trylogia morska

Na falach oceanu unosi się trzeszczący, wiekowy żaglowiec, zagubiony gdzieś w jego niezmierzonych przestworzach podczas podróży do Australii. Ni to pies, ni wydra - statek pasażerski, a jednocześnie okręt wojenny marynarki Jego Wysokości Jerzego III. Mamy pierwsze lata XIX w. Podczas wielomiesięcznego rejsu statek stanowi mikrokosmos, w którym rozgrywają się mniejsze i większe ludzkie dramaty. Obserwujemy je oczami jednego z pasażerów, młodego arystokraty Edmunda Talbota, który spisuje historię rejsu w dzienniku.
Zawsze unikałam książek i filmów o tematyce marynistycznej, a to z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na monotonię scenerii, a po drugie - brak kobiet w tej scenerii. Jednym słowem: nuda. Ale trylogia Goldinga to jedna z najlepszych książek, z jakimi się w życiu zetknęłam. (A właściwie trzy książki, jedne z najlepszych... Pierwsza z nich, "Rites of Passage" - nagrodzona Bookerem - miała pierwotnie stanowić skończoną całość i wiele czasu minęło, zanim pisarz doszedł do przekonania, że nie może zostawić Edmunda, pozostałych pasażerów i członków załogi gdzieś na środku Atlantyku, na pastwę losu. Potrzebne były jeszcze dwie książki, by podróż doprowadzić do celu). Sceneria co prawda jest monotonna: stary żaglowiec, mocno wysłużony, właściwie niemal już wrak i wcale nie jest pewne, czy nie rozpadnie się przed końcem podróży (będzie to przedmiotem wielu niepokojów w części drugiej i trzeciej). Morze raz spokojne, raz wzburzone i wściekłe, ale nie o scenerię tu chodzi, ani o jakąś tam, nudną jak flaki z olejem, walkę człowieka z żywiołem (choć ona trwa nieustannie), a o to, co dzieje się w tym miniaturowym społeczeństwie, odzwierciedlającym społeczeństwo angielskie z jego podziałami klasowymi. Na statku ludzie rodzą się i umierają, zadzierzgnięte zostają silne więzy przyjaźni, kiełkuje miłość*. Ale natura ludzka ujawnia też swoją prymitywną, brutalną stronę. Kwestia statusu społecznego i tego, co z niego wynika, jest jednym z głównych tematów - przede wszystkim części pierwszej. Edmund, z racji swojego urodzenia i przynależności do rodu Talbotów lub też Fitzhenrych, a przede wszystkim dzięki protekcji swojego wpływowego "wielce czcigodnego" ojca chrzestnego, Jego Lordowskiej Mości, trzęsącego rządem angielskim, ma świat u swoich stóp - a przynajmniej tak mu się wydaje.
"Rytuały morza", polski tytuł pierwszej książki, spłaszcza wieloznaczność tytułu angielskiego. Passage może oznaczać po prostu podróż lub przeprawę, ale rites of passage to rytuały przejścia, w sensie obrzędów inicjacyjnych. Ten tytuł można odnieść do tego, co spotkało pastora Colleya podczas przekraczania równika, ale również do tego, co stało się z samym Edmundem podczas rejsu. Chodzi oczywiście o jego dojrzewanie, a także o przemianę (dzięki przeżyciu i zrozumieniu historii Colleya i swojego w niej udziału, przyjaźni z panem Summersem, pierwszym oficerem na statku, z panem Prettimanem, filozofem społecznym, demokratą i radykałem, panną Granham, która w postaci niepozornej guwernantki ukrywa umysł wyemancypowanej kobiety) z członka angielskiej klasy wyższej - w człowieka.
"To the Ends of the Earth" z pewnością zasługuje na długi esej i poważną analizę i na pewno na blogu do trylogii Goldinga jeszcze wrócę. Na razie poprzestanę na tej chaotycznej notce, mając nadzieję, że kogoś zachęci do sięgnięcia po książki. W części drugiej ("Close Quarters/Twarzą w twarz") atmosfera na statku jeszcze bardziej się zagęszcza, a w części trzeciej ("Fire Down Below/Piekło pod pokładem") ogień pod pokładem może wybuchnąć i dosłownie, i w przenośni. Dodam jeszcze, że mimo tak poważnej tematyki, książki zawierają sporą dozę komizmu i ich czytanie to prawdziwa przyjemność. (Polskie wydanie można znaleźć np. na Allegro, jeśli nie w bibliotece).
---
William Golding, "To the Ends of the Earth. A Sea Trilogy". Faber and Faber, London, 2005.
Pierwotnie wydane jako:
"Rites of Passage" (1980), "Close Quarters" (1987), "Fire Down Below" (1989).
Wydanie polskie:
"Rytuały morza", "Twarzą w twarz", "Piekło pod pokładem", (1994-1995).

Na zdjęciach wybrzeże Australii, gdzie dotarłam w roku 2010. Na szczęście podróżowałam statkiem powietrznym i moja podróż trwała znacznie krócej niż podróż pana Edmunda Talbota.
*Oczywiście nie ma tu na myśli Zenobii, miłość będzie w części drugiej i trzeciej.
czwartek, 28 sierpnia 2014
Z MOJEJ PÓŁKI: 200 lat "Mansfield Park"

*** Po lewej: bursztynowy krzyżyk i dwa naszyjniki - moja ilustracja jednej z istotnych scen w "Mansfield Park" ***
Piękne panny na wydaniu z szacownych (choć niekoniecznie majętnych) rodzin, w zwiewnych, białych sukienkach w stylu empire, w wiązanych pod brodą kapeluszach-budkach; dziedzice wielkich fortun lub, przeciwnie, młodsi synowie bez szans na majątek; pikniki, bale i tańce, podwieczorki z muzyką, oczywiście wykonywaną na harfie przez owe powabne panny, wizyty i rewizyty; sielanka angielskiej prowincji, bujne ogrody, pachnące różami w rozkwicie lata i miłosne perypetie, zawsze prowadzące najlepiej dobrane pary na ślubny kobierzec, choć drogami zazwyczaj krętymi – z tym właśnie kojarzy się świat książek Jane Austen. Brzmi jak wstęp do taniego romansidła, ale powieści Jane Austen na pewno tanimi romansidłami nie są.
Nie
jestem pewna, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością,
ale wydaje mi się, że było to w czasach szkolnych, kiedy obejrzałam w
telewizji
serial BBC „Duma i uprzedzenie” ze słynną (i wielokrotnie cytowaną przez
popkulturę – patrz np. Bridget Jones) rolą Colina Firtha wcielającego
się w
postać pana Darcy. Potem były inne filmy i seriale, i próba, również w
czasach
szkolnych, przeczytania „Sense and sensibility” w oryginale. Bardzo mnie
ta
lektura zmęczyła (być może względu na niedostateczną wówczas znajomość
angielskiego, a może dlatego, że w dorobku Austen „Rozważna i
romantyczna”
najmniej mi się podoba, o czym się niedawno przekonałam), rzuciłam ją po
kilku
rozdziałach i do książek panny Austen przez długie lata już nie
wróciłam. Aż do
tego (już ubiegłego) lata. Właśnie w tym roku minęła dwusetna rocznica
wydania
„Mansfield Park” (książka wyszła drukiem w maju 1814 roku) - natknęłam
się na
jakiś rocznicowy artykuł w Internecie, co zainspirowało mnie do
nadrobienia
zaległości i zapoznania się z tą i pozostałymi powieściami Jane Austen.
Wcześniej nic mnie do tego nie skłaniało, historie uważałam za błahe, a
przecież znałam je już z filmów. Błąd, bo wśród lepszych i gorszych
ekranizacji - książek w ogóle - nie pojawiła się jeszcze chyba taka,
która w pełni oddałaby sprawiedliwość literackiemu pierwowzorowi i być
może nigdy się nie pojawi.
Postać
Jane Austen to w całej historii literatury zjawisko niezwykłe. Czy
komuś jeszcze udała się sztuka utrzymywania przez 200 lat na "światowych
listach bestsellerów"? Jej książki, choć można je zaklasyfikować jako
komedie lub romanse, są jednak podszyte czymś znacznie głębszym, niż
chęcią dostarczenia czytelnikowi rozrywki. Jane Austen to wnikliwa
obserwatorka społeczeństwa, znawczyni ludzkiej natury, promotorka
oświecenia kobiet i prekursorka feminizmu. Obdarzonej mądrością,
błyskotliwą inteligencją i wyrafinowanym poczuciem humoru (oraz
prawdopodobnie dosyć poślednią urodą i zdecydowanie niewystarczającym
majątkiem), z pewnością ciężko jej było żyć w wąskich ramach, w które
kobiety wtłaczało społeczeństwo Anglii początku XIX w. Ale w jej
książkach próżno szukać głosu zgorzkniałej starej panny.
„Mansfield
Park” to powieść szczególna w dorobku Austen. Pierwsza napisana przez
dojrzałą pisarkę; jej poprzednie (i najsłynniejsze) książki były
przeróbkami utworów pisanych przez bardzo młodą Jane. Poważna w tonie,
choć nie brak w niej tak charakterystycznej dla Jane Austen ciepłej
ironii. (W ogóle "ironia" to słowo-klucz w pisarstwie panny Jane;
czytając jej książki trzeba się stale mieć na baczności, czy aby
narratorka nie stroi sobie właśnie żartów z bohaterów albo z
czytelników; również wiele z jej postaci wypowiada się w sposób cudownie
ironiczny, a czasem sarkastyczny). „Mansfield Park” jest książką równie
niepozorną, co jej główna bohaterka, małomówna i trzymająca się w
cieniu Fanny Price. Akcja toczy się rytmem od spaceru do kolacji, a
najbardziej ekscytujące wydarzenia, w których uczestniczy bohaterka, to
całodzienna wycieczka do posiadłości narzeczonego kuzynki (dzięki tej
wyprawie dowiedziałam się co to takiego jest ha-ha, a także barouche
- po polsku: kalesza) oraz próby do domowego przedstawienia
teatralnego, w których zresztą Fanny odmawia aktywnego udziału. Jest
jeszcze rozdzierający serce dylemat: który naszyjnik założyć na bal?
Nie, nie piszę tego ironicznie, scena z wyborem naszyjnika jest naprawdę
jedną z najważniejszych w powieści i w całej krasie prezentuje
nieskazitelny charakter Fanny i jej umiejętność postąpienia właściwie w
każdej sytuacji.

*** Po lewej ilustracja C.E. Brocka do wydania "Mansfield Park" z 1908 r. Źródło: www.mollands.net ***
„Mansfield Park” można odczytać jako głębokie studium
charakterów i traktat o moralności. Fanny Price, choć nieśmiała, cicha i
niepozorna, wykazująca daleko posuniętą niechęć do bycia w centrum uwagi, jest
również bardzo inteligentna, ma rozwinięty zmysł obserwacji, niezależność
opinii i trafność osądów. Paradoksalnie, ta skromna dziewczyna jest chyba
najsilniejszą i najbardziej niezależną z austenowskich bohaterek. Dziesięcioletnia Fanny, najstarsza córka spośród licznej
gromadki rodzeństwa, została oddana pod opiekę arystokratycznych, bogatych
krewnych. W posiadłości Mansfield Park dorasta i zmienia się w kobietę, a także
uświadamia sobie, że uczucia, którymi darzy swojego kuzyna Edmunda, towarzysza
i jedynego przyjaciela, nie są wcale z gatunku tych siostrzanych. (Co nie jest
niestosowne w sposób, w jaki dziś moglibyśmy na to patrzeć; jedyna niestosowność
takiego związku wynika z faktu, że Fanny jest biedna, a od Edmunda oczekuje
się, że znajdzie majętną żonę). Jednak gdy w sąsiedztwie pojawia się piękna,
utalentowana i błyskotliwa Mary Crawford, Edmund wkrótce znajduje się pod jej
urokiem. Zanim w ostatnim rozdziale (jak zwykle u Jane Austen – i za to właśnie
ją lubię) każdy z bohaterów dostanie to, na co zasłużył, Fanny odrzuci wygodne
pozory szczęścia, wykaże się niezłomnością postanowień i hartem ducha. Nie
ulegnie namowom i nigdy nie straci z oczu swojego wewnętrznego moralnego
drogowskazu. „We have all a
better guide in ourselves – mówi Fanny – if we would attend to it, than any
other person can be.”
*** Po lewej: współczesna ilustracja inspirowana "Mansfield Park" autorstwa Jennifer Jermantowicz (źródło: pasaii.com) - tak właśnie wyobrażam sobie Fanny; po prawej: okładka jednego z wydań Penguina; wspominałam, że moment z naszyjnikami jest bardzo istotny? ***
Subskrybuj:
Posty (Atom)





