piątek, 31 lipca 2015

Lipiec - czytelnicze podumowanie


W lipcu przeczytałam:


Mam zamiar o tych książkach napisać osobne notki, ale na wypadek gdybym nie zdążyła - kolejno od góry:

  • "Lepszy rydz niż nic", ale ta biografia pozostawia sporo do życzenia.
  • Ofiara zbyt udanej ekranizacji.
  • Czuć powiew morskiej bryzy, ale Gilbert po ślubie zrobił się dosyć irytujący. Na szczęście na scenę wkracza nieoceniona panna Kornelia. W sumie - miły powrót do krainy LMM.
  • Zola w wersji "light". No i miłość jednak uszlachetnia.
  • Przynajmniej o tej książce zdążyłam już obszernie napisać TUTAJ.

Co przyniesie sierpień, jeszcze dokładnie nie wiem, bo nie mam w zwyczaju robić dalekosiężnych czytelniczych planów. Teraz czytam "Pod osłoną nocy" Sary Waters, a 20. zapraszam na kolejny "Piknik z klasyką" - tym razem przyjrzymy się opowiadaniom M.R. Jamesa, czyli klasyce horroru. Reszta jest wciąż niewiadomą.


środa, 29 lipca 2015

Naiwna panienka, upiorny staruszek i straszny dwór



Z postacią Josepha Sheridana Le Fanu zetknęłam się, szukając klasycznego horroru do wspólnego przeczytania z Pyzą na naszym sierpniowym Pikniku. Ten dziewiętnastowieczny irlandzki pisarz był autorem opowieści niesamowitych - głównie opowiadań, często inspirowanych irlandzkimi podaniami ludowymi, ale również powieści. Mało znany u nas Le Fanu rzeczywiście wywarł duży wpływ na twórców angielskiej literatury grozy i jest zaliczany do klasyków horroru. Jego najsłynniejszym do dziś utworem jest nowela „Carmilla” o lesbijskiej wampirzycy (chyba dosyć odważna jak na wiktoriańskiego pisarza), znane i czytane są również jego dwie powieści: „Dom przy cmentarzu” i „Stryj Silas”. I choć ostatecznie Sheridan Le Fanu nie zakwalifikował się do naszego piknikowego cyklu, z tą drugą powieścią, jako że znajduje się w księgozbiorze mojej lokalnej biblioteki, postanowiłam zapoznać się na własną rękę.

niedziela, 26 lipca 2015

SZTUKA CZYTANIA: Madonna z książką


Byłam bardzo nieobowiązkową blogerką i w czerwcu zapomniałam zupełnie o Madonnie z książką i mało brakowało, a zapomniałabym również w lipcu. Na szczęście jednak nie zapomniałam, więc po złożeniu samokrytyki już z czystym sumieniem mogę Was dziś zostawić w towarzystwie pięknej Madonny pędzla szkockiego, dziewiętnastowiecznego artysty Williama Dyce'a.



*** William Dyce (Szkocja, 1806-1864), "Madonna z Dzieciątkiem" ***


czwartek, 23 lipca 2015

Gdzie czytać latem?



Moja nikła ostatnio aktywność na blogu nie oznacza, że przestałam czytać. Owszem, czytam tyle co zwykle, tylko spisywanie wrażeń z lektury pozostaje w tyle, bo o ile kącik czytelniczy urządziłam w sposób całkowicie satysfakcjonujący, to korzystanie w nim z komputera jest mniej komfortowe. A szkoda siedzieć przy biurku, gdy dokoła lato, prawda? Gdzie czytać latem? Odpowiedź jest prosta: oczywiście wszędzie. Ale można też stworzyć sobie miejsce szczególne. Ja czytam tu (czasem rozwieszam też hamak):


poniedziałek, 20 lipca 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: A.A. Milne "Tajemnica Czerwonego Domu"



Pewnego pięknego letniego dnia Anthony Gillingham, kierując się raczej chwilowym kaprysem niż z góry powziętym planem, wysiadł z pociągu na małej stacyjce. Wkrótce przekonał się, że jego decyzja była słuszna, okazało się bowiem, że w pobliżu miasteczka leży posiadłość Czerwony Dom, gdzie właśnie bawi jego dobry znajomy Bill Beverley. Gillingham wynajął pokój w przyjemnym zajeździe, po czym spacerem udał się w stronę rezydencji, chcąc odwiedzić Billa. Czekało go jednak coś znacznie bardziej emocjonującego niż pogawędka z przyjacielem - dotarł do Czerwonego Domu chwilę po tym, gdy padł w nim strzał. W bibliotece leży trup, rozpoznany jako Robert Ablett, mający opinię czarnej owcy brat właściciela domu. Sam właściciel,  Mark Ablett, zniknął, a zanim padł strzał, przez zamknięte drzwi słyszano, jak kłócił się z bratem. Sprawa wydaje się oczywista, ale pewne szczegóły nie dają Anthony'emu spokoju. Wciela się w  Sherlocka Holmesa, mianuje Billa swoim Watsonem i postanawia rozwikłać zagadkę.

"Tajemnicę Czerwonego Domu" A.A. Milne'a wydano po raz pierwszy w 1922 roku. Książka cieszyła się dużym powodzeniem, mimo to pozostała jedyną powieścią detektywistyczną w dorobku pisarza, który dzisiaj znany jest właściwie wyłącznie jako twórca misia o bardzo małym rozumku. W przedmowie do późniejszego wydania autor wyjaśnił dokładnie, czego oczekuje od kryminału i przyznam się, że nasze oczekiwania (tzn. moje i jego) bardzo się rozmijają (być może dlatego, że ja w ogóle nie jestem wielbicielką kryminałów). Dla Milne'a najważniejsza jest zagadka kryminalna, której rozwiązanie jest możliwe na drodze logicznego wnioskowania, tylko i wyłącznie - dobry kryminał powinien opierać się na dedukcji, a nie na laboratoryjnych analizach, a akcja nie powinna być spowalniana przez wątki niezwiązane z popełnionym przestępstwem. Dla mnie natomiast kwestia "kto zabił" jest właściwie drugorzędna. Bardziej interesuje mnie pogłębiona psychologicznie odpowiedź na pytanie: dlaczego. Oczekuję też pełnowymiarowych postaci, które żyją własnym życiem, a nie tylko rozwiązaniem zagadki. Krótko mówiąc, oczekuję kryminału, który jest raczej powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym. Może dlatego "Tajemnica Czerwonego Domu" nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ot, historyjka, którą można się rozerwać przez jedno popołudnie, a potem zapomnieć.

*** Pierwsze wydanie. (Wikipedia) ***
Zapowiadało się ciekawie, lata dwudzieste XX w. angielska wiejska posiadłość i interesujący zestaw zgromadzonych w niej gości, główny bohater-detektyw nonszalancko wykraczający poza ramy podziałów klasowych. Ale to wszystko zostało naszkicowane zbyt pobieżnie, żeby można było w ten świat wejść głębiej. Jako "obyczajówka" książka sprawdza się więc słabo, choć dostarcza czytelnikowi pewnej istotnej informacji: kiedy w domu leży trup, jesteśmy zwolnieni od przebierania się do kolacji. A jako powieść detektywistyczna? Zagadka może i nie jest najbardziej banalna na świecie, z drugiej strony, od początku podejrzewamy, kto jest winien, pozostaje tylko kwestia jak to zrobił i dlaczego. Kwestia "jak" zostaje logicznie wyjaśniona (logicznie, ale czy prawdopodobnie?), kwestia "dlaczego" moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia. Humor i lekki styl dodaje książce uroku, ale właśnie tylko w tym stopniu, że można ją uznać za dobra rozrywkę plażową.

Czytając "Tajemnicę Czerwonego Domu" nie sposób nie zastanowić się nad ewolucją, jaką przeszedł gatunek, który reprezentuje. Może się mylę (bo nie jestem znawczynią), ale chyba ten "pogodny" i nieco naiwny typ kryminału, gdzie trup leży sobie spokojnie w bibliotece i najżywszą reakcją, jaką wywołuje jest "och, to straszne", odszedł już w przeszłość. Dzisiejsze kryminały są mroczne, zbrodnie są okrutne i wyrafinowane, a detektyw (lub detektywka) - zdecydowanie policjant, a nie amator - koniecznie nie radzi sobie z życiem osobistym, jest po rozwodzie lub przechodzi jakąś traumę, być może mającą korzenie w dzieciństwie. Nie jestem tylko pewna, czy to świadczy o większej, czy mniejszej wrażliwości współczesnych czytelników.


*** A.A. Milne czyta (źródło) ***

Na koniec parę ogłoszeń organizacyjnych. Oczywiście zachęcam serdecznie do dyskusji. Postanowiłyśmy jednak z Pyzą, że dyskusja powinna odbywać się tylko w jednym miejscu (ciągle szukamy najlepszej formuły Pikników). Dlatego tym razem opcja dodawania komentarzy pod moim wpisem zostaje wyłączona, zapraszam do komentowania u Pyzy, na Pierogach pruskich (link przeniesie Was wprost do wpisu). A za miesiąc, dla odmiany, dyskusja będzie toczyć się u mnie.

Na kolejnym pikniku, 20. sierpnia, czytamy opowieści z dreszczykiem M.R. Jamesa. Wybrałyśmy trzy:
1. "Oh, Whistle and I'll Come to You, My Lad"
2. "The Ash Tree"
3. "The Stalls of Barchester Cathedral"
Można je znaleźć TUTAJ

---
A.A. Milne, "Tajemnice Czerwonego Domu". Przekład Alicja Skarbińska. Wydawnictwo Da Capo, 1992.

niedziela, 12 lipca 2015

SZTUKA CZYTANIA: Światło i cień


Dzisiaj czytam tak:


*** Winslow Homer (1836-1910, USA) "Światło i cień", ok. 1872 ***


Mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się wrócić do regularnego blogowania i wreszcie napisać o którejś z ostatnio przeczytanych książek. A tymczasem życzę udanej niedzieli!

wtorek, 23 czerwca 2015

Zagadka fotograficzna


Przypomniałam sobie niedawno, że na swoim blogu mam zakładkę "Fotoilustracje". Kiedy zakładałam blog, pomyślałam, że od czasu do czasu będę tutaj zamieszczać zdjęcia ilustrujące czytane przeze mnie książki. Potem pomysł zupełnie wyleciał mi z głowy, wskutek czego tych fotograficznych ilustracji jest zaledwie kilka. Dzisiaj postanowiłam coś dołożyć, a przy okazji zabawić Was zagadką.

Podobno książka, której ilustracją jest poniższe zdjęcie, w zamyśle autorki miała być powieścią dla dorosłych czytelników. Jednak chociaż bohaterkę ma całkiem dojrzałą, w historii literatury zapisała się jednak jako klasyka literatury młodzieżowej - przy czym chodzi tu głównie o młodzież żeńską. Właściwie jest to klasyka młodzieżowego romansu. Liczy sobie już prawie dziewięćdziesiąt lat, ale wciąż jest darzona uwielbieniem przez liczne grono czytelniczek (Biblionetka: ocena 5/6; Lubimyczytać:7,5/10; Goodreads: 4,2/5). Na poniższych zdjęciach rekwizyty, które odegrały istotną rolę w rozwoju akcji w tej powieści. O jaką książkę chodzi?





A jeżeli chcielibyście sobie tę książkę przypomnieć (lub się z nią zapoznać), teraz jest dobry moment, bo najlepiej czyta się ją w czerwcu (ach, te opisy letnich wieczorów!).


niedziela, 21 czerwca 2015

SZTUKA CZYTANIA: Blanche i Suzanne



*** Claude Monet (1840-1926) ***


Znowu impresjonizm, tym razem w wydaniu najbardziej znanego przedstawiciela tego nurtu. Obraz przedstawia dwie pasierbice Claude'a Moneta, córki jego drugiej żony, Blanche i Suzanne Hoschedé. Blanche maluje, Suzanne czyta. Podoba mi się swojskość i bezpretensjonalność krajobrazu, leniwy klimat niedzielnego, czerwcowego popołudnia i wiatr buszujący  w olszynie.

sobota, 20 czerwca 2015

PIKNIKI Z KLASYKĄ: Stefan Żeromski, "Popioły"











Jeszcze wczoraj nie byłam pewna, jak podejść do pisania o „Popiołach”. Czy odnosić się do wizji historii przedstawionej w powieści? Odczytywać przesłanie Żeromskiego, zastanawiać się nad tragizmem losów polskich żołnierzy, którzy związali się z Napoleonem? Sensem lub bezsensem ich walki, jej wymiarem moralnym? Zdecydowałam jednak, że te wszystkie wielkie kwestie (prawie) pominę, bo kiedy się czyta „Popioły” – dzisiaj – wielkie sprawy i pytania zostają przysłonięte przez szereg spraw małych. Skupię się więc na walorach literackich „Popiołów”.

Zastanawiałam się, kiedy przedstawić moją opinię na temat tego wielkiego fresku historycznego, tej rozległej panoramy polskiego życia na przełomie XVIII i XIX w. Trzymać przez jakiś czas w zanadrzu, czy ujawnić na początku? Ponieważ jednak podejrzewam, że nie mam talentu do budowania napięcia, przyznam się od razu: „Popioły” zapamiętam jako tę powieść, przy której znielubiłam Żeromskiego. Czy wobec tego warto ją czytać? Tak, ale dziś już tylko jako zabytek literatury, który odcisnął wyraźne piętno na naszej kulturze narodowej. W końcu była to powieść, do której szereg pokoleń się odnosił, i o której zawzięcie dyskutowano, choć mam wrażenie, że ostatnia taka dyskusja odbyła się pół wieku temu, przy okazji premiery filmu Andrzeja Wajdy (tak, w tym roku mija dokładnie 50 lat). „Popioły” przyniosły Żeromskiemu sławę i pieniądze, spotkały się więc z entuzjastycznym przyjęciem czytelników. Wynikało to oczywiście z tego szczególnego momentu w historii – powieść odpowiadała na ówczesne oczekiwania czytelników. Dzisiaj, po iluś kolejnych zakrętach dziejowych, można spojrzeć na „Popioły” bez emocji, chłodnym okiem, i bez szkolnego przymusu uznania wielkości dzieła. Warto się z tym zabytkiem kultury narodowej zapoznać, ale dziś już trudno się nim zachwycić. Nic dziwnego, że ta powieść trafiła do lamusa, bo szczerze mówiąc, pod pewnymi względami „Popioły” są dosyć słabe.

Co mi się nie podoba? Epika rządzi się pewnymi prawami, które Żeromski zlekceważył. Właściwie „Popioły” mogłyby służyć za przykład, jak nie pisać powieści historycznej. Kompozycja jest bezkształtna i nużąca, narracja rozwlekła, brak znaczącego bohatera, brak wyraźnego nurtu akcji, który byłby w stanie porwać czytelnika i przeprowadzić go przez te wszystkie męczące, drobiazgowo opisane historyczne wydarzenia. Psychologiczne prawdopodobieństwo zastępują patetyczne opisy gwałtownych stanów emocjonalnych, z tym że trudno w głębię owych emocji uwierzyć. No i to nieznośne opisowe rozbuchanie. Nie jestem przeciwniczką kunsztownych opisów przyrody, dozowanych umiejętnie, ale w „Popiołach” Żeromski przekroczył wszelkie granice. Owszem, niektóre z nich są językowo ciekawe, na przykład taki, ze zręcznie zastosowaną synestezją: „Jasna woń miodu spłynęła z lepkiej koniczyny, a szorstka woń z cząbrów”, ale nie wszystkie są tak udane. Nagromadzenie opisów w powieści jest niezwykle nużące, a język Żeromskiego jest, ogólnie rzecz biorąc, daleki od eleganckiej, zdyscyplinowanej prostoty. Powiedzieć, że czasem ociera się o grafomanię, to eufemizm, bo w niektórych fragmentach Żeromski po prostu jest grafomanem. Niestety nie wynotowywałam sobie co bardziej soczystych fragmentów, ale zapamiętałam na przykład, jak Rafał dopadł księżniczki Elżbiety i „zatopił w niej dziób i pazury oczu”. W posłowiu znalazłam jeszcze taki ciekawy cytat: „ogarniał go chichot wyłaniający się z płonących bebechów wściekłości”. Ale „truchlał jak zabity trup” nawet mi się podoba, z tym że niekoniecznie w tego typu literaturze.

Podeszłam do książki z pozytywnym nastawieniem, ale podczas lektury narastało we mnie nieodparte uczucie niechęci. I wobec powieści, i wobec świata w niej przedstawionego. Polska w „Popiołach” jest krajem zacofanym i barbarzyńskim, zamieszkałym przez prymitywnych ludzi, w którym dominuje tyrania: rodziców wobec dzieci, panów wobec chłopów. Panuje ciemnota, tylko utrwalana przez system szkolnictwa, i niesprawiedliwość. Czytając, doszłam do wniosku, że upadek takiego kraju nie był tragedią, a jedynym możliwym rozwiązaniem historycznym. W rozmowie starego szlachcica Nardzewskiego z austriackim urzędnikiem, to ten drugi jest przedstawicielem systemu łagodzącego (nieco) niesprawiedliwość społeczną, u Polaka patriotyzm łączy się ze zniewoleniem chłopa. Oczywiście można też w powieści znaleźć przykłady innego myślenia, nowoczesnego i moralnego, jak chociażby w postaci Piotra Olbromskiego. Ale Piotr Olbromski pojawia się tylko po to, żeby zaraz umrzeć. Nie zarzucam Żeromskiemu antypolskości, krytyczne spojrzenie na własną historię jest więcej warte niż pławienie się w samozadowoleniu. W opisie wojen Napoleońskich i udziału w nich Polaków Żeromski też nie ogranicza się do samych kart chwalebnych, opisuje bestialstwo i brutalność armii maszerującej pod sztandarami wolności, równości i braterstwa, a odbierającej wolność innym narodom. Ale powieść kończy się cukierkowym obrazkiem: „Dotrzymał Cesarz słowa honoru, danego pod Madrytem najsłabszemu ze swych żołnierzy, konającemu w polu kalece. Dla tego jednego słowa wielkie pułki złączył, umundurował, wyżywił i poruszył. Sprzągł ze sobą obce narody…” Aha. Później jeszcze Napoleon napotka wzrokiem oczy Krzysztofa Cedry. Dla mnie to jednak kicz i wyraz pewnego tchórzostwa Żeromskiego, zamykającego powieść w roku 1812, podczas wymarszu wojsk napoleońskich na Rosję.

Powoli zbliża się godzina 12.00 i czas publikacji wpisu. Nie zdążę już opisać bliżej Rafała Olbromskiego, głównego, pożal się Boże, bohatera „Popiółów”. Wspomnę tylko, że Rafał walnie przyczynił się do mojej niechęci wobec powieści. Prymitywny chłopaczek, egoista bez żadnej idei i moralności, który właściwie przez całą powieść zachowuje mentalność siedemnastolatka. Dzieje jego „miłości” i ich obiekty są równie żałosne, jak on sam, i naprawdę żałuję, że Żeromski zamieścił te wątki „miłosne” (w cudzysłowie, bo choć autor nie szczędził opisów mąk duchowych tudzież przepełniającego dusze kochanków szczęścia, trudno w ogóle uwierzyć, że posiadają oni dusze). Oczywiście samo w sobie jest ciekawe, że Żeromski tak mizerną postać uczynił głównym bohaterem powieści, a więc niejako również symbolem polskości.

W tym miejscu kończę wpis i zapraszam do dyskusji. Koniecznie przeczytajcie też dzisiejszą notkę Pyzy o „Popiołach”.
***

Na następnym pikniku zmienimy całkowicie klimat i tematykę. W wakacje postanowiłyśmy sięgnąć po literaturę kojarzącą się z urlopem, czyli kryminał i horror. Za miesiąc (20 lipca) będziemy omawiać "Tajemnicę Czerwonego Domu", kryminał autorstwa A.A. Milne'a (tak, tego od Kubusia Puchatka). A w sierpniu planujemy sięgnąć po jakąś klasyczną opowieść z dreszczykiem. Zapraszamy!

---
Stefan Żeromski, "Popioły. Powieść z końca XVIII i początku XIX w.". Oprac. Stanisław Pigoń, posłowie Henryk Markiewicz. Czytelnik, Warszawa 1966.

piątek, 19 czerwca 2015

Jutro piknik!


Jutro zapraszam na kolejny (czyli drugi) wirtualny piknik w ramach akcji PIKNIKI Z KLASYKĄ, którą prowadzimy wspólnie z Pyzą z Pierogów pruskich. Tym razem będziemy dyskutować o "Popiołach" Stefana Żeromskiego.

Jest to książka wybitnie niepiknikowa i zanim przejdziemy do tematów ciężkich, proponuję nieco się posilić, przy okazji wprowadzając się w klimat epoki i powieści.

Oczywiście po tym, jak "ogary poszły w las", dziczyzny było w bród, nie od rzeczy będą więc sarnie combry popijane starym węgrzynem. Tym, co wolą lżejszy posiłek, proponuję bułkę z kawą, która posłużyła kanonikowi Andrzejowi Trzcińskiemu, jako pomoc naukowa podczas wykładu o porowatości ciał, prowadzonego dla niesfornych żaków Akademii Krakowskiej (dopóki jeden z nich jej nie skonsumował za plecami profesora). A może ktoś skusi się na garus, czyli "zupę z owoców, zaprawioną śmietaną", którą raczył się Krzyś Cedro w Olszynie? Dla chętnych przepis znalazłam TUTAJ

czwartek, 18 czerwca 2015

Róże z Helstone

Od dawna miałam ochotę na ten wpis, ale czekałam aż w moim ogrodzie zakwitnie Canary Bird, żółta róża, która była mi potrzebna jako ilustracja. Gwoli kronikarskiej dokładności dodam, że potem pojawiły się komplikacje w postaci braku czasu i zanim zabrałam się za pisanie dzisiejszej notki, ta róża zdążyła już przekwitnąć, ale zdjęcia zostały. Zanim przejdę do rzeczy, Czytelnikom należy się jeszcze ostrzeżenie: ten wpis dotyczy finałowej sceny "Północy i Południa", a więc zdradzam w nim wszystko. Jeśli książki jeszcze nie czytaliście, a macie taki zamiar (do czego gorąco zachęcam) i nie należycie do czytelników lubiących zawczasu zaglądać na ostatnią stronę, być może będziecie woleli zapoznać się z treścią tej notki w późniejszym terminie.




    – Znasz te róże? – spytał, wyciągając swój portfel, w którym skrywał kilka zwiędłych kwiatów.
    – Nie! – odpowiedziała z niewinnym zaciekawieniem. – Czy to ja je panu ofiarowałam?
    – Nie! Próżności, nie! Nie ty mi je ofiarowałaś. Ale prawdopodobnie przystrajałaś się ich siostrami.
Spojrzała na nie, przez chwilę coś rozważała, aż nagle lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
    – One są z Helstone, prawda? Pamiętam te głębokie wcięcia na obwodzie liści. Och! Naprawdę był pan tam? Kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsce, gdzie Margaret dorastała, gdzie stała się tym, kim jest. Pragnąłem tego nawet w najgorszych chwilach, gdy nie miałem nadziei, że kiedykolwiek będę mógł nazwać ją swoją. Byłem tam w drodze powrotnej z Hawru.
    – Musi mi je pan dać – stwierdziła, próbując delikatnie zmusić go do puszczenia kwiatów.
    – Doskonale. Tylko mi za nie zapłać.
    – Ale jak ja mam o tym powiedzieć ciotce Shaw? – wyszeptała po pierwszych chwilach rozkosznego milczenia.
    – Ja mogę z nią porozmawiać.
    – Och, nie. Jestem jej to winna. Ale co ona powie?
    – Zgaduję, że najpierw wykrzyknie: „Ten człowiek?!”.
    – Sza! – uciszyła go Margaret. – W przeciwnym razie będę musiała zademonstrować oburzony ton, w jakim pani Thornton zawoła: „Ta kobieta?!”.

***

W mojej wyobraźni róże z Helstone mają kolor żółty, całkiem zresztą niesłusznie. Tutaj przejawia się potęga ekranu, w tym przypadku małego ekranu, na którym obejrzałam serial BBC z 2004 r. na podstawie „Północy i Południa” Elizabeth Gaskell. Twórcy tego serialu przeczytali powieść dosyć pobieżnie, ale mieli na tyle rozsądku, żeby do roli Johna Thorntona zaangażować Richarda Armitage’a (choć niestety czasami kazali mu się zachowywać niezgodnie z charakterem postaci), co sprawiło, że serial na skali „kultowości” plasuje się na podobnej pozycji, co słynna serialowa ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem. W finałowej scenie serialu (a właściwie przedostatniej) widzimy jak Thornton wydobywa zza pazuchy właśnie żółte róże, które zerwał w Helstone. Ale jeśli chwilę się nad tym zastanowić – te róże nie mogły być żółte. I nie były. A odnalezienie w powieści sceny – jednej jedynej – w której Gaskell pisze o kolorze róż z Helstone, pozwala w pełni zrozumieć znaczenie przytoczonego powyżej fragmentu kończącego powieść i docenić kunszt pisarski Elizabeth Gaskell.

Prawie na samym początku powieści, wkrótce po tym, jak Margaret wróciła z Londynu do domu rodzinnego, czyli na plebanię w Helstone, zjawia się tam Henry Lennox. Spaceruje z Margaret i maluje akwarelę z jej postacią. Przed obiadem Margaret przystaje w ogrodzie:

    Pan Hale szedł w kierunku domu jako pierwszy, natomiast Margaret celowo zwlekała, bo chciała zerwać róże i przybrać nimi do obiadu swą codzienną suknię. […]
    – Proszę poczekać – zawołał [Lennox]. – Proszę pozwolić sobie pomóc.
    Zebrał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie była w stanie dosięgnąć, i podzielił zebrany bukiet – dwa kwiaty zatrzymał dla siebie i umieścił w butonierce, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę, aby mogła je ułożyć.

Róże z Helstone były więc szkarłatne i oczywiście tylko takie – jako symbol miłości namiętnej – były na miejscu w scenie zamykającej powieść. (Żółtej przypisuje się natomiast takie znaczenia symboliczne, jak radość i przyjaźń, ale w czasach wiktoriańskich żółta róża symbolizowała przede wszystkim… zazdrość). Thornton pokazuje Margaret uschnięty symbol swojego żywego uczucia, przechowywany pieczołowicie niczym skarb. Zupełnie inaczej zachował się Henry Lennox. Nie zwróciłam większej uwagi na jego gest, kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, dopiero za drugim razem, i w relacji z tą drugą sceną, jego znaczenie do mnie dotarło. Henry (który za parę godzin ma zamiar się oświadczyć) „dwa kwiaty zatrzymał dla siebie, po czym zadowolony i szczęśliwy oddał jej resztę”. Jeśli kwiat jest symbolem miłości, to tym gestem Henry Lennox daje wyraz przede wszystkim miłości własnej. Gaskell używa więc róż z Helstone nie tylko po to, żeby stworzyć kompozycyjną klamrę powieści, ale przede wszystkim te symetryczne sceny to środek charakterystyki postaci, a zestawienie gestów Lennoxa i Thorntona dobitnie pokazuje istniejące między mini różnice. Jedna róża wystarcza tu za setki słów.

Wróćmy jeszcze do zakończenia powieści, którym Gaskell zyskała u mnie tytuł mistrzyni zakończeń romansów. Bo zakończenie tej miłosnej historii jest rzeczywiście idealne (przynajmniej jak na mój gust). On co prawda pada przed nią na kolana (ale powstrzymuje się od całowania rąbka jej sukni), ona co prawda krzyczy: „ach, panie Thornton, jam niegodna!” (parafrazuję), ale jakimś cudem nie ma w tym kiczu (i zwróćmy uwagę, z jakim wdziękiem Thornton na te słowa Margaret odpowiada). Gaskell odrzuca patos i pozwala swoim bohaterom na wykazanie się poczuciem humoru. W ostatnich zdaniach powieści on i ona żartobliwie się przekomarzają, na równej stopie, nareszcie pewni siebie – i siebie nawzajem. Ale chwileczkę, przecież wszystkie wielkie historie miłosne powinny zakończyć się pocałunkiem! (Tak, wiem, że w dzisiejszych czasach historie miłosne zaczynają się… dużo śmielej, ale umówmy się: to nie są wielkie historie). I pocałunek oczywiście tam jest, choć Gaskell, czy to z wiktoriańskiej powściągliwości, czy z pisarskiej przekory, sprytnie go ukryła między wierszami. Dokładnie w „pierwszych chwilach rozkosznego milczenia”.

***

Na koniec jeszcze bonus: dotarłam do anonimowego dziewiętnastowiecznego przekładu "Północy i południa", który był drukowany w odcinkach w "Tygodniku Ilustrowanym". Poniżej cytuję fragment końcowy. Nic dziwnego, że przekład był anonimowy, bo pomijając styl, tłumacz (tłumaczka) wykazał się doprawdy niewielkim zrozumieniem oryginału. Nie dość, że nie zauważył pocałunku, to jeszcze kazał Thorntonowi zwracać się do Margaret per "drogie dziewczę", podczas gdy jest oczywistym, że gdyby Thornton chciał się do niej zwrócić jakimś pieszczotliwym imieniem, byłoby to coś pomiędzy królową a boginią. No i z niewiadomych przyczyn Margaret zwana jest Cecylią.

    – Czy znasz te róże? rzekł, dobywając z pugilaresu kilka zeschłych kwiatów.
    – Nie, odparła z naiwną ciekawością. Czy to ja dałam je tobie?
    – Nie, drogié dziewczę; ale pewnie nieraz nosiłaś ich siostry.
    Spojrzała na niego pytająco, potém rzekła z uśmiechem:
    – To róże z Helstone, nieprawdaż? poznaję je po kształcie listków. Więc byłeś tam? kiedy?
    – Chciałem zobaczyć miejsca, gdzie Cecylia stała się tém czém jest… choć wtedy byłem nieszczęśliwy, bo wątpiłem, czy skarb ten kiedykolwiek posiąść zdołam. Byłem w Helstone, wracając z podróży do Havru.
    – Daj mi te róże, rzekła, biorąc mu kwiaty z ręki.
    – I owszem, ale żądam zapłaty.
    – Jak ja to wyznam ciotce Shaw? rzekła cichutko Cecylia, po chwili milczenia.
    – Może chcesz żebym ja powiedział?...
    – O nie!... ja sama powiem… ale co ona na to powié?
    – Słyszę już, jak zawoła: „co, ten człowiek?”
    – Sza! odparła Cecylia, bo inaczej zacznę naśladować głos twéj matki, wołającej z oburzeniem: „co, ta kobiéta?”

(Tygodnik Ilustrowany, 1873.
Źródło: http://bcul.lib.uni.lodz.pl/dlibra/docmetadata?id=1219&from=&dirids=1&ver_id=&lp=2&QI=
Powieści należy szukać w dodatkach do numerów 295-309; dodatki są zgrupowane na końcu publikacji.)

---
Elizabeth Gaskell, "Północ i Południe". Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska. Świat Książki, Warszawa 2015.

niedziela, 14 czerwca 2015

SZTUKA CZYTANIA: Upał


Bardzo podoba mi się ten obraz Henri'ego Lebasque'a (artysty, który pojawił się już w tym cyklu): dziewczyna czytająca książkę w skrawku cienia w zalanym słońcem ogrodzie; wręcz czuje się bijący z niego żar letniego dnia. Sama jednak wolę się przed żarem schować i dziś wyjątkowo wybieram czytanie w chłodnym półmroku domu.


*** Henri Lebasque (1865-1937), "Dziewczyna czytająca w ogrodzie" ***