wtorek, 20 stycznia 2015

Ania wyrusza w szeroki świat



Zgadza się. Rudowłosa dziewczyna z książką z poprzedniego wpisu to według mnie Ania Shirley. W dzisiejszym wpisie Ania opuszcza arkadyjską Wyspę Księcia Edwarda i rusza w świat zdobywać wiedzę, nie tylko tę naukową, ale również o sobie samej.

„Anię na uniwersytecie” (Anne of the Island) Lucy Maud Montgomery napisała jako trzecią powieść z cyklu. Dedykowała ją „wszystkim dziewczętom na świecie, które chciały więcej o Ani” (w polskim wydaniu – Naszej Księgarni – dedykacja się nie pojawia). Książkę po raz pierwszy wydano w r. 1915, sześć lat po „Ani z Avonlea”. Ta stosunkowo długa przerwa po poprzednim tomie przygód Ani i dedykacja mogą wskazywać na to, że pisarka zasiadła do pisania tej książki nie tyle z własnej chęci, co odpowiadając na zapotrzebowanie czytelników – i wydawcy. Mimo to wiele osób właśnie „Anię na uniwersytecie” uważa za swoją ulubioną książkę z serii. Ja nie do końca tę opinię podzielam, choć przyznaję, że to urocza, ciepła lektura – w sam raz na zimowy wieczór.

Ania ma lat 18 i właśnie spełnia się jej wielkie marzenie – rozpoczyna studia na uniwersytecie (a wraz z nią grupa przyjaciół z Wyspy Księcia Edwarda). Czytelnik dostaje więc opis życia studenckiego początku ubiegłego wieku i jest to całkiem zajmujące. Nauka, współzawodnictwo, stres przedegzaminacyjny, ale również organizacje i zabawy studenckie (czasem nawet nieco frywolne, np. aby zostać przyjętym do pewnego stowarzyszenia, Gilbert musi paradować po głównej ulicy miasta w damskim fartuszku kuchennym i czepku – no, no, toż to jakimś dżenderem trąci) i uczestnictwo w całkiem intensywnym życiu towarzyskim. Zabawnie się to czyta, zwłaszcza mając już swoje lata studenckie dawno za sobą. 

Na pierwszym roku Ania i jej przyjaciółki mieszkają na stancji, ale potem udaje im się wynająć najbardziej uroczy domek, jaki tylko można sobie wyobrazić, przycupnięty w zacisznym ogródku pomiędzy willami bogaczy (właścicielkami są dwie wielce oryginalne stare panny – w każdym sensie tego wyrażenia – ciotka i bratanica, udające się właśnie w podróż do Europy). Gospodarstwo dziewczętom prowadzi ciotka Jakubina – urocza starsza dama. Kiedy czytałam to jako dziecko, nie mogłam zrozumieć na czym właściwe polegała jej rola – czyżby cztery dorosłe dziewczyny nie potrafiły zrobić zakupów i ugotować sobie obiadu? Teraz oczywiście jest dla mnie jasne, że ciotka Jakubina znalazła się tam tylko z jednego powodu – jako przyzwoitka. Bo nawet jeśli możliwe byłoby, żeby młode panienki prowadziły same dom, to z pewnością nie mogłyby w tym domu organizować spotkań towarzyskich. A z ciotką Jakubiną dziergającą przy kominku nawet wizyty młodych kawalerów nie mogły budzić niczyich zastrzeżeń. (Na marginesie dodam, że ów uroczy domek nosił w oryginale bezpretensjonalną nazwę Patty’s Place. Nieoceniona Janina Zawisza-Krasucka przetłumaczyła ją jako Ustronie Patty i odnoszę wrażenie, że panna Patty uznałaby tę nazwę za wydumaną).

Spośród zapewne wielu nowych znajomych Ani bliżej poznajemy jedną – Philippę Gordon, nie wiedzieć czemu w polskim przekładzie występującą jako Izabela. Iza/Phil jest dziewczyną o zniewalającej urodzie, w dodatku pochodzącą z bogatej rodziny. Niezbyt to prawdopodobna towarzyszka dla Ani i jej przyjaciółek, ale Iza okazuje się naprawdę miłą osobą, choć spędza większość czasu na zabawach i przy poważnej Ani wydaje się być trzpiotką i głuptaskiem. Ale L.M.M. na szczęście nie popada w schemat „ładnej i głupiej”. Iza jest jedną z najlepszych studentek na roku, a w dodatku świetną matematyczką (choć pozostaje tajemnicą, jak przy intensywnym życiu towarzyskim udaje się jej to osiągnąć). I w końcu – to Iza okazuje się bardziej dorosła od Ani.

No właśnie, Ania w tej książce moim zdaniem niezbyt się L.M.M. udała. Jest momentami wręcz irytująca i nie jestem w stanie uwierzyć w jej postać. Z jednej strony jest bardzo dojrzała, nie zapominajmy, że ma doświadczenie jako nauczycielka i razem z Marylą wychowuje dwójkę dzieci – i świetnie sobie radzi w tej roli. Sprawia wrażenie osoby bardzo poważnie podchodzącej do życia i sporo już o nim wiedzącej. Z drugiej strony, żywi niesłychanie dziecinne wyobrażenia na temat idealnej miłości i w kwestii własnych uczuć okazuje się głupiutką gąską. Nagle przyszła mi do głowy myśl, że Ania pod pewnymi względami przypomina Madzię Brzeską z "Emancypantek"... tak, to zdecydowanie dobre porównanie. Zapewne psychoanalityk miałby wiele do powiedzenia, dlaczego Ania uparcie broni się przed przyjęciem faktu, że jej znajomość z Gilbertem, najpierw szkolnym wrogiem, a później serdecznym przyjacielem, może mieć kontekst erotyczny (ja jednak nie będę drążyć tutaj tego tematu).

Okładka wydawnictwa Simon & Schuster, 2014
Tekst oryginalny zawiera motto, wiele mówiący cytat z Tennysona (również pominięty w wydaniach Naszej Księgarni):

All precious things discovered late
To those that seek them issue forth,
For Love in sequel works with Fate,
And draws the veil from hidden worth.

Skarby, które odkrywa się późno... W końcu Ania odkryje to, co dla jej przyjaciół – i dla czytelników – jest jasne od początku: że takiego faceta jak Gilbert nie spotyka się codziennie, a właściwie, że spotyka się go tylko raz w życiu. I że w żadnym wypadku nie wolno pozwolić mu odejść. Wcześniej jednak odrzuci jego oświadczyny i uwikła się w znajomość z, jak sądzi, idealnym kandydatem na Tego Jedynego, Royalem Gardnerem (tutaj w pełni popieram tłumaczkę, która przerobiła go na Roberta, choć być może w zamyśle L.M.M. to imię miało mu dodać jeszcze więcej splendoru w oczach Ani). Po dwóch latach Robert/Roy poprosi Anię o rękę w sposób doskonały, niesłychanie elokwentny i poetyczny (a więc tak różny od prostolinijnych oświadczyn Gilberta). A nasza bohaterka… na szczęście również tym razem stwierdzi, że to jednak nie to. Fabuła jest właściwie bardzo przewidywalna, choć akurat to mi nie przeszkadza, bo po drodze mamy mnóstwo zabawnych i wzruszających epizodów. Naiwność Ani w kwestii uczuć jest jednak mało przekonująca (Madzi Brzeskiej dużo bardziej z tym do twarzy). 

Jak to się często L.M.M. zdarza, słoneczny i lekki ton „Ani na uniwersytecie” jest przełamany fragmentami o zgoła innym charakterze. Szkolna koleżanka Ani, Ruby Gillis, umiera na „galopujące suchoty”. Ale znacznie mroczniejsza jest historia, z którą Ania styka się pewnego lata, gdy zastępując koleżankę, pracuje w wiejskiej szkole – polecam zapoznać się z rozdziałami od „List Ani do Izy” do „Jan Douglas przemówił”. To historia, która właściwie nadawałaby się na osobną powieść (psychologiczną), bardzo smutną i dla dorosłych – o matce, która przez długie lata psychicznie torturuje syna i jego ukochaną. Czyste zło ukryte w banalnej codzienności. A wracając do weselszych tematów – natrafiłam w tej książce na coś, co można chyba uznać za swego rodzaju manifest literacki L.M.M., rozpisany na dwa głosy: Ani i jej sąsiada z Avonlea, pana Harrisona. 

Otóż Ania nie tylko studiuje, rozmyśla o idealnej miłości i odrzuca oferty matrymonialne. Próbuje także swoich sił jako pisarka. Jej pierwszą próbą literacką jest utwór zatytułowany „Pokuta Aweryli” (który później Diana, kierując się zresztą najszczerszymi intencjami, tak straszliwie – w mniemaniu Ani – zbezcześci). Ania prosi pana Harrisona o opinię na temat swojego opowiadania i przy tej okazji ma między nimi miejsce bardzo ciekawa rozmowa. Pan Harrison krytykuje Anię miedzy innymi za „kwieciste ustępy”. „Zostawiłam tylko opis zachodu słońca, bo ten według mnie był najlepszy – szepnęła nieśmiało” Ania. Panu Harrisonowi nie podoba się również, że bohaterowie „zbyt dużo mówią i wyrażają się trochę za górnolotnie”. Ta krytyka bardzo mnie rozbawiła, bo wiele zarzutów pana Harrisona wobec Ani sama mogłabym postawić L.M.M. Autorka albo nie wie, że sama popełnia niektóre z grzechów swojej bohaterki, albo przeciwnie, ten fragment powieści można potraktować jako jej polemikę z krytykami (przy czym wydaje mi się, że swoje poglądy autorka wkłada w usta obojga – spierających się ze sobą – interlokutorów) i jeśli L.M.M. każe swoim bohaterom wyrażać się nieco górnolotnie i robi wiele szumu wokół wschodów i zachodów słońca, robi to z pełną premedytacją.

Muszę jednak przyznać, że w niektórych momentach L.M.M. umie wykazać się podziwu godnym umiarem i prostotą. W ostatnim akapicie powieści, kiedy już Ania i Gilbert wszystko sobie wyjaśnili „Gilbert drew her close to him and kissed her”. Nie mogę natomiast tego samego powiedzieć o tłumaczce. W wersji Janiny Zawiszy-Krasuckiej Gilbert nie mógł oczywiście Ani tak po prostu pocałować: „przytulił ją do siebie i złożył na jej ustach pierwszy gorący pocałunek”.



---
Lucy Maud Montgomery, “Anne of the Island” (link do tekstu znajduje się w zakładce "Książki z domeny publicznej").
Lucy Maud Montgomery, „Ania na uniwersytecie”. Przekład Janina Zawisza-Krasucka, ilustracje Bogdan Zieleniec. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1968.

niedziela, 4 stycznia 2015

SZTUKA CZYTANIA: Dziewczyna z warkoczami




 
*** "Dziewczyna z warkoczami", Samuel Henry William Llewellyn (1858 – 1941, Anglia) ***


Kim jest ta rudowłosa dziewczyna o szarych oczach? Jest ranek, zapewne letnia niedziela, a ona pobiegła do ogrodu w koszuli nocnej, żeby rozkoszować się poezją w blasku pierwszych promieni słońca. (Jest to możliwe tylko dlatego, że o tak wczesnej porze wszyscy jeszcze śpią; gdyby podejrzewała, że ktoś ją może zobaczyć, zadbałaby o bardziej odpowiedni strój). Założę się, że to wiersze Tennysona. Co chwilę przerywa jednak lekturę, bo w myślach układa swoją własną książkę, zatytułuje ją "Pokuta Averyli".

Wielbiciele tej prawdopodobnie najsłynniejszej rudowłosej bohaterki książkowej zapewne już wiedzą, kogo przypomina mi dziewczyna z obrazu Llewellyna. Inni mogą zgadywać, a zagadka rozwiąże się wkrótce, bo mam zamiar przypomnieć w najbliższym czasie jedną z książek, w której ta niepoprawna romantyczka wystąpiła.



piątek, 2 stycznia 2015

O "Emancypantkach" Bolesława Prusa







Po świętach wybrałam się w krótką podróż, porzuciłam więc lśniącą złotymi grudkami Eleanor Catton na stronie 246 i do pociągu zabrałam ze sobą lekki i zgrabny czytnik e-booków, wypełniony głównie klasyką. Nie ma to jak porządna, prawdziwa dziewiętnastowieczna powieść. Tak się złożyło, że po powrocie z podróży byłam zmuszona na jakiś czas zapakować się do łóżka (gdzie pozostaję do dzisiaj), ale do Catton jeszcze nie wróciłam. Wciąż leży przy łóżku z zakładką pomiędzy stronami 246 a 247, na których ciągle jest ten sam dzień, który rozpoczął się na stronie pierwszej, a akcja dopiero się zawiązuje. Do gorączki złota w mieście Hokitika zapewne wrócę niebawem, tymczasem całkowicie pochłonęły mnie zdumiewające przypadki Madzi Brzeskiej.

Kto dzisiaj czyta „Emancypantki” Prusa? Może studenci polonistyki, ale mam wrażenie, że szersze grono czytelników o tej książce zapomniało. Niesłusznie, bo lektura „Emancypantek” może dostarczyć współczesnemu czytelnikowi wiele przyjemności i kilku tematów do refleksji. Z jednej strony to taka pozytywistyczna baśń o Kopciuszku, z tym że czytelnik nie jest ani przez chwilę pewny, czy piękne i pełne cnót dziewczę poślubi w końcu swojego księcia, który nie jest co prawda szczególnie urodziwy, za to z całą pewnością inteligentny i posiada pałac. „Tylko Bóg wie o tym” – pozwolę sobie zacytować matkę Apolonię. Co więcej, czytelnik w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy takiego właśnie losu powinien owemu Kopciuszkowi życzyć. Z drugiej strony „Emancypantki” to gorzka satyra społeczno-obyczajowa, ale i to jeszcze nie wszystko, bo Prus z dużą dozą wnikliwości zagląda w dusze i umysły swoich bohaterów, jest to więc również powieść psychologiczna. Daje też kilka wykładów naukowych i filozoficznych, próbując pogodzić naukowy materializm z religijną duchowością, ustami schorowanego matematyka Dębickiego naukowo dowodząc istnienia duszy, a dowód ten opierając między innymi na fizycznych właściwościach eteru (owej tajemniczej substancji, która do dnia dzisiejszego przetrwała w wyrażeniu „fale eteru”, ale próżno by jej szukać we współczesnych podręcznikach fizyki). Wykłady te mogą być nieco nużące, ale jednocześnie są wspaniałym przykładem intelektualnego fermentu, którym odznaczała się druga połowa XIX w. (boleśnie kontrastującego z marazmem, który charakteryzuje nasze czasy).

Na stronach „Emancypantek” znajdziemy całą galerię ciekawych postaci kobiecych i męskich, ale główną bohaterką powieści jest Madzia Brzeska, w chwili gdy ją poznajemy panienka osiemnasto- czy dziewiętnastoletnia, niedawna absolwentka renomowanej pensji pani Latter, obecnie na tej pensji pełniąca obowiązki damy klasowej, czyli nauczycielki. Panna Brzeska jest córką niezamożnego prowincjonalnego lekarza i ten fakt dobitnie wyznacza jej miejsce w społeczeństwie i aspiracje życiowe, dlatego, otrzymawszy posadę prawie darmowej nauczycielki, sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Madzia, czy też panna Magdalena, jest śliczna (ale o tym nie wie), wesoła, bardzo zdolna, a przy tym bardzo naiwna. Ale co najważniejsze – Madzia ma anielskie serce. Nie ma w niej ani śladu egoizmu, a jej postępowaniem kieruje przede wszystkim chęć ulżenia innym w kłopotach. Nietrudno się domyślić, że tak kryształowa osoba jest najlepszym celem plotek i obmowy. A to właśnie plotka rządzi tym światem i trzeba przyznać, że odmalowując to polskie piekiełko, wszystko jedno, czy jest nim prowincjonalne powiatowe miasteczko, czy stolica, Prus wykonał świetną robotę.


Kiedy zaczynałam czytać tę powieść, sądziłam, że ostrze satyry będzie wymierzone właśnie w kobiety, w tytułowe emancypantki, i że to słowo z pewnością jest opatrzone ironicznym cudzysłowem. Jest tak do pewnego stopnia, bo naprawdę niewiele trzeba, by kobiecie przyczepiono łatkę „emancypantki” (określenie pejoratywne). To prawda, że przedstawione w powieści „emancypantki-aktywistki” to postacie groteskowe. Ale jednocześnie Prus przedstawił sytuację kobiet w ówczesnym społeczeństwie w sposób realistyczny i rzetelny i niewątpliwie odnosił się do „sprawy kobiet” ze zrozumieniem i sympatią. Napiętnował społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet nawet tam, gdzie nie dostrzegały jej jego bohaterki, bo większość z nich nie rozmyślała ani nad podwójnymi standardami moralno-obyczajowymi, ani nad faktem, że ich praca jest kilkukrotnie niżej wynagradzana niż porównywalna z nią praca mężczyzny, ani nad tym, że dominująca rola mężczyzny, jako rzekomego opiekuna kobiety, bardzo często pozwalała mu po prostu na pracy kobiety pasożytować. W powieści Prusa mamy różnorodne typy kobiet, które zresztą przetrwały do naszych czasów. Są „wojujące feministki”, są „strażniczki patriarchatu”, są wreszcie kobiety „samodzielne” – przeważnie nie z pobudek ideologicznych, a z konieczności życiowej. Niektóre z tych kobiet występują w podwójnych rolach, np. pani Latter, właścicielka pensji, jest samodzielną kobietą sukcesu (niestety w chwili, gdy ją poznajemy, sukces odchodzi już w przeszłość), a jednocześnie wychowuje swoje dzieci w sposób, który petryfikuje krzywdzący kobiety porządek społeczny.

Co ciekawe, w powieści mówi się o „samodzielności” kobiet i „emancypacji”, ale nigdy nie padają słowa „niezależność” i „równouprawnienie”. Zastanawiam się, czy te pojęcia nie funkcjonowały wówczas w dyskursie społecznym, czy też dobór słownictwa był wynikiem politycznej (auto?)cenzury. Bo przecież od niezależności tylko krok do niepodległości, a wspominanie o prawach w ogóle jest niebezpieczne. Czytając „Emancypantki” możemy porozmyślać nad tym, jak daleką drogę przebyło nasze społeczeństwo przez te 140 lat, a z drugiej strony – jak niewiele się w pewnych kwestiach zmieniło. Bo przecież wiele problemów, z którymi borykały się kobiety w latach 1870-tych, jest wciąż naszymi problemami, chociażby dyskryminacja zarobkowa.

Przyznam się, że pod koniec powieści anielskość i naiwność Madzi zaczęły mnie męczyć i miałam ochotę nieco nią potrząsnąć (sama Madzia też coraz bardziej męczyła się życiem). Mimo to książkę gorąco polecam wszystkim, kobietom i mężczyznom, tym z lewej i z prawej strony sceny politycznej. To naprawdę świetny kawał literatury, wypełniony celnymi obserwacjami społecznymi i niepozbawiony humoru (choć nieco gorzkiego). Może tylko satyra jest czasem kreślona trochę zbyt grubą kreską (np. satyryczne nazwiska większości postaci dalszego planu nieco mnie irytowały). Ale ta powieść jest pełna skarbów, ot chociażby taki fragment sprawił mi dużo radości – to jakby pierwszy szkic scenariusza filmu „Melancholia”:

Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: "W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną."
W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. "Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca." Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie? Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga - nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.
"Ale i w tym wypadku - pisali pesymiści - tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód."
"To jeszcze można wytrzymać!" - powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów. Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.(...)

---
Link do tekstu "Emancypantek" znajduje się się w zakładce "Książki z domeny publicznej".
Na "okładce" "Emancypantek" zamieszczonej w tym wpisie umieściłam obraz George'a Clausena.

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozstrzygnięcie konkursu (oraz moja ulubiona książka z dzieciństwa)


Konkurs zakończył się wczoraj o godz. 23:59 59s. Dziękuję wszystkim za udział w zabawie i podzielenie się ze mną książkowymi wspomnieniami z dzieciństwa. Wasze typy w dużej części pokrywają się z moimi - bardzo lubiłam i Astrid Lindgren, i Adama Bahdaja, i wszystkie "Tytusy" - tak, myślę, że komiks to też książka :) Marzyłam o niebieskim koraliku, jaki miała Karolcia, i skrupulatnie badałam wszystkie szpary w podłodze - cóż, bez rezultatów ;) Tylko "Kanapony" wymienione przez Monikę chyba jakoś nigdy nie wpadły mi w ręce. Do zestawu stworzonego przez Was dodałabym jeszcze Marka Twaina, ależ się zaśmiewałam z przygód Tomka i Hucka! A Tomka Sawyera dodatkowo podziwiałam za wynalezienie wielce skutecznego sposobu malowania płotu. Jeżeli jednak miałabym wybrać tylko jedną książkę dzieciństwa, bez której ani rusz, to chyba byłyby to "Dzieci z Bullerbyn". A ponieważ pora roku temu sprzyja, przypomnijmy sobie, jak obchodzi się Gwiazdkę w Bullerbyn:

   Rankiem w dzień wigilijny obudziłam się bardzo wcześnie i pobiegłam do kuchni tylko w koszuli i - oj, jak tam było pięknie! Na podłodze leżały nowe gałgankowe chodniki, poręcz wokół pieca owinięta była białą, zieloną i czerwoną karbowaną bibułą, wielki, rozsuwany stół zasłany był świątecznym obrusem, a wszystkie miedziane rondle były świeżo wyczyszczone. Ucieszyłam się tak ogromnie, że uściskałam mamusię.
(...)
   W domu Lasse, Bosse i ja ubraliśmy naszą choinkę. (...) Potem poszliśmy do kuchni i maczaliśmy sobie kawałki chleba w wielkim rondlu, w którym gotowała się kiełbasa i szynka. Ach, jakże to było doskonałe!
   A potem nie pozostawało już nic innego, jak CZEKAĆ! Lasse powiedział, że te godziny po południu w dzień wigilijny, gdy się tylko chodzi i czeka, i czeka, to jest coś takiego, od czego ludzie siwieją.
- Astrid Lindgren, "Dzieci z Bullerbyn". Przełożyła Irena Wyszomirska
Nasza Księgarnia, Warszawa 1957.




Pozostał mi jeszcze miły obowiązek ogłoszenia zwyciężczyni konkursu. Udział wzięło 7 osób, a maszyna losująca wyłoniła...

 ...autorkę szóstego komentarza! Jest nią lucy.nazka. Gratuluję! ("Ronję" też bardzo lubiłam i mam wielką ochotę ją sobie przypomnieć).

poniedziałek, 15 grudnia 2014

W okopach nad Sommą, w tunelach pod ziemią niczyją. "Ptasi śpiew" Sebastiana Faulksa









Jest wiele powodów, dla których można sięgnąć po "Ptasi śpiew" Sebastiana Faulksa i uważam, że warto to zrobić. Chociażby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego Anglicy wciąż tak przeżywają wojnę, której wspomnienie w naszej pamięci historycznej już prawie się zatarło, choć walczyło w niej 3,5 mln. Polaków, a 500 tys. spośród nich nigdy nie wróciło do domów. 2014 był rokiem okrągłych rocznic, dla nas przede wszystkim 70. rocznicy powstania warszawskiego. Okropności II wojny światowej przysłoniły nam to, co rozpoczęło się 30 lat wcześniej. Ale dla Brytyjczyków 2014 to przede wszystkim stulecie I wojny światowej, Wielkiej Wojny, jak wciąż ją nazywają. "Ptasi śpiew" Sebastiana Faulksa, powieść, która w Wielkiej Brytanii osiągnęła status "współczesnej klasyki" i weszła do szkolnych i uniwersyteckich programów nauczania literatury, bardzo obrazowo pokazuje dlaczego.

Pierwsza część "Ptasiego śpiewu", rozgrywająca się w 1910 roku w Amiens we Francji, jest opowieścią o zakazanej miłości młodego Anglika i żony francuskiego przemysłowca. Związek Stephena i Isabelle trwa krótko, dalsza część powieści, tocząca się w latach 1916-1918, pokazuje przeżycia Stephena, teraz oficera piechoty, na froncie. Część wojenna przeplatana jest historią dziejącą się w czasach umownie nam współczesnych (1978-79), kiedy to wnuczka Stephena, Elizabeth, postanawia dowiedzieć się czegoś o życiu swojego dziadka i jego udziale w wojnie; na strychu domu matki odnajduje jego szyfrowane dzienniki.

Myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do "Ptasiego śpiewu", być może nawet nie raz. Faulksowi udało się stworzyć złożonych bohaterów, na los których czytelnik nie pozostaje obojętny, udało mu się też przedstawić wiarygodny obraz sytuacji żołnierzy na froncie zachodnim I wojny światowej i odkryć dla czytelników pewien element działań wojennych wcześniej szerzej nieznany. Udało mu się nawet przekonująco pokazać zmiany w psychice ludzi, którzy codziennie byli świadkami śmierci i sami ją zadawali. Wreszcie - udało mu się w to wszystko wpleść historię miłosną, która nie razi sentymentalizmem. To dużo. Z drugiej strony, po lekturze "Ptasiego śpiewu" nie potrafię sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Faulks jest właściwie dobrym pisarzem. Czytając powieść, byłam do tego stopnia pod jej wrażeniem, że z miejsca odrzucałam wszelkie wątpliwości. Ta książka niezaprzeczalnie ma siłę. Ale są też fragmenty zdecydowanie słabsze, a niektóre rozwiązania fabularne wydały mi się zadziwiająco tanimi chwytami. Im więcej czasu upływa od skończenia lektury, im dłużej się nad tą książką zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że tą szczególną pozycję, którą "Ptasi śpiew" zdobył w Wielkiej Brytanii, to ogromne uznanie nie tylko wśród czytelników, ale i krytyków, zawdzięcza w dużej mierze tematowi, a nie jakości czysto literackiej. Ponieważ bitwa nad Sommą wciąż Brytyjczyków boli, każda dobra powieść o niej opowiadająca ma zwiększone szanse na wejście do kanonu współczesnej literatury angielskiej. "Ptasi śpiew" to książka dobra, w części nawet bardzo dobra, ale miałabym problem z nazwaniem jej wybitną.

Kiedy dwadzieścia parę lat temu Faulks zaczynał pracę nad powieścią (została wydana po raz pierwszy w roku 1993), to, jak napisał w przedmowie do tegorocznego angielskiego wydania, również w społeczeństwie brytyjskim I wojna światowa była już zamkniętym rozdziałem. Jednym z celów, które przyświecały pisarzowi, było więc przywrócenie pamięci o wydarzeniach, które według autora nie powinny być zapomniane, i o ludziach, którzy w nich uczestniczyli. W tym zakresie nie mam żadnych zastrzeżeń do powieści, co więcej "Ptasi śpiew" opowiada nie tylko o Anglikach nad Sommą, ale też o tragicznym doświadczeniu w wymiarze ogólnoludzkim. Kiedy jednak autor deklaruje, że zasiada przy biurku, żeby zadawać filozoficzne pytania i badać granice człowieczeństwa, robię się nieco sceptyczna. "To nie jest wojna. - mówi w pewnym momencie Stephen - To jest badanie, jak daleko człowieka można poniżyć." Stephen zadaje sobie pytanie, czy istnieją jakieś nieprzekraczalne granice, w roku 1916, ale pod koniec XX w., kiedy zadaje je Faulks, to pytanie jest już tylko naiwne. Każdy, kto odwiedził muzeum Auschwitz wie, że nie ma takich granic, człowiek może zrobić wszystko i wszystko można zrobić z człowiekiem. O ile na poziomie emocjonalnym powieść Faulksa jest bardzo mocna, to na poziomie rozważań filozoficznych (do których autor aspiruje) jest jednak w gruncie rzeczy trywialna (choć w tym kontekście to słowo brzmi strasznie).

Balastem dla tej książki są również rozdziały poświęcone Elizabeth, cała "współczesna" część opowieści. Elizabeth ma być niejako przedstawicielem czytelnika, to za jej pośrednictwem nawiązuje on kontakt z przeszłością. Proces odkrywania przez Elizabeth losów dziadka ma nam uświadomić, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć samych siebie, odwracając się od przeszłości, że historia jest częścią naszej tożsamości. Są w tym wątku trzy sceny warte zapamiętania: Elizabeth odwiedzająca w domu opieki dla weteranów jednego z żołnierzy z oddziału Stephena, jej rozmowa telefoniczna z pułkownikiem Grayem, dowódcą Stephena, oraz moment, w którym za pośrednictwem Elizabeth odczytujemy kilka zdań z dziennika Stephena. Jest też swego rodzaju epilog, w którym z rozmowy Elizabeth z matką poznajemy powojenne losy Stephena. Cała reszta nie wnosi niczego do opowieści, jest nachalnie dydaktyczna, przekraczając w dydaktyzmie granice prawdopodobieństwa. Elizabeth wydaje się osobą bardzo płytką i, prawdę mówiąc, dosyć ograniczoną - skala jej niewiedzy jest tak wielka. Bohaterowie tej części są zresztą bardzo pobieżnie naszkicowani, o wnuczce Stephena wiemy właściwie tylko tyle, że prowadzi firmę odzieżową i ma żonatego kochanka. Z pewnością nie jest postacią, z którą mogłabym się utożsamiać - a po to została przecież stworzona. Nie wiem, czy w zamyśle autora romans Elizabeth jest paralelą z życiem Stephena - dla mnie była to raczej obraza pamięci o nim i cały ten wątek wydał mi się nieco groteskowy, włączając w to zamykającą go scenę. Ostatnia scena z części wojennej również wywołała mój estetyczny dyskomfort. Żołnierz angielski i niemiecki padają w niej sobie w ramiona. Oczywiście ten moment nie bierze się znikąd, jest budowany przez wiele stron (nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele z fabuły). Mimo wszystko nie przekonuje mnie. To taki mało subtelny gest w stronę czytelnika, jakby autor nie wierzył, że jego przesłanie wyrażone delikatniejszymi środkami mogło dotrzeć do odbiorcy.

Co wobec tego mi się w "Ptasim śpiewie" podoba? Przede wszystkim postać Stephena Wraysforda, jest to jeden ciekawszych bohaterów literackich, z jakimi się w ostatnim czasie zetknęłam. Skomplikowany, niejednoznaczny. Jednocześnie wzbudzający współczucie i niechęć, ale też podziw. Podobają mi się również skonstruowane ze szczegółami postacie innych żołnierzy: Weira, Jacka, Graya. Postacie mężczyzn zdecydowanie lepiej Faulksowi wychodzą niż kobiece. Poruszający jest obraz codzienności żołnierzy na froncie. Przed ukazaniem się książki mało znany był fakt, że na froncie zachodnim I wojny światowej walka toczyła się również pod powierzchnią ziemi. Oddziały saperów drążyły tunele pod ziemią niczyją; podkładano w nich ładunki wybuchowe i wysadzano umocnienia na linii wroga. Oczywiście takie same tunele były bezustannie drążone również od drugiej strony. Praca w tunelach była nie tylko fizyczną mordęgą długich godzin wysiłku w ciemności i zaduchu, walką z naturalnym strachem człowieka przed tak nienaturalnym dla niego środowiskiem. Wiązała się z realnym niebezpieczeństwem napotkania wroga pod ziemią. Z drugiej strony zejście do tuneli dawało ochronę przed piekłem ostrzału, deszczem i zimnem w okopach.

Centralnym punktem powieści jest 1 lipca 1916 r. Był to najczarniejszy dzień w historii brytyjskiej wojskowości. W tym jednym dniu straty wśród żołnierzy brytyjskich wyniosły 60 tys. ofiar, z czego 20 tys. było ofiarami śmiertelnymi. Faulks po mistrzowsku pokazał kataklizm tego dnia. Mocno zapada w pamięć scena, w której żołnierze w wieczór poprzedzający natarcie piszą listy do najbliższych - dla wielu ostatnie - starając się ukryć przed nimi, lub przed sobą, narastające przerażenie.

Obrazy wojny nie oddziaływałyby tak silnie, gdyby nie miały jako przeciwwagi przedwojennego romansu. Był to jedyny moment w życiu Stephena, w którym żył naprawdę. Gdy stracił Isabelle, która nie tylko była jedyną kobietą, jaką kochał, ale również jedyną osobą, która jego kiedykolwiek kochała, stracił wszystko, co miało dla niego znaczenie. Na froncie był zawieszony w pustce, nie miał życia, do którego mógłby powrócić po wojnie. Istniało dla niego tylko straszne tu i teraz. Powieść Faulksa jest bardzo mocno osadzona w fizyczności, w doznaniach cielesnych. Przez długi czas jej roboczym tytułem było "Ciało i krew". Podczas wojny ciało człowieka służy do zabijania, zadawania bólu. Odczuwa tylko ból, jest dziurawione kulami, rozrywane na strzępy, poddawane działaniu gazów bojowych. Te obrazy są skontrastowane z fizycznością scen sprzed wojny. Ciało ludzkie doznaje w nich pożądania, służy wyrażaniu namiętności, miłości, odczuwa przyjemność. Jednocześnie pomimo nacisku na pokazanie fizycznej strony relacji Stephena i Isabelle, Faulks przedstawia ich związek w kategoriach potężnego uczucia, daleko wykraczającego poza pożądanie. W horrorze wojny Stephen przywołuje wspomnienia bliskości z Isabelle - bliskości z drugą istotą ludzką. Dla części czytelników sceny erotyczne w powieści mogą być nieco zbyt dosłowne, są zdecydowanie dalekie od subtelności, i zastanawiam się, czy ja właśnie nie należę do tej grupy. Ostatecznie jestem jednak w stanie zaakceptować zamysł autora i przyjąć, że taki sposób ich pokazania czemuś służy.

Wreszcie - podoba mi się w powieści Sebastiana Faulksa metafora ptasiego śpiewu. Jest taka scena, w której Stephen prowadzi swoich żołnierzy na linię okopów. Następnego dnia ruszą do natarcia.


Stephen wpatrywał się w pasmo trawy miedzy koleinami wyciśniętymi przez wozy i myślał o pokoleniach chłopów, którzy kroczyli tędy w podobnie czyste letnie dni. Za zakrętem zobaczył jakąś dwudziestkę rozebranych do pasa mężczyzn, którzy obok drogi kopali dół o powierzchni jakichś trzydziestu metrów kwadratowych. Przez chwilę był zaskoczony, nie mógł bowiem zrozumieć, jakim rolniczym celom mógłby służyć, ale po chwili zrozumiał, że kopią masowy grób. Myślał, żeby kazać zmienić kierunek marszu albo przynajmniej odwrócić wzrok, ale było już za późno i niektórzy zdążyli zobaczyć przyszłe miejsce pochówku. Śpiew zamarł im na wargach, a jego miejsce zajęły ptasie głosy.

Ptasie głosy. Ptasi śpiew. "Ponieważ nieraz mnie o to pytano - pisze Faulks w przedmowie, którą zamieszczono w polskim wydaniu - powinienem może wyjaśnić, że ów tytuł nie ma symbolizować "nowego życia"  czy "rodzącej się nadziei", a przede wszystkim ma sugerować obojętność świata przyrody wobec świata ludzkiego - ludzkiego, jak to ujął Philip Roth, w najgorszym sensie tego słowa."


Polski przekład nie bardzo przypadł mi do gustu i niestety pojawia się w nim kilka błędów językowych (np. problem z biernikiem rzeczownika męskiego nieżywotnego). Niechlujstwo polskich wydawnictw coraz bardziej zaczyna działać mi na nerwy, ale... spuśćmy zasłonę milczenia.



*** Po lewej, jeden z najgorszych tekstów okładkowych, jakie zdarzyło mi się czytać. A może najlepszy? Bo jednoczesne wprowadzenie w błąd czytelnika co do treści książki i ujawnienie istotnych szczegółów fabuły, do których czytelnik powinien dotrzeć sam, musi być bardzo trudne do osiągnięcia. *** 


W ramach postscriptum zapraszam do posłuchania audycji BBC World Service z cyklu World Book Club, w której Sebastian Faulks opowiada o "Birdsong", odpowiada na pytania publiczności i słuchaczy, a także czyta dwa fragmenty swojej powieści. Uczestnicy mówią staranną angielszczyzną, powoli i wyraźnie, więc łatwo jest wszystko zrozumieć i słucha się tego (i pozostałych audycji z cyklu) z przyjemnością.

Audycji można posłuchać w Internecie klikając w poniższy link:

http://www.bbc.co.uk/programmes/p01sxz31#orb-footer

lub ściągnąć ze strony z podcastami:

http://www.bbc.co.uk/podcasts/series/wbc/all

---
Sebastian Faulks, "Ptasi śpiew". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań. Przekład Jerzy Łoziński.

wtorek, 9 grudnia 2014

World Book Club


Wbrew pozorom fakt, że prowadzi się blog książkowy, nie wpływa dodatnio na ilość przeczytanych książek. Gdyby nie blog, to pewnie sięgnęłabym już po jakąś kolejną książkę - ostatnią skończyłam w sobotę o 3:37 nad ranem. Jednak sporo mi się już zebrało książek przeczytanych w minionych paru miesiącach, o których nie zdążyłam napisać - i pewnie już nie napiszę - a każda kolejna nieco zaciera w pamięci poprzednią. Tej ostatnio przeczytanej jednak nie chciałabym na blogu pominąć, dlatego nie śmiem sięgnąć po nic nowego. Trawię ją i zbieram się w sobie do przygotowania wpisu, pocieszając się przy tym, że choć ilość spadła, to zapewne jakość moich doświadczeń czytelniczych się poprawiła, skoro książka pozostaje ze mną, albo we mnie, trochę dłużej i trochę głębiej. Zanim więc pojawi się tutaj nowy wpis z kategorii czysto książkowej (a konkretnie: powieść), jeszcze jedna notka z kategorii: inne.

Chcę się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, moim niedawnym odkryciem, którego dokonałam, szukając informacji na temat tej książki, którą właśnie trawię. Być może wszystkie potencjalnie zainteresowane osoby (tzn. lubiące słuchać radia, znające angielski i interesujące się literaturą) już to, o czym zaraz napiszę, znają - ja odkryłam wczoraj i jestem zachwycona!


Otóż rozgłośnia międzynarodowa radia BBC, czyli BBC World Service, nadaje comiesięczną audycję World Book Club. Wszystkie odcinki (dotychczas ok. 150) są dostępne bezterminowo na stronach internetowych BBC do posłuchania online lub ściągnięcia. World Book Club to rozmowy z pisarzami z całego świata, zazwyczaj na temat konkretnej - ich najbardziej znanej - książki, nagrywane z udziałem publiczności. Słuchacze z zagranicy mogą nadsyłać pytania mejlowo. Oczywiście nie wszystkie mogą być zadane na antenie, bo audycje trwają najczęściej 26 min., niektóre ok. 50. Zazwyczaj autor odczytuje również jeden lub dwa fragmenty swoich książek. Słuchanie to czysta przyjemność. Lista pisarzy, którzy dotychczas wystąpili w World Book Club jest naprawdę imponująca i satysfakcjonująca. O swoich książkach opowiadali: Orhan Pamuk, Salman Rushdie, Andre Brink, Carlos Fuentes, Nick Hornby, Zadie Smith, Kazuo Ishiguro, Amoz Oz, Isabelle Allende, Julian Barnes, Terry Pratchett, Doris Lessing, Per Petterson, Paul Auster, Kiran Desai, Boris Akunin, Jo Nesbo, JMG LeClezio, Gunter Grass, David Lodge, John Irving, Umberto Eco, Mario Vargas Llosa, Kurt Vonnegut i wielu innych.

A teraz najważniejsze - linki!

Strona główna audycji:
http://www.bbc.co.uk/programmes/p003jhsk

Strona z podkastami - można posłuchać online lub ściągnąć:
http://www.bbc.co.uk/podcasts/series/wbc/all

Myślę, że wszystkie odcinki są bardzo ciekawe i właściwie to miałabym ochotę nagrać je sobie na płytę do słuchania w samochodzie. Najbardziej ucieszył mnie program, w którym A.S. Byatt opowiada o jednej z moich ukochanych książek, "Possession" (po polsku "Opętanie"). Pisałam o tej książce TUTAJ, a TUTAJ można posłuchać tego odcinka.

Miłego słuchania (i przypominam o konkursie)!



czwartek, 4 grudnia 2014

SZTUKA CZYTANIA: Młoda kobieta z książką w parku Thornfield

*** Barend Cornelius Koekkoek (malarz holenderski, 1803-1862), "Kobieta z książką" ***


Jeżeli J.E., która dała ogłoszenie w czwartkowym numerze "Heralda", posiada wspomniane warunki i jeżeli może podać zadowalające referencje o swym charakterze i uzdolnieniu, mogłabym jej ofiarować posadę nauczycielki do jednej uczennicy, małej dziewczynki poniżej lat dziesięciu; pensja wynosiłaby trzydzieści funtów rocznie. Proszę J.E. o przysłanie referencji, nazwiska, adresu i wszystkich szczegółów pod adresem: Pani Fairfax, Thornfield koło Millcote.

- Charlotte Brontë, "Jane Eyre". Przekład: Teresa Świderska

Trudno mi wyobrazić sobie, żeby Jane Eyre, młoda, zdolna nauczycielka, nie lubiła czytać książek, ale kartkując wczoraj powieść (którą czytałam dosyć dawno temu), nie znalazłam ani jednej sceny, w której autorka uchwyciłaby ją w momencie czytania. Mimo to wyobrażam sobie, że książka - podobnie jak szkicownik - musiała być jej stałym atrybutem.



*** Portret Charlotte Brontë - Evert A. Duyckinck (1873) na podstawie rysunku George'a Richmonda ***

wtorek, 2 grudnia 2014

Konkurs!!!

Miałam zamiar ogłosić ten konkurs zaraz po targach książki w Krakowie, bo stamtąd właśnie przywiozłam nagrody, które zamierzam Wam sprezentować, ale jakoś mi to nie wyszło. Może jednak dobrze się stało, bo w ten sposób nagroda może być prezentem świątecznym. Do wygrania są dwie bardzo zabawne książki dla dzieci wydawnictwa Nasza Księgarnia, płócienna torba na książki z Targów Książki i przypinka. Konkurs trwa do 15.12, żeby nagroda mogła dotrzeć do zwycięzcy przed świętami.

Książki:
Agnieszka Tyszka "Zosia z ulicy Kociej", Nasza Księgarnia, Warszawa 2014
Rafał Witek "Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia", Nasza Księgarnia, Warszawa 2014

Książki są wspaniale ilustrowane i przeznaczone dla dzieci w wieku od lat 7.



Zasady konkursu:

W konkursie może wziąć udział każdy, kto do 15 grudnia 2014 zostawi komentarz pod tym wpisem. W komentarzu proszę odpowiedzieć na pytanie konkursowe: którą książkę z dzieciństwa najmilej wspominacie? Zwycięzcę konkursu wyłonię na drodze losowania. Komentatorzy anonimowi proszeni są o pozostawienie adresu e-mail. Rozstrzygnięcie konkursu ogłoszę 16 grudnia na blogu, a zwycięzca otrzyma nagrodę pocztą. Oczywiście zachęcam do polubienia strony bloga na Facebooku i śledzenia mojego bloga na Bloggerze, Bloglovin' itd., ale nie jest to warunek konieczny.





poniedziałek, 1 grudnia 2014

Birdsong

*** "Birdsong" (2012). Kadr z filmu ***


Odwieczny dylemat* - co lepiej zrobić najpierw: obejrzeć film, czy przeczytać książkę? Oba podejścia do tego problemu mają swoje zalety i wady. Czytając powieści, zazwyczaj wyobrażam sobie, jakie świetne filmy można by zrobić na ich podstawie. Jednak prawda jest taka, że kiedy ogląda się ekranizację ulubionej książki, to nawet jeżeli jest ona arcydziełem, trudno się powstrzymać od reakcji typu: zaraz, zaraz, to było inaczej, to opuścili, a tamtego w ogóle nie było. Dlatego skłaniam się raczej ku opcji, żeby (jeśli mamy taki wybór) dać najpierw szansę adaptacji filmowej. A potem sięgnąć po książkę. Bo książka to zazwyczaj dużo, dużo więcej.

Tę konkretną parę filmowo-książkową zauważyłam już prawie dwa lata temu, ale tak się złożyło, że zupełnie przegapiłam polskie wydanie książki (luty 2014), a film obejrzałam dopiero w miniony weekend. "Birdsong" to dwuczęściowy brytyjski film zrealizowany dla telewizji BBC na podstawie powieści Sebastiana Faulksa pod tym samym tytułem. W wersji polskiej nadano mu bardzo wyeksploatowany tytuł "Wojna i miłość", na szczęście książka ukazała się jako "Ptasi śpiew". Po obejrzeniu filmu spodziewam się po niej wszystkiego najlepszego.

*** "Birdsong" (2012). Kadry z filmu ***
***

Jest rok 1916. Francja. Młody Anglik, porucznik Stephen Wraysford (Eddie Redmayne) w okopach na linii frontu zachodniego I wojny światowej powraca pamięcią do czasów swojej jedynej, krótkiej miłości. Sześć lat wstecz, gdy jako praktykant w fabryce tekstyliów w Amiens, bardzo blisko miejsca, gdzie znajduje się teraz, mieszkał w domu swojego pracodawcy, przeżył romans z jego młodą żoną. W filmie sekwencje z roku 1916 są przeplatane scenami z roku 1910 pokazującymi historię tej zakazanej miłości. Rzeczywiście mamy więc tu "wojnę i miłość" i film mógłby z łatwością osunąć się w stronę kiczu i nadmiernego sentymentalizmu, ale tak się nie stało (choć zakończenie budzi u mnie pewne zastrzeżenia).

"Birdsong" jest filmem eleganckim, pięknym plastycznie i dopracowanym w każdym szczególe. Płynie powolnym rytmem, pełno w nim długich, intensywnych spojrzeń, zamyśleń, pauz. Wolne tempo nie jest tu jednak wadą, przeciwnie, bardzo pasuje do tej opowieści. Nawet sekwencje frontowe, choć niepozbawione dramatyzmu i napięcia prowadzone są w jakby spowolnionym rytmie. Napięcie nie jest rodem z filmów akcji, jest to raczej wyczuwalny stały ciężar przytłaczający bohaterów i wydaje mi się, że "Birdsong" bardzo dobrze pozwala wczuć się widzowi w klimat wojny pozycyjnej.

Od strony wizualnej część wojenna filmu pokazana jest w przytłumionej, wyblakłej palecie barw, kontrastującej ze scenami sprzed wojny, wywołującymi skojarzenia z Arkadią. Intensywne kolory, zieleń, kwiaty, bujne ogrody, piękne wnętrza, wspaniałe stroje sprawią niemałą przyjemność wielbicielom filmów kostiumowych. Z perspektywy kurzu okopów to wszystko sprawia wrażenie raju utraconego. Ale życie w tej Arkadii jest oczywiście dalekie od beztroski. Isabelle Azaire (Clémence Poésy) jest nieszczęśliwa w małżeństwie i choć wszystkie okoliczności zdają się pchać ją i Stephena ku sobie, to jednak wydaje się również oczywiste, że ich uczucie/namiętność, stojące w sprzeczności z powinnością, nie może przynieść obojgu szczęścia.

Jednak emocjonalnie to sceny wojenne są mocniejszą częścią filmu. Okrucieństwo wojny momentami pokazane jest w sposób bardzo naturalistyczny. Śmierć żołnierzy jest bezsensowna, zarówno w sensie uniwersalnym - bo jaki był sens i cel tamtej wojny, w imię czego walczyli i umierali młodzi chłopcy i ojcowie rodzin? - jak i jednostkowym. Oglądając sekwencję pokazującą natarcie Anglików w czasie bitwy nad Sommą, wiemy, że żołnierze idą na rzeź, nie będąc w stanie osiągnąć celów militarnych sztabu. Podobnie jak u Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" żołnierze giną również w momencie, kiedy wojna właściwie przestała się już toczyć.

Nie mam zastrzeżeń do występu Clémence Poésy, choć równocześnie wydaje mi się, że gdyby zastąpić ją inną blond aktorką o delikatnej urodzie, nie wpłynęłoby to zasadniczo na wartość filmu.W rolach drugoplanowych wystąpili też między innymi Matthew Goode (jako kapitan Gray), Richard Madden (jako kapitan Weir) i Joseph Mawle (jako Jack Firebrace). W pamięć zapada szczególnie rola - i postać - tego ostatniego. Ale "Birdsong" to właściwie film jednego aktora. Jeżeli więc komuś nie odpowiada uroda Eddie'ego Redmayne'a, on sam, albo obsadzenie go w roli - jak to się kiedyś mówiło - amanta (podejrzewam, że teraz mówi się romantic lead), to właściwie może sobie ten film podarować. Moim zdaniem trudno wyobrazić sobie lepszego odtwórcę roli Wraysforda. (Stephen Wraysford dla mnie już zawsze będzie miał twarz Eddie'ego Redmayne'a - co mi zupełnie nie przeszkadza). Specyficzny typ urody Eddie'ego predestynuje go do ról wrażliwych, nieco zagubionych chłopców i do grania postaci młodszych niż on sam (oraz do mówienia o nim "Eddie"). Zaskoczyło mnie jednak, jak dobrze wypadł w roli Stephena z roku 1916, już nie chłopca, ale mężczyzny, którego wrażliwość musiała zostać stępiona przez lata w okopach, wyalienowanego, zimnego, nieco antypatycznego, nawet bezwzględnego.

Oglądając "Birdsong" łatwiej jest zrozumieć, dlaczego I wojna światowa tak mocno odcisnęła się w zbiorowej świadomości wielu narodów - choć nie w naszej. Polecam. A po książce spodziewam się dużo, dużo więcej.


*** "Birdsong" (2012). Kadr z filmu ***




  

---
"Birdsong"/"Wojna i miłość". Working Title Films dla BBC (2012). Reż. Philip Martin. Scenariusz Abi Morgan na podstawie powieści Sebastiana Faulksa.

* "Odwieczny" w sensie całkiem dosłownym, bo przenoszenie literatury na ekran jest zjawiskiem prawie tak starym jak samo kino. Pierwszą zekranizowaną książką było "Quo vadis", a stało się to w roku 1912 (podaję za Wikipedią).