środa, 25 lutego 2015

Tylko wojna. "Na zachodzie bez zmian" Remarque'a



Książka ta nie ma być oskarżeniem ani też wyznaniem. Ma tylko podjąć próbę udzielenia wieści o pokoleniu, które wojna zniszczyła – nawet gdy uchroniło się przed jej granatami.


To jedna z takich książek, o których myślimy, że nie ma potrzeby ich czytać, bo przecież z góry wiadomo, co w nich jest. To również książka, której czytać się nie chce, bo lektura z pewnością nie jest lekka. Losy grupki niemieckich chłopców na froncie I wojny światowej: nawet bardzo pobieżna znajomość historii pozwala się domyślić, czego doświadczyli. Jednak w ostatnim roku sporo czytałam powieści dotyczących I wojny światowej - głównie z perspektywy drugiej strony frontu - i nie mogłam pominąć tej najsłynniejszej. A "Na zachodzie bez zmian" Ericha Marii Remarque'a jest nie tylko najsłynniejszą powieścią o I wojnie światowej, ale też jedną z najważniejszych w historii literatury powieści o wojnie w ogóle.

"Na zachodzie bez zmian" to też książka, o której trudno jest napisać blogową notatkę. Przypomina bardziej reportaż wcieleniowy niż powieść. Narratorem jest uczestnik wydarzeń. Bohaterowie są w okopach, atakują, znajdują się pod ostrzałem, zostają zluzowani i wycofani na tyły, wracają na front - cykl powtarza się od początku. Nie ma zaskakujących zwrotów akcji i punktów kulminacyjnych. Nie ma tragicznej miłości wplecionej w wojenną opowieść. Nie dzieje się nic - oprócz wojny. Każda strona tej książki jest wypełniona mocnymi zdaniami. Poruszające cytaty można właściwie wybierać losowo. Obraz rannych koni:

Wszyscy potrafimy znieść niejedno. Ale teraz oblewamy się potem. Chciałoby się powstać i uciec, wszystko jedno gdzie, aby tylko nie słyszeć już krzyku. Przy tym nie są to przecie ludzie, ale konie tylko. […] Żołnierze nie mogą zbliżyć się do ranionych zwierząt, które w trwodze swej uciekają, z bólem w szeroko otwartych pyskach. Jedna z postaci przyklęka, strzał – jeden koń zwala się – jeszcze jeden. Ostatni opiera się na przednich nogach i obraca się w kółko jak karuzela, siedząc, okręca się na wspartych wysoko przednich nogach, pewnie grzbiet ma zgruchotany. Żołnierz podbiega i strzela. Powoli, pokornie osuwa się na ziemię. […] Detering odchodzi i klnie: – Chciałbym wiedzieć, co one zawiniły. […] Powiadam wam, to najgorsze świństwo, że zwierzęta są na wojnie.
Młody rekrut, któremu już nie da się pomóc:

Kat ogląda się za siebie i szepce: – Czyżby nie  należało po prostu wziąć rewolwer, aby to ustało?
                Chłopiec zapewne nie zniesie transportu i co najwyżej może to być jeszcze kwestią niewielu dni. Ale wszystko, co zniósł dotąd, będzie niczym, w porównaniu z tym, co go czeka. Teraz jest jeszcze odurzony i nic nie czuje. Za godzinę będzie skowyczącym kłębem bólów nie do zniesienia.
Pod ostrzałem. Noc przed atakiem:
Jeszcze jedna noc. Obecnie tępi jesteśmy z naprężenia. Jest to śmiertelne naprężenie, które skrobie wzdłuż naszego stosu pacierzowego jak wyszczerbiony nóż. Już nogi odmawiają posłuszeństwa, ręce latają, ciało jest cienką skórą ponad zduszonym z trudem obłędem, ponad rykiem bez końca, który zaraz wybuchnąć ma nieposkromienie. Nie mamy już mięsa ani muskułów, nie możemy już patrzeć na siebie z trwogi przed czymś nieobliczalnym. Więc oto zaciskamy przemocą wargi… to minie… to minie… może jakoś uda nam się z tym uporać.
Wycofani poza linię frontu:

Przyzwyczajenie sprawia, że na pozór tak prędko zapominamy. Onegdaj byliśmy jeszcze w ogniu, dziś robimy głupstwa, włóczymy się po okolicy, jutro znów wrócimy do okopów. Ale naprawdę to my niczego nie zapominamy. Póki jesteśmy tutaj, przebyte dni frontu zapadają się w nas jak kamienie – są zbyt ciężkie, aby się można było nad nimi od razu zastanowić. Zabiłyby nas niechybnie, gdybyśmy to zrobili; bo tyle już zdążyłem zauważyć, że zgrozę znieść można – wystarczy zwyczajnie przycupnąć, ale zginiesz, jeśli się w nią zagłębisz. […]
Brednie wypisują w gazetach o złotym humorze wojska, które ledwo wydostawszy się z ognia, urządza tańce. Robimy to nie dlatego, że mamy humor, lecz mamy humor, ponieważ inaczej bylibyśmy zgubieni. Ale i tak niedługo nam tego starczy, humor nasz gorzknieje z każdym dniem.
Na urlopie:
[…] z ludźmi nie mogę się jakoś zejść. Jedyną osobą, która mnie o nic nie pyta, jest moja matka. Już z ojcem jest inaczej. Chciałby, abym mu opowiedział o froncie, życzenia jego wydają mi się wzruszająco głupie, nie mam już do niego właściwego stosunku. Chciałby stale słyszeć coś nowego. Rozumiem, że nie wie, że coś takiego nie może być opowiedziane, rad bym uczynić mu zadość, ale niebezpiecznie jest dla mnie wyrażać te rzeczy w słowach, lękam się, czy nie rozrosną się gigantycznie, czy już można je będzie poskromić. Cóż by się z nami stało, gdybyśmy sobie uświadomili, co się dzieje na froncie.
Wiadomo, że Remarque zawarł w powieści własne przeżycia. Narratorem jest Paweł (Paul) Bäumer, zaciągnął się do wojska zanim zdążył zdać maturę. Pisarz nadał mu swoje imię - Remarque urodził się jako Erich Paul Remark. 


Jestem młody, mam dwadzieścia lat; ale z życia nie znam nic poza rozpaczą, śmiercią, trwogą i spojeniem w jeden łańcuch najniedorzeczniejszej płaskości z całą otchłanią cierpienia. […]
Cóż uczynią nasi ojcowie, gdy powstaniemy kiedyś, staniemy z nimi twarzą w twarz i zażądamy obrachunku? Czego oczekują od nas, kiedy nadejdzie czas, że nie będzie wojny? Naszym zajęciem poprzez lata całe było robienie trupów: to był pierwszy zawód w naszym istnieniu. Nasza wiedza o życiu ogranicza się do śmierci. Cóż jeszcze ma stać się potem? I cóż będzie z nami? 

Zerkam na portale książkowe, jakie wrażenia wywołuje dziś ta powieść w czytelnikach. "Mocne. Przeczytasz i już wiesz, że nigdy żadnej wojny nie wywołasz." - napisał ktoś. Rozglądam się po świecie i żałuję, że nie wszyscy przeczytali.

Tłumaczenie Stefana Napierskiego, jeszcze przedwojenne, jest już dzisiaj mocno archaiczne i dosyć trudno się je czyta. W latach 90. książkę tłumaczył Tadeusz Ostojski, a autorem najnowszego przekładu jest Ryszard Wojnakowski - wznowienie w tego przekładu ukazało się w 2014 r.

---
Erich Maria Remarque, "Na zachodzie bez zmian". Czytelnik, Warszawa 1996. Przełożył Stefan Napierski.

Wszystkie cytaty z książki pochodzą z tego wydania.

niedziela, 22 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: Czytanie z kotem



*** Mykola (Nikołaj) Jaroszenko (1846-1898), portret Elżbiety Płatonowny Jaroszenko ***


W dzisiejszym odcinku "Sztuki czytania" kontynuujemy obchody Dnia Kota.
Sportretowana dama nie jest, jak można by było przypuszczać, starą panną, a żoną Wasilija Aleksandrowicza Jaroszenki, czyli, jak przypuszczam, bratową artysty.

Mykola Jaroszenko urodził się na Ukrainie, działał głównie w Petersburgu, a malarstwo z powodzeniem łączył z karierą wojskową. Czynną służbę zakończył w stopniu generała. Jest znany z "psychologicznych" portretów, ale także z obrazów o tematyce społecznej.

sobota, 21 lutego 2015

Złoto czy tombak? "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton





– Co pana skłoniło, żeby zawierzyć pannie Wetherell?

– Nic nie może człowieka skłonić, żeby obdarzył kogoś zaufaniem! – wybuchnął […]. – Po prostu ufamy komuś albo nie, bez powodu! Jak, na litość boską, mógłbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie?

– Uproszczę je – odrzekł prokurator. Dlaczego ufa pan pannie Wetherell?

– Ponieważ ją kocham – odparł […].

– A jak to się stało, że ją pan pokochał?

– Pokochałem ją, albowiem jej zaufałem, oczywiście!

– Broni się pan, stosując tautologię.

– Tak, ponieważ nie mam innego wyjścia! – zawołał […]. – Prawdziwa miłość jest zawsze tautologiczna… Tautologiczna albo paradoksalna, po prostu dlatego, że jej przyczyna i skutek to dwie połówki jednej całości! Nie da się sprowadzić uczucia do katalogu jego przyczyn, tak jak z katalogu tych przyczyn nie wyprowadzi się uczucia. Każdy, kto się ze mną nie zgadza, nigdy nie kochał naprawdę.*

Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"



***Te rysunki pewnie mają głębokie znaczenie...***
Na pytanie postawione przez prokuratora Eleanor Catton zdaje się odpowiadać, że jest to zapisane w gwiazdach. Nagrodzona Bookerem autorka zadała sobie wiele trudu, by losy swoich bohaterów, a nawet formę powieści, podporządkować układom ciał  niebieskich. "Wszystko, co lśni" jest powieścią astrologiczną, począwszy od kompozycji rozdziałów (części), odpowiadających dwunastu fazom księżyca, które skracają się w miarę przechodzenia od pełni do nowiu (rozdziały, nie fazy), poprzez występujących w niej bohaterów (dwanaście "postaci gwiezdnych", siedem "postaci planetarnych" oraz "terra firma"), a skończywszy na działaniach bohaterów, zgodnych z ich horoskopami na dany dzień - akcja toczy się podczas kilku dni 1866 i 1865 r. Catton użyła bardzo współczesnych narzędzi - aplikacji komputerowej i interaktywnej mapy nieba dostępnej w Internecie - do wyznaczenia pozycji gwiazd i planet i według nich zaplanowała swoją wiktoriańską powieść. Zapewne ogrom pracy. O tym wszystkim przeciętny czytelnik, tzn. nieobeznany z astrologią, dowie się jednak z materiałów prasowych i wywiadów udzielanych przez autorkę, a nie z samej lektury. Ów czytelnik zauważy ciekawą formę powieści, która może mu się spodobać lub nie, ale nie dostrzeże zapewne astrologicznego znaczenia tej formy. Zauważy rysunki, którymi rozpoczynają się poszczególne części, ale nie będzie się w nich doszukiwał wskazówek co do ich treści. Nie wiem, czy to właśnie ten astrologiczny aspekt powieści wzbudził powszechny aplauz (jesienią, kiedy ukazało się polskie wydanie sporo można było usłyszeć o książce w mediach - w samych superlatywach), sądzę jednak, że miał duże znaczenie. Ta książka jest rzeczywiście bardzo sprytnie skonstruowana. Ale pomijając ten cały astrologiczny sztafaż (dla mnie zupełnie zbędny), "Wszystko, co lśni" jest po prostu dobrą powieścią. Tylko tyle (więc chór pochwał może jednak zbyt głośny). I aż tyle.

Pomijając kwestie astrologiczne, "Wszystko, co lśni" jest powieścią kryminalno-obyczajowo-filozoficzną, w której można by się też doszukać pewnych elementów powieści gotyckiej (ta skrzynia w ładowni statku i powstający z niej upiór, ten zakrwawiony fontaź). Kryminalną, bo akcja toczy się wokół śmierci - w niejasnych okolicznościach - ubogiego, zdawało się, samotnika Crosbiego Wellsa, w którego chacie wkrótce potem odkryto wielki skarb w złotych sztabkach. Obyczajową, bo autorka maluje w niej obraz dziewiętnastowiecznego nowozelandzkiego miasteczka, do którego gorączka złota ściąga ludzi z całego świata. Poszukiwaczy złota, handlarzy opium, prostytutki. Tych, którzy chcą zacząć nowe życie i tych, którzy pracują na "bilet do domu". Miasto Hokitika dopiero co się narodziło. Fortuny powstają tu w ciągu jednego dnia, ale nie wszyscy mają równe szanse na ich zdobycie - chińscy imigranci skazani są na rolę wyrobników. W osobie "poszukiwacza zielonego kamienia" pojawiają się Maorysi, zepchnięci na obrzeża tego świata. Filozoficzną, bo wraz z bohaterami zmuszeni jesteśmy do rozmyślania nad takim kwestiami jak: czym jest prawda i skąd się bierze miłość. A to wszystko przybiera formę swego rodzaju pastiszu powieści wiktoriańskiej. Autorka prowadzi z czytelnikiem grę (żeby nie powiedzieć, że sobie z nim pogrywa), na czterystu stronach relacjonując wydarzenia jednego tylko dnia i racząc go drobiazgowymi opisami surdutów, fontazi, moleskinowych spodni i serżowych płaszczy, i tego, co można wyczytać z wyglądu bohaterów, a także zagłębiając się w długie dygresje dotyczące ich przeszłości, które nie mają wyraźnego związku z akcją powieści (ale pamiętajmy, że to wszystko zapisane jest w gwiazdach).

"Wszystko, co lśni" skojarzyło mi się z wydaną ćwierć wieku temu powieścią Charlesa Pallisera "Kwinkunks". Nie tylko ze względu na objętość dzieła (niemal tysiąc stron w przypadku "Wszystko, co lśni " i ponad tysiąc w przypadku "Kwinkunksa") i kolor okładki. Obie książki są współczesnymi wersjami powieści wiktoriańskich, jednak Palliser jest w tym bardziej konsekwentny. Catton nawiązuje do prozy dziewiętnastowiecznej w języku i sposobie prowadzenia narracji, ale otwarcie pisze o sprawach, które w powieści wiktoriańskiej pojawiałyby się jedynie w zawoalowanych aluzjach. Palliser potraktował sprawę bardziej finezyjnie. "Kwinkunks" nie przyniósł Charlesowi Palliserowi tak znaczącej nagrody, jaką zdobyła Catton, choć ja oceniam go wyżej. Obie książki wymagają od czytelnika koncentracji, ale u Pallisera nagrodą będzie rozwiązanie zagadki, wszelkie luki w opowieści wynikają z nieuwagi czytelnika, a wydarzenia są logiczną konsekwencją tego, co stało się w przeszłości. Catton umyślnie pozostawia luki i kwestie, których nie da się racjonalnie wyjaśnić (a wyjaśnienie nieracjonalne też nie jest do końca pewne). Dziewiętnastowieczny Londyn odtworzony przez Pallisera jest prawdziwym, żyjącym miastem, możemy niemal poczuć jego zapach (co nie musi być przyjemne). Hokitika Catton sprawiła na mnie wrażenie jedynie teatralnej dekoracji.

Zastanawiam się, czy to, co ma mi do powiedzenia Eleanor Catton rzeczywiście wymaga 930 stron i dochodzę do wniosku, że raczej nie. Ale warto po książkę Catton sięgnąć. Także dlatego, że oprócz wszystkich właściwości, o których napisałam powyżej, jest też subtelną opowieścią o miłości.



---
Eleanor Catton, "Wszystko , co lśni". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014. Przełożył Maciej Świerkocki.

* Imię bohatera wykropkowałam - w końcu Anną interesowali się wszyscy mężczyźni i być może niektórzy czytelnicy nie chcieliby zawczasu wiedzieć, który kochał ją naprawdę i poświadczył to w sądzie. Choć przecież i tak wszystko od początku było zapisane w gwiazdach.

niedziela, 15 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: czytanie w sielankowej scenerii


*** Gari Melchers, "Kobieta czytająca przy oknie" (1905) ***


Cóż może być przyjemniejszego: piękny letni dzień, chwila z książką na zacienionej werandzie czy ganku z widokiem na bujny, wiejski ogród. Chciałabym tam być w tej chwili. Ten obraz emanuje spokojem, a jednocześnie jest bardzo energetyzujący. Podoba mi się zastosowanie koloru - soczystość letniego ogrodu została oddana prawie bez użycia zieleni, artysta zastosował niemal wyłącznie barwy podstawowe.




Amerykański malarz Gari Melchers (Julius Garibaldi Melchers, 1860 - 1932) był za życia bardzo ceniony, później raczej zapomniany. Studiował i przez wiele lat mieszkał w Europie, do USA wrócił w 1915 r. Nie jest to oczywiste, gdy się patrzy na ten obraz namalowany w stylu nawiązującym do impresjonistów, ale Melchers był jednym z głównych amerykańskich przedstawicieli naturalizmu, znanym ze scen rodzajowych, często o tematyce religijnej, pejzaży i portretów.

sobota, 14 lutego 2015

Odcinek walentynkowy



Do zdjęcia walentynkowego dołączę cytat z baaardzo romantycznej książki, którą wczoraj przeczytałam. Ostatnio moje lektury były albo niezwykle długie, albo ciężkie (albo jedno i drugie), więc żeby trochę odetchnąć, sięgnęłam po coś króciutkiego, co - jak przypuszczałam - bardzo mnie rozbawi. Zbieżność tematyki z walentynkami przypadkowa, chociaż fortunna.

Zapewne wiele (bo chyba jednak nie wielu) z was w wieku nastoletnim wzdychało i wzruszało się nad "Błękitnym Zamkiem" Lucy Maud Montgomery. Poniżej prezentuję fragment, który wzbudził moją wesołość, choć nie jestem pewna, czy akurat ten rodzaj komizmu był zamierzony. Ostrzegam: osoby, które książki nie znają, być może nie powinny go czytać, bo ta rozmowa bohaterki z rodziną właściwie streszcza całą fabułę (czyli: UWAGA SPOILER).


– Rok temu oświadczył mi doktor Trent, że mam anginę pectoris i że dni moje są policzone. Postanowiłam wtedy przed śmiercią zaznać życia… prawdziwego życia. Dlatego opuściłam was. Dlatego wyszłam za Edwarda. A teraz okazało się, że to wszystko było omyłką. Nie mam wcale chorego serca. Mam przed sobą jeszcze długie lata życia, a przecież Edward poślubił mnie tylko z litości. Więc musiałam odejść od niego, zwrócić mu wolność. […] Bóg mi świadkiem, że żałuję tego wszystkiego. Przecież to ja wciągnęłam Edwarda do małżeństwa. A teraz okazało się, że to Edward Redfern, syn doktora Redferna z Montrealu. I jego ojciec chce, aby wrócił do niego.
[…]
– Doktor Redfern? Chyba nie ten od Czerwonych Pigułek?
Joanna skinęła głową.
– Ten sam. Okazało się też, że Edward jest Johnem Fosterem, autorem tych książek przyrodniczych.

– Ale… ale przecież… […] doktor Redfern jest milionerem.
Wuj Beniamin wypalił w podnieceniu:
– I to co najmniej dziesięciokrotnym!
 - L.M. Montgomery, "Błękitny Zamek". Nasza Księgarnia,Warszawa 1990.


Cóż, czytanie "Błękitnego Zamku" sprawiło mi dużą przyjemność, większą niż w dzieciństwie. Zamierzam napisać na jego temat zapewne obszerną notkę. Obiecuję, że potraktuję książkę poważnie i nie będę się tylko naśmiewać. Prawdopodobnie porównam też polski przekład z tekstem oryginalnym, to ostatnio stało się moim hobby - wielce zajmującym. Nie jestem pewna, czy wpis ukaże się na blogu wkrótce, być może wstrzymam się do lata, bo "Błękitny Zamek" najlepiej czytać w porze, gdy na łąkach kwitnie czerwona koniczyna. Jeśli czytałyście, wiecie dlaczego. Prawdę mówiąc, to z mojej bardzo dawnej lektury pamiętałam tylko tę koniczynę i fakt, że Joanna jednak nie była chora, więc kiedy zorientowałam się, że Eddy jest nie tylko Johnem Fosterem-sławnym pisarzem, ale również Edwardem Redfernem-synem milionera, bardzo się ucieszyłam ;)

wtorek, 10 lutego 2015

Kobieta w czasach katedr

*** Bardzo dziwne, trzytomowe wydanie... ***
Kto chciał poczytać o klasycznej już książce
*** ...ale można z niego zbudować katedrę. ***














---
Ken Follett, "Filary Ziemi". Oficyna wydawnicza C&S, Warszawa 1992. Przełożył Grzegorz Sitek.
"Filary Ziemi" (2010). Serial TV. Reż. Sergio Mimica-Gezzan, scen. John Pielmeier.

niedziela, 8 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: Dwie damy w podróży do Włoch


*** Augustus Egg, "The Travelling Companions" (1862) ***


Angielski malarz Augustus Egg obracał się w wiktoriańskim światku literackim. Przyjaźnił się z Charlesem Dickensem i Wilkie Collinsem. Wraz z nimi oddawał się takim rozrywkom, jak udział w przedstawieniach teatralnych, nie tylko domowych, razem z Dickensem wystąpił nawet przed królową Wiktorią (a przynajmniej tak twierdzi Wikipedia). W późniejszych latach życia ze względu na stan zdrowia przeniósł się na południe Europy. Z tego okresu pochodzi właśnie obraz "Towarzyszki w podróży".

Kompozycja jest niemal symetryczna, przedstawia wnętrze przedziału kolejowego i podróżujące nim dwie młode kobiety, zapewne siostry bliźniaczki, ubrane w identyczne, szare suknie z nonsensownie obfitymi spódnicami - zgodnie z modą połowy XIX w. Dama po prawej zajęta jest czytaniem książki, ta po lewej drzemie. Gdyby któraś z nich spojrzała za okno, zobaczyłaby cudowną panoramę wybrzeża Morza Śródziemnego (czasem warto jednak podnieść wzrok znad książki). Ten obraz bardzo mnie intryguje - i bawi. Zapewne Augustus Egg nie zdawał sobie sprawy, jak komiczny może się w przyszłości wydawać pomysł wtłoczenia do przedziału pociągu dwóch takich niedorzecznych sukien (a może jemu też wydawały się niedorzeczne?). Jednocześnie zachwyca mnie intymność tej sceny, podkreślona przez zamkniętą przestrzeń przedziału i rozległy pejzaż za oknem.


  
Obraz znajduje się w Birmingham Museum and Art Gallery.

piątek, 6 lutego 2015

czwartek, 5 lutego 2015

Znów w kinie. "Teoria wszystkiego"

*** Okładka książki Jane Hawking. Świat Książki (2013) ***
Nie jestem zwolenniczką autobiografii i książek wspomnieniowych, pisanych przez sławnych ludzi lub członków ich rodzin. Szczególnie podejrzliwa jestem wobec wspomnień żon o swoich mężach, które najczęściej są albo panegirykami przedstawiającymi postać ukochanego odlaną w spiżu i ulukrowaną historię wspólnego życia, albo - jeśli związek zakończył się rozwodem - znajdują się na tym drugim biegunie. Prawdy o relacjach międzyludzkich lepiej szukać w fikcji. Dlatego wcześniej nie zastanawiałabym się nad sięgnięciem po książkę Jane Hawking "Podróż ku nieskończoności. Moje życie ze Stephenem" (Świat Książki, 2013). Po obejrzeniu filmu "Teoria wszystkiego", opartego na tej książce, zaczynam się zastanawiać.

Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym filmie w ogóle nie miałam ochoty go oglądać, wydawało mi się, że to musi być opowieść wywierająca na widza emocjonalny szantaż - a tego bardzo nie lubię. Do wybrania się do kina skłoniły mnie nagrody i nominacje - nawet jeśli do Oscarów podchodzimy z dystansem, to warto wiedzieć, co w trawie piszczy. I tym razem nie żałuję czasu
spędzonego w kinie.

*** "Teoria wszystkiego" (2014). Plakat filmu ***
"Teoria wszystkiego" to film dosyć skromny - i o mylącym tytule. Bo chociaż jego bohaterem jest światowej sławy fizyk, pracujący nad sformułowaniem "teorii wszystkiego", fizyka zajmuje w nim stosunkowo niewiele miejsca. Z jednej strony to opowieść o triumfie ducha nad materią, z drugiej - historia związku dwojga ludzi. I choć mamy do czynienia z bezlitosną chorobą, a małżeństwo kończy się rozwodem, film oferuje nam właściwie happy end. Oglądałam "Teorię wszystkiego" nie jak biografię Hawkinga, a jak opowieść o Jane i Stephenie, dwojgu młodych ludziach, którzy poznali się i pokochali, a potem byli ze sobą przez prawie trzydzieści lat, choć dawano im tylko dwa. Twórcy filmu podeszli do życia bohaterów z delikatnością i taktem i pozwolili im na zachowanie prywatności. Film właściwie mówi niewiele. Nie nakłada nikomu aureoli świętego, nie obarcza winą, nie feruje wyroków. Dla mnie to zaleta. A z kina wyjdziemy wzruszeni i pokrzepieni, mimo, że przez dwie godziny będziemy obserwować cierpienie człowieka, zmagającego się z brutalną chorobą, i jego bliskich.

Nie mogę nie wspomnieć o wspaniałym aktorstwie. Eddie Redmayne i Felicity Jones stworzyli naprawdę świetny duet (a kiedy spojrzymy na zdjęcia Hawkingów, zobaczymy, że idealnie pasują do swoich ról). Felicity Jones udało się pokazać i miłość, czułość i oddanie, i frustrację, irytację i żal, które musiały się przewinąć przez związek Hawkingów. A Eddie Redmayne po prostu był Stephenem Hawkingiem, oglądając film traci się go zupełnie z oczu, widzimy tylko jego bohatera. Trzymam kciuki za Oscara.

Polecam również film "Hawking" z 2004 roku, w którym w rolę Stephena Hawkinga wcielił się Benedict Cumberbatch. Wygląda na to, że są pewne punkty stałe na drodze młodego brytyjskiego aktora do światowej sławy i kariery, i że granie Stephena Hawkinga jest jednym z nich.

A jeśli chcecie przeczytać naprawdę kuriozalną recenzję "Teorii wszystkiego", zapoznajcie się z tekstem Janusza Wróblewskiego z "Polityki". Zgadzam się z Wróblewskim w kwestii oceny (choć jestem mniej entuzjastyczna), natomiast co do treści...

---
"Teoria wszystkiego"/"The Theory of Everything" (2014). Reż. James Marsh, scen. Anthony McCarten na podstawie książki Jane Hawking.