Ostatni tydzień był pełen literackich rocznic. Najhuczniej
obchodzoną – wczoraj, w Światowym Dniu Książki – było 400-lecie śmierci
Szekspira, które przyćmiło równie okrągłą rocznicę śmierci Cervantesa (choć to
właśnie data jego śmierci ma więcej wspólnego z genezą tego święta) i zupełnie nieokrągłą
rocznicę urodzin Nabokowa, przypadającą dzień wcześniej. Przyznam się, że bardziej przemawia do mnie upamiętnianie
wielkich twórców w rocznice ich urodzin – to przecież ich życie, a nie śmierć,
dało nam owe wspaniałe dzieła, którymi możemy do dziś się zachwycać – ale
najlepiej, jeśli jest to okrągły jubileusz. Dlatego rocznicą, którą uhonoruję wpisem na
Czytam to i owo... jest dwustulecie urodzin Charlotte Brontë, które wypadło w
ubiegły czwartek, 21kwietnia. Przyłączam się tym samym do akcji prowadzonej
przez Pyzę i Ćmę książkową: Dwieście
tekstów na dwustulecie, czyli literackie urodziny Charlotty Bronte.
niedziela, 24 kwietnia 2016
środa, 20 kwietnia 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: Prus kronikarz
Zgodnie z zapowiedzią nasz kwietniowy Piknik z klasyką to spotkanie z Bolesławem Prusem - w jego wcieleniu publicystycznym. Prus pisał Kroniki przez 38 lat, zaczął w 1874 r. od felietonów ukazujących się w Kolcach i w Niwie. Przez kilkanaście lat publikował tygodniowe kroniki w Kurierze Warszawskim, przez kolejnych kilkanaście w Kurierze Codziennym, współpracując również z innymi periodykami. Jego ostatnią publicystyczną przystanią został - w roku 1905 - Tygodnik Ilustrowany. Obecnie w bibliotekach i antykwariatach można znaleźć kilka wyborów Kronik Prusa. Monumentalnego dzieła opracowania wszystkich tekstów publicystycznych Bolesława Prusa podjął się prof. Zygmunt Szweykowski; opracowanie to, w dwudziestotomowej edycji było wydawane przez PIW począwszy od lat 50. Ponieważ nie udało nam się zdobyć tego samego wydania, a ponadto oczywiście nawet nie marzyłyśmy w tej chwili o zapoznaniu się z całym dorobkiem kronikarskim Bolesława Prusa, dokonałyśmy z Pyzą skromnego wyboru z wyboru i do naszych celów piknikowych zapoznałyśmy się z dziesięcioma tekstami:
środa, 6 kwietnia 2016
Po porodzie. Recenzja książki "Od urodzenia" Elisy Albert
Czy wiecie, którą mamy obecnie falę feminizmu? Zdaje się, że trzecią, głowy nie dam, bo chociaż nie mam problemu z określeniem siebie jako feministki, nie jestem specjalistką od teorii feministycznej (kwestię czym jest feminizm pozostawmy chwilowo nierozstrzygniętą). Jest nią za to Ari, bohaterka powieści Elisy Albert „Od urodzenia” (tytuł oryginalny „After Birth”). Ari to feministka zawodowa, feministycznie wykształcona – pracuje nad doktoratem z dziedziny studiów kobiecych. A właściwie przestała nad nim pracować, nawet zanim zdążyła obrać temat, tylko jeszcze nie ma odwagi się do tego przyznać przed sobą, o promotorce nie wspominając. Nie znaczy to, że osłabł zapał feministyczny Ari, problemem jest zapał do pracy naukowej. Żyjemy w świecie, w którym wiele kobiet wciąż pozbawionych jest nawet tego, co wywalczyły kobiety pokolenia naszych prababek – sufrażystki, czyli feministki pierwszej fali. Jednak Ari jest moim zdaniem przedstawicielką feminizmu, który pożera własny ogon. Właśnie konfrontuje się z ostatecznym doświadczeniem kobiecości, macierzyństwem, i zmaga się z depresją poporodową. A raczej rozpacza nad tym, że nie danej jej było skonfrontować się z nim tak, jak to sobie obmyśliła (dziecko przyszło na świat przez cesarskie cięcie, a nie siłami natury), a z depresją nie tyle zmaga się, ile się w niej pławi.
wtorek, 5 kwietnia 2016
Przedświątecznie po świętach, czyli o przygotowaniach wielkanocnych 141 lat temu
Jeżeli śledzicie nasze Pikniki z klasyką to wiecie, że w maju czytamy Kroniki Bolesława Prusa, czyli jego felietony ukazujące się w prasie na przestrzeni prawie 40 lat. Fragment podrzucam już dziś. Ten wpis najbardziej na czasie byłby w Wielkim Tygodniu, ale ponieważ Wielkanoc i przedświąteczne przygotowania wciąż mamy świeżo w pamięci, zamiast czekać do przyszłego roku, podzielę się nim z Wami dzisiaj. Tak pisał Bolesław Prus w Kurierze Warszawskim w roku 1875 (Nr 64 i 65; dn. 23 i 24 marca):
niedziela, 20 marca 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ": Prowincjonalne misteczko "Middlemarch" George Eliot
Przyznam się, że "Middlemarch" to mój pierwszy kontakt z twórczością George Eliot - tylko po części satysfakcjonujący. Tu muszę się przyznać również do drugiej rzeczy: nie skończyłam jeszcze lektury i w chwili, gdy czytacie ten tekst, ja wciąż tkwię w prowincjonalnym angielskim miasteczku na przełomie lat 20. i 30. XIX w.* Po pierwsze przewidziałam zbyt mało czasu na przeczytanie tej, jednak bardzo obszernej, powieści, a po drugie - zbyt późno zorientowałam się, że nie mam skąd zdobyć polskiego przekładu i jestem zmuszona czytać "Middlemarch" w oryginale. Tutaj czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. O ile do tej pory angielska dziewiętnastowieczna literatura nie sprawiała mi poważniejszych trudności językowych, przez prozę George Eliot brnę jak po grudzie. Jej złożone zdania są dla mnie na tyle zawiłe, że nawet jeśli rozumiem każdą poszczególną frazę, to złożenie ich wszystkich i wydobycie ogólnego sensu zdania sprawia mi niekiedy spore problemy. Poza tym Eliot pisze bardzo rozwlekle, a jej nieskończenie długie akapity potrafią być nużące i, nie potrafię tego ukryć, po prostu nudne. Nie oznacza to, że tak właśnie określiłabym całą powieść - "Middlemarch" nie jest nudne, ale jest to książka, która może sprawić czytelnikowi, a zwłaszcza nie-Brytyjczykowi, spore trudności. Wikipedia poinformowała mnie, że Virginia Woolf określiła "Middlemarch" jako "jedną z niewielu angielskich powieści napisanych dla ludzi dorosłych". Nawet jeśli nie całkiem zgadzam się z tą opinią, to wcale mnie ona nie dziwi - wszystko w tej powieści sugeruje, że mamy do czynienia z poważnym dziełem dla poważnych czytelników: począwszy od męskiego pseudonimu autorki (naprawdę Mary Ann Evans), poprzez poważny, skomplikowany język (przebłyski humoru pojawiają się od czasu do czasu, ale nie nadają tonu stylowi powieści), rozmach dzieła, głębię i złożoną tematykę.
środa, 2 marca 2016
Krótka literacko-filmowa historia walca.* Część I
Początek był taki:
Znowu zaczął się taniec i przez czas jakiś zabawialiśmy się splataniem i rozplataniem ramion. Z jakimże powabem, z jaką lekkością poruszała się! A gdy przyszło do walca i zaczęliśmy się toczyć dokoła siebie, niby dwie kule, szło nam zrazu nieskładnie, gdyż większość tańczących nie umiała tańczyć walca, z czego powstał pewien zamęt. Uczyniliśmy roztropnie i pozwoliliśmy się im wyhasać. Gdy najniezdarniejsi usunęli się z pola, zaczęliśmy wirować i wraz z drugą parą, Audranem i jego danserką, trzymaliśmy się mężnie. Nigdy mi dotąd nie szło tak dobrze. Nie czułem się istotą ludzką. Trzymałem w objęciach niezrównane stworzenie, szalałem niby burza, miotająca się wokół i oto… na uczciwość powiadam ci, uczyniłem ślub, że nie zezwolę pod żadnym warunkiem, choćby szło o me własne życie, by dziewczyna, którą będę kochał, do której będę miał prawo, tańczyła walca z kimś innym poza mną. Wszak mnie rozumiesz!
Johann Wolfgang von Goethe, "Cierpienia młodego Wertera"
Tłum. Franciszek Mirandola
wtorek, 23 lutego 2016
Nowe hobby
W moim ogrodzie kwitną już pierwsze przebiśniegi, a ja znalazłam nowe hobby! I jedne, i drugie możecie zobaczyć na dzisiejszych zdjęciach. Pozwalam sobie zaprezentować to hobby tutaj, ponieważ łączy się z tematyką książkową.
niedziela, 21 lutego 2016
SZTUKA CZYTANIA: Sen na jawie
*** Dante Gabriel Rossetti (1828-1882), "Sen na jawie" (1880) ***
Zielona suknia śniącej na jawie kobiety wtapia ją w otaczającą przyrodę. Do obrazu pozowała Jane Morris, muza artysty i prerafaelicki ideał kobiecego piękna. Jane była żoną przyjaciela Rossettiego, Williama Morrisa, ale z założycielem Bractwa Prerafaelitów łączył ją burzliwy romans. Gałązka wiciokrzewu, trzymana w jej smukłej dłoni o długich palcach (przypominającej dłonie Mony Lisy i Damy z gronostajem), może do tego sekretnego uczucia nawiązywać - wiciokrzew był w wiktoriańskiej Anglii symbolem miłości.
Dante Gabriel Rossetti był również poetą i niektórym z jego obrazów towarzyszą pisane przez artystę sonety. "Sen na jawie" Rossetti opatrzył tym wierszem:
The thronged boughs of the shadowy sycamore
Still bear young leaflets half the summer through;
From when the robin 'gainst the unhidden blue
Perched dark, till now, deep in the leafy core,
The embowered throstle's urgent wood-notes soar
Through summer silence. Still the leaves come new;
Yet never rosy-sheathed as those which drew
Their spiral tongues from spring-buds heretofore.
Within the branching shade of Reverie
Dreams even may spring till autumn; yet none be
Like woman's budding day-dream spirit-fann'd.
Lo! tow'rd deep skies, not deeper than her look,
She dreams; till now on her forgotten book
Drops the forgotten blossom from her hand.
Pamiętacie o wyzwaniu "Zielona sukienka"?
sobota, 20 lutego 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Geniusz bez teki", czyli autoportret antybohatera. Henryk Sienkiewicz, "Bez dogmatu".
"Jest coś jałowego w tej glinie, z której Bóg stworzył Płoszowskich, skoro na niej tak łatwo i bujnie wszystko porasta, a nic nie wydaje ziarna. Gdybym istotnie przy tej jałowiźnie, przy tej niemocy czynu, posiadał nawet genialne zdolności, to byłbym jakimś szczególnym rodzajem geniusza bez teki, jak bywają ministrowie bez teki. [...] Ach, i znowu ta pociecha! Oto nie sam jeden, dalibóg, nie sam jeden będę nosił to miano. Imię moje jest legion! [...] geniusz bez teki, to nasz, czysto nadwiślański, płód. Raz jeszcze powtarzam, że imię moje jest legion. Nie znam zakątka ziemi, w którym by tylu marnowało świetne zdolności - w którym by ci nawet, którzy coś dają, dawali tak mało - tak niesłychanie mało, w stosunku do tego, co im Bóg dał."*
niedziela, 14 lutego 2016
środa, 10 lutego 2016
James Runcie, „Sidney Chambers and the Shadow of Death”. Trochę inny proboszcz na tropie
Po tak długiej nieobecności na blogu powinnam być może
zaproponować jakieś wielkie dzieło, ale książka, o której dzisiaj piszę, na
pewno nie należy do wielkiej literatury. Jest za to książką, po którą można
sięgnąć z przyjemnością, szukając odpoczynku i niezbyt wyrafinowanej rozrywki. A
zważywszy, że dzisiaj wypada Środa Popielcowa, jest to rozrywka w sam raz na
nadchodzące tygodnie Wielkiego Postu, bo bohater sporo rozmyśla o wierze i Bogu
i często odczuwa wyrzuty sumienia, zastanawiając się, czy wystarczająco dobrze
wypełnia swoje obowiązki.
środa, 20 stycznia 2016
PIKNIKI Z KLASYKĄ: "Czuła jest noc", F. Scott Fitzgerald
"Czuła jest noc". Jedyne, co mnie w tej powieści ujęło, to tytuł. Ale ten Fitzgerald zaczerpnął z "Ody do słowika" Keatsa. Tak, to nie będzie poprawny tekst o przyjemności obcowania z dziełem, co zresztą jest zaskoczeniem dla mnie samej, bo sporo sobie po tej książce obiecywałam. Przyznaję, że nie znam bliżej twórczości Fitzgeralda, czytałam tylko "Wielkiego Gatsby'ego" (oraz biografię Scotta i Zeldy) i po tamtej lekturze pozostało mi przekonanie, że sława pisarza była zasłużona i jest on jednym z tych klasyków, do których będę chciała wrócić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









