niedziela, 22 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: Czytanie z kotem



*** Mykola (Nikołaj) Jaroszenko (1846-1898), portret Elżbiety Płatonowny Jaroszenko ***


W dzisiejszym odcinku "Sztuki czytania" kontynuujemy obchody Dnia Kota.
Sportretowana dama nie jest, jak można by było przypuszczać, starą panną, a żoną Wasilija Aleksandrowicza Jaroszenki, czyli, jak przypuszczam, bratową artysty.

Mykola Jaroszenko urodził się na Ukrainie, działał głównie w Petersburgu, a malarstwo z powodzeniem łączył z karierą wojskową. Czynną służbę zakończył w stopniu generała. Jest znany z "psychologicznych" portretów, ale także z obrazów o tematyce społecznej.

sobota, 21 lutego 2015

Złoto czy tombak? "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton





– Co pana skłoniło, żeby zawierzyć pannie Wetherell?

– Nic nie może człowieka skłonić, żeby obdarzył kogoś zaufaniem! – wybuchnął […]. – Po prostu ufamy komuś albo nie, bez powodu! Jak, na litość boską, mógłbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie?

– Uproszczę je – odrzekł prokurator. Dlaczego ufa pan pannie Wetherell?

– Ponieważ ją kocham – odparł […].

– A jak to się stało, że ją pan pokochał?

– Pokochałem ją, albowiem jej zaufałem, oczywiście!

– Broni się pan, stosując tautologię.

– Tak, ponieważ nie mam innego wyjścia! – zawołał […]. – Prawdziwa miłość jest zawsze tautologiczna… Tautologiczna albo paradoksalna, po prostu dlatego, że jej przyczyna i skutek to dwie połówki jednej całości! Nie da się sprowadzić uczucia do katalogu jego przyczyn, tak jak z katalogu tych przyczyn nie wyprowadzi się uczucia. Każdy, kto się ze mną nie zgadza, nigdy nie kochał naprawdę.*

Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"



***Te rysunki pewnie mają głębokie znaczenie...***
Na pytanie postawione przez prokuratora Eleanor Catton zdaje się odpowiadać, że jest to zapisane w gwiazdach. Nagrodzona Bookerem autorka zadała sobie wiele trudu, by losy swoich bohaterów, a nawet formę powieści, podporządkować układom ciał  niebieskich. "Wszystko, co lśni" jest powieścią astrologiczną, począwszy od kompozycji rozdziałów (części), odpowiadających dwunastu fazom księżyca, które skracają się w miarę przechodzenia od pełni do nowiu (rozdziały, nie fazy), poprzez występujących w niej bohaterów (dwanaście "postaci gwiezdnych", siedem "postaci planetarnych" oraz "terra firma"), a skończywszy na działaniach bohaterów, zgodnych z ich horoskopami na dany dzień - akcja toczy się podczas kilku dni 1866 i 1865 r. Catton użyła bardzo współczesnych narzędzi - aplikacji komputerowej i interaktywnej mapy nieba dostępnej w Internecie - do wyznaczenia pozycji gwiazd i planet i według nich zaplanowała swoją wiktoriańską powieść. Zapewne ogrom pracy. O tym wszystkim przeciętny czytelnik, tzn. nieobeznany z astrologią, dowie się jednak z materiałów prasowych i wywiadów udzielanych przez autorkę, a nie z samej lektury. Ów czytelnik zauważy ciekawą formę powieści, która może mu się spodobać lub nie, ale nie dostrzeże zapewne astrologicznego znaczenia tej formy. Zauważy rysunki, którymi rozpoczynają się poszczególne części, ale nie będzie się w nich doszukiwał wskazówek co do ich treści. Nie wiem, czy to właśnie ten astrologiczny aspekt powieści wzbudził powszechny aplauz (jesienią, kiedy ukazało się polskie wydanie sporo można było usłyszeć o książce w mediach - w samych superlatywach), sądzę jednak, że miał duże znaczenie. Ta książka jest rzeczywiście bardzo sprytnie skonstruowana. Ale pomijając ten cały astrologiczny sztafaż (dla mnie zupełnie zbędny), "Wszystko, co lśni" jest po prostu dobrą powieścią. Tylko tyle (więc chór pochwał może jednak zbyt głośny). I aż tyle.

Pomijając kwestie astrologiczne, "Wszystko, co lśni" jest powieścią kryminalno-obyczajowo-filozoficzną, w której można by się też doszukać pewnych elementów powieści gotyckiej (ta skrzynia w ładowni statku i powstający z niej upiór, ten zakrwawiony fontaź). Kryminalną, bo akcja toczy się wokół śmierci - w niejasnych okolicznościach - ubogiego, zdawało się, samotnika Crosbiego Wellsa, w którego chacie wkrótce potem odkryto wielki skarb w złotych sztabkach. Obyczajową, bo autorka maluje w niej obraz dziewiętnastowiecznego nowozelandzkiego miasteczka, do którego gorączka złota ściąga ludzi z całego świata. Poszukiwaczy złota, handlarzy opium, prostytutki. Tych, którzy chcą zacząć nowe życie i tych, którzy pracują na "bilet do domu". Miasto Hokitika dopiero co się narodziło. Fortuny powstają tu w ciągu jednego dnia, ale nie wszyscy mają równe szanse na ich zdobycie - chińscy imigranci skazani są na rolę wyrobników. W osobie "poszukiwacza zielonego kamienia" pojawiają się Maorysi, zepchnięci na obrzeża tego świata. Filozoficzną, bo wraz z bohaterami zmuszeni jesteśmy do rozmyślania nad takim kwestiami jak: czym jest prawda i skąd się bierze miłość. A to wszystko przybiera formę swego rodzaju pastiszu powieści wiktoriańskiej. Autorka prowadzi z czytelnikiem grę (żeby nie powiedzieć, że sobie z nim pogrywa), na czterystu stronach relacjonując wydarzenia jednego tylko dnia i racząc go drobiazgowymi opisami surdutów, fontazi, moleskinowych spodni i serżowych płaszczy, i tego, co można wyczytać z wyglądu bohaterów, a także zagłębiając się w długie dygresje dotyczące ich przeszłości, które nie mają wyraźnego związku z akcją powieści (ale pamiętajmy, że to wszystko zapisane jest w gwiazdach).

"Wszystko, co lśni" skojarzyło mi się z wydaną ćwierć wieku temu powieścią Charlesa Pallisera "Kwinkunks". Nie tylko ze względu na objętość dzieła (niemal tysiąc stron w przypadku "Wszystko, co lśni " i ponad tysiąc w przypadku "Kwinkunksa") i kolor okładki. Obie książki są współczesnymi wersjami powieści wiktoriańskich, jednak Palliser jest w tym bardziej konsekwentny. Catton nawiązuje do prozy dziewiętnastowiecznej w języku i sposobie prowadzenia narracji, ale otwarcie pisze o sprawach, które w powieści wiktoriańskiej pojawiałyby się jedynie w zawoalowanych aluzjach. Palliser potraktował sprawę bardziej finezyjnie. "Kwinkunks" nie przyniósł Charlesowi Palliserowi tak znaczącej nagrody, jaką zdobyła Catton, choć ja oceniam go wyżej. Obie książki wymagają od czytelnika koncentracji, ale u Pallisera nagrodą będzie rozwiązanie zagadki, wszelkie luki w opowieści wynikają z nieuwagi czytelnika, a wydarzenia są logiczną konsekwencją tego, co stało się w przeszłości. Catton umyślnie pozostawia luki i kwestie, których nie da się racjonalnie wyjaśnić (a wyjaśnienie nieracjonalne też nie jest do końca pewne). Dziewiętnastowieczny Londyn odtworzony przez Pallisera jest prawdziwym, żyjącym miastem, możemy niemal poczuć jego zapach (co nie musi być przyjemne). Hokitika Catton sprawiła na mnie wrażenie jedynie teatralnej dekoracji.

Zastanawiam się, czy to, co ma mi do powiedzenia Eleanor Catton rzeczywiście wymaga 930 stron i dochodzę do wniosku, że raczej nie. Ale warto po książkę Catton sięgnąć. Także dlatego, że oprócz wszystkich właściwości, o których napisałam powyżej, jest też subtelną opowieścią o miłości.



---
Eleanor Catton, "Wszystko , co lśni". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014. Przełożył Maciej Świerkocki.

* Imię bohatera wykropkowałam - w końcu Anną interesowali się wszyscy mężczyźni i być może niektórzy czytelnicy nie chcieliby zawczasu wiedzieć, który kochał ją naprawdę i poświadczył to w sądzie. Choć przecież i tak wszystko od początku było zapisane w gwiazdach.

niedziela, 15 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: czytanie w sielankowej scenerii


*** Gari Melchers, "Kobieta czytająca przy oknie" (1905) ***


Cóż może być przyjemniejszego: piękny letni dzień, chwila z książką na zacienionej werandzie czy ganku z widokiem na bujny, wiejski ogród. Chciałabym tam być w tej chwili. Ten obraz emanuje spokojem, a jednocześnie jest bardzo energetyzujący. Podoba mi się zastosowanie koloru - soczystość letniego ogrodu została oddana prawie bez użycia zieleni, artysta zastosował niemal wyłącznie barwy podstawowe.




Amerykański malarz Gari Melchers (Julius Garibaldi Melchers, 1860 - 1932) był za życia bardzo ceniony, później raczej zapomniany. Studiował i przez wiele lat mieszkał w Europie, do USA wrócił w 1915 r. Nie jest to oczywiste, gdy się patrzy na ten obraz namalowany w stylu nawiązującym do impresjonistów, ale Melchers był jednym z głównych amerykańskich przedstawicieli naturalizmu, znanym ze scen rodzajowych, często o tematyce religijnej, pejzaży i portretów.

sobota, 14 lutego 2015

Odcinek walentynkowy



Do zdjęcia walentynkowego dołączę cytat z baaardzo romantycznej książki, którą wczoraj przeczytałam. Ostatnio moje lektury były albo niezwykle długie, albo ciężkie (albo jedno i drugie), więc żeby trochę odetchnąć, sięgnęłam po coś króciutkiego, co - jak przypuszczałam - bardzo mnie rozbawi. Zbieżność tematyki z walentynkami przypadkowa, chociaż fortunna.

Zapewne wiele (bo chyba jednak nie wielu) z was w wieku nastoletnim wzdychało i wzruszało się nad "Błękitnym Zamkiem" Lucy Maud Montgomery. Poniżej prezentuję fragment, który wzbudził moją wesołość, choć nie jestem pewna, czy akurat ten rodzaj komizmu był zamierzony. Ostrzegam: osoby, które książki nie znają, być może nie powinny go czytać, bo ta rozmowa bohaterki z rodziną właściwie streszcza całą fabułę (czyli: UWAGA SPOILER).


– Rok temu oświadczył mi doktor Trent, że mam anginę pectoris i że dni moje są policzone. Postanowiłam wtedy przed śmiercią zaznać życia… prawdziwego życia. Dlatego opuściłam was. Dlatego wyszłam za Edwarda. A teraz okazało się, że to wszystko było omyłką. Nie mam wcale chorego serca. Mam przed sobą jeszcze długie lata życia, a przecież Edward poślubił mnie tylko z litości. Więc musiałam odejść od niego, zwrócić mu wolność. […] Bóg mi świadkiem, że żałuję tego wszystkiego. Przecież to ja wciągnęłam Edwarda do małżeństwa. A teraz okazało się, że to Edward Redfern, syn doktora Redferna z Montrealu. I jego ojciec chce, aby wrócił do niego.
[…]
– Doktor Redfern? Chyba nie ten od Czerwonych Pigułek?
Joanna skinęła głową.
– Ten sam. Okazało się też, że Edward jest Johnem Fosterem, autorem tych książek przyrodniczych.

– Ale… ale przecież… […] doktor Redfern jest milionerem.
Wuj Beniamin wypalił w podnieceniu:
– I to co najmniej dziesięciokrotnym!
 - L.M. Montgomery, "Błękitny Zamek". Nasza Księgarnia,Warszawa 1990.


Cóż, czytanie "Błękitnego Zamku" sprawiło mi dużą przyjemność, większą niż w dzieciństwie. Zamierzam napisać na jego temat zapewne obszerną notkę. Obiecuję, że potraktuję książkę poważnie i nie będę się tylko naśmiewać. Prawdopodobnie porównam też polski przekład z tekstem oryginalnym, to ostatnio stało się moim hobby - wielce zajmującym. Nie jestem pewna, czy wpis ukaże się na blogu wkrótce, być może wstrzymam się do lata, bo "Błękitny Zamek" najlepiej czytać w porze, gdy na łąkach kwitnie czerwona koniczyna. Jeśli czytałyście, wiecie dlaczego. Prawdę mówiąc, to z mojej bardzo dawnej lektury pamiętałam tylko tę koniczynę i fakt, że Joanna jednak nie była chora, więc kiedy zorientowałam się, że Eddy jest nie tylko Johnem Fosterem-sławnym pisarzem, ale również Edwardem Redfernem-synem milionera, bardzo się ucieszyłam ;)

wtorek, 10 lutego 2015

Kobieta w czasach katedr

*** Bardzo dziwne, trzytomowe wydanie... ***
Kto chciał poczytać o klasycznej już książce
*** ...ale można z niego zbudować katedrę. ***














---
Ken Follett, "Filary Ziemi". Oficyna wydawnicza C&S, Warszawa 1992. Przełożył Grzegorz Sitek.
"Filary Ziemi" (2010). Serial TV. Reż. Sergio Mimica-Gezzan, scen. John Pielmeier.

niedziela, 8 lutego 2015

SZTUKA CZYTANIA: Dwie damy w podróży do Włoch


*** Augustus Egg, "The Travelling Companions" (1862) ***


Angielski malarz Augustus Egg obracał się w wiktoriańskim światku literackim. Przyjaźnił się z Charlesem Dickensem i Wilkie Collinsem. Wraz z nimi oddawał się takim rozrywkom, jak udział w przedstawieniach teatralnych, nie tylko domowych, razem z Dickensem wystąpił nawet przed królową Wiktorią (a przynajmniej tak twierdzi Wikipedia). W późniejszych latach życia ze względu na stan zdrowia przeniósł się na południe Europy. Z tego okresu pochodzi właśnie obraz "Towarzyszki w podróży".

Kompozycja jest niemal symetryczna, przedstawia wnętrze przedziału kolejowego i podróżujące nim dwie młode kobiety, zapewne siostry bliźniaczki, ubrane w identyczne, szare suknie z nonsensownie obfitymi spódnicami - zgodnie z modą połowy XIX w. Dama po prawej zajęta jest czytaniem książki, ta po lewej drzemie. Gdyby któraś z nich spojrzała za okno, zobaczyłaby cudowną panoramę wybrzeża Morza Śródziemnego (czasem warto jednak podnieść wzrok znad książki). Ten obraz bardzo mnie intryguje - i bawi. Zapewne Augustus Egg nie zdawał sobie sprawy, jak komiczny może się w przyszłości wydawać pomysł wtłoczenia do przedziału pociągu dwóch takich niedorzecznych sukien (a może jemu też wydawały się niedorzeczne?). Jednocześnie zachwyca mnie intymność tej sceny, podkreślona przez zamkniętą przestrzeń przedziału i rozległy pejzaż za oknem.


  
Obraz znajduje się w Birmingham Museum and Art Gallery.

piątek, 6 lutego 2015

czwartek, 5 lutego 2015

Znów w kinie. "Teoria wszystkiego"

*** Okładka książki Jane Hawking. Świat Książki (2013) ***
Nie jestem zwolenniczką autobiografii i książek wspomnieniowych, pisanych przez sławnych ludzi lub członków ich rodzin. Szczególnie podejrzliwa jestem wobec wspomnień żon o swoich mężach, które najczęściej są albo panegirykami przedstawiającymi postać ukochanego odlaną w spiżu i ulukrowaną historię wspólnego życia, albo - jeśli związek zakończył się rozwodem - znajdują się na tym drugim biegunie. Prawdy o relacjach międzyludzkich lepiej szukać w fikcji. Dlatego wcześniej nie zastanawiałabym się nad sięgnięciem po książkę Jane Hawking "Podróż ku nieskończoności. Moje życie ze Stephenem" (Świat Książki, 2013). Po obejrzeniu filmu "Teoria wszystkiego", opartego na tej książce, zaczynam się zastanawiać.

Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym filmie w ogóle nie miałam ochoty go oglądać, wydawało mi się, że to musi być opowieść wywierająca na widza emocjonalny szantaż - a tego bardzo nie lubię. Do wybrania się do kina skłoniły mnie nagrody i nominacje - nawet jeśli do Oscarów podchodzimy z dystansem, to warto wiedzieć, co w trawie piszczy. I tym razem nie żałuję czasu
spędzonego w kinie.

*** "Teoria wszystkiego" (2014). Plakat filmu ***
"Teoria wszystkiego" to film dosyć skromny - i o mylącym tytule. Bo chociaż jego bohaterem jest światowej sławy fizyk, pracujący nad sformułowaniem "teorii wszystkiego", fizyka zajmuje w nim stosunkowo niewiele miejsca. Z jednej strony to opowieść o triumfie ducha nad materią, z drugiej - historia związku dwojga ludzi. I choć mamy do czynienia z bezlitosną chorobą, a małżeństwo kończy się rozwodem, film oferuje nam właściwie happy end. Oglądałam "Teorię wszystkiego" nie jak biografię Hawkinga, a jak opowieść o Jane i Stephenie, dwojgu młodych ludziach, którzy poznali się i pokochali, a potem byli ze sobą przez prawie trzydzieści lat, choć dawano im tylko dwa. Twórcy filmu podeszli do życia bohaterów z delikatnością i taktem i pozwolili im na zachowanie prywatności. Film właściwie mówi niewiele. Nie nakłada nikomu aureoli świętego, nie obarcza winą, nie feruje wyroków. Dla mnie to zaleta. A z kina wyjdziemy wzruszeni i pokrzepieni, mimo, że przez dwie godziny będziemy obserwować cierpienie człowieka, zmagającego się z brutalną chorobą, i jego bliskich.

Nie mogę nie wspomnieć o wspaniałym aktorstwie. Eddie Redmayne i Felicity Jones stworzyli naprawdę świetny duet (a kiedy spojrzymy na zdjęcia Hawkingów, zobaczymy, że idealnie pasują do swoich ról). Felicity Jones udało się pokazać i miłość, czułość i oddanie, i frustrację, irytację i żal, które musiały się przewinąć przez związek Hawkingów. A Eddie Redmayne po prostu był Stephenem Hawkingiem, oglądając film traci się go zupełnie z oczu, widzimy tylko jego bohatera. Trzymam kciuki za Oscara.

Polecam również film "Hawking" z 2004 roku, w którym w rolę Stephena Hawkinga wcielił się Benedict Cumberbatch. Wygląda na to, że są pewne punkty stałe na drodze młodego brytyjskiego aktora do światowej sławy i kariery, i że granie Stephena Hawkinga jest jednym z nich.

A jeśli chcecie przeczytać naprawdę kuriozalną recenzję "Teorii wszystkiego", zapoznajcie się z tekstem Janusza Wróblewskiego z "Polityki". Zgadzam się z Wróblewskim w kwestii oceny (choć jestem mniej entuzjastyczna), natomiast co do treści...

---
"Teoria wszystkiego"/"The Theory of Everything" (2014). Reż. James Marsh, scen. Anthony McCarten na podstawie książki Jane Hawking.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Charlotte Gray

"Charlotte Gray", Vintage
To moje drugie spotkanie z Sebastianem Faulksem. O "Ptasim śpiewie", wcześniejszej książce tego autora, pisałam w grudniu. Osoby, którym spodobał się "Ptasi śpiew" mogą sięgnąć również po "Charlotte Gray", bo książka do niego nawiązuje: Charlotte jest córką kapitana Graya, jednego z drugoplanowych bohaterów "Ptasiego śpiewu", choć w zasadzie brak powiązań fabularnych. (Sięgnąć trzeba po wydanie angielskie, powieści nie przetłumaczono na język polski).

Tytułowa bohaterka, młoda Szkotka, chcąc włączyć się w wysiłek wojenny swojego kraju, w roku 1942 wyjeżdża do Londynu. Po przybyciu do stolicy poznaje Petera Gregory'ego, angażującego się w straceńcze misje porucznika RAF-u. Świetnie mówiąca po francusku Charlotte otrzymuje propozycję współpracy z Sekcją G (fikcyjna wersja SOE). Charlotte i Peter zakochują się w sobie, jednak ich romans wkrótce zostaje przerwany wiadomością o zaginięciu Gregory'ego podczas misji nad Francją. Charlotte pomyślnie kończy szkolenie w Sekcji G, niedługo ma zostać przerzucona do Francji i wykonać tam pierwsze zadanie. Postanawia wykorzystać tę okazję i spróbować odnaleźć ukochanego.

"Charlotte Gray" mogłaby być szpiegowskim thrillerem wojennym z romansem w tle. Mogłaby - gdyby jej autorem nie był Faulks, który ma zdecydowanie inne ambicje (choć ma w swoim dorobku również jedną część przygód Jamesa Bonda). "Charlotte Gray" jest więc powieścią wielowątkową, opowiadającą o polityce francuskiej lat czterdziestych, antysemityzmie, holocauście, moralności. Faulks zagłębia się w psychikę swoich postaci, a także w relacje rodzinne. Powracają tematy obecne w "Ptasim śpiewie", echa "wielkiej wojny" wciąż prześladują bohaterów, którzy muszą się zmierzyć z nowym kataklizmem. Jest wielka miłość, są też - jak na thriller szpiegowski przystało - gry i gierki tajnych służb. Ta mnogość, waga i różnorodność tematów wydaje się wręcz zbyt wielka jak na jedną książkę i gdyby wziął ją na warsztat mniej sprawny pisarz, całość mogłaby się okazać mało strawna. (Z całą pewnością obfitość tematów jest zbyt duża, żebym potrafiła wszystkie swoje spostrzeżenia na temat książki zmieścić w jednym wpisie). Faulks sobie z tym radzi i powieść czyta się dobrze, ale jednocześnie mam wrażenie, że autor stara się przekonać czytelnika, że znajduje się na innej literackiej półce niż ta, na której jest w rzeczywistości.

Charlotte, zrzucona na terytorium Francji, trafia do małego miasteczka w "wolnej strefie", rządzonej przez marionetkowy gabinet marszałka Pétaina z Vichy. Jej kontaktem jest młody architekt Julien Levade, szef lokalnej komórki sponsorowanego przez Brytyjczyków ruchu oporu. Julien pomaga również ukrywać dwóch żydowskich chłopców, André i Jacoba, których rodzice zostali deportowani. Nie zdoławszy się dowiedzieć niczego o losie ukochanego, Charlotte postanawia nie wracać planowanym transportem do Anglii i przyłączyć się do siatki Juliena. Oficjalnie zostaje gosposią u jego ojca, mieszkającego w willi poza miasteczkiem Auguste'a Levade'a - żołnierza w poprzedniej wojnie, ekscentrycznego malarza, który stracił talent, francuskiego patrioty, gorliwego katolika, a z pochodzenia Żyda. W r. 1943 tylko ten ostatni fakt będzie miał znaczenie dla jego dalszego losu.

Jeśli chodzi o fabułę powieści, to można oczywiście stwierdzić, że od początku wiadomo, jak rzecz się skończy. Ale nie miałam wrażenia podążania jakimś utartym schematem. Charlotte wróci bezpiecznie do Anglii lub nie. Odnajdzie Petera lub nie. A może tamta wielka miłość (którą, prawdę mówiąc, czytelnik musi przyjąć trochę "na wiarę") wyblaknie i zostanie przesłonięta przez nowe uczucie? Bo przecież Julien z pewnością mógłby być kimś więcej niż współpracownikiem z ruchu oporu. Jaki los czeka André i Jacoba, starego Levade'a, a wreszcie samego Juliena? Znając realia historyczne (a jeśli nie znamy, to z książki Faulksa sporo się dowiemy) możemy snuć domysły, ale być może pisarz nie zdecyduje się na opisanie najbardziej statystycznie prawdopodobnych przypadków? Przyznam się, że przynajmniej co do rozwiązania jednego wątku obstawiałam inne zakończenie. Fabuła "Charlotte Gray" ma jednak pewną szczególną cechę - jest nią dziwne, falujące napięcie. Zbierają się czarne chmury, niemal cierpnie nam skóra w oczekiwaniu na rozwój sytuacji - z pewnością tragiczny dla naszych bohaterów - po czym napięcie opada, czasem na zasadzie "z dużej chmury mały deszcz" (a więc jakby rozczarowująco), po to, by za jakiś czas znów zaczęło narastać. Nie jestem pewna, czy to błąd w sztuce, czy Faulks buduje sytuacje, których nie umie potem w odpowiedni sposób rozwiązać, czy też jest to przemyślany, celowy zabieg. Dochodzę jednak do wniosku, że to falujące napięcie jest zaletą powieści.

Nie zdążę już napisać o tym, czy Sebastian Faulks jest dobrym psychologiem dziecięcym i że w tej powieści zburzył mój obraz kapitana Graya, który sobie stworzyłam czytając "Ptasi śpiew", i o wielu innych kwestiach. Zainteresowanych odsyłam do książki. Na zakończenie wspomnę o polskim akcencie, który pojawia się w "Charlotte Gray". Najbliższym przyjacielem Petera Gregory'ego jest Borowski "a Polish pilot of daring but erratic skill whose survival was a cause of constant wonder" (tzn. pilotował z "ułańską fantazją"). To taka "męska przyjaźń" towarzyszy broni, żaden nie wie chyba nic o przedwojennym życiu drugiego, i bardzo niewiele o obecnym prywatnym życiu, ale widać, że ta relacja, a nawet zwyczajne przebywanie w swoim towarzystwie, wiele dla obu znaczy. Borowski nie jest istotną postacią dla rozwoju akcji (zresztą sam Gregory też jest w powieści głównie nieobecny) i został scharakteryzowany zaledwie kilkoma zdaniami. Ale co mnie w jego postaci rozbawiło, to fakt, że Faulks opisał Borowskiego tak, że sami (tzn. my, Polacy) inaczej byśmy tego nie zrobili. Dzielny, odważny pilot (o "fantazji" już wspominałam), wspaniały kompan (oczywiście do kieliszka też), zapewne - choć to nie jest napisane, ale nietrudno nam to sobie wyobrazić - przystojny i mający powodzenie u kobiet, poza tym świetny mechanik i bardzo zaradny człowiek, potrafiący sobie wszystko "zorganizować" (te zdolności do "organizowania" są może nawet ciut za daleko posunięte). Za Borowskiego przyznaję Faulksowi dodatkowy punkt, chociaż ciekawi mnie, czy przeciętny brytyjski albo amerykański czytelnik powieści Faulksa zdaje sobie sprawę, skąd się wziął Polak wśród pilotów RAF-u, i że takich jak on było więcej (w powieści wspomniany jest jeszcze jeden polski pilot, który nie miał tyle szczęścia, co Borowski).

Sebastian Faulks wciąż pozostaje dla mnie pisarzem, o którym nie mam wyrobionej jednoznacznej opinii, ale który intryguje mnie na tyle, że mam zamiar sięgnąć po co najmniej jeszcze jedną jego książkę. Na podstawie "Charlotte Gray" powstał w 2001 r. film z Cate Blanchett, o ile pamiętam raczej przeciętny, książka jest zdecydowanie bardziej godna polecenia.



*** Cate Blanchett jako "Charlotte Gray" (2001), reż. Gillian Armstrong. Kadr z filmu. ***


---
Sebastian Faulks, "Charlotte Gray". Vintage, London. Pierwsze wydanie 1999.